Kaczyńskiego strzał w dziesiątkę

Obejrzałem transmitowaną w telewizji „debatę” ekonomistów, zorganizowaną przez Jarosława Kaczyńskiego i mimo, nie ukrywam, swojej antypatii do niego i jego partii, byłem w szok. W szoku, w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Nie sądziłem bowiem, że taka debata, tym bardziej z powodu jej organizatorów, może być tak interesująca. Interesuję się trochę ekonomią, chociaż kompletnie nie uważam się za fachowca, jednak „odczytuję” fachowe terminy używane przez autorytety, rozumiem, rozumiem znaczenie i sens ich wypowiedzi, czego znaczna część polaków nie potrafi, udowadniając to np. w słupkach sondażowych, albo wynikach wyborów.

Jestem pod wrażeniem, ponieważ cała ta dyskusja pokazuje, jak potwornie skomplikowaną, czasem nieprzewidywalną i używaną czy to do manipulacji, czy „rozumienia na skróty”, jest materia ekonomii. Pewnym mankamentem tej dyskusji miało być zbyt mało czasu dla poszczególnych rozmówców, ale okazały się te obawy częściowo przedwczesne. Jedni mówili więcej, inni mniej, najczęściej wystarczająco, choć skrótowo. Plusem okazało się z tego czasowego ograniczenia to, że nikt nie „przynudzał”.

Oczywiście nie mam bladego pojęcia, co z tej dyskusji wyciągnie PiS, ale nie wyobrażam sobie, żeby kolejne takie dyskusji się nie odbywały. Może węższe tematycznie, ponadpartyjne albo bezpartyjne, ale uważam, że brak jakiejś formuły kontynuacji tego „początku” jest już niemożliwe.

Dyskusja zabiła mi kilka klinów, z którymi właściwie nikt z rządzących (dziś i „jutro”) do końca sobie nie poradzi, tak mi się wydaje. Tzn. nie poradzi, jeśli najpierw nie zapłacimy, jako społeczeństwo, frycowego, żeby później było lepiej. Istnieją pewne „dziury”, których jeśli nie naprawimy, to będziemy chodzić po wybojach bez końca, a jeśli weźmiemy się szybko za naprawę, niedogodności się spiętrzą, jeszcze bardziej utrudniając nam życie. Poza tym, jeśli je szybko naprawiać, trzeba się długo przygotowywać, a dziury „postępują”.

Wiem, że każdy minister finansów realizuje swój program autorski i to jest jasne. Jednak żałuję, że kolejni ministrowie, nie organizowali sobie takich debat. I to dość często, w zależności od dynamiki sytuacji gospodarczej w kraju i na świecie. Wtedy byłaby szansa, żeby te programy autorskie były „szersze”, mądrzejsze, a gdy trzeba, ostrożniejsze.

Pomijam fakt ponownej zmiany twarzy Kaczyńskiego. Pomijam, ponieważ nie wierzę w zużycie się maski smoleńskiej, zużycie kiedykolwiek, tzn. dziś, jutro i pojutrze. Mam nadzieję, że dzisiejsza maska zostanie mu na dłużej. Mam nadzieję, że nie będzie zamieniał sobie tych masek, z jednej na drugą. Wolałbym mniejsze zło: niech już używa obydwu jak musi.

 

andy lighter

Rozkopana Polska

„Ministrowi Grabarczykowi udało się jedno: rozkopanie Polski” – stwierdziła Elżbieta Jakubiak podczas debaty na temat infrastruktury. Jak mniemam, pani poseł wybudowałaby wszystko gdzieś w kosmosie, a potem w mgnieniu oka statki kosmiczne, gotowe drogi i koleje „ułożyły by” tam, gdzie mają być. Bezkolizyjnie, bez rozkopania, praktycznie w białych rękawiczkach.

Debata wywarła na mnie spore wrażenie. Jak mogłem się spodziewać, Liberadzki z SLD to pobożne życzenia, ale pani Jakubiak przeszła samą siebie. Kompletne i „znakomite”… mówienie o niczym konkretnym, oprócz zarzutów. A mam do pani Jakubiak szczególne sprawki. Oto nie kto inny jak ona, w ciągu pół roku od powzięcia decyzji FIFA o organizacji Euro 2012, nie potrafiła nawet sfinalizować lokalizacji stadionu w Warszawie. Uważam te pół roku za czas stracony. A pół roku bardzo by się teraz przydało.

Jeszcze jedna kwestia nie daje mi „prawa” do bezkrytycznej, negatywnej oceny ministra Grabarczyka. Otóż stanęła przed rządem magiczna, narzucona przez okoliczności, data, szlaban, cel: wszystko ma być zrobione do Euro 2012. Zapóźnienie, nicnierobienie kilkudziesięcioletnie, miały być nadrobione przez cztery lata. Wszyscy tego oczekiwali, wszyscy się mądrzyli, wszyscy wiedzieli lepiej, chociaż wcześniej nie mieli bladego pojęcia, skutkujące go kompletną zapaścią rozwoju infrastruktury. Rząd chciał się spisać, chciał zdążyć, bo przecież ta magiczna data to ogromne wyzwanie i obowiązek. Musiał więc działać szybko. Ekspresowo często, więc siłą rzeczy nie mógł ustrzec się błędów, jakichś niedoróbek w papierach, wiary w wyższość dobrej woli nad obiektywnymi możliwościami. A efektem była chociażby chińska klapa, itp. Często, moim zdaniem zbyt często zarówno my, wyborcy, ale przede wszystkim dziennikarze i rozmaici eksperci pomijają ten fakt. Fakt „narzucenia” rządowi owego magicznego terminu.

Oprócz pani minister Bieńkowskiej, kapitalne wrażenie zrobił na mnie Janusz Piechociński z PSL-u. Kapitalnie się przygotował, choć nie miał łatwego zadania. Pamiętamy przecież, że kompletny chaos na kolei powodował s sporej mierze człowiek z PSL, prezes (chyba) PKP Przewozy Regionalne. Jednak jego wystąpienia były bardzo rzeczowe, logiczne, spokojne i trzymające się kupy. Wcale bym się nie zdziwił, a jeśli tak, to in plus, gdyby albo następcą, albo kimś bardzo ważnym w infrastrukturze, w kolejnej kadencji został Janusz Piechociński.

Jak większość komentatorów, żałowałem, że wielkim nieobecnym był minister Grabarczyk. Ale z drugiej strony nie dziwię mu się, że unika mediów jak tylko to możliwe. Media i społeczeństwo wylało na jego głowę tyle pomyj, częściowo zasłużenie, ale częściowo bezpodstawnie, że kolejnych, pewnych jak w banku pomyj, mógłby nie zdzierżyć. A co do tego, że byłby to medialny lincz, nie mam wątpliwości.

Okazało się też, że straciłem wiele, nie mając szansy częstszego słuchania pani minister Bieńkowskiej. Myślę, że jest kapitalną wartością rządu PO-PSL.   

andy lighter

„Tomaszewski zatrzyma(ł)…” PO

Pamiętacie:” Tomaszewski zatrzymał Anglię!” grzmiały wszystkie gazety w Polsce, grzmieli szczęśliwi kibice. Jakiś stary wyga z PiS-u musiał sobie przypomnieć tamto hasło i podszepnąć prezesowi to nazwisko, wszak prezes na piłce się nie zna. Zwerbowanie byłego bramkarza do kandydowania z list PiS do sejmu trudnie zresztą zapewne nie było, bo jak się tak zastanowić, pasują do siebie jak… mało kto. Identyczne temperamenty, gestykulacje, obrażanie wszystkich dookoła. Poczytałem komentarze pod informacją na ten temat i przypomniałem sobie wiele prawd o piłkarzu. Również tych niedawnych. Tomaszewski zawsze (podobno), był konfliktowy, jako „komentator” widzimy to wszyscy. I jeśli jego pretensje do Listkiewicza, czy Laty uważam za uzasadnione, to Tomaszewski obrażał (krzycząc zresztą niemiłosiernie), wszystkich… po kolei. Najciekawsze jest to, że sam nic niczego spektakularnego nie dokonał, również jako działacz PZPN, a z tego co wiem, był szefem ważnej komisji etyki.

Tomaszewski zawsze walczył z PZPN, ale kiedy zaproponowano mu objęcie tej funkcji (2005), bez mrugnięcia okiem się zgodził i ochoczo współpracował z „jak jeszcze wczoraj ich nazywał” przestępcami. Wściekle też atakuje (och, jak on mi przypomina prezesa) skorumpowanych działaczy i piłkarzy. Ale to na zasadzie „zapomniał wół jak cielęciam był” i… sprzedał mecz, za co był karany.

Witamy w klubie panie Janie. Z Macierewiczem, Fotygą, prezesem i Ziobro, będzie pan się czuł jak w rodzinie.

Jest jeszcze wiele nazwisk sportowców i innych „popularnych nazwisk” na listach różnych partii. Małgorzata i Andrzej Niemczyk, Urszul Górska, córka Kazimierza, Urszula Włodarczyk, Maciej Zieliński, Paweł Nastula, Władysław Kozakiewicz, „Bobo” król kibiców, syn Janusza Rewińskiego, a z rodzin polityków nie tylko wdowy i wdowcy, ale i żona Michała Kamińskiego, albo matka Poncyliusza czy siostra Kowala. Stanowczo za dużo „znanych” nazwisk, przy czym szwagier Schetyny startować nie mógł, bo… nepotyzm przecież.

_____

Kaczyński oświadczył, że PiS chce rządzić sam! I kropka. Zapomniał biedak dodać, że jeśliby miał rządzić nie miałby wyboru i musiałby sam rządzić. Na początku zrobi audyt, czyli remanent. Musi bowiem sprawdzić co i jak… jest. poza tym załatwi pełne dopłaty dla polskich rolników i wprowadzi dopłaty do mieszkań dla młodych Polaków.

Prezes Kaczyński nie będzie miał problemu z załatwieniem pieniędzy. Podniesie podatki dla hipermarketów, z czego zapewne najbardziej uciesz się jego emerycki i „wykluczony” elektorat, i dla banków, z czego zapewne ucieszy się ten sam elektorat, biorący kredyty na telewizory i pralki. Jakby jeszcze było mało, to podniesie podatki dla najbogatszych. Tylko ciekawe gdzie ich znajdzie, skoro wszystkich z Polski natychmiast wymiecie, a zarządzaniem spółek skarbu państwa zajmą się politycy PiS-u, bo menadżerów też już nie będzie. Oni zbyt wysoko się cenią, żeby pracować za frajer, czemu trudno się dziwić.

Prezes zapowiada nowi PIT, CIT i VAT z pożytkiem dla nas, jak więc się domyślam, niższe. Prezes zapowiada też, że nie zamierza certolić się z Rosją, Niemcami, i Francją (rolnicy, już zmieniajcie kierunki eksportu, bo potem będzie za późno, a na gwałt to…) i wreszcie najlepsze: Jarosław Kaczyński zapowiada, że w swoim rządzie widzi Fotygę, Macierewicza i Ziobrę (o Tomaszewskim nie wspomniał, ale to pewnie przez brak czasu tylko).

Te wszystkie obietnice złożył prezes podczas zwycięskiej (a wygrał ją w cuglach) debaty telewizyjnej w Polsacie i TVPinfo.

Dziękujemy Telewizjo Polsat i TVPInfo (to kiedy Sakiewicz poprowadzi wreszcie Wiadomości?).

andy lighter

O Czarneckim, bogu, dolarach i innych paranojach

Kiedy dziennikarz w sejmie zapytał Czarneckiego (Ryszarda, rzecz jasna) o to, czy pierwszy dzień roku szkolnego rozpoczynający się od mszy świętych nie narusza świeckości państwa, ten, oburzony odpowiedział mu starym polskim przysłowiem: „Bez Boga ani do proga”. A swoją odpowiedź uzupełnił stwierdzeniem: „jak się komuś nie podoba, to niech w ramach protestu przeciwko wchodzeniu sfery sacrum przez sferę profanum uda się do kantoru, nabędzie dużą ilość dolarów USA i w ramach protestu przeciwko klerykalizacji życia publicznego, w tym finansowego, publicznie je spali… Przecież na owych zielonych banknotach jest odwołanie do Boga!”.

Eeech, blogerze Czarnecki. Gdybyś Ty chłopie jeszcze wiedział o czym gadasz. Odwołanie do boga znajduje się rzeczywiście na banknotach… jednodolarowych. Jeśli ktoś idzie do kantoru nabyć dużą ilość dolarów, to musi za te dolary zapłacić polskimi złotymi. Poza tym, nie sądzę, żeby ktoś chciał iść do kantoru nabyć „dużą ilość” jednodolarówek, tylko wyjść z kantoru z „duża kasą”. Czy bloger Czarnecki nie będzie palił jednodolarówek, choć jest tam przedstawiona jedna ze stron pieczęci Stanów Zjednoczonych, będąca jednak symbolem masonów? Świadczy o tym nie tylko wizerunek „oka opatrzności” nad niedokończoną piramidą, ale i napis „Nowy Porządek Wieków”, oraz rok 1776. będący rokiem założenia zakonu masonów. Owa strona pieczęci jest kopią pieczęci zakonu iluminatów, blogerze Czarnecki. Tak więc, „Do palenia, marsz, blogerze Czarnecki!”.

A nawiązując do jego wpisu na blogu, dołożę jeszcze „prawie jego słowami”: Nie wymagam, aby oszaleli osobiści przyjaciele pana Boga umierali za swoje (antymasońskie) poglądy. Ale jeśli rzeczywiście ich przekonania są tak ugruntowane niech to pokażą: kurs na kantor, a potem kanistrem po USD. Fajnie by się hajcowało! Co? Nie widzę chętnych?”.

A to przysłowie trzeba by było trochę przełożyć na dzień dzisiejszy: „Bez Boga, ani do proga… kościoła!!!”

_____

Nie jestem specjalnym entuzjastą dziennikarzy, o czym często wspominam, ale uważam, że Kamil Durczok słusznie określił dziś motywy działania Jarosława Kaczyńskiego. Otóż tworzy on coś w rodzaju alternatywnego ośrodka władzy. Uważa się bowiem za alternatywę wobec prezydenta, premiera, rządu i chce być równorzędnie z nimi traktowany, mimo niesprzyjania mu przez przygniatającą część opinii publicznej, ogromną część społeczeństwa. Prawo do przewodzenia opozycji pomieszało się prezesowi z prawem do władzy, pomimo istnienia legalnej, demokratycznej władzy. Zresztą dzielnie go wspierają, wg mnie znakomicie przez niego wmanipulowani, a przede wszystkim w jakiś sposób od niego zależni (nie mam pojęcia w jaki, może obietnicami, może „hakami”)…, i lojalni, za przeszłe profity(?), może za obietnice przyszłych(?), nie wiem, oprócz pisarchaniołów, „wolni strzelcy” (tacy oni wolni, jak ja święty). Ostatnio np. Andrzej Urbański. Jego brednie na temat Tuska albo na przykład Rostowskiego są tak żałosne, że aż trudno je komentować.

Tusk miał bezustannie obrażać Jarosława Kaczyńskiego, więc nie ma o czym z nim rozmawiać, bo Tusk mówił cztery lata. Panie Urbański, Kaczyński przez te ostatnie cztery lata mówił więcej o całe lata świetlne. I mówił o wszystkim, tylko nie o tym, o czym społeczeństwo chciałoby usłyszeć, poza katastrofą smoleńską. Mówił więc prezes wyłącznie o katastrofie i wyłącznie obrażał władze (oczywiście jakiś promil, zupełnie niezauważalny, dotyczyło finansów, np. dodatku drożyźnianego). A Rostowski „strzelił sobie w łeb”, bo w 2008 roku przewidywał, że kryzys będzie za osiem miesięcy, a był za sześć. Urbański, otrzeźwiej chłopie! Kiedy Rostowski przewidywał kryzys, posłanka Natali-Świat nawoływała Rostowskiego, aby znowelizował budżet o 38 miliardów(!!!) debetu! Rostowski pomylił się o dwa miesiące (z początku, bo szybko reagował na zmiany), inni kompletnie go nie zauważyli. I dziś dzięki nim mamy kolejną falę tsunami.

_____

Dziś „debata” prezesa. To znaczy jednoosobowy słowotok (jeszcze jeden…) w Polsacie. Polsat pozazdrościł innej stacji debaty i zaprosił prezesa na debatę. Wstyd, że dziennikarze (przede wszystkim zarządzający) nie uszanują świętego prawa demokracji do debaty i w imię konkurencji za wszelką cenę, (znamy, znamy – „cel uświęca środki”) niemalże o tej samej porze prezes będzie u nich otwierał polakom wizję kraju mlekiem, miodem… i wiadomymi pomnikami płynącego.  

andy lighter

Latoś obrodziło

I bynajmniej nie mam tu na myśli plonów na polach rolników (chociaż i tego chcę), ale o zatrzęsienie tematów dla opisywania kampanii wyborczej, która ledwo co się zaczęła. Co chwila nowy temat, co jeden to ciekawszy. Ot, choćby „debaty”. Debat normalnych nie będzie, przynajmniej na razie, bo prezes „sobie nie życzy”, ale cwana telewizja znalazła wyjście.

W studio telewizyjnym zorganizowali „rozmowę – debatkę” między ministrem (panią minister) szkolnictwa wyższego, a wiceministrem edukacji w rządzie PiS. I wszystko stało się jasne. Pan wiceminister nie mógł, nie potrafił, rozmawiać o  idiotyzmach, które sam (bo to on podobno napisał ten rozdział programu PiS) stworzył. Są tak „okrągłe”, tak nijakie i tak nieaktualne, bo mówiące o sprawach, które albo nie istnieją, albo obowiązują, albo obowiązywać będą od października tego roku, bo dawno temu to uchwalono. A te sprawy, których nie ma, a PiS chciałby żeby były, cofają nasze wyższe uczelnie do… nie wiem do czego. Kaczyści chcieliby, żeby Uniwersytet Jagielloński otrzymywał tyle samo pieniędzy ile uczelnia w Siedlcach, Nysie, albo Koziej Wólce. Żeby Uniwersytet np. toruński, którego działalność w potężnej mierze wychodzi poza ramy nauczania, za to potężnie popularyzuje wiedzę, dostawał tyle samo pieniędzy co Uniwersytet mieszczący się w baraku jakiegoś miasteczka, bez szczątkowych nawet oznak działalności działalności „pozawykładowej”. To jest chore, a przykładów jest więcej.

Odmowa debat na neutralnym gruncie ze strony PiS stała się oczywista. PiS nie może debatować. Po pierwsze nie ma o czym, bo ich program jest kosmiczną, okrągłą propagandą, czyli pustosłowiem, które w zależnie od okoliczności będzie można interpretować na tysiąc sposobów, a po drugie nie ma ludzi. Wszyscy (nawet pisowcy) wiedzą, czym skończyłaby się debata „magistra” Rostowskiego z… też magistrem, panią Szydło.

_____

Już obmyślałem temat powyższy opisać, kiedy przeczytałem kolejny news o ekshumacji ciała Wassermanna. I co? I nic. Niezgodność w dokumentacjach. Bo tam była jakaś blizna, której miało nie być (albo odwrotnie – już nie pamiętam), itp. Pan Wassermann okazał się jednak panem Wassermannem. I mnie akurat nie dziwią niezgodności w dokumantacjach przy tak dużej liczbie ofiar, tak makabrycznym stanie ciał i tak szybkim działaniu. Jestem pewien, że gdyby w trumnie z ciałem pana Wassermanna znalazł się kawałek ucha innego pasażera, który podzielił tragiczny los razem z nim, albo gdyby kawałek jego rozpryśniętej wątroby znalazł się w trumnie innej ofiary, pan Wassermann nie woła o pomstę do nieba z tego powodu. Moim zdaniem nie uchodzi, nawet jeśli… różne kawałki są w „nieswoich” trumnach. To niczemu dobremu nie służy, a tych ludzi do żywych nie przywróci.

_____

Na szczęście jest jeszcze w odwodzie Wojciech Młynarski:

No właśnie

Na pewnej naukowej, sporej uroczystości,
Z dość ważnym profesorem siadłem wśród licznych gości.
Pan prelegent bajdurzył i się mizdrzył nieskromnie.
Pan profesor się wkurzył i tak szepnął był do mnie:
 – „Pan nie słucha Wojtku miły, bo pan jest pacholę,
Żebym ja miał tyle siły, jak ja ich…” , no właśnie.

Profesor już „na chmurce”, lecz jego szczerozłote,
Cudowne powiedzonko stało się moim mottem.
To mój protest totalny, a ujmując rzecz prościej
To jest rys niezbywalnej mej prywatnej wolności.
Czuję durniu wzrok niemiły, lecz jeszczem nie poległ.
Żebym ja miał tyle siły, jak ja ich… no własnie.

A tutaj tłum przez miasto z transparentami wali.
Tłum rodem z ciemnogrodu drze się, pochodnie pali.
Gdy widzę to nieszczęście co kraj chce wciągnąć w matnię,
Myślę, że ja na szczęście mam tu słowo ostatnie.
I z tym słowem do mogiły ja pozostać wolę:
„Żebym ja miał tyle siły, jak ja ich…”, no własnie.

_____

Ps.

Tekst może mieć inny kształt niż oryginał, ponieważ spisałem go „z odsłuchu” z sieci. Jednak jest dostępny publicznie i mam nadzieję, że pan Wojciech nie będzie miał nic przeciwko. Jeśli tak, to oczywiście usunę.