Jeszcze niedawno miałem bardzo sceptyczny (żeby nie nazwać tego „negatywnym”) stosunek do protestujących ludzi w krajach Europy, np. w Hiszpanii. I nie ma co udawać, swój pogląd opierałem głównie na wiadomościach z Grecji. Protesty, strajki i demonstracje Greków uważałem za swojego rodzaju… wygodnictwo tych ludzi. Dzisiaj zresztą też tak uważam, ale uważam tak tylko w odniesieniu do Greków i Grecji. To, co się dzieje w ich kraju, jest wynikiem i kryzysu, i… socjalistycznej pazerności tych ludzi.
Swój punkt widzenia na temat niezadowolenia społeczeństw na całym właściwie świecie (poza Grecją), zmieniłem obserwując demonstracje na Wall Street. Jeden z demonstrujących wypowiedział słowa, które „gnębiły mnie” wcześniej, napisałem nawet o tym artykuł „Templariusz i Doktorzy No”, oczywiście będący wrażeniami kompletnego laika, niesiedzącego w najmniejszym nawet stopniu w temacie pieniędzy, finansów, itp. Jednak ludzie na Wall Street też nie siedzą w temacie. Są zwykłymi ludźmi, którzy tak jak ja, czują, że ich życiem, bytem, samopoczuciem związanym z problemami egzystencjalnymi, steruje, bawi się, gra, ktoś na górze. I bynajmniej nie jest to Bóg.
Kompletnie powaliły mnie słowa prezydenta Obamy sprzed kilkunastu dni. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych miał czelność „zwrócić się” do przywódców europejskich, pouczyć ich, napomnieć i… „pogrozić palcem”, że ci ostatni powinni podjąć bardziej zdecydowane działania, w celu zakończenia, a przynajmniej złagodzenia skutków, globalnego kryzysu. Człowiek, który jako przywódca kraju, od którego wszystko się zaczęło, pod którego „skrzydłami” oszuści i nudzący się finansowi bonzowie tego świata, zamiast kajać się przed światem i prosić o wybaczenie wszystkich ludzi, od Portugalczyków, Hiszpanów, poprzez Polaków, Estończyków, na Chińczykach kończąc, bo okazuje się, ze i Chiny nie oparły się światowemu kryzysowi, ma czelność „pouczać” i próbować dyktować jakieś tam warunki.
Jest dla mnie absolutnie jasne, że służby specjalne Stanów, z łatwością zlokalizowałyby i zneutralizowały owych graczy osami świata. Gdyby chciały, albo gdyby mogły, albo gdyby ktoś ich do tego… „przymusił”. Nadzieją na te właśnie „chciały”, „mogłyby”, albo „przymusił”, są właśnie demonstracje „Oburzonych” na całym świecie.
Gdybym miał jakiś wpływ na „dzieje świata”, zresetowałbym światowe finanse. Po prostu, zamiast ludzie spod Wall Street, kraje które straciłyby kupę kasy na zresetowaniu światowych (międzypaństwowych) długów, same stanęłyby na uszach, żeby tych ludzi, których zatracenie się w grze, zachłanności i próżności, zlokalizować i zneutralizować. Zneutralizowanie ich finansów (czyli przejęcie przez… organizację, np. ONZ czy coś w tym stylu) spowodowałoby zresztą spore „zwroty” wierzycielom w postaci państw. Ich „majątki” z całą pewnością, są bowiem, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a nawet dla „najbogatszego człowieka na świecie”, Bill’a Gatesa (jego „najbogatszość” jest śmiechem na sali i igrzyskami dla ubogich).
Oczywiście nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale kto wie? Może „Oburzeni”, dzięki swej determinacji, taki wpływ wypracują. Trzymam kciuki.
andy lighter






