Uczciwe postawienie sprawy

Media wieszczą wielki konflikt w Platformie i mielą ten temat na okrągło, jak zwykle napuszczając wszystkich na wszystkich. Oczywiście między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną. Konflikt zapewne jakiś jest, a może bardziej próba sił za sprawą Schetyny, mnie jednak podobało się uczciwe postawienie sprawy przez premiera.

Idzie trudny czas dla Polski (i dla Europy, a nawet świata, o czym świadczą „problemy” chińskiej potęgi) i jak najbardziej rozsądne jest odsunięcie Schetyny z bardzo silnej pozycji, jaką miał i miałby, będąc marszałkiem sejmu. Schetyna kreujący się, być może słusznie, choć ja go liderem nie widzę, na lidera PO, może dysponować projektami ustaw. Jedne odłożyć do zamrażarki, inne przekładać z tygodnia na tydzień, pokazując członkom swojej partii swoją niezależność, siłę i… „nie boję się nikogo”.  Musi to robić i to mnie nie dziwi, w końcu trzeba będzie o władzę w Platformie zawalczyć. Ale nie dziwi mnie też wobec trudnych wyzwań potrzeba dobrej współpracy na linii rząd – marszałek sejmu. Schetyna w oczywisty sposób (i nie jest to zarzut), jako rywal, mógłby chcieć, czy chociażby móc, rzucać kłody, albo mniejsze kłodki, pod nogi premierowi. A nie jest na to czas.

Również dziwi mnie wrzawa wokół powołania nowego rządu. A że premier nie dotrzymał słowa, a że mówił o potrzebie rekonstrukcji rządu, a że słabi ministrowie, itp. Premier mówił rzeczywiście o potrzebie rekonstrukcji rządu i o tym, że ze starej ekipy pozostanie jedynie kilku. Jednak ja nie słyszałem (być może źle słuchałem – to możliwe, bo ostatnio mam problemy z byciem na bieżąco), żeby mówił, że powoła nowy rząd tydzień, albo trzy tygodnie po wyborach, czyli „na gwałt”. Konstytucyjne terminy sprawiają, że nowy rząd mógłby zostać powołany do 6. grudnia, czy jakoś tak. A więc cztery tygodnie przed zakończeniem prezydencji Polski w UE. Ciekawy jestem co by się stało, gdyby prezydent poszedł Tuskowi na rękę i zaprzysiągł na ten czas, np. czterech tygodni, „stary” rząd? W UE pracuje cała masa zespołów branżowych i powoływanie nowego ministra np. na dwa ostatnie posiedzenia jakichś tam zespołów jest idiotyzmem. Nowy minister może się tam czuć jak pingwin na Saharze. Nic by się nie stało. To oczywiste. No…, ale, co media powiedzą (manipulujące „treścią” obietnicy) i opozycja, no i wyborcy co powiedzą…!

_____

O tym, że Kaczyński jest kłamcą, wiadomo od dawna. I wiadomo o tym, że jest chory. Już dawno pisałem gdzieś (chyba na którymś z serwisów dziennikarskich) o pasującej do niego jak ulał paranoi politycznej. Oto znów nie dotrzymał słowa, że po kolejnych przegranych wyborach ustąpi z funkcji prezesa i powierzy kierowanie partiom komuś młodszemu. Tym razem jednak ma ku temu niedotrzymaniu ważny powód: musi zbawić Prawdziwych Polaków. Bo okazało się, że prawdziwi Polacy, nie chcą słyszeć o odejściu Jarosława Kaczyńskiego i widząc w nim pomazańca bożego skandują „Jarosław! Zbaw nas!”. Ma więc zadanie do spełnienia, misję niczym sam Jezus Chrystus. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten człowiek paranoją polityczną jest obarczony, ale nie mam tez wątpliwości, na szczęście, że w przeciwieństwie do społeczeństw, które uległy głoszonym hasłom, innych dotkniętych tą przypadłością przywódców, nasze społeczeństwo w większości, jego obciążenia psychicznego jest świadome. I oprócz uprzykrzania życia nieprawdziwym Polakom i opozycji nic więcej nie jest w stanie w tym kraju osiągnąć. Szkoda tylko tych jego wyznawców, szczególnie młodszych. Jak oni kiedyś spojrzą w oczy swoim wnukom, przyznając się, żewielbili Zbawiciela Jarosława?

andy lighter

Palikot w natarciu

Niemal wszyscy daliśmy się zwieść (aż wstyd przyznać) wieszczeniu plajty inicjatywy „Ruch Poparcia Palikota”. I jeśli nam, komentatorom – amatorom, blogerom, można to „wybaczyć”, o tyle dziwić musi stawianie krzyżyka na uczestnictwie Janusza Palikota i jego zwolenników w „wielkiej polityce”. A Janusz Palikot, konsekwentnie robił swoje. I wszystko wskazuje na to, że „się dorobi”. I politolodzy, i socjolodzy i specjaliści od PR-u i marketingu politycznego najwyższych lotów dali plamę. Panowie i panie, jesteście do… niczego.

Podczas dyskredytowania wszyscy jednak uznawaliśmy Janusza Palikota jako osobę wyjątkowo inteligentną, choć ekstrawagancką, ale bez wyczucia politycznego. I wydaje się, że ową inteligencję i polityczne wyczucie dziś nam Janusz Palikot udowadnia. Wszystko wydaje się być albo bardzo przemyślane, od początku do końca, łącznie z „wielkim dołem” w sondażach jeszcze nie tak dawno, albo ten polityk kapitalnie i szybko wyciąga wnioski ze swoich błędnych działań i ucząc się na błędach, działa coraz skuteczniej.

Jednym z głównych powodów jego początkowych niepowodzeń upatrywaliśmy w zbytnim antyklerykalizmie i oparciu swojej bytności w polityce wyłącznie na tym temacie. Dziś można śmiało powiedzieć, że Palikot wiedział co robi. Antyklerykalizm jest w Polsce dość powszechny, ale jednocześnie jest (a właściwie był) tematem tabu. Napisałem „był”, bo dzięki Palikotowi właśnie, przestaje być czasem przeszłym i coraz bardziej „jest”. To wyłącznie zasługa Palikota, bo lewica w swoim antyklerykalizmie zawsze była niewiarygodna. Antyklerykalizm Palikota ma znaczenie nie tylko polityczne, ale również finansowe, bo nieopodatkowanie Kościoła Katolickiego w Polsce „boli” wielu Polaków, np. mnie. Kościół Katolicki, oprócz prania mózgów swoim wiernym i wtrącania się do polityki, nie mają wobec tego kraju żadnych obowiązków. Są wyłącznie biorcami, opływając jednocześnie w materialne dobra doczesne. Zwrócenie na to uwagi Palikota było strzałem w dziesiątkę. Po co więc robił happeningi z biblia, kiełbasą i wódką? Po to, żeby być w mediach. A mógł być tylko dzięki szokowaniu, ekstrawagancji, bezczelności, mówieniu o tym. Powoli, stopniowo, coraz częściej, oprócz tematu „antyklerykalizm i odsunięcie duchownych od życia politycznego”, pokazywał też inne tematy, program polityczny, gospodarczy i społeczny. Cały czas, z różnym skutkiem, ale im dalej tym skuteczniej, dbał o to, aby media o nim nie zapomniały. I nie zapomniały.

Zdj. PAP/Tomasz Wojtasik

Ludziom cholernie się to podoba: przełamanie tematu tabu i uczynienie z kwestii miejsca Kościoła w Polsce ogólnonarodowej dyskusji, i „nowi ludzie”(!!!). Ludzie Janusza Palikota są kompletnie nowi. To są „nasi sąsiedzi”, zwyczajni „przechodnie” mijani przez nas na ulicach naszych miast. I podobnie jak my, często są to ludzie bardzo doświadczeni życiem, z wieloma problemami, „schodami nie do przejścia”, które jednak „przeszli”. Dyskredytowanie tych ludzi przez innych polityków jest zaprzeczeniem, głoszonej przez nich właśnie i hołubionej wizji społeczeństwa obywatelskiego. Oni marzą o tym, aby politykę zostawić im, a obywatelom zostawić co najwyżej organizacje pozarządowe. I prawie m się udało, gdyby nie… sondaże. Sondaże spowodowały zachęcenie zwolenników RP do „ujawnienia” swoich preferencji. Już nie myślą o zmarnowanym głosie, już nie muszą wybierać mniejszego zła.

Janusz Palikot i wejście jego ugrupowania do sejmu może okazać się impulsem dla innych, realnym, a nie pozornym początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Palikot może okazać się prekursorem wprowadzania tej idei w życie.

Nie mogę się nadziwić niechęci polityków Platformy Obywatelskiej do Ruchu Palikota. Straszeniu ludzi, porównaniem głosu na RP z głosem na PiS. Wypieraniu się możliwości koalicji z RP. To jest najgłupsze działanie polityków, którzy chcą wygrać wybory. Jasne jest, że Palikot odbiera głosy nie tylko SLD, ale też Platformie. Jasne jest też, ze Platforma, jeśli wygra (a nawet jeśli minimalnie przegra), będzie musiała wejść w koalicję. Bardzo prawdopodobne jest, że koalicja z PSL-em może nie wystarczyć. Dyskredytacja więc RP, obrażanie kandydatów na posłów z tej partii jest durne. Bo kiedy będą musieli „poprosić” Janusza Palikota o współpracę, będzie zwyczajnie głupio.

Politycy i media zarzucają Palikotowi plotkarstwo, opisywanie w swojej książce prywatnych rozmów i niepublicznych, „nieeleganckich” zachowań dawnych kolegów. Nie jest to rzeczywiście zbyt dobrze widziane. Ale wiadomo od zawsze, że celebry ci pisząc książki, oprócz własnych przeżyć, doświadczeń, myśli i wizji, piszą głównie o innych. Najczęściej o ludziach „ze swojego podwórka”. Politycy o innych politykach, piosenkarze o innych piosenkarzach, aktorzy o innych aktorach, itd. To jest zresztą główny powód popularności ich dzieł. Jeśli się nie mylę, Donald Tusk też wydał książkę przed którymiś tam wyborami i też tam (chyba, bo nie czytałem) opisywał kuluary życia politycznego w szerokim tego słowa znaczeniu.

Koalicja, w której mieściłby się Ruch Palikota byłaby z punktu widzenia społeczeństwa niezwykle cenna. Jego „upierdliwość” jest powszechnie znana i jest pewne, że nawet jeśli nie załatwi się szybko kwestii realnego oddzielenia Kościoła Katolickiego od państwa (bo przewiduję, ze nie załatw się szybko), to pewne jest, że temat nie zniknie, nie zostanie zapomniany, a to jest, moim zdaniem bezcenne. Tak samo jak bezcenne są inne kwestie, opodatkowanie KK, in vitro, ułatwienia dla przedsiębiorców, itd., itd. Jest też znany jako liberał, nie ma więc powodu, aby w koalicji z PO nie był.

Osobiście nie będę głosował na Ruch Palikota, bo ju ż wczesniej dokonałem wyboru. Jestem jednak winien temu politykowi szacunek. Dokonał rzeczy wielkiej, przez większość opinii publicznej uznawanej za niemożliwą. Skruszył beton!

Ps. Postanowiłem dokleić spot Palikota. Moim zdaniem najlepszy spot spośród wszystkich spotów, wszystkich partii w tej kampanii.

andy lighter

Tuskobus, kibole, „jak żyć” i Kukiz

Podróży tuskobusa po kraju niemal codziennie towarzyszą nasi kibice, sami siebie nazywający kibolami. Zwraca to uwagę mediów i opinii publicznej, co mnie, muszę przyznać, zdumiewa i złości. Oto niewielka liczba, nazwijmy ją „grupą społeczną”, skupia na sobie sporą cześć uwagi, która powinna być skupiona na zupełnie innych problemach.

Kibiców w Polsce jest dziesiątki, może setki tysięcy, ale ci, którzy witają tuskobus, czyli „szalikowcy” jest zapewne kilka tysięcy. Wśród nich z kolei jest niewielka ilość „kiboli”. Zdumiewa mnie fakt, że owi szalikowcy sami siebie nazywają kibolami, jednocześnie zarzucając premierowi, że wrzuca wszystkich do jednego wora. Skoro szalikowcy sami siebie nazywają „kibole”, to nikt nie ma powodu, aby ich, jako kiboli nie traktować. Jeszcze by się panowie obrazili.

Mają żal, jak już wspomniałem, że traktuje się ich wszystkich, jak niewielką część zadymiarzy. Nie mogę pojąć jak wielka grupa kibiców, nie może sobie poradzić z niewielką grupą zadymiarzy. Powinni i mogliby z łatwością „nakryć ich czapkami”, bo to w ich interesie jest. Chyba że są właśnie kibolami, tyle, że bez kominiarek. Jakoś dziwnie takie mam podejrzenia. Tym bardziej, że poza jednym wyjątkiem (we Wrześni chyba), wyłącznie wyją, nie chcąc i nie potrafiąc rozmawiać, kiedy premier chce do nich podejść.

Ot, tacy z nich „Paprykarze”: jak są wśród swoich, to krzyczą, grożą, wyzywają, a na neutralnym gruncie, bez wsparcia, łagodnieją jak baranki, niczym „Paprykarz” w studio telewizyjnym TVN24, zupełnie „zmieniając zeznania”. Wracając „na swoje boisko” (ugoszczenie Kaczyńskiego), powracają do wojennej retoryki. Zdumiewająca sytuacja miała miejsce na podwórku „Paprykarza” Kowalczyka. Oto prezes Kaczyński, określając premiera: Donald „Nicniemogę” Tusk, przeciwstawiony został jakiemuś nietamtejszemu wójtowi „Wszystkomogę” jakiemuś tam. I sam sobie strzelił wg mnie w kolano. No bo skoro jakiś wójt może załatwić bez premiera Tuska kilkaset kilogramów folii, to dlaczego nie potrafi tego załatwić tamtejszy wójt? Jednemu wójtowi premier nie jest do tego potrzebny, więc dlaczego premier ma wykonywać robotę drugiego? Chciałoby się powiedzieć: „Paprykarzu, zmień sobie wójta”, ale to nie jest takie proste. Okazuje się bowiem, że z tego Paprykarza to niezły numer jest. Dziennikarze poszperali i podpytali mieszkańców o Kowalczyka, a z ich opowieści wyłania się niezbyt pozytywny obraz pana Kowalczyka. Uchodzi za pieniacza, człowieka konfliktowego, kiedy był przewodniczącym Rady Gminy, postępował według własnego uznania, nie licząc się z regulaminami, statutami, itp. Jednym słowem, pasuje do PiS-u jak mało kto. Wpisuje się w tę jego charakterystykę pytanie „Jak żyć panie premierze” fakt, że osiąga dochody rzędu 100 tys. rocznie. Nie są to kokosy, ale nijak nie uprawniają do zadania takiego pytania, gdyż nie należy do większości w tym kraju, która o takich dochodach nawet nie śni.

Problem ludzkiej niewiedzy, a przede wszystkim nieporadności, ukochanej przez nasz naród cechy, nabytej w PRL-u, powraca wraz z każdym przystankiem tuskobusa. Oto dzisiaj, w jednej wsi, wystąpił człowiek, któremu nie podobało się brak dobrego dostępu do jeziora. Skarżył się, że wójt nic nie robi, sołtys nic nie robi i apelował o interwencję premiera. Ludzie nie rozumieją, że to nie premier wybiera im wójtów, czy sołtysów, że nie może tak po prostu iść do sołtysa i powiedzieć: „Gościu, ty mi nie pasujesz! Wymieniam Cię na kogoś innego”, bo to właśnie powinien zrobić ten człowiek, jeśli przekona do tego sąsiadów. A z tym może być problem, bo tuż po malkontencie wystąpił jego sąsiad, który lokalną władzę sobie chwalił. I bądź tu mądry człowieku. Chociaż to zdarzenie miało miejsce w Zachodniopomorskim, celują w tym zwłaszcza obywatele terenów zdominowanych przez zwolenników PiS. A przyczyna jest bardzo prosta: prezes Kaczyński zwyczajnie ich w tej niewiedzy, możliwości interwencji „na górze” utwierdza. To jest szkodliwe działanie, bez względu na to kto w danym momencie dzierży władzę, ale krótkowzroczność prezesa jest ponad to.

Nie tylko prezesowi Kaczyńskiemu nie podoba się władza premiera Tuska. Również pan Paweł Kukiz nie zostawia na premierze i rządach PO suchej nitki. I jeśli z wieloma „zarzutami” Kukiza można się zgodzić, niektóre wydają się kompletnie urojone, albo świadczące o podobieństwie Kukiza do tego gościa, co to ma trudny dostęp do jeziora. Wokalista i najbardziej popularny nosiciel „glanów” w Polsce (sam się tym wielokrotnie chwalił), zarzuca Platformie, że ta nie dotrzymuje słowa. Fakt, nie dotrzymuje, głównie dlatego, że jest globalny kryzys, choć (i tu zgoda) nie tylko. Jednak pan Kukiz wyciągnął argument, który do niedotrzymywania słowa pasuje jak pieść do nosa: „Miałem przesłanki, by zaufać PO, bo właśnie ona przed 2007 rokiem zbierała podpisy pod petycją w sprawie wprowadzenia jednomandatowych okręgów. No i okazuje się, że to wszystko spełzło na niczym. Listy z 700 tys. podpisów zostały zniszczone i… cicho sza” – skarży się piosenkarz. Piosenkarz zdaje się zapomniał, a może nie wie, więc spieszę z wyjaśnieniem: żeby zmienić ordynację wyborczą, potrzeba zebrać w sejmie wystarczającą większość. Doskonale wszyscy wiemy, a pan Kukiz, jak mniemam, interesuje się polityką, więc też powinien wiedzieć, że posłowie natychmiast po wyborach zakochują się w ławach poselskich na zabój i nic, żaden rozsądek i żadne tłumaczenie im, że to jest błąd, nie jest w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Miłość jak wiadomo, ślepa jest. I żaden „zakochany” poseł, dobrowolnie tej ławy nie opuści, ani nie zrobi nic, co mogłoby go z nią rozłączyć. I to jest wina Platformy w mniemaniu pana Kukiza.

Nie będę już się rozwodził nad porównaniem PO do PZPR bo to jest porównanie haniebne. No, ale cóż, kiedy normalni Polacy zmagali się z PRl-em pan Kukiz sobie muzykował, co nie przeszkodziło mu zresztą później, być narratorem, frontmanem w programie telewizyjnym pokazującym ciemne karty PRL-u. Od tamtego zresztą czas pan Kukiz jawi się jako ekspert od polityki. Jak większości (mnie też), nie podoba mu się dług publiczny. Proponuję panu przeprowadzkę do bogatych Włoch. Tam dług sięga 2. bilionów €, można się więc „dowiedzieć jasności” co to jest dług. Muszę przyznać, że wkurza mnie takie „po prostu” niezadowolenie, bo nie. Nasza władza ma sporo za uszami, bez dwóch zań, ale do cholery, gdzie indziej to są dopiero problemy, przy których nasze problemy to pikuś.  

Kukiz deklaruje, że odda nieważny głos, a tak w ogóle zastanawia się, czy wziąć udział w wyborach. Ja przyznam, że do wczoraj też miałem zamiar oddać nieważny głos, o czym wielokrotnie pisałem. Dziś, po lekturze „relacji” z wywiadu z Pawłem Kukizem, obserwacji zadym wokół podróży Tuska, oraz niepokojących wieści sondażowych jestem zdecydowany. Jestem przekonany, że PiS wygra te wybory, ale ja będę miał czyste sumienie.

andy lighter

Transfery PO nie tylko „na górze”

Wszyscy obserwatorzy sceny politycznej na różne sposoby komentują ostatnie transfery głównych partii politycznych. W zasadzie transfery Platformy i PSL-u. Szepta się też, choć to szepty ostatnio coraz głośniejsze, o transferach PJN. Sama wice szefowa Elżbieta Jakubiak mówi o zapotrzebowaniu na kandydatów z powodu ubycia części członków. Ale wszyscy emocjonujemy się transferami „na górze”, transferami powszechnie znanych twarzy i znanych nazwisk. Tymczasem „na dole” też sporo się dzieje, Platforma szuka „nowych”, ale za to sprawdzonych ludzi, zapewniających jej dobry wynik wyborczy. Opiszę tu przypadek z prowincji, który niekoniecznie może czytelników interesować, ale moim zdaniem jest ważny, bo może oznaczać zmiany w obrazie przyszłego/przyszłych raczej parlamentów. Jakościowe zmiany.

Tak też się dzieje np. w Kędzierzynie-Koźlu, drugiej co do wielkości aglomeracji na Opolszczyźnie. Jest to wbrew pozorom ważny punkt na mapie regionu, ponieważ miasto jest prężnym ośrodkiem przemysłowym, przede wszystkim jeśli idzie o przemysł chemiczny, a poza tym, po wyrzuceniu z PO Roberta Węgrzyna, posła właśnie z tego miasta, została pustka. Nie martwił się tym co prawda szef opolskiej PO Leszek Korzeniowski, który ułożył już listy Opolszczyzny, ale widać, „wyżej” Korzeniowskim (na całe szczęście) nie bardzo się przejmują.

Na celowniku Platformy znalazła się była wiceprezydent miasta Brygida Kolęda-Łabuś. Przez dwie kadencje, w latach 2002 – 2010, była ona prawą ręką SLD-owskiego prezydenta miasta i była postrzegana jako matka chrzestna inwestycji w mieście. Sporo inwestycji, w ciągu jej urzędowania udało się zrealizować, miasto dobrze się rozwijało, chociaż rządząca Radą Miasta np. w ostatniej kadencji Platforma robiła wszystko, aby paraliżować, niweczyć działania urzędników. Zachowywała się kompletnie irracjonalnie, byliśmy np. ewenementem w skali kraju jeśli chodzi o budownictwo komunalne. W Kędzierzynie-Koźlu, w latach 2006 – 2010 budownictwo komunalne zamarło, z powodu… sprzeciwu Rady Miejskiej. Argument PO był tylko jeden: „Nie będą ułatwiać rządzenia Prezydentowi z SLD!!!”. Nie uszło to uwadze i… krytyce samych członków Platformy „na górze”: posłów i europosłów, ale dopiero w trakcie kampanii wyborczej ‘2010. Wcześniej „nikomu na górze” to nie przeszkadzało.

O wartości pani wiceprezydent może świadczyć fakt, że nowy prezydent miasta, niezależny i otaczający się ludźmi z różnych środowisk (doradza mu w sprawach gospodarczych ważny działacz PiS), poprosił urzędniczką o kontynuowanie pracy na dotychczasowym stanowisku, czyli jako wiceprezydent. Bo nikt w tym mieście jej zasług i kompetencji nie kwestionuje, kwestionować zwyczajnie nie może.

Sama zainteresowana przyznaje, że otrzymała propozycję z Platformy i że przyjmie ją pod dwoma warunkami. Po pierwsze, chce pozostać bezpartyjna, co mnie nie dziwi, bo nigdy nie jawiła się (przynajmniej ja nic o tym nie wiem) jako ideowo czerwona, czarna czy inna niebieska. Drugi warunek, który szczególnie przypadł mi do gustu to odpowiednie do rangi miasta w regionie, miejsce na liście. Oczywistym jest dla mnie, że chodzi o co najmniej dwójkę. Najbardziej jednak śmieszy mnie i cieszy, że Leszek Korzeniowski, poseł o którym nigdy bym nie słyszał, gdyby nie „sprawa Węgrzyna” (taki cichy głosowacz, któremu wystarcza kacykowanie w regionie i cichy stołek na Wiejskiej – szczerze nie lubię takich „działaczy”) i szef PO w regionie o niczym nie wie: „Pani Kolenda-Łabuś do Sejmu? W ogóle nie rozważałem takiego wariantu. Być może zaproponujemy jej kandydowanie do Senatu, ale tylko jeśli Trybunał Konstytucyjny nie uchyli większościowej ordynacji wyborczej”. Pan Korzeniowski robi dobrą minę do złej gry, bo na pewno nie jest mu w smak, że z kandydatką rozmawia ktoś (to pewne) z władz krajowych. Nie przewiduję dla tego działacza „wiecznego” stołka na czele regionu.

Również SLD złożyła propozycję pani wiceprezydent, co dodatkowo świadczy o jej wartości. Warto tu zaznaczyć, że nigdy nie była posłem.

Tyle wiem, skoro tak jest „u nas” sądzę, że w innych mniejszych ośrodkach, podobne targi o ludzi też mają miejsce. Wypada mieć nadzieję, że będą to ludzie (kandydaci?) równie wartościowi jak opisana przeze mnie urzędniczka samorządowa. Tacy ludzie, nie ideowcy ale kompetentni  praktycy, byliby w parlamencie bezcenni.  

andy lighter

Published in: on Czerwiec 21, 2011 at 2:49 pm  Komentarze (17)  
Tags: , , ,

Wyścig szczurów

Kiedy premier Tusk, kilka miesięcy temu, na temat zbliżających się wyborów do parlamentu oświadczał: „Platforma Obywatelska nie ma z kim przegrać, ale można przegrać z samym sobą”, mało kto przypuszczał, że słowa te mogą okazać się prorocze. A mogą się takimi okazać, co wynika z ostatnich wydarzeń jakie mają miejsce wewnątrz Platformy.

Światło dzienne ujrzały platfotmerskie listy wyborcze. I zaczął się istny kocioł. Oto pierwszoplanowi, albo bardzo popularni parlamentarzyści, nierzadko doświadczeni, dostali miejsca nieco, albo bardziej nieco, niżej niż się spodziewali i niż wynikałoby to ze zdrowego rozsądku. Okazuje się, że w Platformie Obywatelskiej walka o miejsce na liście wyborczej to nic innego, jak zwykły wyścig szczurów. Tyle, że szczury „ścigają się” do śmietnika, a działacze do „poselskiego koryta”.

Nie można bowiem dyskredytacje na listach posłanki Muchy w Lubelskiem, posła Gowina w Małopolsce, posła Mężydło w Kujawsko-Pomorskiem, albo pominięcie w ogóle posła Węgrzyna na Opolszczyźnie, nazwać inaczej niż klasyczne już, choć o ironio pisowskie: „Teraz kurwa my!”. Ta partia miłości, jest bowiem wypełniona po brzegi ludźmi, którzy gotowi są „poderznąć gardło bratu”, byleby tylko być ważniejszym, wyższym i bardziej błyszczeć niż tenże „brat”.

Łatwo dojść do takiego wniosku, jeśli np. zobaczyć co się stało z Robertem Węgrzynem. Od dość dawna nie pałają do siebie miłością Węgrzyn i Korzeniowski, poseł i jednocześnie szef Platformy na Opolszczyźnie. Kiedyś Węgrzyn próbował zawalczyć o przywództwo z dotychczasowym liderem, działaczem z Praszki, posłem Leszkiem Korzeniowskim. Bezskutecznie, ale animozje pozostały a poseł Korzeniowski pamiętliwy jest. I chyba strachliwy, po postanowił Węgrzyna nie tylko ustawić w szeregu, ale zneutralizować.  Okazja nadarzyła się po wygłoszeniu przez posła z Kędzierzyna-Koźla autorskiej anegdotki o lesbijkach i gejach. Durny był ten „żart”, ze aż głowa boli, ale…

Posłowie na okrągło, każdego dnia, prześcigają się w wygłaszaniu tak idiotycznych, tak głupich i prymitywnych „złotych myśli”, że żart Węgrzyna to przy nich prawdziwa mądrość jest. Posłanka Rokita jak się odezwie, to nie wiadomo jest, czy to jeszcze Sejm, czy już wariatkowo jest. Albo poseł Brudziński, że o Hofmanie czy Błaszczaku nie wspomnę. Pamiętamy też wypowiedź posła Andrzeja Halickiego z PO, o premierze otoczonym lizusami (swoją drogą, wychodzi na to, ze mówił prawdę, chociaż musiał się z tych słów wycofać), marszałka Niesiołowskiego ze swym ciętym językiem, itd., itp. Przykładów jest cała masa. Ale najlepszym przykładem jest popis posła Leszka Korzeniowskiego, który tak oto „wyrzucał” Węgrzyna z PO w TVN24:Trzeba być, kurwa, totalnym kretynem. I jeszcze się z tego głupek śmiał” . Co by nie powiedzieć o Węgrzynie, nigdy nie dyskredytował publicznie żadnego swojego partyjnego kolegi. Tymczasem atak Korzeniowskiego był ściśle personalny i wręcz haniebnie prymitywny. Ale rozumiem to, bo wyraźnie Kozeniowskiemu ulżyło. Potem była już formalność: lincz na d posłem Węgrzynem przez towarzystwo wzajemnej adoracji Korzeniowskiego, pod nazwą „Regionalny Sąd Partyjny”.

poseł Robert Węgrzyn

Za swoje słowa Korzeniowski też miał stanąć przez tym samym sądem, ale ponieważ nigdzie nie mogę znaleźć, jak się sprawa potoczyła, myślę, że włos mu z głowy nie spadł. Sądzę, że lokalni kacykowie PO, tacy jak Korzeniowski, „będą szli po trupach, byle utrzymać się przy władzy”. Ale jednak tak się stało, muszą forsować „swoich” ludzi, czy to na listach wyborczych, czy to we własnym partyjnym otoczeniu. Popularność ludzi od nich niezależnych, a nie daj boże ich prywatnych wrogów jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem i dlatego robią to, co robią.

Swoją miałkością, brakiem dokonań (np. w Sejmie, patrz: poseł Korzeniowski), wreszcie zazdrością o „ważność”, nie są w stanie pokonać konkurentów, uciekają się więc do „sposobów”: manipulacjami na listach, wyrzucaniem lub zawieszaniem ich w członkostwie za byle co, czy zakładaniem „spółdzielni” a’la tzw. „Spółdzielnia Grabarczyka”. Bo o tym, że takie towarzystwa wzajemnej adoracji istnieją i że istnieją prawdziwe, zajadłe „walki psów” w partii, przekonywać nikogo nie trzeba. Samo to mówią. Np. poseł Biernat o czterdziestu kilku działaczach w Łódzkiem, którzy odeszli do PJN-u powiedział: „To są nieważni działacze Platformy. Jeśli mówi to dziennikarz, wyborca czy przeciwnik polityczny, to rozumiem, ale jeśli mówi to poseł tej partii i to z okręgu łódzkiego, to ja winszuję Platformie i premierowi dobrego samopoczucia.

Właściwie można by te zmiany na listach odczytywać jako dobry znak: „nowe twarze, nareszcie zastąpią starych wyjadaczy”. Ale nic z tego, te lokalne „nowe” jedynki i dwójki, to starzy lokalni wyjadacze z nierzadko większym doświadczeniem politycznym niż dzisiejsi, dyskryminowani posłowie, albo ich lojalni „wysłannicy”, którymi dowolnie mogą kierować.

Jeśli dalej będą się działy w Platformie takie rzeczy, słowa Tuska o przegranej z samym sobą, mogą się spełnić. Bo póki co, nasi politycy, ci z Platformy politycy, robią wszystko, żeby albo do siebie zrazić wyborców, albo zohydzić ludziom wybory. Czarno to widzę i… jakoś zupełnie mi nie żal.

andy lighter

Udany połów

Idą wybory. Rząd i Platforma ma problemy, a i politycy szukają swojego miejsca, zwiększającego ich szansę w jesiennych wyborach. Premier Tusk przeszedł samego siebie, upolowawszy Bartosza Arłukowicza. Uważam, że to świetny ruch premiera. Zresztą, Arłukowicza też.

Żeby było jasne, nie podobają mi się jakieś tam roszady personalne, przechodzenie z partii do partii, punktatorstwo i „załatwianie stołków”. Jednak w obliczu takiej właśnie rzeczywistości, z którą póki co mamy do czynienia, czy nam się to podoba, czy nie, posunięcie obu panów uważam za najlepsze z możliwych. Premier Tusk zaproponował Arłukowiczowi stanowisko pełnomocnika d.s. kontaktu z ludźmi wykluczonymi. I choć nie wierzę, w cudotwórcze działania Arłukowicza, na wszystko przecież brakuje pieniędzy, a zgodnie z dotychczasową, sprawdzoną praktyką najłatwiej i najskuteczniej oszczędza się na wykluczonych właśnie, pozostaje mi wierzyć, że pełnomocnik coś jednak poruszy.

Nie podobała mi się postawa Arłukowicza podczas prac komisji hazardowej. Promował siebie i głównie temu służyła jego praca w tej komisji. Jednak trzeba oddać sprawiedliwość i przyznać, ze promował się skutecznie. Dość dobrze go przy tej okazji poznaliśmy. Nie można mu odmówić wrażliwości, nie można mu odmówić inteligencji, nie można mu odmówić determinacji w pokazywaniu troski o ludzi. Szczególnie tych biedniejszych właśnie i dzieci np.

Nie bez wpływu na decyzję posła ze Szczecina okazują się niesamowite, kompletnie niezrozumiałe ruchy personalne i działania sejmowe liderów SLD, z którymi poseł był związany. Napieralski zachowuje się co najmniej dziwnie. Marginalizuje najbardziej wartościowych polityków swojej partii, swojego klubu parlamentarnego, bojąc się chyba ich zbyt dużej popularności, zbyt dużego wpływu na oblicze partii.  A co za tym idzie, boi się, że przy nich okaże się zbyt miałki, zbyt mało wyrazisty. Stąd komp0letna marginalizacja Wojciecha Olejniczaka, trzymanie języka na wodzy przez Ryszarda Kalisza, itd. Powoduje więc Napieralski, podziały we własnym ugrupowaniu, jakieś obozy i tarcia. Nie zdziwiłoby mnie odejście Kalisza, który co prawda deklaruje swoją dozgonną lewicowość, ale… idą wybory. „Pod Napieralskim”, może mu więc być, a nawet powinno, za duszno. Podobnie z Olejniczakiem, ale i innymi, starszymi wyjadaczami.

Śmieszy mnie wiara posła (Boże chroń Polskę) Hofmana, że ten ruch spowoduje takie zwycięstwo PiS-u, które zapewni zwycięstwo i samodzielne rządzenie. Uważam, że będzie odwrotnie.

Przy całej obrzydliwości politycznych gierek, ruch Tuska i Arłukowicza uważam za znakomity. To jest, jak wszyscy wiemy, gra. A gra polega nie tylko na mistrzowskiej formie, ale też na chytrości i przebiegłości grających.

To, co ostatecznie spowodowanie zwrot Bartosza Arłukowicza w stronę PO, to „Zmuszanie go do głosowania tak, jak PiS”. Widzimy bowiem od dłuższego czasu, że Napieralski zachowuje się dokładnie tak samo jak prezes Kaczyński: nakazuje głosować przeciw rządowi, bez względu na to o co chodzi. Czyli: „nie, bo nie!”

Poseł nie wykluczył wstąpienie do klubu Platformy. Oczywiste więc będzie miejsce na platformerskiej liście w jesiennych wyborach.

andy lighter

Published in: on Maj 10, 2011 at 11:54 am  Komentarze (38)  
Tags: , , , , ,

Platforma się kończy(?)

Mam na myśli jej rządy rzecz jasna. Bo koniec jej rządów zaczyna być nie tylko mrzonką pisowskich marzycieli, ale i całkiem możliwym scenariuszem przyszłych wydarzeń. Według ostatnich badań Instytutu Homo Homini, PO i PIS dzieli już niecałe 4 %.  I nic nie wskazuje na to, żeby ten trend spadku notowań PO miał się w najbliższym czasie zmienić. i chociaż sondaże róznych ośrodków badawczych różnią się od siebie, to spadek poparcia dla PO jest niezmienny.

PO zresztą nie robi nic, aby swoje notowania poprawić. Wręcz przeciwnie, wydaje się pogrążać coraz bardziej na własne życzenie. No, może nie tylko na własne, bo media bardzo sumiennie i solidarnie kreują i pielęgnują zaszczepioną społeczeństwu nieufność wobec tego rządu, ale Platforma nie robi nic, aby temu w jakiś sposób przeciwdziałać. Zupełnie jakby wierzyła, ze media mogą robić co chcą, a społeczeństwo i tak jej powierzy władzę ze strachu przed PiS-em. Nic bardziej mylnego. Wiara w to, ze społeczeństwo ma dobrą pamięć jest kompletną bzdurą. Jest dokładnie odwrotnie, o czym przekonywaliśmy się przed każdymi (licząc którekolwiek, co dwa) wyborami. Czyli, ludzie pamiętają tylko jedne wybory. W następnych wybierają już spokojnie, partie, które w wyborach przedostatnich przeklinali.

A że Platforma nic sobie nie robi ze spadku notowań, widać gołym okiem. Gdyby się przejmowała, rozgrywki na górze byłyby nie do pomyślenia. I nie dlatego, że Tusk tak chce, ale dlatego, że to przejaw głupoty w takim, a nie innym okresie przed wyborami. I w takim a nie innym okresie zmasowanych ataków samozwańczej opozycji pozaparlamentarnej. „Opozycji”, która ma niezwykłe wsparcie wszystkich, możliwych mediów. Platforma zupełnie zaniechała punktowania tendencyjności, manipulacji, niedomówień i przekłamań, w które ów „Balcerowicz team” ocieka, w sposób widoczny ocieka.

Co z tego, że „zegar Balcerowicza” wyświetla wirtualne, nierzetelne cyferki, co z tego, że „góry” w OFE-ach robią na gromadzeniu składek płatników kokosy właściwie za nic, co z tego, że podobnie jak cały świat, musimy zapłacić frycowe za kryzys, którego nie spowodowaliśmy? Jakiś tam minister, a nawet drugi wspomnieli o tym cztery słowa na jakiejś konferencji prasowej, ba, nawet jeden czy drugi wyartykułował to w pół zdaniu w „rozmowie” z Moniką Olejnik, albo innym Rymanowskim. Swoje więc zrobili. Zrobili? Oni sobie rzeczywiście robią, ale jaja z wyborców.

Platforma zdaje się zupełnie nie przejmować tym, że media jej w pokonaniu PiS-u nie pomogą. A także tym, że dla mediów, im gorzej w Polsce tym lepiej, bo ruch w interesie to dla mediów najwyższa wartość.

W takiej sytuacji, każdy tonący desperat brzytwy się chwyta. Ale nie w Platformie. Tu jest wręcz odwrotnie, partia zafundowała sobie konflikt na górze. Być może to jeszcze nie wojna, ale na pewno wzajemna demonstracja sił. Trudno mi w to było uwierzyć, kiedy media z uporem maniaka wieściła konflikt po wypowiedzi Schetyny na temat opóźnionej reakcji premiera na raport MAK-u, jednak teraz widać to, słychać i czuć. Zupełnie tego nie rozumiem, tym bardziej, że Tusk zapowiedział zejście ze stołka szefa swojej partii. Podczas gdy inne partie, np. PiS cz SLD stoją murem za swoimi (sejmowymi przynajmniej) działaczami, nawet jeśli ci wykazują się kompletną indolencją, głupotą i niewiedzą (a może zwłaszcza wtedy), Platforma krytykuje swoich działaczy za najmniejsze, zupełnie nieznaczące potknięcia. Przykład posła Węgrzyna jest tu jak najbardziej na miejscu. Jego żart, choć głupi to mimo wszystko tylko żart, został skrytykowany przez wszystkich możliwych (zaczepionych o to) posłów Platformy. Nie może więc dziwić spadek zaufania do PO, skoro partia demonstruje brak zaufania do swoich ludzi, których wyborcy obdarzyli zaufaniem. Wniosek o wyrzucenie z Platformy Węgrzyna za ten żart zakrawa wręcz na… (i tu mi zabrakło słowa). To mnie zresztą nie dziwi. Widząc personalne tarcia na szczycie PO, działacze na dołach specjalnie się nie przejmują i swoje wzajemne animozje (np. Korzeniowski kontra Węgrzyn na Opolszczyźnie) przesyłają do rozstrzygania na górze. Jest okazja, przecież na pękniętej górze szybciej można coś ugrać dla siebie. Takie destrukcyjne działania, Platformie z całą pewnością zwolenników nie przysporzy.

Być może Platforma liczy na końcowy raport Millera. To się przeliczy, bo już wiadomo, ze raport tylko zaostrzy spór, a nie załagodzi. Jeśli raport Millera będzie zbyt „gładki”, śmiem twierdzić, że nie będzie prawdziwy. Jednak jeśli będzie ostry, np. dla kancelarii byłego prezydenta, zwolenników Kaczyńskiego może przybyć.

Wszystkie więc znaki na niebie i ziemi pokazują, że jeśli Platforma dalej będzie brnąć w destrukcję, nie zahamuje spadku notowań. I w sumie nie za bardzo miałbym się czym przejmować, nawet jeśli władzę odzyskałoby PiS, w myśl zasady „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy…”, gdyby nie demonstrowana jak nigdy dotąd po 80. roku, pisowska „żądza krwi”.  

_____________

To jest “nowe otwarcie” blogu Wyjście z mroku

Published in: on Luty 12, 2011 at 4:54 pm  Komentarze (11)  
Tags: , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.