Kaczyński załatwia nam budżet

Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie budżetu Unii Europejskiej i wszystko już wiadomo. Jeśli budżet unijny będzie dla Polski pomyślny, to oczywistą oczywistością będzie, że stało się tak za sprawą działań prezesa PiS-u i jego europosłów. Jeśli nie uda nam się wywalczyć tego, na co liczy choćby Donald Tusk, to jasne jest, że będzie to wina Tuska.

A tak na marginesie – Kaczyński kilkanaście razy wymieniał nazwisko Donalda Tuska, ani razu nie poprzedzając go tytułem „premier” i żaden z licznej grupy dziennikarzy nie zwrócił mu na to uwagi. Sądzę, że jeśli polityk jawnie ignoruje przysługujący premierowi Tuskowi tytuł, to psim obowiązkiem dziennikarza uważającego się za rzetelnego, jest mu na to zwrócić uwagę.

Czterech europosłów PiS-u miało w zeszłym tygodniu rozmawiać z Davidem Cameronem, premierem UK w sprawie wsparcia dążeń Polski do jak najlepszego dla niej budżetu. Ponieważ doszedł do tego list prezesa PiS do Camerona, ten poparł polskie dążenia i wsparł jak najwyższy fundusz spójności dla naszego kraju. Nie dziwi mnie to, wszyscy przecież wiemy, jaką moc ma Jarosław Kaczyński. Jego brat miał podobną i Rosjanie postawieni pod ścianą musieli go zabić.

To dobrze, że opozycja włącza się w polskie dążenia unijne, jest jednak kilka niejasności. Po pierwsze, nie ma żadnego śladu tego spotkania. Oficjalnego dokumentu, oficjalnego potwierdzenia strony brytyjskiej, itp. Co nie znaczy, że spotkanie się nie odbyło i że Cameron nie obiecał wsparcia dla Polski. Oby jednak nie okazało się, że te spotkanie i te obiecanki są picem i grzecznościowym pustosłowiem. Oficjalnie wiemy, że Cameron, póki co, nie tylko nie jest przyjacielem piętnastu „Państw-przyjaciół spójności”, ale jest ich głównym oponentem – przeciwnikiem w budżetowej grze.

Słów skierowanych przez Camerona do Kaczyńskiego: „Jesteśmy za jak największymi cięciami wydatków, ale nie kosztem krajów postkomunistycznych”, w żaden sposób nie da się obronić i Cameron doskonale o tym wie. Zresztą Kaczyński również, ale rżnie głupa. Żaden kraj z płatników netto nie zgodzi się na cięcia wyłącznie po swojej stronie. Tym bardziej, że Cameron nie chce słyszeć o likwidacji rabatu brytyjskiego, dinozaura finansowego liczącego już sobie 32 lata. Przypominam, że Margaret Thatcher wynegocjowała go w 1980 roku w celu zagospodarowania terenów i ludzi po zlikwidowanych kopalniach węgla kamiennego. Dziś, na tamtych terenach rośnie już drugie pokolenie ludzi, którzy kopalnie znają jedynie z opowiadań i książek, a rabat trwa niewzruszenie niczym fundament przeciwatomowego bunkra. Potwierdza to tylko zasadę, że raz coś przyznane, „należy się” już na zawsze. Podobnie ma się rzecz z ulgami niemieckimi na rzecz wschodnich landów, jednakże Niemcy skłonni są do ich ograniczenia, przy ograniczeniach innych beneficjentów funduszu spójności.

Cokolwiek się nie stanie PiS już szykuje sobie fotel zwycięzcy budżetowej batalii. PR-owcy pisowscy odrobili lekcje, przygotowali się i rozegrali tę partię na tyle dobrze, że ich zwolennicy będą piać z zachwytu nad talentem i charyzmą Zbawiciela, albo przeklinać i wyklinać zdrajcę i sprzedawczyka Tuska. Jakkolwiek negocjacje się potoczą, jakikolwiek będzie ich rezultat, Kaczyński w oczach swoich zwolenników nie tylko spadnie na cztery łapy, ale okaże się bohaterem.

Czyli, witaj zbliżająca się, kolejna odsłono wojny polsko-polskiej. Tym razem na froncie skuteczności (bądź nieskuteczności) działań w ramach naszego członkostwa w Unii. Kaczyński „kreuje się” na bardziej prounijnego niż premier Donald Tusk.

andy lighter