Nie, nie o elektryczność mi chodzi, ale o deptanie w miejscu wszystkich „wiedzących” o potrzebie wprowadzenia reformy emerytalnej” i kompletnej nieumiejętności odpowiedzenia na najprostsze pytania. Boże drogi, jak ja żałuję, że nie jestem Romskeyem, innym blogerem, który ostatnio pochwalił się, że został przeczytany przez jakąś ważną personę (mam nadzieję, że wybaczy mi, że nie pamiętam, ale czytam wiele blogów), że o Azraelu nie wspomnę. Oni (politycy) błądzą w ciemności, chociaż “wiedzą, że “tu” jest światło”.
Do wściekłości doprowadzają mnie pytania podstarzałych pań, które z wyrzutem zadają pytania premierowi (i wszystkim, którzy mogą coś zmienić), jak one mogą pracować o siedem lat dłużej tak ciężko tyrając. Rozumiem trochę te kobiety, ale bynajmniej nie dlatego, że mają rację, ale dlatego, że częściowo mają klapki na oczach (a przede wszystkim uszach), bo nie słysza spraw oczywistych (o coraz lepszej, dłuzszej kondycji zdrowotnej), ale dlatego, ze nikt nie wytłumaczy im rzeczy podstawowych. Przy tym najprostszych. Jestem pewien, ze panie by to „złapały”. Trudno jest, a znam to doskonale z własnego doświadczenia, zrozumieć coś, co ktoś tłumaczy „niewytłumaczalnie”, chociaż ma szczere intencje.
Ale do białej gorączki doprowadzają mnie pytania dziennikarzy, skierowane do „fachowców”, a właściwie powinienem napisać, do fachowców (bo przecież nimi są), o te najprostsze sprawy. Dlaczego? Dlatego, że i jedni i drudzy sprawiają wrażenie chodzenia we mgle, chociaż i jedni i drudzy chcą dojść w to samo miejsce. Mam rację, bo od kilu programów widzę panią Pochankę wznoszącą oczy i mówiącą: „…I tak sobie pomyślałam”, albo „I tak myślałam o tym i doszłam do wmniosku…”. Od razu wtedy wiem (tym bardziej, kiedy usłyszę co ci dziennikarze sobie wymyślają), że oni nie mają bladego pojęcia. Błądzą, jak te biedne niedoinformowane, albo indoktrynowane przez opozycję kobiety. Tyle, ze od dziennikarzy powinno wymagać się więcej.
Podstawowe pytanie i przestraszonych kobiet i dziennikarzy brzmi: „Jak te biedne, pięćdziesięcioletnie kobiety zgięte w pałąk od ciężkiej pracy, mają wytrzymać w pracy do 67. roku życia?”. Najbardziej durne pytanie jakie można zadać, ale nie ma co się dziwić, skoro odpowiedź jest… równie durna – chodzi mi o to, że kompletnie nieprecyzyjna, nietrafiona i w zasadzie nie na temat.
Przykład? Balcerowicz, na tak zadane pytanie odpowiada, że trzeba być przygotowanym do zmiany zawodów, że w Europie tak jest…, itp. bzdury. Boże! Zmieniać zawód to może menadżer z budowy stadionu na menadżera budowy dróg, albo emerytowany oficer wojskowy na szefa ochrony. Nie trzeba zmieniać zawodów, bo ZAWODY SIĘ ZMIENIAJĄ!
Ile trzeba było sprzątaczek, żeby umyły 20 okien w budynku na 1. maja, 20 lat temu? W jeden dzień rzecz jasna, bo zawsze jest na ostatnią chwilę. Załóżmy, że 10. Trzeba było 10 wiaderek, 10 płynów do mycia okien, kilkadziesiąt szmatek, na mokro, na płyn, na sucho i jeszcze kupa gazet, bo po gazetach najlepiej błyszczały. A 10 pań po robocie niekoniecznie wiedziały jak się nazywają, ze zmęczenia.
A ile trzeba było pań, do tych samych okien na 3. maja 10 lat temu? Myślę, że pięc wystarczyło, o połowę szmatek mniej, wiaderek też, o gazetach już nikt nie pamiętał. A dzisiaj? Dwie panie, i dwa wiaderka spokojnie wystarczą. Żaednej szmatki tylko dwie „myjki” i dobry pryskacz. Jest oczywiste, że panie od okien spokojnie znajdą czas jeszcze na kawę i papieroska. Że co? Że nie wszędzie? Ale czy to, ze przedsiębiorca jest sknerą, ma zawalać reformę emerytalną? Dinozaury zginą, albo… ewoluują.
A pamiętacie ile i jak ich koleżanki salowe śmigaly szmatami przez 12 godzin? A dziś? Salowych jest połowa mniej, a szmaty zastąpiła… maszyna z kierowcą, prawie jak traktorek.
Inny przykład, z mojej ulubionej Biedronki. Pięć (chyba sześć dokładnie) lat temu, panie z Biedronki pracowały ponad siły. Zdecydowanie i bezdyskusyjnie były traktowane jak niewolnice. Wiele z nich przypłaciło to zdrowiem , a nawet życiem… swoich niedoszłych pociech. To było porażające i wszyscy chyba to pamiętamy. Panie ciągnęły na takich niskich podnośnikach-wózkach pneumatycznych góry towarów.
Dziś ma Biedronkę pod oknem. Nie tylko, ze widzę z okna magazyn i za/rozładunki, ale jestem gościem w sklepie kilka razy dziennie, bo najbliżej, a kolejek w pewnych porach nie ma. Widzę, że panie ciągną już na takich samych co prawda podnośnikach, chociaż nowszych i „naoliwionych”, o połowę mniejsze górki. Widze też, ze mają czas wyjśc przed magazyn zapalić papierosa (nie mam nic przeciwko, sam jestem palaczem i w pracy paliłem). Jestem jednak pewien, ze za pięć lat, wózki-podnośniki będą miały „miększe” kółka, a za dziesięć, pani trzymająca dyszel, po naciśnięciu guzika będzie musiala tylko uważać w którym momencie wziąć zakręt, bo wózek będzie jechał sam. To pewne, musi tak być, więc po pierwsze te dziisjesze pracownice nie muszą się obawiać, bo nie będą dłużej pracować, a panie młodsze, wyobrażające sobie długą pracę na podstawie pracy dzisiejszej, po prostu nie mają racji.
Tylko żaden dziennikarz nie może żadnego fachowca o to zapytać, a żaden fachowiec nie wpadnie na to, żeby w tak prosty (a jednocześnie prawdziwy przecież) sposób, to wyjaśnić.
Innym pytaniem jest kuriozalne pytanie ludzi, obawiających się o pracę po pięćdziesiątce, kiedy zostaną zwolnieni. Nie zostaną. Nie tylko nie zostaną zwolnieni…
Kiedy ja byłem młody, każdy miał (mógł mieć) pracę. Kiedy ktoś nie pracował, a trochę takich było, nazywani byli „niebieskimi ptakami”, co oznaczało „darmozjad’, „szkodnik”, „lump”. Jestem pewien, że za kilkanaście, dwadzieścia lat, sześćdziesięciolatek, zdrowy, który mógłby pracować, a nie będzie, będzie „niebieskim ptakiem” – „darmozjadem”, bo mimo, że praca czeka, inni muszą będą na niego pracować. Na jego „zasiłek” z opieki („niebieskie ptaki”, kiedy byłem młody, też brały zasiłki z opieki).
Będzie pracy pomimo maszyny zamiast połowy salowych, dwóch sprzątaczek, zamiast dziesięciu, ponieważ zamiast dwóch milionów emigrantów, wpuścimy (jeśli zechcą przyjechać – jeśli Bóg da, żeby na nas pracowali) milion. Bo rzeczywistości nie zaczaruje żaden Ziobro prosząc o rodzenie dzieci, a tym bardziej bezdzietny (a raczej spółka bezdzietnych żoliborsko-toruńskich zbawicieli)… Ludzie (a najważniejsze w tym są panie), chcą żyć inaczej. Mają czas, mają chęć wykorzystać szansę, wykształcenie, wolność… I mają rację. Nie dlatego, że nie rodzą dzieci, ale dlatego, że same decydują. Czy, kiedy i ile.
Dlaczego nikt z polityków nie potrafi mówić prostym, zwięzłym językiem? Dlaczego tak proste wytłumaczenia spotyka się z takimi… idiotycznymi „naokoło” tłumaczeniami? Ludzie! Skserujcie sobie te przykłady, które podałem i jak nie potraficie sami, to je kobietom przeczytajcie! Wyjdźcie z tego pieprzonego mroku!
Kiedyś Prezydent Wałęsa rzucił słowo „robotyzacja”, ale użył je w kompletnie irracjonalnym wyjaśnieniu. Natychmiast zamieniając słowo „robotyzacja” na „postęp technologiczny”, kompletnie odwrotne wnioski NASUWAJĄ SIĘ SAME!!!
andy lighter

