Tymoszenko, Euro i bojkot

Prezes Jarosław „Wszystkomogę” Kaczyńki nawołuje polskie władze do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie. Dziwne to trochę zważywszy na jego euforię towarzyszącą przyznaniu organizacji tej imprezy Polsce i Ukrainie właśnie.

Jestem daleki od tego, aby brać w obronę Wiktora Juszczenkę i obecną władzę Ukrainy, a także całe to skazanie Julii Tymoszenko. Jednak potępianie w czambuł prezydenta tego kraju i przypisywanie mu zemsty politycznej, jest moim zdaniem ogromnym nadużyciem. Wychodzi bowiem na to, że jak ktoś wejdzie już w politykę i nie daj boże straci władzę na korzyść kogoś, kto nie pasuje światowym elitom, staje się w oczach świata nietykalny. Bez względu na to co robił wcześniej, albo podczas sprawowania władzy, byłe nie było to niezgodne „ze słuszną linią” tych elit.

Wiadomo powszechnie, ze Julia Tymoszenko robiła rozmaite geszefty zanim doszła do władzy i w czasie pełnienia władzy. Najlepszym dowodem na to są potężne nieporozumienia z „jej” prezydentem, Wiktorem Janukowyczem. Nie była grzeczną dziewczynką, która wzięła się z ulicy i na fali pomarańczowej rewolucji zaistniała, niczym nawiedzona Joanna na Krakowskim Przedmieściu broniąc krzyża, po czym lud wyniósł ją do władzy. Wiadomo, że robiła pieniądze. Nikt nie wie jak, nikt nie wie skąd, wiadomo tylko, że robiła.

Ale przecież została premierem. Więc… wara, gruba krecha i… nietykalność? A co na to ci, którzy atakują Stokłosę, senatora? Albo innego Oleksego za to, że jakieś geszefty były, albo inne niejasności w przeszłości? Może powinni się określić: albo tych, co siedzą (siedzieli) w polityce nie ruszamy, bo ktoś nas tam zbojkotować może, albo jak coś mamy, to bierzemy na tapetę i osądzamy.

Kurcze, przepraszam za głupią sugestię, oni przecież dawno są określeni: nie ruszamy…, naszych, albo „nie ich”, a „ich” osądzamy.

Sprawa z Tymoszenko jest bliźniaczo podobna do sprawy Chodorkowskiego w Rosji. Oto świat od samego początku wydał wyrok. Chopdorkowski, najbogatszy (czterdziesto paroletni zaledwie) człowiek w Rosji jest znakomitym biznesmenem, człowiekiem bez skazy, sumiennie płacącym podatki i pracującym na rzecz demokracji tego ogromnego, opanowanego przez komunistycznych agentów kraju. I jak to słyszę, to myślę, że albo sobie ktoś robi jaja, albo ma w nosie jakieś tam poczucie sprawiedliwości i kieruje się tylko i wyłącznie polityką aktualnie obowiązującą w danym kraju. Te najuczciwszy i najszlachetniejszy najbogatszy Rosjanin chciał po prostu uczciwie skrytykować prezydenta za „utrudnianie robienia jeszcze większych i jeszcze łatwiejszych pieniędzy”. I to właśnie świadczy o jego hiperuczciwości.

Najbardziej w preferowaniu Euro 2012 zdumiewają mnie Niemcy. Niemcy, którzy wiedzą oczywiście, że Tymoszenko jest świętą męczennicą. Ci sami Niemcy, którzy wywalili na zbity pysk swojego prezydenta za wypowiedzenie jednego, niefortunnego zdania (zmuszenie kogoś do ustąpienia też traktuję jako wywalenie na zbyty pysk). Ci samo Niemcy, którzy traktując swoich polityków jak pionki na szachownicy, mają czelność dyktować innym rządom uniewinniające wyroki sądów.

Oczywiście nie mam bladego pojęcia, czy Tymoszenko zasłużyła, czy nie na więzienie i kolonię karną. Ale właśnie dlatego, nie odważył bym się mówić innym „co i jak mają u siebie posprzątać”. Mając u siebie burdel, nie śmiałbym się robić porządków u kogoś.

Proponowałbym politykom, naszym i nie tylko, żeby zajęli się emocjami piłkarskimi w czasie Euro, a nie polityką, a sądzenie zostawić sądom. Prezesowi PiS-u też bym to doradzał. Nie tak dawno głupio się czuł, kiedy musiał odszczekiwać poparcie swojego ugrupowania dla superkibola Starucha. Gdyby się okazało, że Tymoszenko święta jednak nie jest, znów byłoby mu głupio.

andy lighter

„Oburzeni” mają rację

Jeszcze niedawno miałem bardzo sceptyczny (żeby nie nazwać tego „negatywnym”) stosunek do protestujących ludzi w krajach Europy, np. w Hiszpanii. I nie ma co udawać, swój pogląd opierałem głównie na wiadomościach z Grecji. Protesty, strajki i demonstracje Greków uważałem za swojego rodzaju… wygodnictwo tych ludzi. Dzisiaj zresztą też tak uważam, ale uważam tak tylko w odniesieniu do Greków i Grecji. To, co się dzieje w ich kraju, jest wynikiem i kryzysu, i… socjalistycznej pazerności tych ludzi.

Swój punkt widzenia na temat niezadowolenia społeczeństw na całym właściwie świecie (poza Grecją), zmieniłem obserwując demonstracje na Wall Street. Jeden z demonstrujących wypowiedział słowa, które „gnębiły mnie” wcześniej, napisałem nawet o tym artykuł „Templariusz i Doktorzy No”, oczywiście będący wrażeniami kompletnego laika, niesiedzącego w najmniejszym nawet stopniu w temacie pieniędzy, finansów, itp. Jednak ludzie na Wall Street też nie siedzą w temacie. Są zwykłymi ludźmi, którzy tak jak ja, czują, że ich życiem, bytem, samopoczuciem związanym z problemami egzystencjalnymi, steruje, bawi się, gra, ktoś na górze. I bynajmniej nie jest to Bóg.

Kompletnie powaliły mnie słowa prezydenta Obamy sprzed kilkunastu dni. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych miał czelność „zwrócić się” do przywódców europejskich, pouczyć ich, napomnieć i… „pogrozić palcem”, że ci ostatni powinni podjąć bardziej zdecydowane działania, w celu zakończenia, a przynajmniej złagodzenia skutków, globalnego kryzysu. Człowiek, który jako przywódca kraju, od którego wszystko się zaczęło, pod którego „skrzydłami” oszuści i nudzący się finansowi bonzowie tego świata, zamiast kajać się przed światem i prosić o wybaczenie wszystkich ludzi, od Portugalczyków, Hiszpanów, poprzez Polaków, Estończyków, na Chińczykach kończąc, bo okazuje się, ze i Chiny nie oparły się światowemu kryzysowi, ma czelność „pouczać” i próbować dyktować jakieś tam warunki.

Jest dla mnie absolutnie jasne, że służby specjalne Stanów, z łatwością zlokalizowałyby i zneutralizowały owych graczy osami świata. Gdyby chciały, albo gdyby mogły, albo gdyby ktoś ich do tego… „przymusił”. Nadzieją na te właśnie „chciały”, „mogłyby”, albo „przymusił”, są właśnie demonstracje „Oburzonych” na całym świecie.

Gdybym miał jakiś wpływ na „dzieje świata”, zresetowałbym światowe finanse. Po prostu, zamiast ludzie spod Wall Street, kraje które straciłyby kupę kasy na zresetowaniu światowych (międzypaństwowych) długów, same stanęłyby na uszach, żeby tych ludzi, których zatracenie się w grze, zachłanności i próżności, zlokalizować i zneutralizować. Zneutralizowanie ich finansów (czyli przejęcie przez… organizację, np. ONZ czy coś w tym stylu) spowodowałoby zresztą spore „zwroty” wierzycielom w postaci państw. Ich „majątki” z całą pewnością, są bowiem, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a nawet dla „najbogatszego człowieka na świecie”, Bill’a Gatesa (jego „najbogatszość” jest śmiechem na sali i igrzyskami dla ubogich).

Oczywiście nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale kto wie? Może „Oburzeni”, dzięki swej determinacji, taki wpływ wypracują. Trzymam kciuki.   

andy lighter

Published in: on Październik 19, 2011 at 1:27 pm  Komentarze (11)  
Tags: , , , , , , , , ,

Przyszła polityczna Polska, czyli “Smutno mi Boże”

Bez względu na to, która z największych partii wygra te wybory, możemy niemal z pewnością wskazać nowe tabliczki z nazwiskami, przykręconymi do poselskich ław. I po tych, pewnych przecież nazwiskach, możemy z łatwością przewidzieć główne kierunki polityki PiS, czy to jako partii rządzącej, czy opozycyjnej.

Oto pewna jest obecność w przyszłych ławach poselskich Mariusza Kamińskiego (trochę starszego), byłego szefa CBA, zdeklarowanego wroga, nie konkurenta, nie przeciwnika, ale wroga właśnie, Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego, Radka Sikorskiego i innych członków obecnego rządu. Będzie też posłem Bogdan Święczkowski, były szef ABW, prokurator w stanie spoczynku, który mydli oczy wyborcom, zapewniając o swojej przyszłej, poselskiej niezależności. Już teraz walczy z Tuskiem, wysyłając do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnieniu przestępstwa, w sprawie inwigilacji przez służby specjalne niektórych kandydatów na posłów. Będzie agent Tomek, który pewnie przygotowuje się do „służbowego” uwodzenia posłanek Platformy. Będzie wreszcie Anna Fotyga, poraniona tym, co obecnie wyrabia się w polityce zagranicznej i w ogóle w polityce i brzydząca się wręcz premierem Tuskiem i Radkiem Sikorskim.

Będą różni inni dziwni ludzie, którzy musza się dostać do sejmu z powodu wysokich miejsc na listach, lub ostatnich, które są nie mniej warte niż „jedynki”.

W połączeniu z dotychczasowymi pewniakami, zasiadającymi już w sejmie, jak choćby oderwany od realiów Jarosław Kaczyński, obłąkany Antoni Macierewicz, czy genialnie inteligentna Nelly Rokita, o poziom kultury politycznej, merytoryczność sejmowych debat, a w razie wygranej PiS-u, polowaniu na czarownice, represjach wobec dziś rządzących, kompromitacji na arenie międzynarodowej i utopieniu Rzeczpospolitej w gospodarczym niebycie, możemy być „spokojni”. To pewne, bo nie wyobrażam sobie innego powodu, a przede wszystkim „pożytku”, jaki miałby wyniknąć z obecności tych ludzi w sejmie i w ewentualnej władzy.

Ci ludzie idą do sejmu wyłącznie po to, aby kontynuować swoje w przeszłości wykonywane zadania. Albo w rządzie, albo w ławach opozycji.

Czy przypadkiem nie będziemy tęsknić za krajem, będąc tutaj, w Polsce, ale czując się jak na obczyźnie? Będziemy. Bez względu na wynik tych wyborów? I choć zagłosujemy na PO (bo przecież zagłosujemy, przeważnie), nie polepszy się nasze polityczne reality show, a się pogorszy.

„(…) Jako na matki odejście się żali
Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,
Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali
Ostatnie błyski…
Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,
Smutno mi, Boże! (…)”
     

andy lighter

Published in: on Październik 1, 2011 at 2:21 pm  Komentarze (19)  
Tags: , , , , , ,

Przymiarki do powyborczej „wojny”

W ostatnich sondażach PiS zmniejsza dystans do Platformy do 4 %. Dzieje się więc to, co przewidywałem, a co trafnie określił jeden z internautów, używając języka sportowego: „O wyniku może zdecydować fotokomórka”.

Dla mnie staje się coraz bardziej prawdopodobne, że PiS te wybory wygra i lepiej, na wszelki wypadek być przygotowanym na taki scenariusz. Przynajmniej psychicznie i emocjonalnie przygotowanym. Jednak to nie wszystko. Działacze PiS-u, w osobach np. Jarosława Kaczyńskiego, czy Jacka Kurskiego informują, że według sondaży przez nich zleconych, PiS osiąga przewagę nad Platformą i szykuje się do wygrania różnicą nawet 5 – 7 %. I to jednak jeszcze nie wszystko. Kurski przewiduje dwa scenariusze w związku z tym: pierwsza możliwość jest taka, że PO nie będzie potrafiła pogodzić się z przegraną, albo druga, taka, że Platforma jednak wygrywa te wybory, ale w absolutnie nie może to się stać w uczciwy sposób.

Jacek Kurski, zdj.walbrzychfakty.pl

Takie stawianie sprawy nie jest niczym innym, tylko planowaniem strategii na „po wyborach”. Czy tak, czy tak PiS będzie zwycięzcą, bo przecież albo wygra, albo przegra dzięki sfałszowanym wyborom. Wyjątkowo cyniczna, wyjątkowo haniebna, wyjątkowo ohydna gra naczelnego twórcy PiS-owskiej filozofii kłamstwa, obłudy, PiS-owskiego wyrachowania i gry nie fair. Ten człowiek nie zna żadnych hamulców. Swoją drogą dziwię się, jakim cudem temu hipokrycie nie wyrosły jeszcze rogi i ogon.

Oczywistym jest, że po wyborach bez względu na wynik będziemy mieli „wojnę”. Tak „wojnę”, choć niektórzy blogerzy wytykają mi nadużywanie tego słowa. Ja wojnę postrzegam nie tylko poprzez obraz żołnierza z karabinem i wybuchających granatów. Owa „wojna” będzie spowodowana, albo chęcią zemsty takich ludzi jak Kaczyński, czy Macierewicz (czego całkiem słusznie obawia się marszałek Grzegorz Schetyna), na przegranych, którzy doprowadzili do katastrofy smoleńskiej i wywiesili białą flagę, albo pochodami rzeszy wyznawców PiS-u, oskarżających wygraną PO o sfałszowanie wyborów i wyprowadzaniem ludzi na ulice. Jeden z tych scenariuszy jest absolutnie pewny.

Czarno to widzę.

_____

Życzę szybkiego powrotu do zdrowia prezydentowi Kwaśniewskiemu, który przeszedł operację na Szaserów.

A swoją drogą, niezła „ekipa” nam się zebrała w tym szpitalu.

_____

Mają jeszcze celność wysyłać do mnie jakieś śmieci:

andy lighter

PiS jest cool i jazzy

To nowa twarz wizerunkowa PiS-u. PiS jest partia młodych, modnych, wyluzowanych, zadbanych, ambitnych i kompetentnych ludzi. Twarzami tej kampanii mają być młodzi PiS-owcy, m.in. Sylwia Ługowska (zwana pisowską Angeliną Jolie) i jeszcze jakaś tam z biura prasowego pani, której nie kojarzę.

Sylwia Ługowska - Angelina Jolie PiS-u

Hofman ściemnia, że to ściema, że nie ma takiego czegoś. Ale jednocześnie mówi, że „nie może zdradzać taktyki partii”. Na bank więc, coś w trawie piszczy.

I wszystko ładnie. Tylko jak można ogłaszać cool, jazzy, coś, czego szefem jest relikt rodem ze średniowiecza: nieżonaty, niebankowy, niesamochodowy i niekomputerowy.

Zgrzyta coś.

A Poncyliusz zsyła karę Boga na ministra Rostowskiego. Bo Rostowski martwi się o przyszłość Europy. Ja jakoś, w przeciwieństwie do PJN-u też się martwię. I w przeciwieństwie do Greków, którzy ani myślą oszczędzać: “Oto jesteśmy! W Unii! I ma nam być dobrze, a reszta nas nie obchodzi!” - zdają się “mówić” Grecy.

andy lighter

Dziś przedostatni dzień głosowania.

Published in: on Wrzesień 14, 2011 at 3:22 pm  Komentarze (15)  
Tags: , , , ,

Mantra

Sporo zastrzeżeń można mieć do rządów Donalda Tuska. Ale to, co robi opozycja SLD i PiS, urąga „normalnemu” określeniu słowa „opozycja”. Gdybym ja był opozycją, punktowałbym PO punkt po punkcie. W pewnych sprawach bym nie punktował, ze względu na okoliczności obiektywne, w innych punktowałbym, szczególnie w tych „bezinwestycyjnych” – „niefinansowych”.

Tymczasem posłowie PiS-u, na każde zahaczenie o rządy PO, jak mantrę powtarzają: „Rząd PiS-u zmniejszył podatki, a Platforma zwiększyła!”, albo: „Książki do szkoły są za drogie!”, czy też: „Jak PiS będzie rządził, to społeczeństwo nie będzie narzekać na wyroki sądów!”. I ja się pytam, „co to jest?”. W każdym programie telewizyjnym, w każdej stacji radiowej, w każdej gazecie, to samo.

Argumenty dziennikarzy, że „kryzys”, że PiS rządził w okresie znakomitej koniunktury…, spotykają się z mantrą: „PiS obniżył podatki, a PO zwiększyła”. “PO nie dotrzymała obietnic Tuska!”. A na słowo…, bo krysys: “Ale PiS obniżył podatki, a Platforma…” - mantra… To jest po prostu jakiś obłęd. Pisowcy kompletnie „omijają” kwestię kryzysu, przynajmniej ci, poza prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Ten ostatni przyznaje: „Co prawda jest kryzys, ale to nie oznacza, że nie można się rozwijać”. To chore stwierdzenia ma prawo stwierdzać tylko prezes. Inni członkowie PiS-u słowo „kryzys” usunęli ze swojego słownika. PiS obniżył podatki, a PO zwiększyło. PO obiecało 3×15 a podniosło VAT (ale kryzys! – ale oszukali wyborców!), itd., itd., itp.

Już mi się nie chce pisać o sądach, ale króciutko: „Jak PiS dojdzie do władzy, to społeczeństwo będzie zadowolone z pracy sądów”. „Ale przecież sądy są niezawisłe!”. „Są, ale powinny być jeszcze lepsze”.

Nie chce mi się pisać o SLD, bo gdyby im dać sztabkę złota, najczystszej próby, to dowiedziawszy się, ze jest od PO wyrzucą, twierdząc, że mają sztabki z lepszą próbą.

Nie dziwi mnie, że Platforma hasa sobie w najlepsze. Jak się ma takich durniów w opozycji, to nic, tylko pokazywać ich dureństwo, żeby nie nazwać tego bezradnością.

Jestem pewien, ze tylko kwestią czasu jest stwierdzenie: „Jak PiS rządziło, to nie było powodzi, ani trąb (tak dużo), jak za rządów PO. Jak PiS będzie rządził, żadnej powodzi nie będzie?”. Jestem pewien, że pisowskie oszołomy, prędzej czy później, taką mantrę wypowiedzą i będą powtarzać. Przecież jeszcze mamy półtora miesiąca.

andy lighter

Published in: on Sierpień 25, 2011 at 2:22 pm  Komentarze (23)  
Tags: , , , , ,

Bylejakościowa gangrena

Znowu urzędnicy państwowi popisali się kompletnym dyletanctwem, rutyną w najgorszym tego słowa znaczeniu i bylejakością. „Znowu”, bo to kolejna urzędnicza kompromitacja w ostatnim czasie. Niedawno mieliśmy zdecydowanie uprawnione zdemaskowanie kompletnej ignorancji wierchuszki naszego lotnictwa, przez komisję Millara.

Oczywistą tajemnicą poliszynela jest fakt, że analogiczna ignorancja, bylejakość, a ja chcę nazwać to wręcz „olewnictwem – byle jakoś utrzymywać się na powierzchni” przez dowództwa, decydentów i kontrolerów, jest w innych rodzajach sił zbrojnych. Coraz głośniej mówią o tym wysocy oficerowie polskiej armii, niestety (czyt.: „jak można się domyśleć”) głownie w stanie spoczynku. Robili to, czyli nie robili nic, bo tak im bardziej pasowało, ludzie, którzy praktycznie niczym innym się nie zajmowali (nie powinni zajmować), tylko tym właśnie: wprowadzaniem nowych, skuteczniejszych procedur, pisanych w ministerstwach, wprowadzaniem w życie ustalanych przez samych siebie procedur bezpieczeństwa (katastrofa CASY), itp.

Obecnie światło dzienne ujrzało kompletne nieróbstwo i „robienie na odp***dol” swojej roboty przez urzędników prokuratury, którzy na tacy podali białoruskiemu reżimowi dokumenty obciążające białoruskiego opozycjonistę. Ci ludzie, poozycjoniści, mają kasę z zagranicy na opozycyjną działalność płynącą od zagranicznych przyjaciół. Mają ją na swoich imiennych kontach, tak jak nasi opozycjoniści w stanie wojennym i po nim, mieli takie pieniądze pochowane na swoich zagranicznych kontach. Nie mogą przecież mieć kont organizacyjnych, „nielegalnych”. Oczywiście pomyłki się zdarzają, bywa, kiedy ktoś zawalony robotą, coś przeoczy, podpisze zamiast stu dwunast dokumentów „hurtem”, sto trzynaście. Ale najgorzej wkurza mnie to, że zrobili to urzędnicy w prokuratorskim Departamencie Współpracy Międzynarodowej. I ci ludzie niczego innego nie robią, a przynajmniej nie powinni (bo z pewnością zajmują się kupą spraw, od których powinni trzymać się z daleka, byle nie tym, co trzeba), tylko tym, żeby sprawdzić co komu mają przekazać, w czyjej sprawie i dlaczego(!!!) Oni są tam praktycznie wyłącznie od tego, żeby „normalnie” wykonać to, co „spieprzyli” – wykonali dokładnie odwrotnie niż powinni byli zrobić. Sprawa ma dodatkowy smaczek o tyle, że negatywną opinię o ewentualnym wydaniu takich informacji, do tego departamentu przesłała prokuratorka z Działu Obrotu Prawnego z Zagranicą w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. Mieli więc gotową „podkładkę” pod to, żeby robić to, co najbardziej lubią, czyli nic. Jeśli urzędnik nie wykonuje tak bardzo podstawowych obowiązków (w tym przypadku chodziło o przeczytaniu opinii innej prokuratorki i niepodejmowanie działań), to ja nie będę się dziwił, jeśli kierowcy autobusów miejskich zaczną jeździć po naszych miastach lewą stroną jezdni – pod prąd, zamiast prawą stroną, do czego każdy kierujący jest zobowiązany i jest to jego absolutnie główny obowiązek Bo nic już nie jest w stanie mnie zdziwić.

W każdej gazecie, w każdym telewizyjnym programie interwencyjnym, itp. mamy masę, kompletnie irracjonalną ilość bylejakich, dyletanckich, a przez to szkodliwych działań najrozmaitszych urzędników. W każdej praktycznie dziedzinie działalności publicznej. Czy bylejakość, olewnictwo, „byle do przodu”, to nasze narodowe przypadłości? W masie tych działań wydaje się to absolutnie nie do przeskoczenia. Tym bardziej, że nikt specjalnie do tego, aby skutecznie to zwalczyć, się nie pali. Jedyna rada to zmiana mentalności. Tylko jak… to zrobić. Jeśli jednak nic się nie zrobi, bylejakość nas zeżre, zniszczy, przedtem katując, niczym gangrena “kończyny”. 

 

andy lighter

 

Published in: on Sierpień 16, 2011 at 4:37 pm  Komentarze (17)  
Tags: , ,

Ubezpieczenie? Zgłupiałeś?

Zdaję sobie sprawę, że za dzisiejszy tekst być może zostanę odsądzony od czci i wiary, ale zaryzykuję, lubię kontrowersyjne tematy.

Premier Donald Tusk właśnie poinformował Polaków, że ubezpieczenia to przeżytek, a właściwie nie tyle przeżytek ile dodatkowa inwestycja kapitału. Jeśli Ci zbywa, wskazane, jeśli nie, nie ma się czym martwić. Żadna bowiem tragiczna w skutkach tragedia związana z żywiołami nie pozostanie bez odzewu władz. Żadna rodzina nie zostanie bez odbudowanego domu, budynku gospodarczego i doraźnej pomocy społecznej.

Jestem nieczuły? Nie odczuwam empatii? Nie sądzę, czuję. Jednak, jak już dziesiątki (albo więcej) razy pisałem przy najrozmaitszych okazjach, z wiekiem i doświadczeniem, nad wyraz cenię i szanuję zdrowy rozsądek. Natychmiastowa pomoc z kasy opieki społecznej ma objąć poszkodowanych, w celu zapewnienia im podstawowych potrzeb, typu wyżywienie, odzież, itp. Ma wynieść (już nie pamiętam, bo się w tym gubię) 2, lub 6 tys. złotych. Dosyć uzasadnione to jest w wypadku powodzi, i to nie we wszystkich (nawet w dość nielicznych) przypadkach. Z całą empatią i współczuciem dla ludzi poszkodowanych przez trąbę powietrzną na pograniczu Mazowieckiego i Łódzkiego, te trąby niemal w ogóle nie wywiały z szuflad czy kieszeni, czy saszetek w przedpokoju… portfeli czy kart kredytowych. Jedynie niewielka część, choć i takie były, co można było zaobserwować nawet w mediach, została „doszczętnie zrujnowana”. Masa budynków została zniszczona, ale poprzez zerwanie dachu, naruszenia konstrukcji budynku, itp. Środki na odbudowę są rzecz jasna niezbędne. Jednak szuflady z portfelami nie latały w powietrzu (w większości). Owe 2, czy 6 tys. będzie więc dodatkiem do wypłaty, chyba w ramach traumy. Powinno się tym ludziom zapewnić wodę, ciepłe posiłki, opiekę psychologiczną, bo to nie ulega wątpliwości. Jednak automatyczna pomoc w formie „kupy kasy” na przeżycie, wydaje mi się…

Z doświadczenia wiem, że kiedy coś źle się dzieje, człowiek łapie za dzieci, dokumenty i portfel – to automat. Pamiętam powodzie w zeszłym roku, ale szczególnie w ’97. Woda przybierała szybko, ale nie podniosła się o metr w ciągu pół minuty, wiadomo było, że będzie strasznie o kilkadziesiąt (niekiedy kilkanaście) minut wcześniej . Wszyscy ludzie zdawali sobie z tego sprawę i dlatego w obliczu nadchodzącej niewiadome ratowali dobytek, przenosząc go wyżej (jeśli była taka możliwość). Oczywistym jest, że niewiele dało się przenieść, a nawet nic, patrząc bezradnie, bo po prostu ludzie chorzy czy słabi, czy sami, nie mogli nic zrobić. Ale każdy, zdrowy na umyśle człowiek przed myślą ratowania dobytku ratował dokumenty (dowód, paszport, portfel). To zajmowało sekundy a było zwyczajną oczywistością – automatem. Wtedy jednak było inaczej. Dowody osobiste i paszporty ocalały, ale ludzie stracili buty, kurtki, nawet bieliznę, bo po prostu woda im wszystko zabrała – nie dali rady wynieść wszystkiego. Kilkadziesiąt minut to za mało, aby uratować domowe sprzęty. Potrzebne były im więc pieniądze, nawet na przysłowiowe majtki.

W ostatniej tragedii tak nie było. W nielicznych przypadkach ludzie potracili wszystko: domy, meble, które się zawaliły razem z piętrem, a co za tym idzie szuflady z dokumentami. Absolutna większość ludzi straciła źródło utrzymania: tunele z papryką i fasolką. I tu potrzebna jest pomoc firm ubezpieczeniowych. Ludzie twierdzą, że firmy nie chciały ich ubezpieczać, a niektórzy nawet twierdzą, że „nie ma ubezpieczenia na ich uprawy”. Dlaczego nie chce mi się w to wierzyć? Co prawda zdaję sobie sprawę z… „ubezpieczanie się” firm ubezpieczeniowych, ale bez przesady. Nie chce mi się wierzyć w to, że gdzieś tam firmy ubezpieczeniowe nie chciały ubezpieczyć plantatorów papryki, skoro innych beneficjentów tam praktycznie nie ma. Ci ludzie… mijają się z… (jak nie mam biletu w autobusie, to nie tłumaczę się, że nie opłacało mi się kupić, tylko, ze kiosk „Ruchu” był zamknięty).

Firmy ubezpieczeniowe migają się od ubezpieczania terenów zalewowych przeciwko powodziom, ale bez przesady: jak dwa, trzy lata nie ma powodzi, ubezpieczają. Nie wierzę (może nie mam racji, nie wiem, ale tak… dedukuję), żeby towarzystwo ubezpieczeniowe ubezpieczało plantację papryki w … Zachodniopomorskiem, a nie chciało ubezpieczać w Mazowieckiem, czy Łódzkiem.

Na marginesie, towarzystwa ubezpieczeniowe to osobny temat, najlepiej ubezpieczałyby od powodzi na pustyni Atakama i od suszy w dżungli amazońskiej, jednak bez przesady – aż tak źle, póki co nie ma, chociaż za dobrze nie jest. I tu powinna być rola państwa w próbie „zdyscyplinowania” tych firm, a nie w ich wyręczaniu.

Opozycja znów, tak jak w zeszłym roku podczas powodzi, ustami prezesa apeluje o hojność i szybkość rządu w udzielaniu pomocy. Jako wzorcowy przykład pokazuje swoje działania po trąbie powietrznej koło Częstochowy w 2007 roku. Zapomina tylko prezes dodać, ze była to jedna z dwóch tragedii jaka zdarzyła się za jego czasów, a skala trąby powietrznej to ok. 170 budynków i 120 szklarni. Obecnie jest ponad tysiąc budynków i ok. 2 tys. tuneli. Ale dla prezesa to nie ma znaczenia. On poradziłby nawet, gdyby było 10 tys. budynków – to oczywista oczywistość. Już nie wspomnę o poszkodowanych w katowickiej hali, których część do dziś nie tylko nie zobaczyła „odszkodowania”, ale nawet nie usłyszała „Przepraszam”.

Ludzie, którzy się ubezpieczyli, a co za tym idzie ci, którzy ubezpieczają się w naszym kraju, spokojnie mogą traktować ubezpieczenia jako dodatkową lokatę kapitału. Nie główne zabezpieczenie, ale dodatkowy kapitał. Oto bowiem państwo zwróci mu (a w niektórych przypadkach samo odbuduje) dom, ewentualnie postawi nowy. I nie było by nic nagannego w takim przypadku, gdyby ktoś ubezpieczał się w celu „lokaty dodatkowego kapitału”, gdyby nie jedno „ale”. Człowiek ubezpiecza swój dobytek, w obawie, że gdyby się coś stało, spróbuje wrócić do tego, co los mu zabrał. Człowiek, który się nie ubezpiecza w obawie…, nie musi się martwić – też wróci. Często ten, który się martwi, liczy pieniążki i… z poczucia odpowiedzialności wydaje na ubezpieczenie. Musi czasem zrezygnować z innych celów. Gdyby więc wiedział, że nie musi martwić się o dobytek, nie ubezpieczałby się dodatkowo, nie ma bowiem ani środków, ani specjalnych planów, na jakieś dodatkowe… zyski w związku ze swoim mieszkaniem.

Ja mieszkam we własnym mieszkaniu na osiedlu spółdzielni mieszkaniowej. Płacę ubezpieczenie, i nie przypominam sobie, żeby ktoś mnie pytał, czy chcę, czy nie chcę płacić. Kilkanaście lat temu spółdzielnia postanowiła o ubezpieczeniu wszystkiego i powiadomiła o tym mieszkańców. Każde zalanie sąsiada np. przez zatkany zlewozmywak, czy zepsutą pralkę, każde włamanie, skończyłoby się dla lokatora ogromnym, nieuchronnym wydatkiem. Dziś jestem spokojny, nawet jeśli zepsuje mi się pralka, albo zatka odpływ. Dlaczego? Ubezpieczenie jest tanie, to kilka (naście? Nawet nie pamiętam) złotych w skali miesiąca, potrącane razem z czynszem. Dlaczego tanie? Bo powszechne!!! W tej spółdzielni i w (przynajmniej) kilku innych. Nigdy też nie słyszałem, a zdarza się to na porządku dziennym, zeby ktoś narzekał na “naciąganie” w zwrocie kosztów np. za malowanie mieszkania, czy położenie kafelek po zalaniu. Nigdy nikt nie “stracił” – reszty trzeba się domyśleć.

Mogę się założyć, że nie tylko liczba ubezpieczonych nie będzie wzrastać, ale będzie spadać. Przy niezbyt wielkich dochodach, trzeba być naprawdę frajerem, żeby się ubezpieczać. Politycy stają na głowie, żeby nieubezpieczonym dogodzić.

Współczuję ludziom ubogim, którym wichura naruszyła konstrukcję domu. Ale może oni już nie powinni tam mieszkać? Z pożytkiem dla siebie, zamieszkaliby w jakimś gminnym mieszkaniu. Współczuję (naprawdę) hodowcom papryki, można się załamać, ale nie jest to aż tak „poniżej dochodowe” zajęcie, żeby się nie ubezpieczyć. Współczuję wszystkim poszkodowanym. Ale… szczerze mówiąc, przydałoby mi się dodatkowe 6 tyś. w kieszeni, tym bardziej, że o dom i sprzęty nie musiałbym się martwić, bo rząd (każdy)… załatwi. ^ tys. załatwiłoby wiele (jeśli nie wszystkie z nawiązką) mije problemy. Po powodzi, z dnia na dzień, wielu znajomych pozbyło się poważnych uciążliwości.

andy lighter.

Published in: on Lipiec 16, 2011 at 5:24 pm  Komentarze (39)  
Tags: , ,

Polowanie na Palikota

Skierowanie przez CBA zawiadomienia do prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez Janusza Palikota, które dotyczy nieprawdziwych danych „pokazanych” w jego oświadczeniu majątkowych, podobnie jak Palikot, uważam za kolejną fazę w polowaniu na niego. Zarzuty są „kuriozalne” i żaden z nich nie dotyczy korupcji. A od ścigania korupcji właśnie jest CBA.

Nie jest pan Palikot bohaterem z mojej bajki, ale jeśli ktoś nie jest z mojej bajki, to się nim specjalnie nie zajmuję. No, chyba, że obsada z tej bajki, np. CBA, znaczący uczestnik naszego życia polityczno-biznesowego, wykracza poza nią i improwizuje poza scenariuszem. Rozpracowywanie Palikota i jego zwieńczenie w postaci wniosku do prokuratury uważam za absolutną, polityczną ustawkę.

Z góry uprzedzam, że nie wgłębiłem się w ustawę o CBA, bo nie o to chodzi, a jedynie posługuję się logiką. A ta podpowiada mi, że CBA powinna ścigać polityków (np. polityków, choć oczywiście nie tylko), podejrzewanych o czerpanie korzyści biznesowych w związku z posiadanymi przez nich pozycji i możliwości politycznych. Czyli ściganie patologii na linii polityka-biznes. Tymczasem w zawiadomieniu CBA nie ma (wg słów Plaikota i jego prawników), ani przecinka dotyczącego oskarżenia o korupcję i powiązania polityczno-biznesowe. Jeśli więc nie wiadomo o co chodzi, to chodzi (w tym przypadku) o politykę.

Palikot, po opuszczeniu PO natychmiast zaczął atakować swoją byłą partię i swoich byłych przyjaciół. Zajmował się jednak wtedy głównie działalnością antyklerykalną i antypisowską, więc antyplatformość była okazjonalna. Oczywiście Palikot wg mnie popełniał błąd za błędem, rozdrabniał się za bardzo i skupiał na krytyce wszystkich, nieśmiało proponując coś w zamian, a tak nikt jeszcze „żadnej wojny nie wygrał”. Niemniej jednak ludzie, o których do niedawna piał peany z zachwytu, a których po kilku tygodniach zaczął bezpardonowo krytykować, obnażając bądź to prawdziwe, bądź wydumane kulisy ich działalności, motywów i sposobów funkcjonowania, mogli się wkurzyć. I już nie wgłębiając się w to, czy „domysły” Palikota o sterowaniu służbami (np. CBA) przez rządzących są prawdziwe czy nie, logiki w związku z chronologią odmówić i zwyczajnie nie można. Każdy średniointeligentny człowiek powinien takie „domysły” wziąć pod uwagę i pomyśleć o ich zasadności.

W miesiąc po opuszczeniu przez Palikota PO, CBA „się nim zajęło”. Przypadek? Może przypadek, ale czy nie może zastanawiać? Wg mnie może, a nawet powinien. Choć Palikot „spieprzył” swoje oświadczenie majątkowe, np. nie wykazując samolotu, spieprzyło je jednak również 140. innych posłów. Nie od dziś powszechna jest opinia wśród parlamentarzystów, że te deklaracje do wypełnienia są beznadziejnie sformułowane. Wiadomo też, że niektóre zarzuty są na tyle kuriozalne, jak np. wykazanie miliona przychodu, gdy rzeczywiście było 960 tys. Tak więc zarzut miałby dotyczyć działania człowieka przeciwko sobie. Prawnicy Palikota twierdzą również, że urzędnicy CBA mylili podstawowe pojęcia ekonomiczne (np. dochód z przychodem), co jest niewybaczalne i co potrafi rozróżnić uczennica I klasy Liceum Ekonomicznego.

Może zastanawiać dlaczego partia rządząca chce takimi metodami zneutralizować takiego „malucha” jak Palikot (bo że chodzi o próbę neutralizacji, nie mam najmniejszych wątpliwości). Powód jest oczywisty. Otóż Palikot, choć jako rywal w wyborach nic nie znaczy, od czasu do czasu do mediów trafia. A co za tym idzie trafia do mediów jego głos, dyskredytujący, „demaskujący”, krytykujący władzę o tyle interesujący, że jest głosem do niedawna „z wewnątrz”. Sytuacja Palikota jako żywo przypomina mi sytuację Leppera sprzed paru lat.

Nikt się specjalnie Lepperem nie przejmował, wiadomo było przecież, że poza koalicją z PiS, jego ugrupowanie do sejmu nie ma najmniejszych szans się dostać. Mimo to, podobnie jak dziś Palikot, pojawiał się w mediach i… mówił, insynuował, „podejrzewał”, oskarżał, co musiało denerwować Kaczyński rząd dusz w postaci wszelkich służb. Po kompletnej fuszerce oskarżenia o korupcję, „wyskoczyła jak z kapelusza” seksafera, a kto jak kto, ale Lepper nadawał się jako „gwałciciel” jak mało kto. I Lepper przegrywa kolejne etapy sprawy, mimo, ze kobieta „prowadząca się jak porsche”, zmienia zeznania, wobec obalania kolejnych „faktów” przez oskarżonego za pomocą dokumentów, filmów nawet i oczywistych dowodów na kłamstwo oskarżającej. Przykładów jest aż nadto. Poszkodowana, wraz z koleżankami stwierdza, ze tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie Lepper w tym i tym miejscu miał dokonać gwałtu. Lepper wyciąga nagranie telewizyjne z tego dnia i tej godziny, pokazujące jego spotkanie z dziennikarzami w miejscu oddalonym o 500 km od rzekomego miejsca popełnienia przestępstwa, na co poszkodowana zmieszana przyznaje się do pomylenia daty i… sąd daje jej wiarę. To jest oczywista „potrzeba udupienia” niechcianego przez wszystkich (również przeze mnie) polityka, ale metoda jest… toporna, prymitywna i… haniebna.

Tak jak Lepper jest skończony, choć nie mam wątpliwości, że poza Polską oczyści się z zarzutów (co wcale nie znaczy, że mu wierzę, ale do takiej sprawy nie wziąłbym… matki kilku dzieci bez ojców), tak samo skończony będzie Palikot. Jednak tak jak Lepper będzie miał pełne prawo czuć się pokrzywdzony, nawet jeśli złamał prawo, poprzez kompletnie debilne „dopasowywanie oskarżeń do oskarżającego”, udupianie na siłę, byle jak, byle udupić, tak samo będzie miał prawo czuć się Palikot. Nie do wiary jest, jak inteligentni wydawałoby się ludzie, „nieprofesjonalnie” robią „eliminację” drobnych przeszkadzaczy. I śmiech mnie ogarnia, jak słyszę śmiechy działaczy Platformy wyśmiewające jeszcze niedawno, profesjonalizm służb pod rządami Kaczyńskiego i Kamińskiego.

Oczywiste jest moje potępienie moralne takich działań, ale oprócz tego o pomstę do nieba woła „profesjonalizm” naszych służb. Kiedy słyszę ostatnio o odbudowaniu naszego kontrwywiadu i jego powrotu do najwyższych standardów wywiadowczych, nie mogę nie powątpiewać.

Jednym z głównych antypisowskich haseł PO w 2007 roku było odpolitycznienie służb specjalnych, prokuratury, itp. TOTALNA ŚCIEMA!!!

andy lighter

Published in: on Lipiec 13, 2011 at 2:58 pm  Komentarze (17)  
Tags: , , ,

Państwowe wspomaganie sprytniejszych

O tym, że w naszym kraju są równi i równiejsi przekonywać chyba nikogo nie trzeba. Oczywistym też jest, że równi i równiejsi będą też w przyszłości, o czym przekonujemy się niemal bez przerwy. Dziś właśnie jest czas, kiedy wszyscy politycy, z ogromna troską pochylają się nad trudnym losem kredytobiorców w walucie szwajcarskiej. Bardzo im się bowiem ostatnio pogorszyło i wszyscy ścigają się w wymyślaniu sposobów ulżenia ich cierpieniom.

Marek Wikliński z SLD pokazywał dziś jak bardzo poszkodowani są „Frankowscy”, w stosunku np. do „Złotopolskich” (bardzo mi się podobają określenia „Frankowscy” i „Złotopolscy”, obrazujące “skrót myślowy” – kredytobiorców złotówkowych i we frankach szwajcarskich, dlatego pozwolę sobie używać tych określeń w swoim tekście). Otóż pan Wikliński pokazał, jak to Frankowscy, biorąc kredyt np. rok temu, czy wcześniej, mogli najzwyczajniej w świecie „dymać” Złotopolskich, spłacając te kredyty.

Przy wysokości raty np. 600 zł z groszami, Frankowski „dymał” Złotopolskiego o jakieś 160 zł co miesiąc wysokością spłacanej kwoty. Złotopolski co miesiąc płacił 160 zł więcej za porównywalny kredyt. Co prawda Frankowski nie zabierał Złotopolskiemu jakiejś kasy z budżetu, nikogo nie okradał, nie jest to więc dymanie w sensie jakiegoś tam przestępstwa, jednak pokazuje, jak bardzo różnie przeliczniki walutowe pozwalają traktować kredytobiorców. Dlaczego więc to jest dymanie, skoro nie jest przestępstwem?

Z bardzo prostego powodu. Kredyty we frankach są z reguły kredytami hipotecznymi. W grę wchodzą spore kwoty, np. 300 tys. zł i wyższe. Oczywistym jest, że takie kredyty, w większości na zakup mieszkania czy budowę domu biorą ludzie zamożni. Są to albo biznesmeni, albo ludzie na dobrze płatnych stanowiskach w mocnych, pewnych na rynku firmach, często związanych z finansami. Jeśli kredytobiorcą jest pracobiorca w takiej firmie, z reguły dobrze zarabia i jego pozycja w firmie jest stabilna. Nie sądzę, żeby człowiek zarabiający w okolicy średniej krajowej, mający dwójkę dzieci i żonę, opiekującą się nimi, był beneficjentem takiego kredytu, gdy miesięczna jego rata wynosi powyżej 600 zł. To mało prawdopodobne. Zakładam więc z pełnym przekonaniem, że Frankowscy są ludźmi majętnymi, dobrze „osadzoną” klasą średnią i wyżej. Muszą być takimi, bo takie kredyty są bardzo długoterminowe. I ci Frankowscy, przed decyzja o wzięciu kredytu biorą kalkulator i liczą: „Acha…, biorąc kredyt we frankach, »wydymam taki sam kredyt Złotopolski«, czyli wycwanię się w stosunku do złotówki o…, np. 160 złotych. Wchodzę w to!”. Jak napisałem, nie ma w tym nic złego, nikt nie łamie prawa, szuka jedynie lepszej możliwości. „Wycwania się” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jednak nikt, nigdy, nie obiecał Frankowskiemu, że tak będzie zawsze, a że Frankowski (przeciętny) w finansach„ siedzi”, z pewnością zna pojęcie „ryzyko finansowe”.

Kredyty w złotówkach, są jedyną chyba, a nawet jeśli nie, to nie słyszałem, żeby ktoś komuś inną opcję pokazał, możliwością Złotopolskiego. A kto to jest Złotopolski? Złotopolski to nie kredytobiorca hipoteczny w przytłaczającej większości. I kwoty spłat nie są oszałamiające i czas ich spłacania nie jest porównywalna z Frankowskimi. Złotopolscy to przede wszystkim nabywcy telewizora, pralki czy spółdzielczego mieszkania na własność. Jest z reguły człowiekiem biednym, którego nie stać na kupno telewizora z wypłaty. I tu widać paradoks Frankowsko – Złotopolski. Biedny Złotopolski, np. emeryt, płaci swoją ratę, zminimalizowaną jak skala na mapie, ale proporcjonalną, o ok. 160 zł (zmniejszone o wielkość skali) większą niż majętny Frankowski. Jestem takim Złotopolskim i choć to w tej sprawie nieistotne, sądzę, że ważną sprawą jest to iż jestem – ja Złotopolski, tak jak cała masa innych Złotopolskich stereotypem: niemal wszystkie sprzęty, które posiadam w domu są wzięte poprzez możliwość zakupu „kredytowego”. Czyli przeciętny Złotopolski, spłaca kredyty na okrągło, po telewizorze, spłaca meble, potem komputer, itd., itd. Nie sądzę więc, że spłacanie kredytów zbytnio odbiega czasowo od Frankowskich, choć ci ostatni spłacają ciągle jeden i ten sam. I na okrągło Złotopolscy spłacają więcej o „przykładowe 160 zł” (zeskalowane), niż Frankowscy.

Dziś sytuacja się odwróciła. Z powodów widma bankructwa Grecji i trudności w innych krajach, np. we Włoszech, frank szwajcarski bije rekordy wartości w stosunku do innych walut, w tym do złotówki. Frankowscy zaczęli „dymać Złotopolskich stopniowo o 120 zł, potem o 90, wreszcie dymają bardzo nieznacznie, albo wcale nie dymają, albo zaczęli być dymani przez Złotopolskich. I podniosło się larum: „To niesprawiedliwe, żeby Frankowscy nie mogli dymach Złotopolskich! Trzeba coś z tym zrobić! Trzeba ratować Frankowskich, żeby dalej mogli dymać”. I zaczęły się pomysły. Platforma wymyśliła, żeby umożliwić możliwość spłaty frankami „zdobytymi samodzielnie”, a nie przez bank, w którym kredyt spłacamy. To może Frankowskim pomóc, choć nie musi, ja traktuję to bardziej, jako psychologiczne danie Frankowskiemu możliwości wyboru formy spłaty.

SLD idzie dalej, chce uniemożliwić bankom manipulacji spreadami, czyli zyskiem banku, wynikającą z różnicy między ceną skupu i sprzedaży waluty obcej, w tym przypadku franka szwajcarskiego. Jednym słowem, SLD chce aby banki zrezygnowały z części zysków, na rzecz dymających Frankowskich. Jak Frankowscy dymają Złotopolskich, to dobrze, jak nie dymają, to źle.

Czy ktoś, kiedyś słyszał o pochyleniu się polityków nad spłacającymi kredyty Złotopolskimi? Przepłacającymi kredyty Frankowskich o „160 zł”?  Ja, przyznam szczerze, nie słyszałem.

Ps.

W powyższym tekście  słowo “dymanie” nie jest inwekstywą. To przenośnia obrazująca “spryt”, “cwaność” i nie oznacza nic złego. A użyłem go dlatego, żeby pokazać, że tak jak dymanie jest czymś niedobrym, tak spryt może przynieść “przecwaniakowanie”.

 

andy lighter

Published in: on Lipiec 12, 2011 at 2:46 pm  Komentarze (10)  
Tags: , , , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.