Raportowa konfrontacja

Konferencja członków MAK-u pokazała, że Rosjanie obstają przy swoim. I nie mają zamiaru konfrontować swojego raportu z raportem Millera. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej, to dobra informacja, ale o tym na końcu.

„Makowcy” mają oczywiście rację, że załoga podejmowała złe decyzje, że obecność Błasika „musiała” wywierać presję na załogę, chociaż nic „złego” nie mówił, itd., itd. Jednak „Makowcy” bronią, zupełnie bez sensu swoich kontrolerów lotów. Jestem oczywiście daleki od oskarżania owych kontrolerów o spowodowanie katastrofy, jednak raport Millera doskonale i moim zdaniem rzetelnie pokazał „niestaranność” ich pracy. Nie sądzę żeby, tak jak sugeruje raport Millera, byli „źle wyszkoleni”, ale jestem przekonany, że po prostu coś z nimi było nie tak. Albo im się nie chciało, albo byli w stresie, albo nie wiadomo co, w każdym razie różnice w wysokości realnej a dopuszczalnej były… za duże.  „Makowcy” twierdzą, że wszystko było O.K., ale chyba nie do końca. Nie zmienia to rzecz jasna „proporcji winy”, jednak tłumaczenia „Makowców”, są naprawdę bardzo… skomplikowane, „trudne”, zapewniające…, itp. Nie widzą też problemu w złym stanie lotniska i „osprzętu” lotniska. Było złe, ale wystarczające.

W tym wszystkim, skoro dyskusja jest skończona, jest dla nas jeden pożytek. Dla nas i dla NATO, który powinien nas zawsze satysfakcjonować. Otóż Armia rosyjska, a przynajmniej jej pewna część, jest tak samo byle jaka, jak nasza przed 10. kwietnia 2010. roku. Armia Rosyjska to moloch na glinianych nogach i dobrze jest o tym wiedzieć. Są oczywiście silni, liczebnością i technologią, ale organizacją są „nami przed katastrofą”. Oczywiste jest, że nic się tam nie zmieni, bo w przeciwieństwie do nas – dzisiaj, armia rosyjska, dalej jest i będzie państwem w państwie. I nich tam ktoś spróbuje (od nich, z ich władz) wetknąć nos w nie swoje sprawy.

Nie powinno nam zależeć na „uzgodnieniu stanowisk”. Powinniśmy wyciągnąć wniosek i tyle. Rosja militarnie jest i będzie silna. Ale jednocześnie militarnie jest i będzie byle jaka. Z punktu widzenia zwolenników tarczy rakietowej w Polsce, szkoda, że tego nie wiedzieliśmy. Spokojnie mogliśmy robić co chcieliśmy, bo wojsko bez „organizacji” nawet silne, to… Ja co prawda do zwolenników tarczy nie należałem, ale zwolennicy (a głównie Amerykanie) pękli. Powinni nas całować po nogach za raporty i MAK-u i Millera, bo po wyciągnięciu wniosków, sytuacja stała się zupełnie jasna. Szczególnie po dzisiejszej konferencji MAK-u.

Inne rosyjskie przypadki: Czeczenia, zatonięcie „Kurska”, a właściwie brak akcji ratunkowej, oddziały (żałosne) specjalne w Biesłanie i teatrze moskiewskim, itd., itd., tylko to potwierdzają: wszyscy są winni, tylko nie armia.

Rosyjska armia nigdy dotąd, w tak jawny sposób nie odkryła swoich słabości broniąc swoich „byle jakich” żołnierzy i byle jakich dowódców.

andy lighter

Published in: on Sierpień 2, 2011 at 4:20 pm  Komentarze (14)  
Tags: , , , ,

Niech odchodzą, przyjdą kolejni

Znowu dym w polskim lotnictwie mamy. Ok. 50. żołnierzy z Bazy Lotnictwa w Mińsku Mazowieckim zagroziło zwolnieniem. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o kasę, albo o „Precz z komuną, komuna tylko dla nas!” Jak słyszę takie newsy, przyznaję, że krew mnie chce zalać jaśnista. Lubicie górniczych oponiarzy? Albo stoczniowych? Ja też nie, a to jest dokładnie ten sam schemat. Jak zwykle pod koniec maja, w wojsku rozchodzi się fama o trudnościach z kasą (nie mylić z CASĄ), najczęściej fama wzięta z sufitu. I jak zwykle, rok temu też tak było, i dwa lata temu chyba też, to kompletna bzdura. Ale najgorsze jest to, że żołnierze, który powinien być analitykiem, strategiem i „rozpoznać teren”, łykają populistyczną famę i idą w zagrywkę a’la Lepper, albo inna Solidarność ’80. Czyli, nawet nie strajk, czy ostrzeżenie, ale szantaż.

Wiem jak jest w wojsku. Chociaż nigdy nie służyłem. Ale być może właśnie dlatego, że nie służyłem, a pracowałem jako cywil, wiem lepiej (mimo iż pracowałem krótko, ale napatrzyłem się), niż gdybym służył. Zupełnie różny punkt widzenia, chociaż widok niby podobny. Nie każdy może być żołnierzem, to jasne. Trzeba być zdrowym, „inteligentnym” (w cudzysłowie, bo zdarza się, że mam wątpliwości) i trzeba mieć pasję, inaczej – lubić to po prostu. Dla mnie żołnierz na emeryturze po piętnastu latach służby to kompletna pomyłka, a nawet złodziejstwo. Nie znam wojskowego emeryta (a paru emerytów znam), który przeszedłby na emeryturę po 15. latach służby. A jeśli przeszedł po dwudziestu, albo dwudziestu pięciu, prawie każdy pracuje(!!!). To jest pewnego rodzaju (moralne i usankcjonowane prawem) złodziejstwo. Oto bowiem oficer, czterdziesto paro, pięćdziesięcioletni, idzie do innej roboty, najczęściej nie jako robotnik, bo wykształcenie przecież ma, i dostaje drugą pensję za frajer. Za to, że był żołnierzem.

Jakie są powody, dla których żołnierze mają prawo do przejścia na wcześniejszą emeryturę? Praca w stresie! Niebezpieczna praca! Trudne warunki! Itd… I nic mi się tu nie zgadza.

Praca w stresie… Jak mówiłem, wojsko to pasja, a głównym powodem tej pasji jest stres, adrenalina. Poza tym, ten stres, u dobrego żołnierza jest… oswojony. Jest tak oczywisty (a nawet pożądany), jak znajomość języka angielskiego u tłumacza poezji Schekspeare’a. Stres przyswojony, u żołnierza jest czymś tak normalnym jak potrzeba noszenia okularów u osoby słabowidzącej, czyli żaden problem.  

Niebezpieczna praca… Czy praca w wojsku jest bardziej niebezpieczna niż praca kierowcy TIR-a? Albo dzielnicowego na warszawskiej Pradze, czy łódzkich Bałutach? Śmiem wątpić. Jak już wspomniałem, „widziałem” wojsko, nikły procent naszych żołnierzy służy w Afganistanie, czy na innych misjach. A i ci, co służą, są tam po pól roku, z własnej inicjatywy wielokrotność półrocznych misji. Ale przy tej okazji nie mogę nie przytoczyć tu pewnej historii z życia wziętej o pracy na eksporcie. Otóż pewien facet wyjechał na robotę eksportową do Czechosłowacji. I był tam półtora roku. I w czasie jego pobytu, jego syn, studiujący wówczas był parę razy u niego, żeby ojciec fundnął jakąś kurtkę czy buty. Pracował ten facet w sumie czterdzieści lat, w tym półtora roku w Czechosłowacji, zarabiał tyle co kot napłakał, a w Czechach co półtora kota, i ten facet, mając dzisiaj dobrze po osiemdziesiątce, domaga się okazywania wdzięczności absolutnej od swojego syna, o niczym innym nie mówiąc, tylko o swojej półtorarocznej pracy na eksporcie (swoją drogą nie dorobił się tam nawet przysłowiowego „dobrego roweru”). Zupełnie jakby nic innego w życiu nie robił, tylko pracował na eksporcie (oczywiście uważa, że więcej zarobił niż ci, co pracowali w Libii, Iraku czy w Rosji, bo nie zdaje sobie sprawy, że zarabiał tak mało) Całe więc trzydzieści osiem i pół roku swojej pracy każe zapomnieć, ale pamiętać te półtora roku. Z wojskiem jest tak samo: „Mamy niebezpieczną pracę, bo jeździmy na misję!” Czy coś tu nie pasuje? Kto jeździ i ilu jeździ i na jak długo jeździ? A jeżdżą za trochę więcej pieniążków, niż ich koledzy zostający w kraju. Ci, którzy na misję nie jeżdżą, albo byli i przyjechali, bardziej niebezpiecznej pracy nie mają, niż wspomniany przeze mnie kierowca TIRA-a. Tak więc, całe wojsko ma niebezpieczną pracę, bo niewielki procent żołnierzy jeździ na niebezpieczne misje. Zdaję sobie sprawę, że piszę te słowa w dniu, kiedy zginął nasz kolejny żołnierz, jednak z drugiej strony, żołnierz, który boi się niebezpieczeństwa może powinien pracować jako ochroniarz w Biedronce. Płaca też będzie odpowiednio inna. Zgadzam się natomiast na szczególne traktowanie rannych na misjach żołnierzy, czy w ogóle rencistów wojskowych. Ich renty na skutek odniesienia ran, powinny być rzeczywiście godne, bo i postrzeganie ich przez społeczeństwo jest specjalne: to nasi chłopcy, których wysłali i talibowie ich z ukrycia zaatakowali – tu, pełna zgoda i szacunek.

Trudne warunki… (i po trosze niebezpieczna praca). Ani nie ma wojny w tym kraju, ani alarmów jakichś przeciwlotniczych… Cała generacja, pokolenie wojskowych (oficerów np.) wojny na oczy nie widziało. W czasie mojej bytności w wojsku, postrzegałem je jako… obóz harcerski z punktu widzenia instruktorów. Mają sobie tam „harcerzy w namiotach”, rozpiski na zajęcia i innych parę obowiązków, najczęściej administracyjnych, czy porządkowych i… działają Są w jednostce jak jedna rodzina: lubią się, przyjaźnią, piją gorzałę w kasynach i od czasu do czasu poligon. Także testy sprawnościowe. Ale zauważyłem, że testy sprawnościowe sprawiają oficerom i podoficerom wyjątkową frajdę. Autentycznie to lubili, po takich testach, które rzecz jasna sprawności wymagają, uwielbiali się przekomarzać, dogryzać sobie i odgrażać: „czekaj, czekaj, następnym razem to ja ci pokażę, kto jest lepszy”. Dla człowieka, który lubi wojsko, ta praca to wieczna przygoda, nie można jej nie lubić będąc żołnierzem dzięki pasji. Przykłady sportowców w dyscyplina wytrzymałościowych, a nawet ekstremalnych pokazują, że szczyt ich możliwości przypada na czwartą dekadę, między 30. a 40. rokiem życia.

Mój tekst brzmi tak, jakby był sprzeciwem wobec niesamowitych przywilejów, głownie emerytalnych wobec wojska. I byłoby tak w istocie, gdyby nie pewien drobny szczegół. Z bólem, ale i świadomością praw nabytych akceptuję przywileje wojska. Ale dzisiejsze środowisko w mundurach zachowuje się tak, jakby nie tylko broniło swoich przywilejów, bo bardzo często władze przypominają, że te są niezagrożone. Oni chcą bronić przywilejów swoich, swoich następców, następców następców, „do końca świata i o jeden dzień dłużej”. Czyli: „Precz z komuną! Komuna tylko dla nas”. Czy jest w Polsce jakiś generał (poza generałem Polko), który w okolicach czterdziestki przeszedłby na emeryturę? Chyba nie ma. Dlaczego więc w biednej Polsce ma istnieć grupa zawodowa, której emeryci, w niemal 90. % dostają „dwie wypłaty” za wykonywanie jednej pracy? Nie pojmuję tego. Ni w ząb.

Powinno się pozwolić odejść tym żołnierzom. Przyjdą nowi. A ci, co zamierzają odejść, nie będę porównywał ich doświadczenia i wyszkolenia z doświadczeniami tych, którzy „odeszli” w latach 90. Mogliśmy to obserwować przy okazji tłumaczeń w mediach przyczyn katastrofy smoleńskiej.    

andy lighter

Published in: on Czerwiec 2, 2011 at 5:16 pm  Komentarze (8)  
Tags: , ,

Rdza na orzełku wojskowym

Z ulgą przyjąłem wyrok uniewinniający polskich żołnierzy, za ostrzał wioski Nangar Khel w Afganistanie. Myślę, że większość racjonalnie myślących ludzi, tak jak ja, poczuło ulgę. Ten proces nie powinien się nigdy wydarzyć. I pewnie by tak było, gdyby nie haniebne oświadczenie szefa MON i ulubieńca prezydenta – Aleksandra Szczygły, który bez żadnych racjonalnych przesłanek (o dowodach nie wspominając) oskarżył „paru durniów” o to, że „pojechali sobie postrzelać do cywilów”. Cytaty nie są dosłowne, ale jakoś podobnie brzmiały słowa w jego ustach.

Całe nieszczęście polskiej armii polega na tym, że zbyt wielu polityków chce w niej zaznaczyć swoją obecność. I tak naprawdę nie wiadomo, kto zawiaduje armią: prezydent – zwierzchnik sił zbrojnych, minister sił zbrojnych, premier, BBN…?  Wszyscy oni bardzo chcą zawsze wzbudzić sympatię generałów. Dlatego jeden generał jest „proprezydencki”, drugi „prorządowy”, a jeszcze następny „pro jakiś inny”. Tłuką się wiec politycy po łbach kijem bejsbolowym w kształcie armii, a armia właściwie nie wie komu się lepiej opłaci podlizać.

Jeden z obrońców żołnierzy z Nangar Kleh, nie bez racji zauważył, że gdyby inne armie postępowały tak, jak nasza z żołnierzami z Nangar Khel, połowa kontyngentu wojskowego np. amerykańskiego, siedziałaby w kryminale. Sprawa ciągnie się cztery lata. Cztery lata gehenny żołnierzy, ludzi, którzy służyli krajowi. Ale największym nieszczęściem, jakie ta sprawa spowodowała jest „syndrom Nangar Khel”. Czyli strach przed użyciem broni.

I właśnie ten syndrom, skutek durnoty polityków, sprawia, że nasza obecność w Afganistanie jest dziś kompletnie bez sensu. Bo żołnierz, który boi się sięgnąć po broń, jest jak kartonowa atrapa policjanta z radarem przy drodze: może ktoś się nabierze z początku, ale z czasem kierowcy i piesi wymalują na nim bohomazy sprayem, żeby go ośmieszyć i żeby nikt więcej się nie nabrał.

Wszyscy politycy są dumni z naszej armii, a przynajmniej chcieliby być. Obchodzą uroczystości, maszerują przed stojącymi na baczność szeregowcami, nobilitują, chwalą, opowiadają o drzwiach, czy tam stodołach, itp. Jednym słowem zachwycają się połyskiem żołnierskiego orzełka. Tylko że oni chyba mają coś z oczami, bo ten orzełek, w rzeczywistości coraz jest bardziej zardzewiały. Politycy po prostu kompletnie go nie polerują, a wręcz przeciwnie, robią wszystko, aby rdza miała się dobrze.

andy lighter

Published in: on Czerwiec 1, 2011 at 2:33 pm  Komentarze (25)  
Tags: , ,

Polscy najemnicy, czyli „żołnierze fortuny”

Od 1. lipca niemiecka Bundeswehra zacznie przyjmować w swoje szeregi obcokrajowców. I mogą liczyć Niemcy na sporą liczbę młodych Polaków. Jestem ostatnim człowiekiem, który obnosiłby się jakimś idiotycznym, na wzór PiS-owski, patriotyzmem, ale taką postawę młodych ludzi uważam za haniebną. Jeszcze żyje ogromna ilość Polaków, którzy doświadczyli niemieckiego okrucieństwa w czasie wojny. To sąsiedzi, dziadkowie i dalsi krewni tych młodych ludzi. Ci, którzy siedzieli w obozach koncentracyjnych, byli niewolnikami przymusowymi, spalono im domy, wywożono. Wiem, wiem, inne czasy, przyjaźń, itp. Jednak w bardzo wielkiej ilości, wojenne rany wciąż trwają

Młodzi ludzie nie mają żadnych oporów przed służbą w niemieckim wojsku, bo chodzi o pieniądze. Tylko tyle, że choć przeliczając Euro na PLN, zarobki są niezłe, to jak na warunki niemieckie, wynagrodzenie „polskich”-niemieckich żołnierzy będzie jałmużną. Szeregowiec będzie zarabiał tam ok.1100€, podoficer ok.1500€. Tymczasem średnia płaca robotnika w Niemczech wynosi ok. 2000€, a najniższa płaca, choć taka nie jest wyznaczona, nie jest niższa niż 900 €. Nietrudno więc się domyśleć, że sytuacja materialna polskich żołnierzy Bundeswehry, będzie analogiczna do sytuacji polskich gastarbeiterów w latach 8o. i wcześniej.

Winę za to, że młode pokolenie nie rozumie co to jest godność i patriotyzm, w dobrym, nieprzesadzonym tego słowa znaczeniu, ponoszą nasze rządy. Wszystkie rządy po 89. roku, ale nieoceniona była tutaj rola PiS-u i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To on z ogromnym naciskiem forsował politykę głównie antysowiecką. Polityka zaś antyniemiecka polegała głównie na wojnie z organizacjami roszczeniowców niemieckich, np. „Wypędzonych”. Rocznice upamiętniające okrucieństwo Niemiec praktycznie przestał być obchodzone. 1. września nie był już upamiętniany jako napaść Niemiec na Polskę w taki sposób, jak na to zasługiwał, wobec historii i doświadczeń ciągle żyjących przecież ludzi. Główne świętowanie naszego wojennego męczeństwa, odbywało się niezwykle pompatycznie 17 dni później. Jeśli chodzi o Niemców, świętowano rocznice związane z „jedynym słusznym wojskiem”, pod Monte Cassino, gdzieś w Londynie i innej Holandii. Nawet obchody powstania warszawskiego odbywały się nie tyle pod kontem okrucieństwa Niemiec, wymordowania przez Niemców 200 000 ludzi, zrównania Warszawy przez Niemców z ziemią, ale w kontekście nie udzielenia powstańcom pomocy przez Sowietów. Nasze władze od 22. lat marginalizują rolę i wagę zniszczenia kraju przez Niemców, wyolbrzymiając, według mnie ponad miarę, wagę przewin sowieckich. Ci sami ludzie (władze), szczególnie „Prawdziwi Polacy”, oburzają się na Grossa, który śmie wypominać Polakom niepomaganie Żydom. „Niepomaganie to nie zabijanie” – argumentują tę kwestię, i szykują się do obchodów niepomagania powstańcom przez sowietów.

Cały więc ten patriotyzm, sprzedawany jak widać skutecznie młodzieży, polega na „Nie oddamy piędzi ziemi Niemcom i Żydom” i „Rosja to potwór”. Nie miałbym nic przeciwko jednemu i drugiemu, gdyby nie marginalizowano jeszcze hańby faszyzmu.

I chociaż młodzież to kupuje, nam też sprzedawano w młodości skrzywione idee. Jednak nie kupowaliśmy tego tak ławo jak dzisiejsza młodzież. Mieliśmy i słuchaliśmy rodziców, kombatantów, odwiedzaliśmy groby pomordowanych przez Niemców, obóz w Oświęcimiu był dla nas namacalnym, widomym objawem wojny (dziś jest nim Katyń). Dziś młodzież też słucha kombatantów. Ale tych „słusznych” kombatantów. Nie słucha o tysiącach poległych na szlaki od Lenino do Berlina, bo to przecież „komuniści” byli. Zapewne z dumą będą przyjeżdżać do domu na urlop, pokazując dumnie rodzinie i kolegom logo Bundeswehry. Logo obrazujące żelazny krzyż, westchnienie marzeń niemieckiego żołnierza w czasie II wojny. Aby go zdobyć, niemieccy żołnierze wykazywali się niezwykłym okrucieństwem. Polacy bali się tego krzyża jak diabła.

Czy dla jałmużny od niemieckich oficerów, warto wyzbyć się i tak nadwątlonej godności tych, którzy pokonali niemieckich złoczyńców? Czym innym jest przecież partnerstwo wojskowe w ramach NATO, a czym innym podległość polskiego szeregowca niemieckiemu kapralowi.

Godność młodzieży! Godność! Godności na pieniądze nie przeliczycie. I nie mówcie mi tylko, w tej akurat sytuacji, że godnością się nie najecie, bo ja nie zeszmaciłbym się za żadne pieniądze.

andy lighter

Published in: on Maj 25, 2011 at 4:29 pm  Komentarze (12)  
Tags: , , , ,

Dzień zwycięstwa

Pies z kulawą nogą nie pamięta, że dziś (albo wczoraj, jak kto woli), jest rocznica zwycięstwa nad faszyzmem. Spadliśmy co prawda z deszczu pod rynnę, ale sądzę, że w stosunku do kościuszkowców, idących „od Lenino do Berlina” jest to niesprawiedliwe. Zakopuje się pamięć ich ofiar, ofiar z krwi i ofiar najwyższych, w imię poprawności poltycznej.

Kościuszkowcy nie byli komunistami. W przytłaczającej większości nie byli. Poszliby z Andersem, albo z każdym innym kto by ich poprowadził, gdyby…, albo wiedzieli, albo zdążyli. Oni szli do Polski, do domu, w większości nie mając pojęcia co to jest komunizm a co kapitalizm. Tęsknota i miłość do ojczyzny sprawiły, że przyszli do Sielec nad Oką.

Kościuszkowcy, to w ostatnich latach plama na honorze polskiego patriotyzmu. Komuniści, zdrajcy, sługusy Sowieckiej Rosji…, tak się dziś określa tych, którzy wyzwalali Warszawę, Kołobrzeg, itd. Prezydent Kaczyński, w ciągu ponad trzech lat urzędowania, może dwa, może cztery razy „bąknął” o kościuszkowcach,najczęściej fetując patriotyzm i poświęcenie żołnierzy Andersa i akowców. Wspomniał, ale bardzo, bardzo na siłę. Jestem przekonany, że jeszcze dwa, trzy lata urzędowania braci bliźniaków, a słowa „Kościuszkowcy Beringa” byłyby zakazane. Dzisiejsze władze z godną podziwu konsekwencją kultywują linię braci Kaczyńskich. „Dzień Zwycięstwa”? Cicho i głucho. Za to siedemnastego września, w rocznicę napaści sowietów na Polskę, będzie feta. Na sto cztery fajerki. Może prezydent nie zrobi, może premier też, bo „poprawne stosunki z Rosją”, ale poza nimi (jednak z nimi) będzie się działo!

Co by nie mówić, nie przyniosła nam „wyzwolenia” Ameryka, albo inna Anglia. Co by nie mówić, „wyzwolenie” bierzemy w cudzysłów, słusznie. Jednak w czasie tej umownej wolności, odbudowaliśmy Warszawę, jakiś tam przemysł, jaki by on nie był. Jakoś tam… rozwijaliśmy się, przy całym obciążeniu sowiecką dominacją.

Najbardziej drażni mnie bohaterstwo dzisiejszych żołnierzy Andersa: Monte Cassino, inne tam rozmaite. Pomijając już fakt, że służyliśmy aliantom za mięso armatnie (tysiące ofiar, dla zdobycia pustego klasztoru), andersowcy mienią się „słusznymi patriotami. Politycy uważają ich za „słusznych patriotów”. Tymczasem prawda jest taka, że gdyby Berling był przez Andersem, wszyscy andersowcy byliby berlingowcami. To, kim się okazali, spowodował czysty przypadek. Z ich punktu widzenia przypadek, z punktu widzenia Rosji, błąd w ocenie sytuacji. Psim swędem stali się “prawdziwymi patriotami”, przynajmniej większośc z nich.

Przypomina mi to prezesa Kaczyńskiego: gdyby był przesłuchiwany przez UB, to by nie pękał. Tylko przez przypadek nie był (raz tam go zaprosili na kilka godzin rozmowy i to wszystko w całej jego karierze). W żołnierzami Andersa jest tak samo. Mieli szczęście, a potem „gnoili” swoich byłych towarzyszy niedoli ze zsyłek, którzy bądź to nie zdążyli do Andersa, bądź to nie wiedzieli.

Zagadka: kto się bardziej przysłużył mnie – rocznik 59. Zdobywcy Monte Cassino, czy zabici w Kołobrzegu?

Mówi się, że w 45. wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Ja uważam, że było odwrotnie: wpadliśmy, ale spod rynny w deszcz. Mimo wszystko jednak, dla mnie dominacja sowiecka, to nie to samo co III Rzesza i Generalna Gubernia.

Oddaję więc, niepoprawnie, hołd tym, którzy polegli idąc do domu. Z Lenino do Berlina. Większość z nich nie doszła. To oni zasługują dziś na miano “żołnierzy wyklętych”.   

andy lighter

Rosyjscy śledczy i „dziwne” pytania

Przyjechali rosyjscy śledczy i będą zadawać pytania. Dwudziestu ludzi mają przepytać. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jak wynika z informacji dziennikarzy, mają pytać o… bardzo dziwne rzeczy. Choć jestem w tym względzie kompletnym laikiem, dostrzegam tu pewną asymetrię w działaniach obu stron.

Pamiętam jakie schody mieli nasi śledczy, aby przesłuchać kontrolerów lotów ze Smoleńska. Pamiętam też machlojki z ich zeznaniami: te zeznania będą ważne, a tamte się nie liczą, zupełnie nie wiadomo z jakiego powodu, bo powodu zdenerwowania czy szoku nie kupuję. Również pamiętam, że Rosjanie strzegą swoich tajemnic jak niepodległości, choć te tajemnice są, przynajmniej w moim pojęciu, co najmniej naciągane. Oto strona polska nie otrzymała swego czasu danych lotniska Siewiernyj, z powodu tajemnicy właśnie. I wszystko byłoby o.k., gdyby nie drobny szczegół: to lotnisko jest nieczynne od kilku lat, i poza przypadkami Polaków, którzy tam latali, nie lata się tam (wyjąwszy ostatni lot Miedwiediewa, który miał być popisem odwagi bardziej niż potrzebą). To lotnisko praktycznie już nie istnieje. Ale tajemnica jest obowiązująca, tajemnica, która bardzo wiele by polskim śledczym wyjaśniła.

Tymczasem, jeśli nie dziwi chęć Rosjan zapoznania się z danymi meteorologicznymi naszych pilotów owego feralnego dnia, o tyle ich chęć zapoznania się z systemem szkolenia naszych pilotów, jest dla mnie co najmniej dziwna. Nie powinien ich obchodzić system szkolenia naszych pilotów. To, co powinno im wystarczyć, to wiedza na temat „papierów” na ten lot załogi i samolotu TU nr boczny 101 w tamtym dniu. Oni mają wiedzieć czy mieli ważne szkolenia, zezwolenia, certyfikaty i co działo się w samolocie podczas podchodzenia do lądowania. Grzebanie się Rosjan w naszym systemie szkolenia (jakie jest, to tajemnica poliszynela, ale to nasza sprawa), nie ma najmniejszej racji bytu. Oni nie mają oceniać, czy nasz system szkolenia jest dobry czy zły. To sobie sami ocenimy, już zaczynamy to robić. Oni mają badać bezpośrednie przyczyny katastrofy, w określonym miejscu i czasie.

Chociaż jestem już zmęczony i mam serdecznie dość tej katastrofy, to jeszcze bardziej denerwuje mnie wodzenie za nos polskich prokuratorów i śledczych. Opóźnienia w przepływie dokumentów, wybiórcze dawkowanie nam „kolejnych transzy”, ociąganie się i nawet odmowy dostarczania jakichś informacji, bałagan w dokumentach i ich niekompletność czy „nieprawdziwość” muszą budzić sprzeciw i zdenerwowanie. Rosjanie doskonale o tym wiedzą, ale widząc działania PiS-u w naszym kraju kompletnie nic sobie z tego nie robią. Niepokoje w Polsce są im zdecydowanie na rękę.

Nie wyobrażam sobie, że Polska pozwoli przesłuchać Rosjanom najwyższych urzędników Polskiej Armii, ministra czy tam kogo jeszcze z ważnych osób w dowództwie wojskowym. Nasi mieli potężny problem aby przesłuchać przełożonego kontrolerów, który był w wieży, ale jak twierdzili Rosjanie, nie brał udziału w naprowadzaniu samolotu do lądowania. Nie wyobrażam sobie, żeby nasze wojsko pokazało Rosjanom nasz system szkolenia pilotów czy kogokolwiek. Mogą pokazać papier z pieczątką „ważności” szkolenia i koniec. Ale mam jakieś dziwne przekonanie, że to wszystko Rosjanom pokażemy.

andy lighter

Published in: on Kwiecień 18, 2011 at 3:03 pm  Komentarze (8)  
Tags: , , , ,

Partyzantka w Wojsku Polskim

O tym, że w naszej armii dzieje się źle, przekonywać nikogo nie trzeba. Wiadomo, że wszystko robione jest byle jak, prowizorki w działaniach są najtrwalszą doktryną wojskową i wojsko funkcjonuje „po partyzancku”. Nie inaczej działo się w 36. specpułku. Po kolejnych “rewelacjach” specpułkowych (wyłudzeniach, naciskach…), oto dowiadujemy się, że pytania egzaminacyjne na testy dotyczące samolotów na których latali, które to egzaminy piloci muszą zaliczać co roku, układali… sami zdający(!) Powód był prozaiczny: w Dowództwie Sił Powietrznych, które powinno układać testy egzaminacyjne, nie było ludzi, którzy mieliby uprawnienia do latania na tych samolotach. A więc tym samym do egzaminowania. I znowu kłania się Kaczyńska „opcja zerowa” w wojsku i służbach, czyli wywalanie tych, którzy mieli pecha i urodzili się za wcześnie. Poza oczywiście tymi, z wcześniej urodzonych, którzy jawnie deklarowali uległość, a nawet daleko idące współdziałanie (np. w wywalaniu kolegów) wobec funkcjonariuszy IV RP.

Nie muszę się nawet silić na oryginalność. Przytoczę w całości jeden z komentarzy pod artykułem opisującym ten egzaminacyjny proceder w internetowej Gazecie Wyborczej, jest wystarczająco „wyraźny” (wytłuszczenia moje):

„Winnymi katastrof lotniczych z ostatnich lat są politycy z prawa i z lewa, tak PiS, jak i PO, SLD i inni.

Doprowadzono do sytuacji, w której wojskiem rządzili cywilni i wojskowi dyletanci, ludzie bezczelni i niewyobrażalnie skażeni pychą. Bawili się wojskiem, jak dzieci ołowianymi żołnierzykami. Swoją niekompetencją doprowadzili polską armię do ruiny. Gazeta Wyborcza pisała, jakiś rok przed katastrofą, że piloci wojskowi w kraju prawie nie latają, bo nie mają paliwa !
Wysyłali na wojny żołnierzy bez należytego sprzętu, w tym nawet dobrego umundurowania !
Przez krasą głupotę doprowadzili do zniszczenia polskiego wywiadu i kontrwywiadu w Afganistanie. {Polecam poczytać, co na ten temat ma do powiedzenia gen. Skrzypczak).

Moim zdaniem – mimo tych wszystkich zaniedbań – bezpośrednim winnym katastrofy w Smoleńsku był prezydent Lech Kaczyński, który, po pierwsze, spóźnił się na lotnisko, a po drugie, przez swój apodyktyczny i mściwy charakter doprowadził do tego, że piloci, by go obłaskawić, zdecydowali się na zejście poniżej wysokości decyzyjnej.

Dla pierwszego pilota – zgodnie z pisemnym rozkazem – graniczną wysokością, na którą mógł zejść przy braku widoczności, było 120 metrów.
Ostatnio Jarosław Kaczyński wypowiedział słowa o ofiarach katastrofy: “zostali zdradzeni o świcie”. Podniosły się głosy oburzenia na te słowa. A ja się pytam, czy przypadkiem nie są to słowa prawdy ?
Proszę pomyśleć i odpowiedzieć – czy doszłoby do katastrofy samolotu, gdyby Lech Kaczyński przyjechał na lotnisko o świcie, o wyznaczonej godzinie ?

I myślę, że nie ma tu znaczenia, czy specjalnie przyjechał z półgodzinnym opóźnieniem, by wejść z “fasonem”, czy też z powodu zaspania. Jedna i druga przyczyna świadczy o lekceważeniu ludzi.

(alamatygrysa)”

andy lighter

Published in: on Kwiecień 17, 2011 at 2:13 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , , , ,

Latać czy nie latać? Oto jest pytanie

Jak się dowiadujemy, po miesiącu(!), jedyna tutka, która ostała się polskim władzom, o mały włos nie rozbiła się podczas lotu szkoleniowego. I natychmiast pojawiło się, a raczej powróciło na nowo, niczym feniks z popiołów pytanie, czy polskie VIP-y powinny łatać na TU154M o numerze bocznym 102. Najgłupsze pytanie, jakie postwić może głupi pytający średniointeligentnego, średnio obserwującego ostatnie wydarzenia w naszym (i nie tylko) kraju obywatela.

Oto samolot, który wg niemal wszystkich fachowców zajmujących się lotnictwem w tym kraju i nie tylko, bezpieczny i nowoczesny w wersji dla naszych VIP-ów, nieomal się rozbił bo… plot (instruktor) zamknął kalpy podwozia przed jego schowaniem. A ja, głupi, nie usłyszałem czy pilot (instruktor) powinien latać, tylko czy VIP-y powinny latać. Cholera, u laryngologa dawno nie byłem… Nie wiem kto to był ten instruktor. Ile miał lat, od kiedy i ile latał, ale natychmiast po nieusłyszeniu pytania, czy pilot powinien latać, a po przesłyszeniu się, czy politycy powinni, przypomniała mi się „opcja zerowa” – Macierewicz, Kaczyńscy, Olszewski i inni zwolennicy opcji, którzy zdążyli wcielić ją w życie i zainfekować innych decydentów. Efekt: „Lotnicy z ruskich maszyn – won komuchy, ruscy agenci i szpiedzy!”. Nawet jeśli tylko ewentualni, trzeba było dmuchać na zimne. Odeszli więc prawdziwi fachowcy, gnębieni (czyt.: znakomicie, żmudnie uczeni), do prywatnych linii, zostawiając za sobą nieudaczników, ostałych się cudem przedemerytów, elementy z jakich powodów (?) inaczej traktowanych od powyższych kolegów i żółtodziobów. Takim sposobem mieliśmy czterdziestosześcioletnich generałów (Błasik), w dodatku przypinających trzy gwiazdki generalskie w ciągu trzech chyba lat: Geniusz wojenny „w czasie pokoju” innymi słowy. Zresztą nie on jeden.

Nie mogą mi się nie przypomną przy tej okazji czasy mojej młodości. Za komuny. Nigdy nie postrzegałem, tak jak i dziś nie postrzegam realiów życia w barwach czarno-białych, tak jak postrzega Kaczyński, Macierewicz czy Olszewski. Zawsze wylewanie całej „komuny jak leci” do ścieków wydawało odbierałem jako objaw skrajnej nieodpowiedzialności. Dowód: wszystko powyżej. Tak się składało, że mniej więcej połowę swojego życia zawodowego przećwiczyłem w komunie a połowę po niej. I tak się składa, ze nie widziałem specjalnej różnicy w pracowaniu. Stereotyp „czy się stoi czy się leży…” niekoniecznie, nie wszędzie był obowiązujący. Niemal notorycznie za komuny chodziłem bez premii za drobniejsze i mniej drobniejsze przewinienia. Jednak nie unikałem również oznak docenienia. To się opłacało w tych czasach. Świadomość, że jestem dobry w tym co robię, pozwalała mi z podniesioną głową, prosto w oczy patrzeć w oczy przełożonego oświadczającego mi (zresztą słusznie), że nie mam premii. A premia wtedy (to informacja dla młodzieży) w wypadku robotnika stanowiła kawał wypłaty. Duży kawał. Byliśmy więc na remisie: on mi zabierał premię, bo miał za co (nie byłem grzecznym chłopczykiem), ja, nawet bez premii dużo zarabiałem, ponieważ byłem świetnym fachowcem po pierwsze, i ponieważ zawsze, w trudnych chwilach, mógł na mnie liczyć. Moje blisko czterystugodzinne czasem miesięcznie wypruwanie flaków, nie brało się z mojego kaprysu, tylko z potrzeby. Wyższej potrzeby. Nie mojej, nie szefa, tylko ludzi, dla których świadczyliśmy pracę, sytuacji (np. pogody), „niedyspozycyjności innych” (dziś to się nazywa kontuzja goleni, czy jakoś tak po filipińsku), itp. Tak było za komuny. Nie tęsknię za nią, żeby nie było, ale pracując później, było (nie do wiary) gorzej.

Po transformacji, moi szefowie, wzajemne ograniczone zaufanie zamienili na brak zaufania. Ja też. Na moją „niegrzeczność”, przetransformowawszy się z pezetpeerowców na związkowców reagowali: „Jak ci się nie podoba to się zwolnij. Tam jest kolejka na twoje miejsce”. Ja pracowałem po sto osiemdziesiąt godzin, a telefon „w potrzebie” odbierała żona, jednak, co nietrudno zgadnąć, oni wygrali. Ale może dzieli temu miałem „szczęście” zobaczyć wojsko z bliska, jako cywilny pracownik dozoru technicznego. To już było w czasach „nowych mioteł”, a więc nowych porządków, wyrzucania „komuchów”, itd. Pracowałem tam krótko, bo jednostkę rozwiązało, ale doświadczeń i obserwacji nikt mi nie zabierze. To dwa światy: służba zasadnicza sobie i kadra sobie. Służba zasadnicza – fala w najprymitywniejszym i najostrzejszym wydaniu i kadra, skąpana w morzu alkoholu, wzajemnych podchodów, grup, grupek, … ech, przecież książkę by napisać. Spotykały się te dwa światy tylko w sytuacjach niezbędnych: porannych apeli, zbiórek, poligonów i… tyle.  

Po co o tym piszę? Po to, aby uzmysłowić, szczególnie młodszym, albo skażonym jak np. Macierewicz, że „opcja zerowa”, częściowo przeprowadzona, to kompletna bzdura, tak samo jak kompletną bzdurą były „nowe porządki”, nieoparte na żadnych wzorcach, byle „antykomuna” i będzie super.

Dobry pracownik za komuny, oznaczał pracownika „przećwiczonego” na różne warianty.  Wniosek: jestem pewien, że pilot doświadczony, „przegoniony” i mozolnie przećwiczony na ruskich tutkach, w mig poradziłby sobie, zorientował się i nauczył, rozmaitych boeingów czy innych embraerów. Gdyby wyszkolonego zaś dziś młodziaka na embraerze, posadzić na tutce, to by się zesrał!

Kiedyś Komorowski, jeszcze chyba jako minister, powiedział o polskich pilotach: „Polscy piloci potrafią latać nawet na drzwiach od stodoły”. Odrobinę się niestety pomylił.  Powinien powiedzieć, że Polscy piloci potrafią latać tylko na drzwiach od stodoły”.

Niech więc nasze VIP-y rzeczywiście nie latają tą tutką. Bynajmniej nie ze względu na ten samolot, ale na pilotów.

andy lighter

Published in: on Marzec 25, 2011 at 7:50 pm  Komentarze (8)  
Tags: , , , ,

“WikiLeaks po polsku”, czyli dlaczego Rosjanie to robią?

Dziś odbyła się kolejna konferencja (telekonferencja) moskiewska w sprawie katastrofy smoleńskiej. W odpowiedzi na warszawską konferencję polskich prokuratorów w tej samej sprawie. A wczoraj była w Moskwie konferencja wyprzedzająca te dwie dzisiejsze. A wcześniej konferencja MAK-u, niespodziewanie jak królik z kapelusza. I różni eksperci, od pilotów, prawników, przez polityków po dziennikarzy głowią się i łamią sobie głowy, o co tu chodzi. Tymczasem sprawa wydaje się prosta jak budowa cepa.

Rosjanie nie muszą nas o nic oskarżać, sami się oskarżymy (komisją Millera) i słusznie, bo szympansy samolotami nie latają, tylko ludzie, w dodatku piloci, a i organizatorzy mają (chyba) głowy od myślenia, w przeciwieństwie do szympansów, którzy głową głównie jedzą. Jeśli robią jeszcze coś ponadto, są genialne.

Problem Rosjan polega dokładnie na tym samym, na czym polega nasz problem w lotnictwie i szerzej – w wojsku. Procedury sobie, a wojsko sobie. Tak u nas, do 10. kwietnia zeszłego roku, jak i u nich, do dzisiaj, procedury i przepisy wojskowe rzadko spotykają się z panującym stanem faktycznym codziennej, wojskowej rzeczywistości. Zresztą tajemnicą poliszynela jest fakt, że w większości krajów świata armie stanowią osobne państwa w tych państwach i wszędzie zdarza się bywać gorzej lub lepiej ze współgraniem tych dwóch zależności: procedur i realiów. Czy to w USArmy czy w British Armed Forces, czy w Bundeswerze, itd. Tylko że i te armie i Rosjanie mają nad nami przewagę, jeśli chodzi o stan na dzień dzisiejszy. Te armie w tych krajach będą takie jakie są tak długo, jak im się spodoba i nikt im w ich armiach gmerał nie będzie. A my, przez niefrasobliwość jednego człowieka, albo kilku osób, musimy teraz naszą armię rozebrać do rosołu. Przed Polskim społeczeństwem, a co za tym idzie i przed światową opinią publiczną.

Taki mini WikiLeaks sobie zafundowaliśmy (a może raczej… ktoś nam zafundował). I nie chodzi tu nawet o to, że w Wojsku Polskim nie ma co ukrywać, albo jest niewiele. Chodzi o zasadę: z wojska nic nie wychodzi na zewnątrz (w dużym uproszczeniu oczywiście). Nie tak dawno też jeden człowiek zafundował nam WikiLeaks wywiadu i kontrwywiadu, zupełnie niemal unicestwiając te służby. Niedługo będzie więc powtórka z rozrywki.

W myśl zasady: Z wojska nic nie wychodzi na zewnątrz, Rosjanie stają na głowie, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od wieży kontroli lotów i kontrolerów. I mają tu dużo szczęścia, bo nie będą musieli się za bardzo wysilać, aby trzymać sprawę wieży z daleka. Moim skromnym zdanie i tak zrobili nam dużą przyjemność pozwalając na przesłuchania kontrolerów. Ale zrobili to zapewne z rozmysłem, bo to spowoduje jedynie „przybicie polskiej pieczątki na opinii – »niewinni«”. Inaczej bowiem być nie może. Na rosyjskiej wieży był bałagan, ale dzięki bogu nie miało to wpływu na tragedię. I zostaną Rosjanie samo ze swoim bałaganem w wojsku. I co oni z nim zrobią – ich sprawa. Tak samo jak naszą sprawą byłoby (powinno być) co my zrobimy ze swoim bałaganem. ( NATO do naszego bałaganu przywykło, zapewne nie odbiega od NATO-wskiej normy i wcale się nie dziwię, ani nie śmieję).

Rosjanie rozgrywają swoją grę po mistrzowsku. Trochę nie far, trochę kantują, ale co tam, efekt końcowy się liczy. Robią wszystko, aby swoją armię trzymać od sprawy daleko, jak najdalej. Żeby  żaden wypadek rozkapryszonego prezydenta i pretensje rozgoryczonej części jakiegoś narodu, nie wtrącał się do ich wojska. Wojska, wobec którego do dziś, mimo wszystko, respekt czuje cały świat.

My po raz kolejny, bo przecież to potrafimy najlepiej, obnażymy się przed światem ze swoich słabości, których w innych krajach jest nie mniej niż u nas. Ale u nich są to sekretne słabości.

Gdybym był na miejscu Millera, nie upubliczniałbym całego raportu. Wskazałbym winnych cywilów (chociaż osądził wszystkich: i cywilów i wojskowych), a resztę obwarowałbym klauzulą tajności. Ale my tak nie zrobimy. Jesteśmy przecież winni „całą prawdę” Jarosławowi i Marcie Kaczńskim, oraz rodzinom Gosiewskich, Melaków i innych Mertów. A także obrońcom krzyża, Pospieszalskiemu i ojcu Rydzykowi.

________________________

Co nam się podoba w obalanych właśnie dyktaturach krajów arabskich? To, że ludzie czują wolność. Że przestają obowiązywać niepisane reguły dynastii: Mubarak nie wystawi już syna na prezydenta, Kadafi pewnie też nie. A dynastia koreańska budzi w nas obrzydzenie. Tymczasem w Polsce przynależność sukcesji po bracie dla Jarosława Kaczyńskiego dla wyznawców PiS-u była czymś absolutnie naturalnym i oczywistym. Przynależnym wręcz, niemal z urzędu. Tak jak przynależne zdaje się być miejsce w partii dla córki byłego prezydenta. Zaślepienie wyznawców PiS-u sprawia, że próbują pchać to państwo w stronę od której wszyscy „ozdrowieni” uciekają. W stronę dynastii, dyktatury, nienawiści, nędzy.

Najgorsze jest jednak to, że tacy ludzie jak Tusk, Komorowski, Miller z komisją, nie tylko się temu nie przeciwstawiają, ale wręcz ułatwiają im to pchanie, „spełniając ich życzenia”. 

Published in: on Luty 18, 2011 at 9:18 pm  Komentarze (3)  
Tags: , , , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.