Tragiczny budżet

Zerwałem się nad ranem i już koniec było ze spaniem. Włączyłem tivi, żeby mi jakoś zeszło do świtu. O budżecie było. No i że tam czterysta czterdzieści miliardów Tusk wynegocjował. Największy dla nas budżet, mimo największych w historii cięć europejskich.

– Ciekawe co PiS-owcy na to – sarkastycznie rzuciła moja żona.

– Jak to co? Powiedzą, że miało być więcej i że Tusk przegrał, zaprzedał polskie interesy! – odpaliłem z głupia frant.

Nie minęła godzina, a na ekranie pojawił się euro poseł. Wojciechowski euro poseł. Jakaś powtórka była wieczornego programu.

Janusz Wojciechowski

Ten budżet jest dla Polski tragiczny! – zauważył Wojciechowski Euro poseł, sprzeciwiając się durnemu Rosatiemu – będę miał ogromny kłopot, żeby zagłosować za tym budżetem podczas obrad parlamentu europejskiego.

Wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem, aż sąsiad zastukał mi po kaloryferach.

O rany. Jak ja doskonale znam ten PiS. Jak ja wiem, co oni pomyślą, powiedzą i zrobią. To się nazywa przewidywalne ugrupowanie polityczne. Jak oni bardzo, najbardziej na świecie kochają ten kraj…

Ten budżet jest rozczarowujący dla wszystkich krajów Unii. Dokładnie dla wszystkich, oprócz… Polski. Jesteśmy jedynym krajem, który może dostać więcej, niż z poprzedniego budżetu. Wszyscy inni… tracą.

Czy trzeba chcieć czegoś więcej? Czy można czegoś więcej żądać?

A wystarczyło zagłosować na PiS w ostatnich wyborach. Mielibyśmy pięćset siedemdziesiąt, albo dziewięćset, a nawet bez Kozery bilion dwieście. A tak… Tusk spartolił! Sprawę!

andy lighter

Brukselskie fiasko pierwszej rundy

Nie chcę tu odkrywać Ameryki, a tylko pochylić się nad co ciekawszymi opiniami komentatorów brukselskiego szczytu budżetowego. Wnioski mogą być ciekawe.

Jedno spostrzeżenie narzuca się przed wszystkimi innymi: nie tyle chodzi o pieniądze ile o politykę. Sądzę, że brak komunikacji naszego rządu ze społeczeństwem to choroba nie tylko naszej Platformy Obywatelskiej, ale i innych rządów w krajach europejskich. Również tych bogatych – płatników netto. Tyle, że objawy tej choroby są inne niż u nas. Tam do społeczeństwa się mówi, dużo mówi. Tyle, że mówi się to, co to społeczeństwo chciało by usłyszeć. A jeśli nie można powiedzieć wiele dobrego, bo kryzys i pogłębiająca się recesja, pokazuje się palcem na Unie Europejską.

Społeczeństwa krajów bogatych, w wyniku komunikacji z rządem i informacji medialnych uważają kraje postkomunistyczne, rozwijające się, jako złodziei. Skoro tak dynamicznie się rozwijają, też powinni ponosić koszty kryzysu, też powinni podlegać dotkliwym cięciom budżetowym. One nie rozumieją, ze ten rozwój dzieje się w ogromnej mierze dzięki pieniądzom unijnym i że ten rozwój jest również w ich interesie. Postrzegają to nie jako wspólny interes, ale jako konkurencję. Rozbudowa naszej i infrastruktury, czyli dróg kolei a także przedsiębiorstw postrzegane jest jako zagrożenie, a nie jako kapitalne możliwości współpracy gospodarczej, czyli rozwoju import/eksportu, a więc produkcji.

Wreszcie społeczeństwa zachodnie z całą pewnością nie mają pojęcia o tym, ze owe cięcia stanowią promile, często jednocyfrowe ich narodowych budżetów. Promile niemające znaczenia w tych budżetach. Odbierają te cięcia na rzecz biorców netto, karmieni zresztą rządową, albo opozycyjną propagandą, jako jeden z poważnych powodów recesji i przedłużającego się kryzysu. Tymczasem jest to kompletna bzdura.

Rządy jednak wiedzą, że ich społeczeństwa kupują brną w tę filozofię. Spirala się nakręca: społeczeństwa żądają od przywódców skuteczności w polityce unijnej, rządy boją się narazić swoim obywatelom i rozgrywają politykę, zamiast finanse. To, jak sądzę, na skutek takiej właśnie nakręcającej się spirali społeczeństwo brytyjskie jest zwolennikiem wyjścia z Unii Europejskiej.

Politycy „bogatej” Unii zdają się zresztą nie za bardzo rozumieć sytuacji i potrzeb krajów „rozwijających się”. Tym łatwiej im karmić swoich obywateli frazesami o konieczności głębokich cięć. Dowodem na to są kolejne propozycje poszczególnych szefów rządów, czy Przewodniczącego Rady Europy Hermana Van Rompuy’a, których wynikiem są kolejne cięcia m.in. w środkach dla Polski: duży kraj, najlepiej się rozwija w całej unii, nie ma więc powodów, żeby nie ciąć.

Racje ma Komisarz Janusz Lewandowski wyrażający niewielkie, bo niewielkie, ale jednak obawy w kwestii przesuwania się terminu budżetowego rozstrzygnięcia. Uważa on, a ja się z nim w tej kwestii w stu procentach zgadzam, że im później nastąpi owo rozstrzygnięcia, tym dla nas gorzej. Kryzys trwa, recesja się pogłębia, cięcia mogą więc być większe, a nie mniejsze. Nie wiadomo, co stanie się w poniedziałek, a co dopiero za dwa, trzy miesiące. Gdyby budżet udało się uchwalć wcześniej niż później, sytuacja w krajach europejskich, szczególnie tych najbardziej niezadowolonych, choć starych członków, powinna się uspokoić w obliczu fatów dokonanych. Niezadowolenie społeczeństw wróciłoby z terenu Unii Europejskiej na własne, narodowe podwórka, do własnych, narodowych premierów, ministrów finansów i ministrów pracy.

Dlaczego Angela Merkel zbliżyła się do Davida Camerona? Oczywiście z powodu przyszłorocznych wyborów w Niemczech. I znów, czas działa na naszą niekorzyść, bo coraz trudniej będzie „oderwać” Angelę Merkel od Davida Camerona.

Już nawet nie chodzi, jak zgodnie twierdzą komentatorzy, o parę miliardów w tę, czy w tę stronę. Bo pieniądze (ich w tę, czy w tę… ) to sprawa trochę wtórna. Sprawa rozbija się znów o niewiedzę polityków „zachodu” co do podziału przyznanych ewentualnie środków. Ich podział, dokonywany na krajach „wschodzących” jest tak idiotyczny, tak świadczący o kompletnej „ślepocie” tych przywódców i działanie na kompletnie przypadkowej zasadzie „chybił trafił”. Najprawdopodobniej biorą oni pod uwagę lata przeszłe, co nijak nie jest uprawnione, np. w kwestii rozwoju badań naukowych, czy kwestii pomocy socjalnej. W tej pierwszej sprawie może chodzić o lobbing, strach przed konkurencją, a w drugiej… bóg raczy wiedzieć. Sądzę, że biorąc pod uwagę plany szefów rządów dotyczące wielkości budżetu dla siebie, nie powinni kwestionować planów tych szefów jego rozdziału. Tymczasem uzurpują sobie prawo do przekładania określonych sum z ewentualnie przyznanej puli, z kieszeni do kieszeni nieswojej kurtki. Jeśli nie chcą przyznać np. na badania, powinni to wyartykułować i pokazać cięcie, a nie wspaniałomyślnie „dołożyć” na spójność, wyjmując z innej kieszeni w tej samej kapocie. Zbyt mały jest chyba nacisk kładziony na ten objaw hipokryzji i zbyt cicho jest przedstawiona diagnoza ślepoty, źle widzącemu „pacjentowi”.

Unia Europejska jest słaba i nieprędko, jeśli w ogóle, będzie konkurentem, albo przynajmniej równoprawnym graczem na światowym rynku gospodarczym. Kryzysy sprzyjają bowiem ksenofobii, jak słusznie zauważył Janusz Lewandowski. Bardziej dzielą, zamiast łączyć. Cięcia budżetowe tylko temu sprzyjają, tym bardziej cięcia, dotyczące jak już wspomniałem promili narodowych budżetów, spowodowane własnymi interesami politycznymi, z finansami niemającymi kompletnie nic wspólnego.

Jeśli dołożyć do tego ogromne pieniądze w przejadającej je Grecji, za chwilę w Portugalii i Hiszpanii, krajach od dawna będących w Unii, istnienie tego bardzo podzielonego organizmu staje się naprawdę niepewne

_____

Jedyną dla nas szansą jest dewiza „Umiesz liczyć, to licz na siebie”, czyli samodzielność energetyczna. I choć szybko stalibyśmy się płatnikiem netto, stalibyśmy się jednym z głównych rozgrywających. Z łatwością „przyznającym sobie” podobne brytyjskim, czy niemieckim „rabaty”, np. na ścianę wschodnią. Ale w gazie łupkowym i odkrywanym tu i ówdzie przy okazji złożom „zwykłego” gazu ziemnego, czas bardzo powoli biegnie.

_____

Kilka lat temu widziałem mapkę Polski z naniesionymi na nią terenami bogatymi w źródła energii geotermalnej. Niemal pół Polski (zachód) pokryty był czerwienią oznaczającą obecność gorących wód. I temat umarł.

andy lighter

Budżet i znaki zapytania

Mamy więc na tapecie budżet na przyszły rok. Mnożą się obietnice łagodnego przebrnięcia przez kryzys, bardzo ostrożnego wzrostu, ale i tak najwyższego w Europie, ale mnożą się też pytania, wątpliwości.

Od kilku lat nie mogę się określić mianem przyjaciela rządu Donalda Tuska. Ale też nie mogę i nie chcę zresztą określić się jako przeciwnik, wróg tego rządu. Przedstawiając założenia budżetu, minister Rostowski uspokaja, obiecuje i daje nadzieje. Jednak jeśli wsłuchać się w głosy malkontentów, i nie mam tu na myśli durnych populistów, tylko ludzi mówiących „do rzeczy”, i im nie sposób odmówić racji. Liczby Rostowskiego uspokajają, dają jakąś nadzieję – damy radę. Ale czy ci, którzy twierdzą, że „skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle”, to durnie, analfabeci i „wichrzyciele”? Mam wątpliwości, coraz więcej wątpliwości. Oczywiście nie oznacza to, że jestem zwolennikiem ośrodków pomocy społecznej, jako głównego polskiego „wypłacacza” pieniędzy Polakom, jednak ignorowanie problemu jest… (chyba) nieuczciwe, a przynajmniej nie całkiem.

Faktem jest, że wskaźniki ekonomiczne Polski idą w górę. Faktem jest, że nasza sytuacja, w związku z tym wygląda dobrze na tle innych krajów, choćby krajów Unii. Ale przecież faktem też jest, że bieda w Polsce aż piszczy i biedą, a nawet ubóstwem dotkniętych jest potężna rzesza obywateli naszego kraju. Faktem też wydaje się być to, że wiele działań bezinwestycyjnych, albo inwestycyjnych, które zwróciłyby się dość szybko, znacząco ułatwiłyby życie wielu ludziom. Chociażby bezgotówkowy przepływ pieniędzy tam, gdzie to tylko się da. To taki przykład, jego wadą jest to, że może sprawić oszczędność kilku(dziesięciu) milionów złotych. Zbyt mało, żeby się tym zajmować, ale czy na pewno? Czy nasze władze nie powinny pochylić się nad starym jak świat powiedzeniem „Ziarnko do ziarnka, aż zbierze się miarka”? Kilka takich usprawnień, ułatwień, a zbierze się miliard, jeszcze kilka i kolejne dwa miliardy, itd., itp. Korzyść i finansowa, dla budżetu i egzystencjalna, sprzyjająca działaniu tych, którym chciałoby się chcieć.

Od długiego już czasu domagam się poprawienia, a właściwie uruchomienia komunikacji na linii rząd – społeczeństwo. Uważam, że to jedyna metoda, pozwalająca na uwierzenie, albo przynajmniej zrozumienie działań rządu, Donalda Tuska, ministra Rostowskiego i całego rządu. Przypominam sobie debatę ekonomistów zorganizowaną przez PiS. To była naprawdę znakomita pigułka ekonomii dla ciekawskiego słuchacza. Nie mogę zrozumieć, dlaczego rząd, minister Rostowski i jego urzędnicy nie „uczą” Polaków ekonomii.

Ekonomia to trudna dziedzina, ale nie wyobrażam sobie, żeby „nauczyciel” mający szczere zamiary nie potrafił, jeśli zechce nauczyć ekonomii „łopatą”. Nie po profesorsku, nie po naukowemu, tylko zwyczajnie: mozolnie, cierpliwie, systematycznie, powoli tłumaczyć Polakom, z czym to się je, co się dzieje i dlaczego tak, a nie inaczej rząd chce działać. Czyli pokazać ekonomię i filozofię swojego działania.

Filozofię mógłbym kupić, albo nie, mógłbym mieć inną, np. nie być liberałem, mogę być przeciwnikiem podatków jak Korwin-Mikke, mogę marzyć o komunistycznych kibucach, żeby wszystkim po równo, ale jedno jest pewne – z całą pewnością, z czasem, byłbym troszeczkę, odrobinę rozjaśniony w tej ekonomicznej „czarnej magii”.

Kiedyś, jeszcze za komuny, a dokładnie za czasów ministra Kwiatkowskiego, tego od „chrupiących bułeczek” i ministra Wilczka, pierwszego kapitalisty w socjalistycznym rządzie PRL-u, w socjalistycznej telewizji puszczany był taki jeden programik. Była to kreskówka węgierska o podstawach ekonomii właśnie. Taki sobie rysunkowy chłopek, nie pamiętam, ale chyba Ludwik mu było, zmagał się z ekonomią, poznawał ją i rozbierał na czynniki pierwsze. Węgry w tamtym czasie były najlepiej rozwiniętym krajem z bloku demoludów i najbliżej im było do krajów „Zachodu”. Polacy, Czesi, Rosjanie z zazdrością patrzyły jak socjalistyczne Węgry się liberalizują. I tak sobie myślę, co by się stało, gdyby jakaś telewizja, publiczna np., produkowała takie kreskówki edukacyjne, a raczej znakomicie edukujące.

Ekonomia się zmieniła, warunki w Europie i na świecie też, ale tym bardziej warto by ludzi uświadamiać. Wolałbym poświęcić czas na dwa odcinki „Ludwika”, niż pół godziny na „Modę na sukces”, albo Inny „Klan”. Ponieważ tych dwóch ostatnich nie oglądam, siedzę przed komputerem, piję jakieś piwo, albo inaczej „marnuję czas”. Marnuję, bo nic nowego, wartościowego, nie włożyłem do głowy.

I wreszcie ostatni argument przemawiający za tłumaczeniem, wyjaśnianiem, nauczaniem: byłyby te działania znakomitym narzędziem zwalczającym, no, może dyskredytującym i czyniącym niepoważnym, populizm. Gra, moim zdaniem jest warta świeczki Różnice, jak najbardziej możliwe, ale szczerość, transparentność i otwartość – bezcenne. Bo wobec takich argumentów, nawet najbardziej zagorzały wróg zastanowiłby się kilka razy, zanim… rzuciłby kamień.

andy lighter

Gdybym był ministrem…

Powiedziałbym „A pocałujcie wy mnie wszyscy w dupę”.

Słucham, oglądam i tam, co jeszcze „głosowanie nad ministrem”. Nie znam Rostowskiego. Ani on mnie grzeje, ani ziębi. Nie mam pojęcia czy jest ekonomicznym geniuszem, czy palantem. Ale…

Za dwie rzeczy muszę oddać mu ukłon. Po pierwsze za to, że nie uległ „naciskom” posłanki śp. Natali-Świat, która autorytatywnie stwierdzała, że budżet 2009 trzeba skorektować o 38 mld. złotych. Dziś bylibyśmy w czarnej dupie płacząc za „cudowną” sytuacją Grecji, albo innej Portugalii. Zawziął się i (dzięki ci panie boże) nie posłuchał pani poseł.

Druga rzecz to sprawa OFE. Nie wiem, czy on ma rację, czy rację ma Balcerowicz. Wiem, że on nie ma w tej walce, oprócz budżetu, żadnego interesu, Balcerowicz ma(!), dlatego jemu… bardziej ufam.

Z powodu tych dwóch spraw, całą tę komedię w sejmie uważam za… komedię właśnie. Gdybym był ministrem, stanąłbym na mównicy, i powiedział: „dziękuję, odchodzę, wybierzcie sobie jakiegoś… Balcerowicza, albo innego Kołodkę”.

Ciekawy jestem wtedy „działań” Balcerowicza.

A jakiś facet z SLD zarzucił Rostowskiemu, że frank szwajcarski kosztuje trzy złote dziewięć groszy. A w  2007 roku kosztował dwa ileś tam… (pomyślałem sobie, ile kosztował w czterdziestym ósmym na przykład). Przypadkiem nikt nie mówi o tym, że za czasów PiS-u – prosperity gospodarczej, dług Polski zwiększył się o ponad sto miliardów (chyba euro, ale nie jestem pewien).

andy lighter

Potrzebne reformy, czyli „huzia na Józia”

Sporo czytam na blogach różnych ocen dzisiejszej polityki rządu. Negatywnych ocen. Do wielu z nich się przychylam, bo nie ma chyba w tym kraju człowieka, który nie odczuwałby niedosytu. Brak zdecydowanych działań, przerost zatrudnienia urzędników i wysokie ceny bulwersują chyba wszystkich, mnie też. Jednak wielu niezadowolonych, ten rząd zdecydowanie wyrzuca do śmietnika. Ja daję mu żółtą kartkę i wołam o wysłuchanie wyborców. Jeśli nie usłyszą, zmienię kartkę na czerwoną i nie zmienię zawodnika (bo ci na ławce nie wiedzą nawet w co się gra) tylko odwołam mecz, czyli nie pójdę na wybory.

Aż mi się w głowie kręci od „doradców”, albo inaczej – „oczekiwaczy” takich, a nie innych działań rządu, jako warunek poparcia tego rządu, albo innego, który zrozumie, co należy zrobić, aby Polska była krajem mlekiem i miodem płynącym. Postanowiłem wyjść im naprzeciw i zgodnie z ich oczekiwaniami ułożyć program partii, jaki powinna przyjąć PO, albo inna partia na którą gotowi są oddać swój głos.

1.    Przeprowadzić reformę finansów publicznych. Czyli ZMNIEJSZYĆ WYDATKI Z BUDŻETU.

2.   Obniżyć podatki.

3.    Obniżyć akcyzę na paliwo.

4.    Zwiększyć oszczędności w poszczególnych resortach.

5.     Zwiększyć wynagrodzenia budżetówki – Nauczycielom, publicznej służbie zdrowia, policji i wszystkim służbom mundurowym należą się godziwe wynagrodzenia.

6.    Zwiększyć wydatki na służbę zdrowia – w krajach UE wydatki na służbę zdrowia sięgają 6 % PKB.

7.    Zwiększyć dotowanie kultury – każdy absolwent szkoły aktorskiej, młody reżyser czy muzyk, musi mieć prawo do pracy w teatrze, zrobienia filmu lub wydania płyty, a młody malarz, musi mieć za co kupić farby i inne potrzebne materiały.

8.    Zlikwidować ZUS a składki w całości przekazywać do OFE – postkomunistyczny moloch przejadający publiczne pieniądze musi zniknąć.

9.   Zwiększyć emerytury i renty – emeryci i renciści mają prawo do godnego życia.

10.  Zwiększyć wydatki na edukację i cele związane z edukacją – wyprawki dla uczniów, stypendia i wyżywienie w szkole.

11.   Zwiększyć wydatki na bezpieczeństwo obywateli i wojsko – policja powinna być wyposażona w nowoczesny sprzęt, tak samo jak siły zbrojne.

12.  Zwiększyć wydatki na infrastrukturę przeciwpowodziową.

13.  Zwiększyć wydatki na budowę dróg i unowocześnianie infrastruktury kolejowej.

14.  Zlikwidować przywileje emerytalne – oczywiście oprócz służb mundurowych, górników i nauczycieli (przecież jesteśmy „Solidarność”).

15.  Przeznaczyć z budżetu więcej środków na aktywizację i wyrównywanie szans województw wschodniej Polski.

16.  Zwiększyć

17.  Zwiększyć

18.  Zwiększyć

19.  ZLIKWIDOWAĆ DŁUG PUBLICZNY!

20.    W A R A  O D  M O I C H  P I E N I Ę D Z Y ! ! !

No to co, drodzy „oczekiwacze”, robimy partię, albo namawiamy kogoś na ten program? Oczywiście można dowolnie dopisywać postulaty. W końcu chcemy tylko, żeby było lepiej.

Tylko coś mi się tu kurwa w rachunkach nie zgadza.

andy lighter