… stenogramów oczywiście, czyli “Nic nie widać”.
Przebrnęliśmy więc, przez stenogramy z kabiny pilotów prezydenckiej tutki, która rozbiła się pod Smoleńskiem, po raz trzeci (były w sumie cztery stenogramy, ale czytania zdaje się trzy i na tym poprzestańmy, póki co). Pierwszy raz czytaliśmy je z MAK-iem, drugi raz z komisją Millera, a teraz z prokuraturą wojskową.
I wszystkie trzy czytania, różnią się od siebie. Nie byłoby w tym nic aż takiego niezwykłego, gdyby nie jeden mały szczegół: oto, właśnie to „trzecie czytanie”, sporządzone przez Instytut Ekspertyz Sądowych Sehna w Krakowie, i tylko ono, będzie miało dla prokuratury wartość dowodową. Tymczasem te stenogramy, od dwóch poprzednich znacząco się różnią. Ponieważ znacząco się różnią… mam do tego akurat trzeciego czytania… najmniejsze zaufanie.
Dlaczego? Powody są, co najmniej dwa, a może i nawet trzy.
Po pierwsze.
W stenogramach Instytutu Sehna, w cudowny sposób wyparowało całe zdanie: „Nic nie widać” (nasunęła mi się analogia w pojawieniu się w trzecim czytaniu „… lub czasopisma” – a więc to nie pierwszy w Polsce przypadek pojawiania się i znikania zdań). I nie tylko, że to zdanie wyparowało, to jeszcze nie ma w tym miejscu żadnego „niezidentyfikowanego odgłosu”, których to odgłosów pełno jest w tym czytaniu. Nic, tylko „Pull up” i ani oddechu. To oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że specjalistom z laboratorium policyjnego, o ile dobrze pamiętam, które przeprowadzało ekspertyzy dla komisji Millera, to zdanie się po prostu przyśniło. Gdyby się nie przyśniło, tylko błędnie to zdanie odczytali, byłoby tam, co innego. Jakieś niezrozumiałe słowo/słowa, jaki8ś „niezidentyfikowany dźwięk”, cokolwiek. A tu nic – oprócz „Pul lup” cisza, jak makiem zasiał. To mi nie gra!!!!!!!!!!! Nie wierzę, żeby ktoś wsadził sobie z powietrza w nagranie, jakieś nieistniejące zdanie, lub nieistniejące odgłosy.

Dziennikarze porównali stenogramy Komisji Millera i prokuratury. Jedno zdanie wyparowało.
I chociażby z powodu tak zasadniczych rozbieżności, prokuratura, moim zdaniem, nie może powiedzieć: „Ten dowód bierzemy, tamten wyrzucamy do kosza” (a tak, w uproszczeniu, to zostało powiedziane). Musi być skonfrontowanie tych dwóch odczytów i wyjaśnienie różnicy – braku jednego zdania, np. kolejna ekspertyza. W przeciwnym wypadku, wiele miesięcy pracy krakowskiego instytutu, można z czystym sumieniem uznać za gigantyczną fuszerę.
Po drugie.
Instytut Sehna, odczytywanie wysokości przypisał drugiemu pilotowi. Nie chce mi się wierzyć, aby laboratorium policyjne nie rozpoznało głowu drugiego pilota, który przez całe ponad pół godziny nagrania gada jak najęty. Można się było aż nadto nasłuchać głosu drugiego pilota i nie do wiary jest, moim zdaniem, aby dwa słowa (wysokości), specjaliści przypisali innej osobie niż drugi pilot, nawet jeśli mówiłby je „zmienionym głosem”, ponieważ paleta barw głosu drugiego pilota w całym nagraniu jest zapewne bardzo obszerna. Oczywiście nie musi to znaczyć, że głos ten należał d gen. Błasika, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że należał do „drugiego”.
Po trzecie.
Przypominam sobie krzyk o kasę Instytutu Sehna w trakcie prac nad taśmami. Nastapił swojego rodzaju szantaż: musimy dostać pieniądze, bo inaczej prace nad taśmami staną. I bynajmniej, z tego co pamiętam, nie była to kasa na lepsz, czulszy, nowszy sprzęt, tylko na funkcjonowanie Instytutu. Ciekawe, czy, gdyby nie taśmy Tupolewa, Instytutowi groził paraliż egzystencjalny. Bo z tego co wiem (a wiem), krople do uszu milionów nie kosztują. Ale może się mylę, może rzeczywiście kupiono nowy sprzęt – nic o tym nie „słyszałem”. Ten fakt już wtedy podważył moje zaufanie do krakowskiej placówki. Przy okazji swoich „pięciu minut”, postanowili załatwić własny interes. Jest to w moim odczuciu postępowanie wielce nieetyczne, dlaczego miałbym wierzyć w rzetelną robotę?
Po czwarte.
Zostawiam już Instytut i wracam do prokuratury. Prokuratura, podobnie zresztą jak komisja Millera, moim zdaniem robi wszystko, aby „wilk był syty i owca cała”. Dotyczy to rzecz jasna strony polskiej i chodzi o to, aby nie wskazać winnych ani po stronie rządowej, ani przede wszystkim, po stronie kancelarii prezydenta, nie wspominając już o obecnych na pokładzie.
Komisja Millera jednak delikatnie, ale wskazywała na błędy pilotów, możliwy (ale tylko możliwy – prawdopodobny) nacisk gen. Błasika na załogę, itp. Prokuratura „jedzie po całości”, nie zostawia złudzeń, że prezydent i „cały samolot” byli święci.
Na marginesie: zadziwiają mnie domysły śledczego Macierewicza. Gdyby 10. Kwietnie 2010. Pobiegł, poszedł, lub pojechał taksówką na lotnisko Smoleńsk Siewiernyj, razem z uprawnionym Jackiem Sasinem, wiceszefem kancelarii Lecha Kaczyńskiego, miałby wszystko jak na dłoni. Obydwaj nigdy, tak naprawdę nie wytłumaczyli się ze swojej bezczynności.
Po piąte.
Redaktor Gmyz dotarł do informacji z prokuratury kilka dni wcześniej, przed opublikowaniem stenogramów Instytutu Sehna. Wiadomo, że przecieki to specjalność naszych prokuratur, zarówno wojskowej, jak i cywilnej. I pies z kulawą nogą nie pochylił się, póki co, nad tym przeciekiem. I…, jak znam życie, nie pochyli się. I to znów jest powód mojego zaufania do prokuratury w tej sprawie. Nie wiem, czy nie mijam się z prawdą, ale nie przypominam siobie aby tak zasadnicze informacje wyciekały z komisji Millera.
Nie podobają mi się „wszystkie trzy czytania”. Jednak największy brak zaufania mam wobec tego ostatniego niestety. Tego, które ma być materiałem dowodowym!
_____
Ostatnia sprawa dotyczy mojej oceny wczorajszej części konferencji prokuratorów, zadawania pytań przez dziennikarzy. Zadawali się (chyba) wyłącznie dziennikarze „polscy” (prawdziwie rzecz jasna, a nie polskojęzyczni) i polskojęzyczni, choć coraz bardziej prawdziwie polscy z TVN24. Wielokrotnie ci pierwsi, zadając pytania robili wstawki typu: „skoro wiadomo, że gen. Błasika w kokpicie nie było…”, „skoro w raporcie Anodiny znajdują się oczywiste kłamstwa w sprawie Błasika…”, itp., żaden z prokuratorów nie zająknął się słowem, nie zareagował na oczywiste dziennikarskie nadużycia. A szanujący prokurator, wg mnie, powinien zareagować natychmiast. Dopiero w ostatnim pytaniu któryś z TVN24 zapytał, czy na pewno Błasika nie było w kokpicie. Dopiero wtedy, niemal w ostatnim słowie, prokurator Ireneusz Szeląg, niejako przyciśnięty do ściany, stwierdził, że „nie ma dowodu, że generał był w kokpicie, ale też nie ma dowodu, że go tam nie było”. Z raportu Millera wynika, ze bardzo prawdopodobne jest, ze tam był, ale o to mniejsza. Nie można na tej podstawie twierdzić, ze był, ale nie można kategorycznie zarzucać kłamstwa tym, którzy przypuszczają, że mógł tam być.

andy lighter
50.339078
18.236017