Znów “kościół” ponad prawem

O Polskiem wymiarze sprawiedliwości pisałem już tyle razy, że nie potrafię nawet w przybliżeniu podać liczby swoich tekstów na ten temat. Oczywiście wszystkie teksty pokazywały nierzetelność, bądź nieprofesjonalność, głupotę, tumiwisizm, rażące błędy wołające o pomstę do nieba, hipokryzję „funkcjonariuszy”, itp. wymiaru sprawiedliwości. Tym razem też nie może być inaczej.

Rzecz dotyczy zakonnicy, znęcającej się nad niepełnosprawną dziewiętnastoletnią pensjonariuszką Domu Pomocy Społecznej pod Augustowem. Nagrane przez postronną osobę zdarzenie pokazuje, jak owa Siostra Franciszkanka Rodziny Maryja, znęca się fizycznie nad mocno niepełnosprawną intelektualnie i fizycznie pensjonariuszką.

Zrzut ekranu z TVN24. Zatarte w celu “ochrony dóbr osobistych…”

Za swój czyn (z 2009. roku), już w drugiej instancji sąd uznał co prawda winę zakonnicy, ale ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu umorzył sprawę. Jeśli bicie dziecka, bo niepełnosprawną dziewiętnastolatkę można uznać za dziecko (w dodatku oddanego pod opiekę) polski wymiar sprawiedliwości uznaje za niską szkodliwość społeczną, to co jest wyższą szkodliwością? Może wyrok za obrazę ducha świętego? Albo przypalanie papierosem w postaci „ataku” komara?

Nie jestem zagorzałym przeciwnikiem orzekania niskiej szkodliwości społecznej czynu, jednak dziesiątki razy zetknąłem się z przykładami, pokazywanymi zresztą przez media, bezpardonowego, natychmiastowego odbierania dzieci rodzicom tylko i wyłącznie na podstawie donosów nieprzychylnego sąsiada. I to bez sądu (tzn. przed rozpoczęciem jakichkolwiek procedur sądowych). Czy przypadkiem znów nie mamy do czynienia z dowodem na nierówność wobec prawa. Co by było, gdyby owa kobieta nie nosiła habitu? Gniłaby w pierdlu jak dwa racy dwa, albo w najlepszym przypadku do końca życia nie zbliżyła by się do żadnego dziecka.

Tymczasem bogobojna siostra Rodziny Maryja, dostała „okres próby” jednego roku. Kuriozalne jest uzasadnienie wyroku: otóż siostrzyczka została usprawiedliwiona, czyli nasz cudowny wymiar sprawiedliwości wziął pod uwagę okoliczności łagodzące, które…, powinny „dobić, czyli na zawsze pozbawić tę kobietę możliwości pracy z niepełnosprawnymi (i nie tylko) ludźmi. Czyli uznano, że praca z takimi ludźmi jest trudna, siostra się zdenerwowała i jest w podeszłym wieku (67 lat).

Jeśli sześćdziesięciosiedmioletniej kobiecie ze względu na takie postępowanie nie odbiera się prawa pracy z ludźmi, to komu ma się te prawa odbierać, oprócz pedofili? Przecież osoba w wieku lat 30 lub 40 może się jeszcze czegoś nauczyć. Śmiem twierdzić, że osoba w wieku lat 67, która wypracowała sobie określone metody pracy zmienić już nic nie jest w stanie. To tak jakby 67-letniego alkoholika, za skatowanie żony, usprawiedliwić umarzając sprawę, rokiem próby w celu niepicia i dozgonnej małżeńskiej miłości.

Oczywiście sąd uznał też, że to był jednorazowy incydent, wszak jedna osoba i jeden raz nagrała nieszczęśliwe zdarzenia. Siostrzyczka miała pecha: raz w życiu się zdenerwowała i  podniosła rękę na inną osobę i tak się złożyło, że akurat jakiś „filmowiec” się napatoczył (sąd pierwszej instancji w ogóle nie dopuścił dowodu w postaci nagrania. To dopiero jest profesjonalizm naszych prawników. Pewno chodziło (chociaż nie jestem pewien) o nielegalność nagrania. „Filmowiec” przecież powinien zawołać: „Uwaga siostro! W czasie bicia proszę się obrócić w prawo, bo będę nagrywał!”.

Czy dożyjemy czasów, kiedy nasz wymiar sprawiedliwości naprawdę zejdzie na ziemię? Dzisiaj wydaje się, że sędziami, prokuratorami, czasem adwokatami, że komornikach, kuratorach itp. nie wspomnę, żyją w jakimś kompletnie innym, równoległym świecie. Gdzie indziej mieszkają, co innego jedzą, przemieszczają się innymi niż my ulicami, chodnikami, oglądają inne telewizje, czytają inne gazety, odwiedzają inne sklepy, leczą ich inni lerzarze…

 

andy lighter

Dyspensa

“Jedzcie i pijcie z tego wszyscy” – mówi ksiądz w kościele.

Dziś pozwolił. Hura!!! Probosz pozwolił!!! A co na to Jezus z Nazaretu?

Nieważne – ksiądz pozwolił, a nawet biskup, Jezus niech spada – frajer.

No, to smacznego! A potem – do Kościoła – biegiem marsz!

Ile razy jeszcze razy zaskoczy nas “Kościół”? Dwie żony Gosiewskiego, uświęcone przez Rydzyka “superkatoliczki” w parlamencie, dyspensy… w rytm długich łikendów, i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej, i samolot wylądował dzięki błogosławionemu Janowi Pawłowi II.

Właśnie!!!

andy lighter

Published in: on Listopad 11, 2011 at 10:26 am  Komentarze (18)  
Tags: , , ,

Krzyżowe wariactwo

 Jeszcze o tym krzyżu, chociaż podobnie jak większość społeczeństwa, już tym rzygam.

Jakiś tam biskup ważny, już nie wiem który, bo wszyscy oni są tak do siebie podobni i niewiele się różnią, powiedział, że „Ten, kto chce usunąć krzyż z przestrzeni publicznej, ten chce wprowadzić język nienawiści do tej przestrzeni”. I coś mi tu nie gra, a nawet mnie wk***ia. Moim bowiem, skromnym zdaniem, jest dokładnie odwrotnie: „Kto zmusza mnie do oglądania krzyża w przestrzeni publicznej, wprowadza w moje myślenie język nienawiści”. Nie mam nic przeciwko krzyżowi. Na wieży kościelnej, na cmentarzu, w przydrożnych kapliczkach, albo „czarnych punktach”, w mieszkaniu.

Wiele razy leżałem w szpitalu i wiem, jakie zakłopotanie wprowadza… wizyta księdza o siódmej rano w sali chorych. Kiedyś odważyłem się na stwierdzenia, że „nie chce mi się słuchać księdza bełkotu, więc idę zapalić, skoro zostałem obudzony”. Wierzcie mi, albo nie, ale do końca pobytu w tym szpitalu (jeszcze kilkanaście dni), miałem przeje***e. U wszystkich. U pacjentów, u pielęgniarek, u niektórych lekarzy. Podczas kolejnych pobytów w szpitalach, musiałem prosić pielęgniarki o wcześniejsza pobudkę i wychodzić z sali, żeby nie ogladać tej farsy. To jest właśnie „krzyż” w przestrzeni publicznej i… zdaniem pewnego biskupa (chyba Kowalczyk mu było, ale nie wiem), wprowadzam język nienawiści. Wprowadzam język nienawiści, bo muszę wyjść z sali chorych. No bydle ze mnie. Powinienem zostać. I słuchać. Kiedyś zresztą zostałem, bo nie mogłem się dobudzić i ksiądz zaproponował mi komunię. Moje tłumaczenie o braku spowiedzi skwitował jedynie (młody chłopak) „Nie szkodzi synu (48 lat wtedy), rozgrzeszam Cię”. I w ten oto sposób zeżarłem opłatka, co zresztą uniemożliwiło mi przez pół godziny zapalenia papierosa, bo musiałem to przyklejone zdrapywać z podniebienia.

Musicie wiedzieć drodzy rodacy, że mówienie czegokolwiek i gdziekolwiek o „krzyżu” w świetle… wątpliwości, jest językiem nienawiści.

A wiem co piszę, bo poruszając temat „krzyża” już zdążyłem się narazić moim serdecznym przyjaciołom, bo poruszam „mało ważne tematy”.

No i nagrabiłem sobie. Nie idźcie tą drogą! Nie piszcie o „krzyżu”. Zostawcie. Jak wisi w urzędzie, gdzie wchodzą muzułmanie, niech wisi – to problem muzułmanów, a nie urzędu. Cicho sza!!!

andy lighter

Published in: on Październik 16, 2011 at 2:19 pm  Komentarze (24)  
Tags: , , , ,

Palikot w natarciu

Niemal wszyscy daliśmy się zwieść (aż wstyd przyznać) wieszczeniu plajty inicjatywy „Ruch Poparcia Palikota”. I jeśli nam, komentatorom – amatorom, blogerom, można to „wybaczyć”, o tyle dziwić musi stawianie krzyżyka na uczestnictwie Janusza Palikota i jego zwolenników w „wielkiej polityce”. A Janusz Palikot, konsekwentnie robił swoje. I wszystko wskazuje na to, że „się dorobi”. I politolodzy, i socjolodzy i specjaliści od PR-u i marketingu politycznego najwyższych lotów dali plamę. Panowie i panie, jesteście do… niczego.

Podczas dyskredytowania wszyscy jednak uznawaliśmy Janusza Palikota jako osobę wyjątkowo inteligentną, choć ekstrawagancką, ale bez wyczucia politycznego. I wydaje się, że ową inteligencję i polityczne wyczucie dziś nam Janusz Palikot udowadnia. Wszystko wydaje się być albo bardzo przemyślane, od początku do końca, łącznie z „wielkim dołem” w sondażach jeszcze nie tak dawno, albo ten polityk kapitalnie i szybko wyciąga wnioski ze swoich błędnych działań i ucząc się na błędach, działa coraz skuteczniej.

Jednym z głównych powodów jego początkowych niepowodzeń upatrywaliśmy w zbytnim antyklerykalizmie i oparciu swojej bytności w polityce wyłącznie na tym temacie. Dziś można śmiało powiedzieć, że Palikot wiedział co robi. Antyklerykalizm jest w Polsce dość powszechny, ale jednocześnie jest (a właściwie był) tematem tabu. Napisałem „był”, bo dzięki Palikotowi właśnie, przestaje być czasem przeszłym i coraz bardziej „jest”. To wyłącznie zasługa Palikota, bo lewica w swoim antyklerykalizmie zawsze była niewiarygodna. Antyklerykalizm Palikota ma znaczenie nie tylko polityczne, ale również finansowe, bo nieopodatkowanie Kościoła Katolickiego w Polsce „boli” wielu Polaków, np. mnie. Kościół Katolicki, oprócz prania mózgów swoim wiernym i wtrącania się do polityki, nie mają wobec tego kraju żadnych obowiązków. Są wyłącznie biorcami, opływając jednocześnie w materialne dobra doczesne. Zwrócenie na to uwagi Palikota było strzałem w dziesiątkę. Po co więc robił happeningi z biblia, kiełbasą i wódką? Po to, żeby być w mediach. A mógł być tylko dzięki szokowaniu, ekstrawagancji, bezczelności, mówieniu o tym. Powoli, stopniowo, coraz częściej, oprócz tematu „antyklerykalizm i odsunięcie duchownych od życia politycznego”, pokazywał też inne tematy, program polityczny, gospodarczy i społeczny. Cały czas, z różnym skutkiem, ale im dalej tym skuteczniej, dbał o to, aby media o nim nie zapomniały. I nie zapomniały.

Zdj. PAP/Tomasz Wojtasik

Ludziom cholernie się to podoba: przełamanie tematu tabu i uczynienie z kwestii miejsca Kościoła w Polsce ogólnonarodowej dyskusji, i „nowi ludzie”(!!!). Ludzie Janusza Palikota są kompletnie nowi. To są „nasi sąsiedzi”, zwyczajni „przechodnie” mijani przez nas na ulicach naszych miast. I podobnie jak my, często są to ludzie bardzo doświadczeni życiem, z wieloma problemami, „schodami nie do przejścia”, które jednak „przeszli”. Dyskredytowanie tych ludzi przez innych polityków jest zaprzeczeniem, głoszonej przez nich właśnie i hołubionej wizji społeczeństwa obywatelskiego. Oni marzą o tym, aby politykę zostawić im, a obywatelom zostawić co najwyżej organizacje pozarządowe. I prawie m się udało, gdyby nie… sondaże. Sondaże spowodowały zachęcenie zwolenników RP do „ujawnienia” swoich preferencji. Już nie myślą o zmarnowanym głosie, już nie muszą wybierać mniejszego zła.

Janusz Palikot i wejście jego ugrupowania do sejmu może okazać się impulsem dla innych, realnym, a nie pozornym początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Palikot może okazać się prekursorem wprowadzania tej idei w życie.

Nie mogę się nadziwić niechęci polityków Platformy Obywatelskiej do Ruchu Palikota. Straszeniu ludzi, porównaniem głosu na RP z głosem na PiS. Wypieraniu się możliwości koalicji z RP. To jest najgłupsze działanie polityków, którzy chcą wygrać wybory. Jasne jest, że Palikot odbiera głosy nie tylko SLD, ale też Platformie. Jasne jest też, ze Platforma, jeśli wygra (a nawet jeśli minimalnie przegra), będzie musiała wejść w koalicję. Bardzo prawdopodobne jest, że koalicja z PSL-em może nie wystarczyć. Dyskredytacja więc RP, obrażanie kandydatów na posłów z tej partii jest durne. Bo kiedy będą musieli „poprosić” Janusza Palikota o współpracę, będzie zwyczajnie głupio.

Politycy i media zarzucają Palikotowi plotkarstwo, opisywanie w swojej książce prywatnych rozmów i niepublicznych, „nieeleganckich” zachowań dawnych kolegów. Nie jest to rzeczywiście zbyt dobrze widziane. Ale wiadomo od zawsze, że celebry ci pisząc książki, oprócz własnych przeżyć, doświadczeń, myśli i wizji, piszą głównie o innych. Najczęściej o ludziach „ze swojego podwórka”. Politycy o innych politykach, piosenkarze o innych piosenkarzach, aktorzy o innych aktorach, itd. To jest zresztą główny powód popularności ich dzieł. Jeśli się nie mylę, Donald Tusk też wydał książkę przed którymiś tam wyborami i też tam (chyba, bo nie czytałem) opisywał kuluary życia politycznego w szerokim tego słowa znaczeniu.

Koalicja, w której mieściłby się Ruch Palikota byłaby z punktu widzenia społeczeństwa niezwykle cenna. Jego „upierdliwość” jest powszechnie znana i jest pewne, że nawet jeśli nie załatwi się szybko kwestii realnego oddzielenia Kościoła Katolickiego od państwa (bo przewiduję, ze nie załatw się szybko), to pewne jest, że temat nie zniknie, nie zostanie zapomniany, a to jest, moim zdaniem bezcenne. Tak samo jak bezcenne są inne kwestie, opodatkowanie KK, in vitro, ułatwienia dla przedsiębiorców, itd., itd. Jest też znany jako liberał, nie ma więc powodu, aby w koalicji z PO nie był.

Osobiście nie będę głosował na Ruch Palikota, bo ju ż wczesniej dokonałem wyboru. Jestem jednak winien temu politykowi szacunek. Dokonał rzeczy wielkiej, przez większość opinii publicznej uznawanej za niemożliwą. Skruszył beton!

Ps. Postanowiłem dokleić spot Palikota. Moim zdaniem najlepszy spot spośród wszystkich spotów, wszystkich partii w tej kampanii.

andy lighter

Zasłużony PiS

Często zwracałem uwagę na jeszcze częstsze słowa prezesa i jego podopiecznych, dotyczące zasług jego rządu i jego partii, oraz „planowanych” zasług i sukcesów tychże. Dziwi mnie tylko to, że prezes wciąż rozszerza listę tych zasług i planowanych, pewnych, „gdybyśmy dziś rządzili” zasług, jakby nie mógł od razu wywalić pełnej listy na stół. Oto wczoraj dowiedzieliśmy się, że dzisiejszy sukces Polski w zakresie uniknięcia losu innych krajów Europy i świata, świetny wzrost gospodarczy, w obliczu kryzysu światowego, to zasługa Zyty Gilowskiej!!!, wicepremier i minister finansów w rządzie PiS.

„Bo to pani premier, w czasie naszych rządów, dała impuls (jakiś tam)!!!”. Według prezesa procesy ekonomiczne rozpatruje się w dłuższej perspektywie. I tu się z prezesem zgadzam. Zawsze powtarzałem, że prezes rządził w warunkach komfortowych, przygotowanych mu i pozostawionych przez rządy SLD, które straciły władzę przez podjęcie się ogrzania, zamrożonej na kość przez Balcerowicza polskiej gospodarki i oddanie Kaczyńskiemu już gorącej i jeszcze podgrzewanej. Tak więc „impuls”(?) dany przez Gilowską Rostowskiemu jest impulsem SLD danym Gilowskiej… (?) Pokręcone jakieś to jest, no ale prezes swoje wie. A jak prezes wie, to wyborcy PiS wiedzieć nie muszą. Wystarczy, że wiedzą, że jak prezes mówi to wie, a jak wie, to jest tak jak mówi.

A tak na marginesie tej „informacji”, widać tu jak na dłoni manipulację mediów poprzez kompletnie zaniechanie wyprowadzania z błędu Kaczyńskiego, a co za tym idzie i wyborców. Kiedy bowiem Jarosław Kaczyński powtarza jak mantrę, że Rostowski to żaden fachowiec, bo zwiększył zadłużenie Polski o 300 mid, nikt z otaczającego go tabunu dziennikarzy nie zwróci mu wagi na powszechnie znany fakt, że Zyta Gilowska, w czasie najlepszej od ’89. koniunktury gospodarczej, w ciągu dwóch lat zwiększyła zadłużenie o 100 mld. To prawdziwy ewenement. Z łatwością można by sprowadzić na ziemię prezesa i Gilowską i to wcale nie złośliwie, a w zgodzie z faktami.

Jedną wszak zasługę PiS-owi zapisać trzeba. I to wcale PiS-owi w czasie rządów, ale w czasie funkcjonowania jako opozycja. Otóż nasz kraj stał się powszechnie rozmodlony. Nareszcie nastał okres wolności słowa i swobody modlitwy. Oto wierni (kilkanaście osób), przy skrzyżowaniu przed Galerią Mokotów, odprawiali koronkę do miłosierdzia bożego. No cóż, Konkordat daje im takie chore prawo, ale tuż przy skrzyżowaniu? Chyba nawet sam Pan Bóg by takiego numeru nie wymyślił. Ale nie ma co się dziwić, nasi wierni już dawno zdystansowali Pana Boga w inicjatywach, pomysłach i działaniach. Oczywiście nie ma mowy o użyciu jakichś tam sił porządkowych, czy policji. Przecież oni tylko się modlili…. przy tym skrzyżowaniu. I to jest niewątpliwa zasługa pozostającego w opozycji PiS.

Dziś jeden z posłów PiS powiadomił opinię publiczną, że PiS utworzy nowe ministerstwo. Ministerstwo ma się zajmować energetyką, albo bezpieczeństwem energetycznym, czy jakoś tak. To oczywiste i wynika z jasnej deklaracji partii Kaczyńskiego, naprawy, reformy finansów publicznych. Tę wiadomość dedykuję wszystkim tym, którzy (tak jak ja zresztą i prezes Kaczyński też) dostrzegają przerost administracji państwowej za rządów PO. Jak widać, za rządów PiS „będzie lepiej”.

_____

Ja bym wcale nie był taki pewien tych „obiecanych 300. mld z unijnego budżetu na kolejne lata. Sytuacja jaka jest w strefie euro każdy widzi, ratować Grecję trzeba, i inne kraje zaraz przyjdą po pomoc, a kasa Unii studnią bez dna nie jest. Może się okazać, że „dla wyższych celów”, budżet dla poszczególnych państw musi być mocno… zweryfikowany.

Tym bardziej, że Obama krzyczy o jakieś biliony. Swoją drogą ma tupet ten facet. Obywatele jego kraju rozpier***Ili światowe finanse, powodują tonięcie milionów obywateli z powodu chciwości (która sięgnęła zenitu), kilku panów, amerykanów, a ten, zamiast się kajać przed światem i ogołocić, w imię sprawiedliwości, własne rezerwy finansowe (istniejące albo nie, to nie sprawa reszty świata), na rzecz ofiar wywołanego przez nich kryzysu, ma czelność rugać Europę i pouczać, poganiać i… dyscyplinować. Dziwię się, że żaden z europejskich przywódców się nie wkurwił.

andy lighter

Ogień polityczny

„Mam nadzieję, że siły polityczne, które dzisiaj konkurują w kampanii wyborczej oszczędzą w swoich działaniach nieszczęście i dramat ludzki(…) Mam nadzieję, że wszyscy powstrzymają się przed próbą instrumentalnego potraktowania nieszczęścia człowiek” – apelował Prezydent Rzeczypospolitej Bronisław Komorowski.

Panie prezydencie, czy pan się z choinki urwał? Nie wie pan w jakim kraju żyjemy? Pierwszy wyrwał się PJN ustami Poncyliusza, stwierdzającego, że ten incydent: „(…) jest efektem »rządu obywatelskiego«, który doprowadził do tego, że mamy w Polsce »państwo-draństwo«”. Nie pozostali jednak odosobnieni, w sukurs przyszedł im euro poseł Kurski, który nie pierwszy już raz, przeszedł samego siebie i pokazał, że nie ma dla niego świętości, na której nie można by czegoś ugrać. Dlaczego Gazeta Wyborcza nie wybija na pierwszej stronie, że ten człowiek podpalił się przez »państwo Tuska«? (…) Należy zapytać Donalda Tuska, dlaczego ten człowiek porwał się na swoje życie.  I dlaczego Donald »Nicniemogę « Tusk dopiero po czterech latach nic nie robienia, próbuje jeszcze wygrać kampanijnie fakt, że ten człowiek się podpalił. Fotografuje się teraz i przyjeżdża do tego człowieka i udaje wielkie współczucie. To jest po prostu szczytem hipokryzji i myślę, że ludzie to widzą”. Pan Kurski ma sklerozę! Pan Kurski wił się jak piskorz wraz ze swoimi kolegami partyjnymi i koleżankami i oburzony odpierał ataki wszystkich dookoła, kiedy padały zarzuty o to, że Barbara Blida zginęła przez państwo Kaczyńskiego i Ziobry? I w ogóle takie insynuacje uważał za haniebne i nieprzyzwoite. Ot, znów prawo Kalego.

Gazety publikują fragmenty listu tego człowieka i tak jak się spodziewałem, część tego listu jest wołaniem o pomoc, ale nie tylko o pomoc w wykryciu domniemanej korupcji, ale o pomoc dla niego i jego rodziny. Oczywiście, co nietrudno zgadnąć obarcza winą za swój czyn premiera Tuska. Żali się też, że przegrał z urzędnikami, którzy „stworzyli system”.   Zwykle tak się dzieje przy takich czynach. Nie mam powodu, żeby nie wierzyć w wyniki kontroli, które się odbyły po powzięciu wiadomości o podejrzeniach tego człowieka, ale nawet, gdyby się okazało, że jest przekręt, nic nie usprawiedliwia samobójstwa. Chyba, że ów prawdziwy, bądź podejrzewany przekręt jest tylko „alibi” do przykrycia prawdziwych motywów pt. „Nie dam rady z kasą”.

Nie chce mi się rozpisywać dalej na temat tego incydentu, choć mam swoje zdanie. Internet huczy, ale internet to nie politycy, a sprawa jest tajemnicza i budzi ludzkie emocje. Głupie jest moim zdaniem mieszanie tego z polityką, a część internetu sugerując przekręty, właśnie wpycha ten wypadek w tryby polityki. Nie wiem czy jest sprawa jest śmierdząca, czy nie, ale raczej wątpię. Niektórzy politycy jednak, poszli z nią na wojnę.

Poza wyborczym ogniem i odgłosami trzaskających iskier, słychać odgłosy wyborczej ambony. Oto przedstawiciel ambony szykuje wezwanie do wiernych zakazujące wyboru ekskomunikowanego właśnie posła. I to nie byle jakiego posła, bo tego, który wziął na siebie i skutecznie przeprowadził uchwalenie Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Oto prałat z dekanatu w Skawinie Edward Ćmiel (biskup chyba jakiś), uzbrojony w komunikat Rady Biskupów Diecezjalnych: „(…) Oczekiwanie, że Kościół stanie się wielkim milczącym na czas kampanii wyborczej nie ma uzasadnienia w nauce społecznej Kościoła”, wysłał list do posła Jacka Krupy (PO), w którym ten przeczytał m.in.: „(…) Katolicy powinni wybierać osoby walczące o godność człowieka i życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Z przykrością muszę stwierdzić, że Pan nie spełnia tych kryteriów”. A nie spełnia ich dlatego, że głosował za utrzymaniem dotychczasowego kształtu ustawy o aborcji.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, ze z tego samego okręgu co Krupa, kandyduje też z listy PiS dyrektor jednej ze szkół katolickich, który jest… katechetą. Nie pierwszy i nie ostatni raz kościół prowadzi kampanię wyborczą, lub czynnie się w nią włącza. Niedawno mieliśmy przykład Kazimierza Marii Ujazdowskiego, który agituje z ambony, mówiąc, że nie agituje. PiS wali do sejmu „przez Koścół” aż dymi, chociaż sam papież niemiecki apelował, żeby nie mieszać się do polityki, a jednocześnie ten sam PiS, wywieszając transparenty wszkole i krzycząc antyrządowe hasła nad głowami dzieci, oskarżają szepczącego Tuska o kampanię prowadzoną w szkole.

Nie chce mi się już nawet wspominać o haniebnym obejściu reguł gry, przez duet Kaczyński – Gilowska.

Narzekały media, że mamy nudną kampanię wyborczą, że niewiele się dzieje. No to zaczęło się dziać. Szkoda tylko, że ciekawie jest tylko wtedy, kiedy jest wojennie, haniebnie, i kiedy rzygać się chce słuchając.

Tusk pojechał dziś na ścianę wschodnią. Jeszcze mu się nie odechciało. Tam to dopiero jest bieda i desperacja, szczególnie na wsiach. Ale na razie nie wieś tylko znów “kibice”. Czarno widzę.

andy lighter

Nacjonalizm w natarciu

Następuje eskalacja nacjonalistycznych ekscesów w naszym kraju. Przede wszystkim antyrosyjskich, choć nie tylko. To już nie wygląda na chuligańskie wybryki „pojedynczych głupoli”, ale na zorganizowane akcje i to akcje sterowane przez jakąś „górę”. Jestem o tym przekonany, a moje przekonanie graniczy z pewnością.

W Warszawie, złapano dwóch dziewiętnastolatków, członków Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej, podczas dewastacji pomników żołnierzy radzieckich. Dwa pomniki zostały zniszczone; zalane farbą i „ozdobione” napisami: „Czerwona zaraza”. Podjeżdżali busem i uskuteczniali dewastację. ZHR pomyliły się chyba “patriotyzm” z “reaktywacją Szarych Szeregów”.

Entuzjastycznie na akcję indoktrynowanych „faszyzujących” młodziaków (dlaczego faszyzujących – za chwilę), zareagował 33-letni PiS-owski radny Warszawy, Maciej Maciejowski, który porównał ich bohaterski czyn do próby wysadzenia pomnika Lenina przez Stefana Niesiołowskiego. Zapewnia też, ze wynajmie im adwokata o poglądach prawicowo-antykomunistycznych. Maciejowski nie widzi różnicy między niszczeniem pomnika twórcy realnego komunizmu czy jego siepacza Dzierżyńskiego, a niszczeniem pamięci poległych żołnierzy, wykonujących rozkazy, goniących niemieckich oprawców i oddających życie daleko od domu. Bo co może wiedzieć o tym człowiek, który w stanie wojennym ssał smoczek, a w ’89 ciągnął koleżanki z klasy za włosy, choć być może się mylę, może ma status pokrzywdzonego przez PRL (czy jak to się tam nazywa), bo nosił „ulotki” w tornistrze.

Porównałem tych indoktrynowanych małolatów do faszystów, bo może pan Maciejowski nie wie, albo nie chce wiedzieć, że w latach trzydziestych, w Niemczech też malowano farbą…, Gwiazdy Dawida. Jaki był ciąg dalszy tego malowania wiemy wszyscy. Pan Maciejowski o tym nie wie, bo wśród znakomitych patriotów są takie znakomitości jak senator Nowak, czy Kazimierz Świtoń, znany z krzyży na żwirowisku i „przemowy patriotycznej” u Janusza Kobylańskiego w Paragwaju, dopiero patrioty pełną gębą, tak jak Ryszard Bender. Zresztą, co tu się dziwić, skoro kandydat na senatora, Adam Słomka, przy którym obłąkany Macierewicz to pikuś, został złapany na malowaniu swastyk i sierpów z młotem na pomniku upamiętniającym poległych żołnierzy radzieckich. obie akcje dewastacji pomników (tych młodziaków i Słomki) nie były przypadkowe, nastąpiły bowiem dniu 17. września.

Panowie! Myśmy już poprzewracali pomniki, które trzeba było poprzewracać. Bo to my, a nie wy, lepiej wiedzieliśmy które nie mogą zostać! Swoją drogą ciekawe zjawisko nam się pojawiło: oto najwięksi patrioci, najwięksi krzykacze „przewracają pomniki” cudzymi rękami. Poza Słomką, o którego „chorobie” wspomniałem wyżej.

Gdyby w ’89., zamiast uzgodnić „podzielenie się władzą” z komunistami, zwyciężyła opcja Gwiazdy, „wieszania komunistów na drzewach”,  i gdyby Rosjanie temu nie chcieli lub nie potrafili zapobiec (a pewnie by nie chcieli, albo nie potrafili, albo…), dekomunizacja stałaby się faktem „od zaraz”. Nasze miasta, a więc domy i miejsca pracy powróciłyby w ręce „właścicieli”, bo to przecież sprawiedliwość dziejowa, resztę kraju oddałoby Kościołowi i Żydom (bo Niemcom to absolutnie nie). I tacy ludzie jak ja, którzy z komuna nie mieli nic wspólnego, ale którym komuna umożliwiła normalne życie (choć rzecz jasna w warunkach komuny), straciliby wszystko. Najpewniej skończylibyśmy w slumsach w rodzaju tych, które okalają miasta Ameryki („przyczepowe” osiedla lub „żyjące podziemne kanały”), czy favele Rio de Janeiro.

A Polska stałaby się nawet nie Białorusią (to byłoby niedościgłe marzenie), ale Iranem współczesnej Europy, albo nawet Afganistanem z wojującymi chrześcijańskimi talibami w rodzaju Rydzyka.

Wszak nie tylko Gwiazda, ale i spadkobiercy „właścicieli”, oraz naznaczeni przez nich prawdziwi patrioci, to odzwierciedlenie, genetyczne obciążenie, I i II RP z najgorszej możliwej strony: warcholstwa, Targowicy, wpędzania ojczyzny w przepaść, skutecznie wykorzystywane przez inne narody.

O Unii Europejskiej nikt normalny (a tym bardziej „nienormalny”), nawet by nie śnił.

Po tym co się dzieje u nas ostatnimi czasy, nawet nie pisnę słowa sprzeciwu, jeśli „Ruskie” się wkurwią i zdewastują, albo zburzą pomnik w Katyniu, że o Smoleńsku nie wspomnę. Przeciwnie, coś mi mówi, ze tak właśnie się stanie. Polscy obłąkańcy są mistrzami w prowokowaniu innych do działań odwetowych. Nawet polscy ekstremiści katoliccy (tacy z nich katolicy, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, jak ze mnie papież), nadstawianie drugiego policzka (swojego) uważają za hańbę, a co dopiero niekatolicy, albo ludzie niewierzący, czy wierzący nieekstremiści.

andy lighter

Katolickie, przyszłe elity

Haniebna profanacja pamięci nieżyjącego abp Józefa Życińskiego miała miejsce na KUL-u. Na zaproszenie Koła Naukowego Historyków gościł tam prawicowy reżyser Grzegorz Braun z pokazem swojego nowego filmu. Po pokazie „porozmawiał” sobie ze studentami.

W czasie „pogadanki” znieważył, sprofanował i odsądził od czci i wiary arcybiskupa Józefa Życińskiego, wielkiego kanclerza KUL, przez wielu, a raczej przez znakomitą większość opinii publicznej uważanego za głos rozsądku w polskim Kościele Katolickim. Wg Brauna „nieżyjący metropolita tylko »podawał się za biskupa«.  Józef Życiński jako uczestnik życia publicznego w Polsce był kłamcą i łajdakiem. Łajdactwem było przyczynianie się do szerzenia zamętu wśród bliźnich i rodaków, zamętu w sprawach kluczowych w płaszczyźnie politycznej, społecznej, w świeckim wymiarze dziejów”. Również łajdactwem wg Brauna było pisanie przez Życińskiego do antypolskich i, a jakże, antykatolickich gazet z Gazetą Wyborczą na czele rzecz jasna.

Braun nie ograniczył się tylko do Życińskiego, choć jemu poświęcił wiele miejsca. Skrytykował kondycję moralną części duchowieństwa KK i inteligencji katolickiej, skrytykował tez innych „wielkich” ludzi.

Oczywiście post fatum wszyscy umoczeni w ten haniebny występ wylewają krokodyle łzy. Ubolewają nad tym co się stało, bronią Życińskiego i krytykują Brauna. Umywając jednak przy tym, jak zwykle, ręce i unikając jakiejkolwiek odpowiedzialności, choćby moralnej. Dr Piłat, opiekun Koła Naukowego Historyków zasłania się zasadą apolityczności, która uniemożliwiła mu niezaproszenie Brauna, zauważa jednak, że apolityczność została złamana. Ks. prof. Stanisław Wilk wysyła oświadczenie wyrażające ubolewanie nad tym co się stało i nadzieje, ze sytuacja się nie powtórzy. Hierarchia kościelna, której Życiński był ważnym elementem milczy, poza administratorem diecezji lubelskiej, który zapowiada „zapytanie” do KUL-u.

Nikt z władz uczelni nie zareagował, nie przerwał haniebnej przemowy Brauna. Po wystąpieniu, reżyser Grzegorz Braun dostał owacje od słuchaczy.

Owacje zgotowała mu przyszła elita katolicka Rzeczpospolitej. KUL przecież, albo szkoła Rydzyka to wychowawcy przyszłej katolickiej inteligencji. Katolickiej, czyli w polskich realiach znaczy nietolerancyjnej, nienawistnej, mściwej i ekstremistycznej.

Najbardziej drażni mnie znieważanie ludzi za ich „teczkową” przeszłość. I jeśli mogę spierać się o takie zniewagi wygłaszane przez Kaczyńskiego, udowadniając mu, że nie był TW bo był „nikim”, o ile mogę śmiać się z opozycyjnej legendy Rokity, który w samolocie „płacze – pomóżcie”, więc co by było, gdyby ubek „chciał” go złamać, o tyle nie mam argumentu aby dyskutować z „gówniarzami w tamtym czasie” typu Braun, Hofman, Mularczyk, czy inni twardziele, którzy z racji wieku właśnie, nie mieli szans na to by otrzeć się o możliwość bycia TW. Mogę tylko apelować do takich ludzi: „Czowieku, nie wiesz co byś zrobił, jakby dwóch ubeków z pałami i innym sprzętem, zamknęło się z tobą w pokoju. Może byś się zesrał, na pewno zeszczał i na 99 procent podpisałbyś wszystko, żeby tylko pozbyć się ich towarzystwa i opuścić tamten pokój”. 1 procent, który by tego nie zrobił, na pewno nie byłby „Mularczykami”, „Hofmanami” i nie mam żadnych powodów, żeby nie wierzyć, że również nie „Braunami”.

Kościół Katolicki zachowuje się dokładnie tak samo (znowu), jak jego wróg Poncjusz Piłat: od niewygodnych sytuacji umywa ręce.

Quo Vadis Kościele Katolicki? Bycie trochę tolerancyjnym i trochę nietolerancyjnym, na dłuższą metę się nie da. Bycie trochę w obronie krzyża i trochę przeciw obronie, się nie da. Bycie trochę antysemitą a trochę nie…, się nie da. Itd., itd.

Głoszenie, nawoływanie do szlachetności, dobra i miłości i wychowywanie jednocześnie rzeszy nieprzejednanych kanalii, to dzisiejszy obraz Kościoła Katolickiego w Polsce.  

andy lighter

Published in: on Maj 14, 2011 at 4:05 pm  Komentarze (22)  
Tags: , , , ,

A mogło być inaczej

Rację mają ci, którzy twierdzą, że katastrofa smoleńska sprzed roku z początku zjednoczyła naród. Naród pogrążył się w żałobie, pogrążyli się w niej również przeciwnicy i zajadli krytycy prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jednak na tym owa racja się kończy. Nikt z komentatorów w mediach nie wskazuje poprawnie momentu podzielenia społeczeństwa. Nie wskazują poprawnie chociaż doskonale ten moment pamiętają. Ze strachu przed krytyką? Też, ale chyba raczej starają się „być poprawni” i nie drażnić lwa.

Doskonale pamiętam katastrofę. Od rana, jak to mam w zwyczaju, włączyłem telewizor i chociaż zajmowałem się czym innym, telewizor sobie grał, żeby grać, bez specjalnego powodu. Pamiętam pierwsze informacje, Olejniczaka w szoku, Kuźniara połykającego łzy i kolejne, za każdym razem nieco precyzyjniejsze informacje. W tym miejscu nie mogę zgodzić się z moim internetowym kolegą, który za niestosowne i niepoważne uważa „medialne drgawki emocjonalne” i „spazmatyczne ataki histerii” (też medialne). Szok Olejniczaka był jak najbardziej prawdziwy, zresztą Kuźniara też. Bo chociaż ci ludzie nie byli zwolennikami tego prezydenta, to na nich, tak jak np. na mnie, ta tragedia była czymś niezwykłym.

W ogóle nie potrafiłem z początku zebrać jakiejś sensownej myśli na ten temat. To było tak nierzeczywiste, absurdalne i nierealne, że aż po prostu niemożliwe. Że aż najzwyczajniej w świecie nie mogło się wydarzyć. Nie ma chyba reżysera, a raczej scenarzysty na świecie, który mógłby coś takiego wymyślić. W sposób oczywisty i jak najbardziej naturalny zapomniałem na chwilę o swojej niechęci do prezydenta i części pasażerów. Trwało to może półtora dnia, do czasu kiedy zacząłem zdawać sobie sprawę z jakości listy pasażerów. Wtedy zapalił mi się pulsujący napis: „Ci ludzie nie powinni tam być razem”. Chodziło mi głównie o listę generałów i szefów instytucji państwowych.

Kuriozalnie w mediach zaczęło być 11., 12., kwietnia i później, kiedy media rzeczywiście jak jeden mąż zaczęły idealizować, rozpływać się w zachwytach nad postacią Lecha Kaczyńskiego. To, moim zdaniem rozzuchwaliło kogoś, do rzucenia pomysłu „pochówku wawelskiego”. Gdyby media zachowywały się racjonalnie a nie irracjonalnie wynosząc niemal Lecha Kaczyńskiego pod niebiosa, nikt nie odważyłby się nawet o Wawelu pomyśleć. Zwolennicy i stronnicy PiS-u doskonale przecież zdawali sobie sprawę z żenująco niskiego poparcia społecznego jakie prezydent Kaczyński miał przed tragedią.

I właśnie od ogłoszenia decyzji kardynała Dziwisza o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu, rozpoczął się rozłam w polskim społeczeństwie. To więc Dziwisz jest głównym sprawcą rozłamu po katastrofie smoleńskiej. Oczywiście nie twierdzę, że on to wymyślił, ale on tej wawelskiej idei, w najgorszym przypadku uległ. Od decyzji wawelskiej nie tylko w społeczeństwie odezwały się głosy oburzenia i dezaprobaty, ale również w świecie naukowców i w mediach. Te ostatnie chyba wtedy zrozumiały, że przegięły z kochaniem prezydenta, ale mleko było już rozlane. Potem było już tylko gorzej, głównie na skutek propagandy zamachu przez środowiska propisowskie i prowokacje, stosowane zresztą po dziś dzień.

Sądzę, że gdyby nie decyzja Dziwisza, podział społeczeństwa, który niechybnie by nastąpił, nie byłby tak głęboki. Jarosław Kaczyński, Macierewicz z Fotygą i inni obłąkańcy, gruszek w popiele przecież by nie zasypywali, ale nie mieliby tak mocnego mandatu w postaci „pochowanego jak król, prawdziwego patrioty”. Ogromną winę za głębokość tego podziału mają też nasze władze. Rząd, prezydent, władze Warszawy i bardzo ważne instytucje państwowe, np. Sąd Najwyższy. Oczywista i prawdziwa jest bowiem zasada: „Daj mu palec, a odgryzie całą rękę”. Władze pozostające zupełnie bierne wobec ekscesów pod pałacem, instytucje jak Sąd Najwyższy, wysłuchujący obelgi i inwektywy pod swoim adresem podczas odczytywania decyzji o ważności wyborów prezydenckich, sytuacja zupełnie niebywała w cywilizowanym świecie, walnie przyczyniły się do pogłębienia przepaści, nienawiści wręcz między zwolennikami a przeciwnikami PiS-u. Zapędy hamowane w zarodku bowiem szybko gasną, a emocje się studzą.

Ostatnim czynnikiem wspomagającym kopanie rowu między ludźmi był Kościół Katolicki. Haniebne, niegodne nie tylko katolika, ale wręcz człowieka opinie i oskarżenia wygłaszane w kościołach przez księży pozostające bez jakiegokolwiek napiętnowania ze strony hierarchii, niekatolickie asekuranckie zachowania w sprawie krzyża pod pałacem były istotnym wkładem w kopanie rowu nienawiści.

I tylko społeczeństwo skacze sobie do gardeł. Wszyscy „kopacze rowu”, wskazują palcem jedni na drugich.

andy lighter

Published in: on Kwiecień 10, 2011 at 2:21 pm  Komentarze (11)  
Tags: , , , ,

(Święty) interes Dziwisza

„(…) Potrzebujemy jego świadectwa, jego zdrowia i także dobrych rezultatów” – powiedział kardynał Stanisław Dziwisz, po przekazaniu Robertowi Kubicy zaproszenia na beatyfikację Jana Pawła II w Watykanie. Oczywiście kierowca ma obiecane miejsce w pierwszym rzędzie podczas uroczystości 1.maja. To nie pierwsza decyzja Dziwisza, dotycząca polskiego kierowcy F1.

W piątek, kardynał Dziwisz za pośrednictwem dziennikarzy przekazał Kubicy relikwie 1. stopnia Jana Pawła II. jest to kropla krwi przyszłego świętego i (chyba) skrawek jego sutanny. Co to ma wspólnego z handlem? Ano ma. „Życzę mu, żeby szybko wrócił do zdrowia. I polecam go jeszcze raz opiece Jana Pawła II. I życzę mu, żeby on też miał taką wielką wiarę, że to mu pomoże i wyjdzie z tego szybko. I będzie powiększał chwałę – powiedział Dziwisz przekazując relikwiarz dziennikarzom. Kubica więc nie ma wyboru.

Ale to jego sprawa, tym bardziej, że z tego co wiadomo, sam o tę relikwię poprosił, chociaż nie jestem pewien, czy to nie ściema kiedy miałby o nią poprosić i kogo, pozostaje tajemnicą. Jednak to jego sprawa. Oczywistym jest, że Dziwisz z takich okazji korzysta i jako wytrawny handlowiec robi dobry interes. Beatyfikacja ukochanego przez wiernych na całym świecie papieża już sama w sobie jest niezwykłym medialnie wydarzeniem. Jeśli uda się jeszcze w pierwszych rzędach usadowić na uroczystości pierwszorzędne postaci światowej polityki, światowego show biznesu, a na dodatek światowego sportu, będzie to wydarzenie medialne godne miana wydarzenia stulecia. I niełatwo będzie je w przyszłości „przebić”.

Dziwisz zrobił więc znakomity interes i, co jest (przynajmniej dla mnie) zaskoczeniem, niczego nie musiał ukrywać, kręcić, mataczyć. Jeśli prawdziwą jest prośba Kubicy o relikwie, a nie ma powodów aby w to wątpić, transakcja jest czysta jak tyłek niemowlaka.

Jestem zagorzałym kibicem Roberta Kubicy, m.in.. dlatego, że interesuję się Formułą 1 od dziecka, kiedy w Polsce mało kto wiedział, ze taki sport w ogóle istnieje. Zbierałem zdjęcia, plakaty, materiały z prasy światowej, co było kosmicznie trudne. Nie jestem więc tym, który dostrzegł F1 dzięki Kubicy. Dziwi mnie jednak to, że dostał tak niezwykłą relikwię, gdy o nią poprosił. Nie znam się na tym, ale zastanawiam się czy na relikwię nie trzeba sobie zapracować. Co prawda pan Robert jest człowiekiem wierzącym, znany był jego napis na kasku („Jan Paweł II”) i wpływ tego napisu na ogromne szczęście podczas wypadku w Montrealu, ale sądziłem, że jednak trzeba czegoś więcej.

Swoją drogą…, że też nikt nie pomyślał o zgłoszeniu ocalenia Roberta Kubicy w wyniku wypadku w Montrealu cztery lata temu. Nie trzeba by było tyle czekać na przedłużające się sprawdzanie cudu uzdrowienia zakonnicy. W dodatku niepolskiej zakonnicy.

Mój stosunek do relikwii wszelakich jest jest odwrotnie proporcjonalny do stosunku tych, którzy o nie zabiegają, uważam to zjawisko wręcz za znieważanie Najwyższego, tak samo jak modlenie się do jakiegoś świętego o wstawiennictwo. Tym bardziej dziwi mnie (jeśli to prawda – podkreślam, chociaż gdyby nawet to prawą nie było, Kubica najprawdopodobniej tego nie podważy), że młody człowiek, światowy choć wierzący, „firmuje” i partycypuje w czymś tak obrzydliwym i trącącym średniowieczną pomrocznością, jak proceder „relikwierstwa”.

Published in: on Luty 13, 2011 at 6:17 pm  Komentarze (12)  
Tags: ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.