Machiny, które zabijają… nadzieję

Niedawno przyszło mi się zmierzyć z państwową machiną polskiej opieki zdrowotnej. Urzędniczą machiną, chociaż reprezentowaną przez ludzi w fartuchach, mieniących się tymi, którzy służą pacjentom. I to, że zachowują się jak bezduszne urzędasy, do nich nie dociera: „To nie my, to oni!”, chociaż nawet po stosunku do bliskich pacjenta, widać, że jednak tak lubią. To było koszmarne doświadczenie, a raczej seria doświadczeń, jednak to był początek „beznadziejnych” doświadczeń. Zostawię, póki co te lekarsko-pielęgniarsko-pogotowioratunkowe doświadczenia – są zbyt świeże, jeszcze bolą i potrzeba dużo, dużo miejsca, żeby je opowiedzieć.

Później nastąpiło opróżnianie mieszkania po zmarłym ojcu i kolejne lekcje cierpliwości wobec urzędniczej machiny. O urzędnikach „państwowych” wszyscy wiemy, natomiast tę lekcję cierpliwości i bezradności dały mi instytucje, którym (jak sądziłem) powinno zależeć na jak najszybszym załatwieniu sprawy. Choćby prywatna firma wywożąca śmieci na wysypisko. Podstawili potężny kontener, wielki jak pół domu. Kiedy rozpoczynałem wyrzucanie zawartości mieszkania, podjechał do mnie gość, pracownik owej firmy, prosząc o pośpiech, bo firma potrzebuje kontenera gdzie indziej. Z wyraźnym zadowoleniem umówiliśmy się za osiem godzin. Uwijałem się jak w ukropie, pomagali mi znajomi i koledzy. Dość powiedzieć, że „na fajrant” byłem potwornie skonany, ledwo mogłem chodzić. Nigdy, od piętnastu lat, od kiedy jestem na rencie, tak się nie umordowałem. Moje poczynania obserwowała mama, która ze względu na stan zdrowia mieszka już gdzie indziej, ale na czas pogrzebu i spotkań z bliskimi, postanowiła zostać parę dni. Cały czas płakała. Każda rzecz, każdy mebel, garnek, czy firanka, każdy przedmiot stojący na półce, wywoływał jej wspomnienia, wyrzeczenia, pożyczki, kredyty, smutki i radości, które z tymi rzeczami się wiązały.

Nikt nie odebrał zapełnionego meblami i całym dobytkiem kontenera tego dnia. Nikt nie odebrał go nazajutrz. Mama, cztery kolejne poranki i popołudnia, zbliżając się do okna w kuchni, miała przed sobą dorobek całego swojego życia, połamany i powrzucany na stertę w kontenerze. Przerzucany jeszcze przez poszukujących skarbów złomiarzy i zbieraczy.  Po czterech dniach i licznych interwencjach, ktoś łaskawie wywiózł kontener. O tym, co ona czuła przez te dni, taki bezduszny „biznesmen” zapewne nie ma najmniejszego pojęcia.

Podobną filozofię: „Mamy czas” zastosowane zostały przez gazownię i zakład energetyczny. Liczniki wisiały i wisiały, mimo próśb i wezwań (chociaż remont mieszkania trwał w najlepsze, a gaz i prąd szły na „moje” konto. Energii do dziś nie mam rozliczonej.  

Jest taki stereotyp, który pokazuje, że państwo jest od tego, żeby wycyckać obywatela, a obywatel, swoich spraw musi dochodzić latami. Bo w tym drugim przypadku „obowiązują procedury”. Zawsze na korzyść państwa, nigdy na korzyść obywatela. I tego właśnie doświadczyłem dzisiaj. Jakby ostatnich doświadczeń było dla mnie nie dość, los znów postanowił pokazać mi miejsce w szeregu.

2. kwietnia, po miesięcznym oczekiwaniu na decyzję ZUS, uprawomocniającą przedłużenie mi renty inwalidzkiej, zauważyłem pewną niezgodność w obliczeniach. Mój staż pracy, okresów składkowych i nieskładkowych nie zgadzał się o prawie pięć lat. Pomyślałem sobie, że pewnie „po drodze te lata wyparowały”, jakiś urzędnik coś przeoczył, albo źle wbił cyferkę w komputer. Z ciekawości jednak i z powodu oczywistej chęci odwołania się, sprawdziłem, że te prawie pięć lat rzeczywiście wyparowało, ale… piętnaście lat temu. Od pierwszego dnia pobierania przeze mnie renty inwalidzkiej, nie zgadzało się w rachunkach niemal pięć lat. 2. kwietnia poszedłem więc do ZUS-u i razem z panią z okienka napisaliśmy odpowiedni wniosek, prośbę o wyrównanie, wypłacenie należnych mi pieniędzy. Najpierw się spociła, poleciała do góry i wróciwszy po kilkunastu minutach stwierdziła, że jakaś urzędniczka, piętnaście lat temu pomyliła moją datę urodzenia, podczas robienia obliczeń. No a potem to już kalka, sztampa, kto by tam sobie głowę zawracał rzeczą, która dobrego urzędnika natychmiast powinna zakłuć w oczy.

Miesiąc i… nic. Półtora i… nic. Mimo innych spraw związanych z walką z wiatrakami pod nazwą „urzędnicza machina Rzeczpospolitej”, znalazłem czas na przypomnienie o sobie. Wreszcie po dwóch miesiącach (bez trzech dni) dostałem oczekiwaną odpowiedź. Zakład Ubezpieczeń Społecznych wypłaci mi nienaliczone należności za okres ostatnich trzech lat !!! To oznacza, że przez dwanaście lat moje własne państwo okradało mnie bezkarnie, a wszelkie dochodzenie roszczeń z mojej strony jest niezgodne z prawem.

Rozumiecie? Dochodzenie sprawiedliwości jest niezgodne z przepisami. Przez dwanaście lat byłem jak najbardziej legalnie okradany.

I w tym miejscu chcę skierować swój apel. Potrzebuję pomocy. W tej chwili co prawda jestem sfrustrowany, zły i odarty z nadziei, jednak zamierzam nie odpuszczać. Nie może tak być, że państwo zawsze, może może wyrzucić mnie na bruk, wbić w nędzę, lub zabrać mi, co uzna za stosowne, wskutek jakich moich błędów, nieświadomości, nieumiejętności, nieznajomości przepisów, samo chroniąc się jakimiś „trzyletnimi szlabanami”, albo innymi barierami, dla obywatela nie do przejścia. Potrzebuję podpowiedzi: co robić, gdzie uderzyć, co napisać, itp. Wielu z Was z pewnością się na tym zna. Lub ma jakieś doświadczenia.

Państwo co i rusz przemawia do nas słowami: „Wszyscy są równi wobec prawa”. Szkoda tylko, że to państwo, ma na myśli wszystkich, oprócz siebie i swoich własnych instytucji.

Zróbmy tak, żeby słowo „wszyscy”, rzeczywiście oznaczało wszystkich, a nie tylko nas – urzędniczych petentów.

Ja nigdy nie odmawiałem pomocy. A państwo…, to chytre, chciwe bydle.

andy lighter

Published in: on Maj 29, 2012 at 5:01 pm  Komentarze (13)  
Tags: , , ,

Płacić za Afganistan?

Wobec wcześniejszych ustaleń państw należących do NATO, o wyjściu z Afganistanu do końca 2014. roku, Amerykanie wymyślili nowy plan. Oto państwa NATO i ich sojusznicy (można się domyśleć, że kraje, z których żołnierze biorą udział w tej wojnie, czyli ok. 40. państw) będą płacić daninę na siły bezpieczeństwa Afganistanu po wyjściu „agresorów”.

Miały by te państwa płacić ok. półtora miliarda dolarów rocznie na utrzymanie afgańskich sił bezpieczeństwa i wojska. Na Polskę ma przypadać ok. 20 mln dolarów. Powinniśmy się cieszyć, jak wynika z wyliczeń, bo jest to kwota o 10 razy mniejsza niż wynoszą obecne koszty naszego udziału w tej wojnie – namawia nas min. Sikorski. A ja się jakoś nie cieszę.

11 lat temu Amerykanie nie pytali (przynajmniej Polski), czy mają rozpocząć tę wojnę, czy nie. Postawili państwa NATO w pewnym sensie przed faktem dokonanym, podobnie zresztą jak w przypadku wojny w Iraku, z tym, że w tamtym przypadku posłużono się oszustwem – kłamstwem po prostu. Państwa NATO „musiały” wesprzeć USA, jako sojusznicy, a nie trzeba wielkiego bystrzaka, żeby zrozumieć przystąpienie do sojuszu przeciw Talibom (a w zasadzie dołączenie do Amerykanów), krajów spoza NATO.

Można więc używając pewnego skrótu myślowego stwierdzić, że USA na siłę wciągnęło świat w tę wojnę. A teraz jeszcze żądają współfinansowania?

Amerykańskie zarozumialstwo nie ma sobie równych na świecie (Rosjanie np. do pięt im nie dorastają). Wspominałem o tym kilkakrotnie, m.in. przy okazji „obsztorcowania” Europy za nieudolne zwalczanie kryzysu, przez prezydenta Obamę. Kryzysu, którego twórcami byli Amerykanie, jakby ktoś zapomniał.

20 mln dolarów to niby niedużo w skali budżetu. To fakt. Jednak zastanawia mnie pewna prawidłowość. Jeśli człowiek ma niewiele pieniędzy, zewsząd słyszy rady: „Oszczędzaj! Zastanów się dwa razy, zanim coś kupisz! Zanim wydasz złotówkę, obejrzyj ją z każdej strony!”, itd., itp. Jednak jeśli rząd chce wydać jakieś pieniądze, albo rząda się jakich pieniędzy od rządu, zaczyna rozbrzmiewać prawdziwa hiperkakofonia, chór na tysiące gardeł rozmaitych potrzeb, zobowiązań, pomysłów, roszczeń itp.: „To tylko kilka (…naście, …dzissiąt, … set milionów! Żaden wydatek w budżecie! itp.).

A więc trzeba ciąć wydatki. Jakie…, pozostawiam bez komentarza.

Osobną sprawą jest to, że prezydent Komorowski obiecał wyjście z Afganistanu z końcem tego roku, a jeszcze inną, niemoralny według wielu Polaków, charakter udziału Polaków w tej wojnie, od samego początku.

A na wizy możemy poczekać. Nam się nigdzie nie spieszy, my przyzwyczajeni jesteśmy przecież do dymania. Litwa, Ukraina, Gruzja, Rosja, to tylko przykłady. Dlaczego USA mają być gorsze?

andy lighter

Published in: on Maj 21, 2012 at 6:07 pm  Komentarze (6)  
Tags: , , ,

Odszkodowanie za własną winę

Bezstresowe wychowanie dzieci bardzo podoba się dzisiejszym rodzicom. Moim skromnym zdaniem powód jest jeden: rodzice w ogóle nie muszą wychowywać swoich pociech. Przecież nie można krzyczeć na dziecko, bo przeżyje stres. Nie można dać dziecku klapsa, bo to znęcanie się. Nic nie można, więc…, wychowanie pozostawia się paniom przedszkolankom, nauczycielkom i nauczycielom.

Rok temu głośna stała się sprawa dziecka, które połknęło w supermarkecie żrący środek do przetykania rur. I dzisiaj rodzice domagają się od producenta „Kreta” odszkodowania. 100 tys., a może być jeszcze wyższe, jak spodziewa się pełnomocnik rodziców, dwu i pół letniego wówczas dziecka. Zarzucali bowiem, wystawianie niebezpiecznych artykułów w łatwo dostępnym miejscu. I tutaj dostrzegam wywrócenie całej sprawy do góry nogami, albo, jak kto woli, odwrócenie kota ogonem. Supermarket, kiedy sprawa ujrzała światło dzienne w mediach, stał się kozłem ofiarnym, na którym suche nitki nie zostawiała opinia publiczna i wszelkiego rodzaju dziennikarza, a nawet fachowcy. Razem z supermarketem atakowano producenta.

Wszyscy zgodnie twierdzili, że takie niebezpieczne artykuły chemiczne, substancje żrące np., powinny być wystawione w trudno dostępnych miejscach, najlepiej na najwyższych półkach. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. Takie artykuły powinny być wystawiane jak najniżej, najlepiej na posadzce, a to z bardzo prostego powodu. Jeśli jakiś roztargniony, albo z innego powodu nieuważny klient, ściągając ów żrący środek z górnej półki, spowoduje spadnięcie więcej niż by sobie życzył opakowań, może to przynieść opłakane skutki. Mogą te opakowania spadać na głowę innych klientów, a nawet dzieci. O tym, jaki to może mieć wpływ na zdrowie klientów, na ich odzież, inne produkty w koszach, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dlatego uważam, ze takie artykuły powinny być ustawiane na ziemi, w celu zminimalizowania ewentualnych, spowodowanych nieprzewidzianymi okolicznościami, zdarzeń, typu nieszczelne zamknięcie, lub przewrócenie się jakiegoś opakowania. Przewrócenie się, niczym nie skutkuje, spadnięcie z dwóch metrów… trudno przewidzieć.

Rodzice więc, chłopczyka, który nałykał się jakiegoś przetykacza rur, żądają zadośćuczynienia, bo leczenie wciąż trwa. 100. tys. złotych, albo więcej. Nikt, bo to nie wypada, nie zapyta jednak tych rodziców, gdzie oni byli, kiedy dziecko „piło” ten napój. Taki mały dzieciaczek potrzebuje trochę czasu, aby taką plastikową butelkę wyciągnąć, odkręcić zakrętkę i wreszcie się napić. Co wtedy robili rodzice? Pochłonięci byli zakupami. Akurat dziecko w tym momencie „nie istniało”, bo coś fajnego trzeba dotknąć, sprawdzić, przejrzeć, potrzymać w ręku i stoczyć walkę: „kupić, nie kupić”. Rodzice bardzo szybko „kupili” metodę bezstresowego wychowania dziecka. I okazuje się, ze wychowywać ma nie tylko przedszkole i szkoła, ale również supermarket, a nawet producent. Jako że od sklepu jednak nic nie wskórają, przyczepili się producenta.

Ponieważ rodzice poprzegrywali procesy, zarówno ze sklepem, jak i z producentem, wytoczyli proces cywilny. Nie można wykluczyć, ze jakiś klient, godzinę wcześniej, albo dwie, chciał się przekonać jak ten środek pachnie, albo wygląda. Odkręcił więc być może, obydwie (bo są dwie) zakrętki i niestarannie zamknął. Taka możliwość istnieje. I trudno za to obwiniać producenta. Sam, wielokrotnie się przekonałem (nawet wczoraj wieczorem), ile towarów w supermarkecie jest pootwieranych, uszkodzonych, czy wręcz zniszczonych przez klientów, którzy „dla niepoznaki” odkładają towar na półkę.

Jestem daleki od propagowania bicia dzieci – swoje przeżyłem i znam ten ból. Jednak nie wyobrażam sobie, aby wychowywać dziecko bez respektu dla rodziców, innych osób starszych, czy bez respektu dla pewnych zachowań. Dziecko musi odczuwać groźbę kary (nie cielesnej, ale w ogóle kary), za niesubordynację, łamanie zakazów, brak szacunku. Dziecko musi być nieustannie pod okiem rodziców, szczególnie w miejscach publicznych, takich jak sklepy właśnie, ulica, czy trotuar.

Rodzice zatrutego chłopczyka tymczasem, nie mają sobie nic do zarzucenia: przyszli na zakupy – reszta to sprawa supermarketu i producentów towarów. Niech więc supermarket, ewentualnie producent płaci.

Gdyby to ode mnie zależało, ci rodzice nie tylko nie dostaliby odszkodowania, ale nie zobaczyliby więcej swojego synka na oczy. Choć jestem zdecydowanym przeciwnikiem odbierania rodzicom dzieci, w tym akurat przypadku butę rodziców przydałoby się ukarać. Zamiast bowiem siedzieć cicho, żeby ich „ignorancja wychowawcza” nie ujrzała światła dziennego, jeszcze bezczelnie wyciągają rękę po pieniądze, za swoją własną głupotę, za swoją własną nieumiejętność posiadania dzieci.

andy lighter

Published in: on Grudzień 22, 2011 at 11:45 am  Komentarze (16)  
Tags: , , , ,

„Oburzeni” mają rację

Jeszcze niedawno miałem bardzo sceptyczny (żeby nie nazwać tego „negatywnym”) stosunek do protestujących ludzi w krajach Europy, np. w Hiszpanii. I nie ma co udawać, swój pogląd opierałem głównie na wiadomościach z Grecji. Protesty, strajki i demonstracje Greków uważałem za swojego rodzaju… wygodnictwo tych ludzi. Dzisiaj zresztą też tak uważam, ale uważam tak tylko w odniesieniu do Greków i Grecji. To, co się dzieje w ich kraju, jest wynikiem i kryzysu, i… socjalistycznej pazerności tych ludzi.

Swój punkt widzenia na temat niezadowolenia społeczeństw na całym właściwie świecie (poza Grecją), zmieniłem obserwując demonstracje na Wall Street. Jeden z demonstrujących wypowiedział słowa, które „gnębiły mnie” wcześniej, napisałem nawet o tym artykuł „Templariusz i Doktorzy No”, oczywiście będący wrażeniami kompletnego laika, niesiedzącego w najmniejszym nawet stopniu w temacie pieniędzy, finansów, itp. Jednak ludzie na Wall Street też nie siedzą w temacie. Są zwykłymi ludźmi, którzy tak jak ja, czują, że ich życiem, bytem, samopoczuciem związanym z problemami egzystencjalnymi, steruje, bawi się, gra, ktoś na górze. I bynajmniej nie jest to Bóg.

Kompletnie powaliły mnie słowa prezydenta Obamy sprzed kilkunastu dni. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych miał czelność „zwrócić się” do przywódców europejskich, pouczyć ich, napomnieć i… „pogrozić palcem”, że ci ostatni powinni podjąć bardziej zdecydowane działania, w celu zakończenia, a przynajmniej złagodzenia skutków, globalnego kryzysu. Człowiek, który jako przywódca kraju, od którego wszystko się zaczęło, pod którego „skrzydłami” oszuści i nudzący się finansowi bonzowie tego świata, zamiast kajać się przed światem i prosić o wybaczenie wszystkich ludzi, od Portugalczyków, Hiszpanów, poprzez Polaków, Estończyków, na Chińczykach kończąc, bo okazuje się, ze i Chiny nie oparły się światowemu kryzysowi, ma czelność „pouczać” i próbować dyktować jakieś tam warunki.

Jest dla mnie absolutnie jasne, że służby specjalne Stanów, z łatwością zlokalizowałyby i zneutralizowały owych graczy osami świata. Gdyby chciały, albo gdyby mogły, albo gdyby ktoś ich do tego… „przymusił”. Nadzieją na te właśnie „chciały”, „mogłyby”, albo „przymusił”, są właśnie demonstracje „Oburzonych” na całym świecie.

Gdybym miał jakiś wpływ na „dzieje świata”, zresetowałbym światowe finanse. Po prostu, zamiast ludzie spod Wall Street, kraje które straciłyby kupę kasy na zresetowaniu światowych (międzypaństwowych) długów, same stanęłyby na uszach, żeby tych ludzi, których zatracenie się w grze, zachłanności i próżności, zlokalizować i zneutralizować. Zneutralizowanie ich finansów (czyli przejęcie przez… organizację, np. ONZ czy coś w tym stylu) spowodowałoby zresztą spore „zwroty” wierzycielom w postaci państw. Ich „majątki” z całą pewnością, są bowiem, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a nawet dla „najbogatszego człowieka na świecie”, Bill’a Gatesa (jego „najbogatszość” jest śmiechem na sali i igrzyskami dla ubogich).

Oczywiście nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale kto wie? Może „Oburzeni”, dzięki swej determinacji, taki wpływ wypracują. Trzymam kciuki.   

andy lighter

Published in: on Październik 19, 2011 at 1:27 pm  Komentarze (11)  
Tags: , , , , , , , , ,

Głupota Kidawy-Błońskiej(?)

Jakiś facet podpalił się naprzeciw Kancelarii szefa rządu. Porozsyłał (czy miał zamiar, mniejsza z tym) listy do redakcji i zostawił list obok na ławce.

Chłop miał długi bo nabrał kredytów, przegrał w sądzie i widmo komornika zaglądnęło mu w oczy. No cóż, ja też mam długi, widmo komornika i nie wiem co będzie dalej, ale podpalić się nie zamierzam. Zbyt dobrze pamiętam smak „drugiej strony”, żebym miał to zrobić. Zbyt dobrze pamiętam, jak bardzo się przed nią broniłem.

Pani Małgorzata Kidawa-Błońska pochyliła się nad losem biednego człowieka. Razem z całym tam towarzystwem wyraziła troskę i obiecała pomoc człowiekowi w trudnej sytuacji. Tusk przerywa podróż i wraca do warszawy, zeby spotkać się z desperatem. Jest oczywiste, że pan desperat o swoich długach może zapomnieć, premier i pani poseł Kidawa-Błońska nie dopuszczą przecież, żeby ten pan mia jeszcze jakiekolwiek głupie myśli.

Czy pani oszalała pani poseł? Przepraszam, z tą głupotą w tytule to trochę przesadziłem, ale odpowiedzialności to pani z całą pewnością zabrakło. Przecież jak się będziecie pochylać nad kolejnymi pokrzywdzonymi przez los, to ten pan znajdzie naśladowców na masową skalę. Jutro będziecie mieli dziesięć samopodpaleń, pojutrze dwadzieścia pięć, a za tydzień będziemy liczyć w setkach, jak po świńskiej grypie w Meksyku. Przeciez to jest kapitalny pomysł: wyczaić miejsce, najlepiej ruchliwe i widoczne, np. dla ochroniarzy, pstryknąć zapalniczkę i parę sekund pocierpieć. Pomoc nadejdzie jak w banku, trochę się człowiek poparzy, ale co tam, długów nie trzeba spłacać!

Już dziś zapomnijcie o dalszych wojażach premiera tuskobusem po kraju, bo wypowiedź pani Kidawy-Błońskiej właśnie dała iskrę do uruchomienia inicjatywy ogromnej liczbie obywateli. Taki więc ta podróż, gdyby miała mieć ciąg dalszy, zamieniłaby się w bezustanne oblężenie, z jednej strony kiboli, z drugiej zdruzgotanych, potrzebujących ludzi.

Ja mam długi do cholery własne, i nie chcę spłacać cudzych. A oczywiste jest, że będę musiał, bo na spłatę kredytów desperatów trzeba będzie wziąć skąd pieniądze. Skąd? Od stoczniowców? Od nauczycieli? Oczywiście że nie, bo przecież im się należy. Nic się do tego tak dobrze nie nadaje jak zmniejszenie waloryzacji rent i emerytów. To przecież stary, pewny i sprawdzony schemat.

Jestem w szoku! Może jednak pomyśleć…

andy lighter

Ps. Ostatnie zdanie to żart.

Templariusze i Doktorzy No

Templariusze to byli tacy ludzie, którzy ze słowem bożym na ustach przejmowali „kontrolę nad światem”. Finansową kontrolę, a co za tym idzie kontrolę rzeczywistą. Dyktowali warunki polityczne, strategiczne, rozwojowe, sojusze, itp. Jednym słowem „rozdawali karty”, wytyczali i dyktowali co i jak ma się dziać.

Dziś świat się chwieje, pogrążony w chaosie zwanym „kryzysem finansowym”, a specjaliści twierdzą, zapewne nie bez racji, że to dopiero początek, pierwsze, niegroźne wstrząsy przez głównym wybuchem, o niewyobrażalnej sile zniszczenia. Pod koniec 2008. roku chyba, Amerykanie dorwali przebrzydłego starca, który rzekomo miał wywołać kryzys światowy. Współwywołać. Stary się rozpłakał, uderzył w piersi, dostał wieloletni wyrok i… 150 milionów dolarów grzywny, jeśli dobrze pamiętam. Przyczyna kryzysu została zneutralizowana, dziadzio skazany i… co z tego? I nic! Kryzysowa gra toczy się dalej.

Obowiązujący dziś fakt, że najbogatszym Amerykaninem (a nawet chyba drugim, bo ktoś go wyprzedził o parę dolarów) jest dziś Bill Gates z 40. miliardami dolców na koncie, budzi mój pusty śmiech. Gates, choćby w porównaniu do tego skazanego starca, którego dochodów nigdy nie poznamy, jest z całą pewnością jak biedny emeryt w porównaniu do Jana Kulczyka. On przez całe długie życie nic innego nie robił, oprócz robienia kasy. Nie jakichś inwestycji, samochodów czy innych lodówek, ale kasy – banknotów. Kiedy ktoś robi lodówki, albo komputery, musi myśleć o tych lodówkach i o kasie. On, tylko o kasie, więc podwójnie. A kiedy już miał tyle kasy, że gdyby nawet chciał nie mógłby jej policzyć zaczął się z paroma kolegami, takimi samymi jak on, bawić w rozmaite gry. A najfajniejszą grą jest… rozdawanie kart, dyktowanie warunków, czyli władza nad światem. Tym ciekawsza, że ukryta. Przejęli więc panowie za pomocą swoich pieniędzy, ową władzę i świetnie się przy tym bawią: „No to teraz sobie pod tego pioneczka staniemy i zmusimy go do takiego ruchu, jaki nam pasuje, żeby sobie dupka wziąć smacznie na widelczyk”. Nawet nie potrzebują podnosić dupska ze swoich legowisk przy uczcie, wysyłając do tego swoich żołnierzy w postaci firm reatingowych czy innych MFW. Dają im jakieś okruchy ze stołu i niczym Doktorom No, dają „poszaleć” spoglądając z góry zaplanowane (albo i nie, ale zawsze ciekawe) wyniki. A jak by się który zorientował o co w tych grach chodzi, zawsze można podesłać jakąś pokojówkę do pokoju hotelowego i „palanta” zneutralizować.

Oczywiście tymi „pioneczkami” były (są) potężne banki, organizacje międzynarodowe i wreszcie całe państwa. Pomijam tutaj Grecję, której władza po prostu oszukiwała swoich obywateli i dawała im „igrzyska” po to, aby utrzymać władzę.

Można by się zastanawiać: „To po co było się tak zadłużać, po co było bankom udzielać takich łatwo dostępnych, niekontrolowanych kredytów, itd.?”. Można by. Ale nic się nie dzieje bez przyczyny. Dlaczego Filip IV Piękny tak się zadłużył u Templariuszy, aby zadośćuczynić swojej próżności? Groził im? Błagał na kolanach? Nie sądzę? Jestem przekonany, że Templariusze, jak w każdej konkurencji, robili dokładnie to samo, co robi się dzisiaj w okienku telewizora: „Przyjdź do nas! Weź kredyt, damy ci rabat taki, jakiego nie da Ci nikt inny!”. Jednym słowem zachęcali do… próżności. A próżność jest jak alkoholizm – przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Ci od „pioneczków” doskonale o tym wiedzą i rozgrywają swoją grę, popijając najlepsze trunki i obmyślając dalsze strategie.

Ciekawy jestem, jaki będzie dalszy scenariusz. Czy racje będą mieli ci, którzy wieszczą, że „Żyjemy w czasie ostatecznym, bo ludzie sami spowodują… koniec”?, Czy może znajdzie się jakiś Filip Piękny, który przyjdzie po rozum do głowy i spali na stosie dzisiejszych Templariuszy. A jakiś „James Bond” po prostu zmiecie z powierzchni ziemi agencje reatingowe, MFW-fy czy inne „banki rozwoju”. Nie do wiary, ale świat kiedyś doskonale sobie bez nich radził.

Weźmie się czerwony długopis i najzwyczajniej w świecie przewróci nim plansze do gry z pionkami i biesiadne stoły zgrzybiałych, nudzących się swoim bogactwem starców, przekreślając „wyniki ich gier”, ich samych tym samym paląc na stosie”. Paru „wyklętych” przez nich (banków), jak to z Templariuszami bywa (lubią kanalie „wyklnać”), padnie, ale „nie szkoda róż, gdy płonie las”, tym bardziej, że te róże jakieś… zarażone są niebezpiecznie.  Pozostaną jedynie długi między państwami, odpowiednio zmodyfikowane.

Po Templariuszach, na długi czas nastąpił spokój. Przynajmniej finansowy w wymiarze globalnym. A i świat, mimo „nieprzyzwoitości uczynionej zakonnikom”, stał się zdrowszy, bo zakonnicy byli nieprzyzwoici.

To taka współczesna bajka jest, ale jak to z bajkami bywa, warto by się nad nią… zadumać.

andy lighter

Dramatyczne spotkanie

Dziś swoim „tuskobusem” premier najpierw zahaczył o Kutno. Podczas spotkania z mieszkańcami, dostała się przed jego oblicze starsza kobieta. To był naprawdę przejmujący widok. Kobieta mówiła zanosząc się płaczem, dlatego bardzo trudno było zrozumieć co mówi. Premier Tusk był wyraźnie zaskoczony całą sytuacją i nie bardzo wiedział jak się zachować.

Z tego co zdołałem wychwycić, zrozumiałem, że (m.in. oczywiście) miała kłopoty z uzyskaniem zasiłku z pomocy społecznej, ponieważ nie wykazywała żadnych dochodów. Później dosłała 1000 zł na cztery osoby w tym dwoje chorych dzieci. Nie wiem, czy się nie mylę, jednak jeśli dobrze zrozumiałem, to ta kobieta mówiła prawdę. Wiem to na pewno.

Kilka lat temu, moja dobra znajoma, znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Bez pracy, bez pieniędzy na czynsz. Oczywiście zwróciła się do opieki społecznej po pomoc, ale póki doczekała się odpowiedzi, pomieszkiwała u przyjaciół (m.in. u nas). Jakie było zdziwienie wszystkich, kiedy zostawszy wezwana do opieki w celu uzupełnienia informacji, usłyszała, że ma wykazać dochody. Na jej oczywiste stwierdzenie, że dochodów nie ma żadnych, usłyszała z kolei pouczenie, że nie może nie mieć żadnych dochodów!!! Bo to po prostu niemożliwe, itp. bzdury.

Wyobrażacie sobie? „Nie można nie mieć żadnych dochodów” śmiała twierdzić pracownica opieki społecznej. Łapaliśmy się za głowę, ale dla świętego spokoju, moja żona poradziła jej, żeby napisała o dochodzie 100 zł. Nic z tego, po jakimś czasie znów ją wezwano, i… pouczono, żeby nie wstawiała kitu, bo za 100 zł przeżyć się nie da, a ona żyje! Radzi nie radzi, „wymyśliliśmy” 300 zł. Też kręcili nosem, ale otrzymała „pomoc”. Co prawda po miesiącu, bo przecież musi się zebrać pod koniec miesiąca ichnia komisja i przejrzeć (zaakceptować albo odrzucić) wszystkie podania, aby w kolejnym miesiącu wypłacać zasiłki. „Pomoc” napisałem w cudzysłowie, ponieważ co prawda opłacili jej czynsz i chyba media, ale „na życie dostała chyba mniej niż 300 zł. No, ale przecież opieka nie udziela pomocy duchom, które nie mają dochodów, tylko ludziom, którzy dochody muszą mieć, bo żyją, więc tylko „uzupełniają” dochody.

Paranoja charakteryzuje nie tylko niektórych posłów, jak określił stan umysłu pewnego posła ambasador USA Ash, ale również instytucje użyteczności publicznej, w dodatku takie, które są od tego, żeby pomagać takim ludziom jak ta zdesperowana kobieta z Kutna.

Zasiłkami za to bez najmniejszych problemów cieszą się alkoholicy, którzy natychmiast po otrzymaniu zasiłku zaczynają dwu-, czasem trzydniową balangę, bo na więcej „taki żałosny” zasiłek nie wystarcza.

Panie premierze! Takich ludzi jak ta kobieta jest w Polsce tysiące.

Jestem przeciwnikiem państwa socjalnego (choć sam jestem na niskiej rencie), ale są osoby i jest ich wiele, które bez pomocy sobie nie poradzą. Faktem jest, że na pomoc społeczną wydaje się mnóstwo pieniędzy, ale ja jestem pewien, że możnaby wydawać mniej, a i tak pomagać takim właśnie ludziom jak ta kobieta z Kutna. Masa pieniędzy z opieki społecznej wyrzucana jest w błoto, a raczej wlewana do gardeł po przemienieniu się w alkohol.

Premier Tusk obiecał kobiecie z Kutna pomoc w ciągu tygodnia. A swoją drogą, ciekawy jestem, czy oglądał tę relację „paprykarz” spod Przysuchy. Gdyby tam był, Tusk powinien mu napluć w twarz i powiedzieć: „Zapytaj tej kobiety szmato, jak żyć!”

andy lighter

Ps.

Fot. Zrzut ekranu z TVN24

Bliżej boiska i Tomasz Adamek

Prezes Jarosław Kaczyński przeszedł do konkretów. W Krynicy na forum ekonomicznym prezes („Jak to żółw, do wody ciągnie” – właściwy człowiek we właściwym miejscu się pojawił), mówił o podatkach. M.in. o uproszczeniach podatków. Ale o tym pisał nie będę, bo znakomicie wczoraj zrobiła to Mila Nowacka na swoim blogu w S24, nie zostawiając na prezesie suchej nitki. Wnikliwość tego tekstu świadczy o tym, że autorka zna się na rzeczy.

Dziś, już w Warszawie prezes znów mówił o konkretach. Mówił o rzeczach oczywistych, tylko nie mówił, skąd wziąć na to pieniądze.

Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie wrócił do swoich, absolutnie najlepszych w tysiącletniej historii Polski rządach 2005-2007. Okazuje się, że „Orliki” to wcale nie Platforma, tylko PiS! PiS „wymyślił” hasło „Bliżej boiska”, a potem PO realizowała program „Orlików”, chwalony przez prezesa (z troską patrzyłem, czy nie chory, ale chyba nie). Kiedyś już pisałem o tym, że PiS właściwie wszystko wymyśliło. Przez cztery lata rządów PO nie było właściwie dobrej inicjatywy Platformy, której wcześniej nie wymyśliłby PiS. Tylko że… tylko “wymyśliło” i nic więcej.

Prezes również przedstawił „pomysł” pewnych inwestycji: „To są wydatki, ale wydatki, które tak naprawdę są inwestycją, bo zdrowie dzieci to przecież jest inwestycja w przyszłość”. Chodzi o wprowadzenie lekarzy do szkół, a w szczególności stomatologów. Do końca 2014 roku w 14. tys. szkół miałyby powstać gabinety stomatologiczne a w ok. 3-miliardowych kosztach tej inwestycji miałyby partycypować po równo: budżet państwa, wojewodowie i gminy. 

 

I zapewne wszyscy się zgodzą co do potrzeby takiej inwestycji. i co do tego, ze byłaby to inwestycja sensowna. Tyle, że sprawa jak zwykle rozbija się o pieniądze. Tym bardziej, że uruchomienie programu to jedno, a „utrzymywanie go”, to koszt w skali roku porównywalny do kosztów uruchomienia inwestycji. Skąd wziąć pieniądze, jeśli w dobie kryzysu, jedynymi „racjonalnymi” inwestycjami są inwestycje zwracane. A więc inwestycje, które po uruchomieniu generują finansowe wpływy do budżetu, czy to państwa, czy gminy, itp.

Choć więc pomysł chwytliwy, realizacja go byłaby (będzie) bardzo trudna. Każdy przecież sensowny wydatek jest inwestycją, nie tylko wydatek na stomatologa dla dzieci. Wydatki na policję to też inwestycja, w bezpieczeństwo. Na internet, w edukację, itd., itp.

Ciekawi mnie co w związku z przedstawionym pomysłem prezesa Kaczyńskiego powie Grzegorz Napieralski. To przecież SLD, ledwie kilka, kilkanaście dni temu głośno propagowali swój pomysł wprowadzenia lekarzy i pielęgniarek do szkół. Mówił o tym też Balicki podczas debaty w TVN24. Dla samych szkół co prawda nie ma najmniejszego znaczenia, czy to pomysł PiS, czy SLD, ale pamiętam, ze SLD zostało mocno skrytykowane za nierealność (z powodów finansowych) tego pomysłu w dobie kryzysu.

Prezes i na to ma lekarstwo. Po pierwsze, przekonuje, że jego uproszczenia systemu podatkowego pozwolą na takie inwestycje, a po drugie, wyraził nadzieję, że wzorem francuskich bogaczy, polscy milionerzy sami się opodatkują, w trosce o dobro Polski.

Można by uznać, że prezes się nie zna, można by go skrytykować, za nierealny pomysł, ale można by też pochwalić, że choć nie potrafi, troszczy się o społeczeństw. Według uznania. Ale to co zrobił na sam koniec, urąga wszelkim regułom dobrego… smaku.

Oto prezes Kaczyński przypomniał dziennikarzom i opinii publicznej o mającej się odbyć walce Tomasza Adamka z Witalijem Kliczko. Prezes nie omieszkał, pochwalić boksera za jego „taką ciepłą »taką« Polskość” i życzyć Adamkowi wygranej. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewne drobne szczegóły. Otóż wszyscy doskonale wiedzą, że Jarosław Kaczyński zna się na sporcie, jak nie przymierzając, kura na lataniu. Poza tym, o czy również wszyscy doskonale wiedzą, Tomasz Adamek trzyma się od polityki z daleka i odżegnuje się od wszelkich politycznych… zagrywek. Tak więc życzenia dla Adamka, podpowiedziane mu zapewne przez Hofmana (coś mu tam szeptał do ucha), albo innego spin doktora (bo Hofman to Kaczyński spin doktor jest – tak awansował), to najbardziej prymitywny i najbardziej niepasujący do „twarzy” piarowski chwyt, kompletnie poniżej pasa.

 

Ps. Jesli nie czytałeś, może zajrzyj na Konkurs DO

andy lighter

 

O Czarneckim, bogu, dolarach i innych paranojach

Kiedy dziennikarz w sejmie zapytał Czarneckiego (Ryszarda, rzecz jasna) o to, czy pierwszy dzień roku szkolnego rozpoczynający się od mszy świętych nie narusza świeckości państwa, ten, oburzony odpowiedział mu starym polskim przysłowiem: „Bez Boga ani do proga”. A swoją odpowiedź uzupełnił stwierdzeniem: „jak się komuś nie podoba, to niech w ramach protestu przeciwko wchodzeniu sfery sacrum przez sferę profanum uda się do kantoru, nabędzie dużą ilość dolarów USA i w ramach protestu przeciwko klerykalizacji życia publicznego, w tym finansowego, publicznie je spali… Przecież na owych zielonych banknotach jest odwołanie do Boga!”.

Eeech, blogerze Czarnecki. Gdybyś Ty chłopie jeszcze wiedział o czym gadasz. Odwołanie do boga znajduje się rzeczywiście na banknotach… jednodolarowych. Jeśli ktoś idzie do kantoru nabyć dużą ilość dolarów, to musi za te dolary zapłacić polskimi złotymi. Poza tym, nie sądzę, żeby ktoś chciał iść do kantoru nabyć „dużą ilość” jednodolarówek, tylko wyjść z kantoru z „duża kasą”. Czy bloger Czarnecki nie będzie palił jednodolarówek, choć jest tam przedstawiona jedna ze stron pieczęci Stanów Zjednoczonych, będąca jednak symbolem masonów? Świadczy o tym nie tylko wizerunek „oka opatrzności” nad niedokończoną piramidą, ale i napis „Nowy Porządek Wieków”, oraz rok 1776. będący rokiem założenia zakonu masonów. Owa strona pieczęci jest kopią pieczęci zakonu iluminatów, blogerze Czarnecki. Tak więc, „Do palenia, marsz, blogerze Czarnecki!”.

A nawiązując do jego wpisu na blogu, dołożę jeszcze „prawie jego słowami”: Nie wymagam, aby oszaleli osobiści przyjaciele pana Boga umierali za swoje (antymasońskie) poglądy. Ale jeśli rzeczywiście ich przekonania są tak ugruntowane niech to pokażą: kurs na kantor, a potem kanistrem po USD. Fajnie by się hajcowało! Co? Nie widzę chętnych?”.

A to przysłowie trzeba by było trochę przełożyć na dzień dzisiejszy: „Bez Boga, ani do proga… kościoła!!!”

_____

Nie jestem specjalnym entuzjastą dziennikarzy, o czym często wspominam, ale uważam, że Kamil Durczok słusznie określił dziś motywy działania Jarosława Kaczyńskiego. Otóż tworzy on coś w rodzaju alternatywnego ośrodka władzy. Uważa się bowiem za alternatywę wobec prezydenta, premiera, rządu i chce być równorzędnie z nimi traktowany, mimo niesprzyjania mu przez przygniatającą część opinii publicznej, ogromną część społeczeństwa. Prawo do przewodzenia opozycji pomieszało się prezesowi z prawem do władzy, pomimo istnienia legalnej, demokratycznej władzy. Zresztą dzielnie go wspierają, wg mnie znakomicie przez niego wmanipulowani, a przede wszystkim w jakiś sposób od niego zależni (nie mam pojęcia w jaki, może obietnicami, może „hakami”)…, i lojalni, za przeszłe profity(?), może za obietnice przyszłych(?), nie wiem, oprócz pisarchaniołów, „wolni strzelcy” (tacy oni wolni, jak ja święty). Ostatnio np. Andrzej Urbański. Jego brednie na temat Tuska albo na przykład Rostowskiego są tak żałosne, że aż trudno je komentować.

Tusk miał bezustannie obrażać Jarosława Kaczyńskiego, więc nie ma o czym z nim rozmawiać, bo Tusk mówił cztery lata. Panie Urbański, Kaczyński przez te ostatnie cztery lata mówił więcej o całe lata świetlne. I mówił o wszystkim, tylko nie o tym, o czym społeczeństwo chciałoby usłyszeć, poza katastrofą smoleńską. Mówił więc prezes wyłącznie o katastrofie i wyłącznie obrażał władze (oczywiście jakiś promil, zupełnie niezauważalny, dotyczyło finansów, np. dodatku drożyźnianego). A Rostowski „strzelił sobie w łeb”, bo w 2008 roku przewidywał, że kryzys będzie za osiem miesięcy, a był za sześć. Urbański, otrzeźwiej chłopie! Kiedy Rostowski przewidywał kryzys, posłanka Natali-Świat nawoływała Rostowskiego, aby znowelizował budżet o 38 miliardów(!!!) debetu! Rostowski pomylił się o dwa miesiące (z początku, bo szybko reagował na zmiany), inni kompletnie go nie zauważyli. I dziś dzięki nim mamy kolejną falę tsunami.

_____

Dziś „debata” prezesa. To znaczy jednoosobowy słowotok (jeszcze jeden…) w Polsacie. Polsat pozazdrościł innej stacji debaty i zaprosił prezesa na debatę. Wstyd, że dziennikarze (przede wszystkim zarządzający) nie uszanują świętego prawa demokracji do debaty i w imię konkurencji za wszelką cenę, (znamy, znamy – „cel uświęca środki”) niemalże o tej samej porze prezes będzie u nich otwierał polakom wizję kraju mlekiem, miodem… i wiadomymi pomnikami płynącego.  

andy lighter

Premier, „złota trąba” i pomoc dla poszkodowanych

Premier Tusk odwiedził dziś „zagłębie paprykowe”, poszkodowane kilka tygodni temu przez nawałnice. Miał pecha, bo trafił na wyjątkowo gadatliwego paprykowca. Facet najzwyczajniej w świecie chce szmal i sprawił Tuskowi nie lada kłopot, choć ten próbował się bronić. Ów paprykowiec w dwóch kwestiach miał rację. Po pierwsze, zwrócił uwagę na szybkość pomocy. Racja. Nawet wysokość schodzi na dalszy plan, jeśli pomoc nadchodzi „natychmiast”, to wydaje mi się podstawą, sensem udzielania pomocy. A jak z tym jest, wiemy wszyscy, choćby pomni pomocy, ciągnącej się w nieskończoność, zeszłorocznym powodzianom. Drugą kwestią, nie wiem czy świadomie czy nie, w której miał rację, to „złota trąba”.

Otóż ten gość opowiedział premierowi (gadał prawie jak Kempa u Olejnik) o znajomym, który z kolei opowiadał mu o „poszkodowanych” przez trąbę powietrzną i o nazwaniu ich poszkodowania „złotą trąbą”.

Wiem, że ma rację i chwilę chciałbym się nad tym zatrzymać. Widziałem poszkodowanych przez powódź w ’97. Oczywiście nie chodzi mi tu o pomoc systemową, czyli odbudowę domów, gospodarstw i ich wyposażenie. To jest oczywiste, choć wielu, często słusznie, taką pomoc kwestionuje, ale o tym za chwilkę. Otóż „bili” mnie (tu cudzysłów, bo to ból wielu ludzi parzących z „sąsiedniej, suchej ulicy”) pomoc „z urzędu” dla poszkodowanych w wysokości (ostatnio) 6 tys. zł. Oto zalało ludziom podwórko, piwnicę a nawet wdarło się na parter ich „chałupy”. Oczywiste jest, ze pomoc systemowa będzie im potrzebna. Dlaczego? Dlatego, że nie stać ich na remont kotła gazowego, wymianę podłogi, a nawet pomalowanie ścian. Wszyscy to chyba rozumiemy. Jednak spokojnie, przed ewakuacją (jeśli taka była konieczna), mogli zabrać dokumenty, portfele, karty kredytowe (jeśli mają) i inne ważne osobiste historie. Tymczasem nazajutrz otrzymują 6 tys. zł. Nic z tym nie zrobią, bo pomoc systemowa przyjdzie później i pozwoli im „odbudować” straty. Urzędnicy twierdzą, ze to pieniądze „na przeżycie”. Na jedzenie, ubrania… Panie premierze! Proszę mi dać 6 tys. „na przeżycie”! Chociaż raz!

Jak wspomniałem, „złota trąba”, a w moim języku „złota powódź”, spowodowała duże zmiany. Widziałem na własne oczy. Ludzie, których „systemowo” nie stać było na nic, mieli po powodzi, która odrobinę ich dotknęła i po czasie za środki systemowe mogli wszystko odbudować, panoramiczne telewizory, automatyczne pralki, „ekskluzywne” (czyt.: drogie) kurtki i buty z Pumy. A ich sąsiedzi z pobliskie „suchej” ulicy, pozostali na takim samym statucie, na jakim byli „oni wszyscy” przed powodzią. Czyli ze starą pralką wirnikową, telewizorem „prawie” kolorowym 20’ i butami z targowiska za 20 zł.

Takich „złotych…” jest więcej. Jestem ostatnim człowiekiem, który zazdrościłby tym ludziom tej pomocy.  Tyle tylko, że w obliczu nie stracenia źródła utrzymania (czyt.: pracy, a najczęściej zasiłku okresowego z pomocy społecznej) z powodu kataklizmu, taka „hojna” pomoc wydaje mi się po pierwsze bez sensu, po drugie wbrew zasadzie sprawiedliwości i po trzecie…, nieuprawnionym wydawaniem państwowych pieniędzy.

A co do tego rozmówcy premiera: „Zamiast 40. tuneli, załóż sobie 39, a za „40.” wykup ubezpieczenie”. Że pomoc nie jest natychmiastowa? Zgoda. Ale jesteś przedsiębiorcą, ubezpieczyciel też, i co ma do tego premier? Gadaj z przedsiębiorstwem ubezpieczeniowym i tam kieruj swoje (absolutnie słuszne) żale. Facet się wyżalił, tyle, że większość „żali” powinien skierować do siebie i do prywatnych firm. Tusk, to mimo wszystko nie Kaczyński i „wszystkiego nie obieca”.

andy lighter

Published in: on Sierpień 13, 2011 at 12:11 pm  Komentarze (9)  
Tags: , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.