Bezpodstawne i krytyczne oceny

Krajowa Rada Sądownicza wydała oświadczenie, w którym potępia i piętnuje naruszanie zasad etyki zawodowej przez sędziego z Gdańska, który uległ spreparowanym przez dziennikarzy naciskom politycznym. To dobrze, chciałoby się powiedzieć, tak trzymać. Ale już w kolejnym zdaniu owego oświadczenia, słyszymy: „Jednocześnie kierownictwo KRS nazwało zachowanie sędziego z Gdańska „incydentalnym” oraz stwierdziło, że pojawiające się przy tej okazji „głosy, zmierzające do wystawienia generalnie negatywnych ocen całemu środowisku sędziowskiemu i generalnie wymiarowi sprawiedliwości, są bezpodstawne i krzywdzące”.

I tu pozwolę się nie zgodzić z szanownym gronem Prezydium KRS. Ileż to razy ja sam pisałem, ileż razy czytałem, słuchałem i oglądałem zachowania sędziów (i ich bliźniaczych krewnych – prokuratorów), urągające zdrowemu rozsądkowi, podstawowym zasadom logiki, czy po prostu ludzkiej (prawniczej) głupoty i infantylności. Często wydawane wyroki wołają o pomstę do nieba, często brak komunikacji w jednej instytucji sądowej powoduje kompletne nieporozumienia i kompletnie idiotyczne wyroki, często obnażana jest bylejakość pracy sędziów (i prokuratorów), że o absurdalności i zasadności rozpatrywania wielu pozwów nie wspomnę. Właśnie, kilkakrotnie użyłem słowa „często”. Jednak „moje – często”, jak widać różni się znacząco od „sędziowskiego – często”.

Ja często więc, powinno być „często”, żeby nie było incydentalnym, bezpodstawnym i krzywdzącym stwierdzeniem?

Słowo „incydentalne” stało się dzisiaj bardzo często używanym słowem i słowem „korektorem”, dla jego używaczy. Przejedziesz białą kreską … i już , zamazany poprzedni zapisek. Nie ma go. I gra.

Nie tylko jednak prokuratorzy i sędziowie ukochali sobie i wprowadzili do swojego powszechnego języka, używanego w kontaktach z mediami to słowo.

„Incydentalny” to ostatnio słowo ulubione również przez Kościół Katolicki. Ilu musi być wśród księży i hierarchów tajnych agentów bezpieki, żeby nie były to wypadki incydentalne? Wielu ocenia, że było ich ok. 10 %, ale to wg KK incydentalne przypadki. Ilu musi być pedofili, homoseksualistów, czy facetów prowadzących podwójne życie?

Ostatnio internet obiegają zdjęcia ewidentnie zboczonego księdza, dyrektora salezjańskiego gimnazjum z Lubina, któremu uczennice zlizują śmietanę z odsłoniętych kolan. Ale to rzecz jasna incydent, tak jak cała masa haniebnych, czy to zboczonych, czy agresywnych zachowań księży wobec dzieci i młodzieży, czy to w szkołach, czy w parafiach, co chwilę wychodzących na światło dzienne.

Zdjęcie z oficjalnej strony gimnazjum salezjańskiego w Lubinie.

Ale nie ma co się dziwić, że pewne środowiska ukochały sobie słowa, a właściwie grę słów: „incydentalne”, a więc powodujące bezpodstawnie i krzywdzące oceny ogółu. Nie ma co się dziwić, skoro sami ‘pokrzywdzeni” stają w obronie tych środowisk.

Oto np. rodzice dzieci zlizujących bitą śmietanę z kolan zboczonego księdza, stają murem w jego obronie i gotowi są bronić jego dobrego imienia jak niepodległości. I kompletnie ich nie razi, że temu zbokowi ewidentnie stoi ch*j, co widać na zdjęciach i że ich dzieci są najzwyczajniej w świecie nie tylko wykorzystywane, ale nieludzko wręcz upokarzane. Jakim trzeba być rodzicem, żeby tego nie widzieć, albo widzieć i uznać za normalne? Pozostawiam to ocenie każdego z Was.

Dla każdego normalnego faceta oczywistym jest, jak się ta cała zabawa księdza z dziećmi skończyła. Jeśli zdjęcia te są ostateczne (czyli, jeśli nic im ten zbok złego nie zrobił), to skończył w kiblu na „pracy ręcznej”. Ale widać, dla tych ludzi ksiądz to też chłop, więc…

Ciekawy jestem, kiedy w naszym kraju bezpodstawne oceny staną się podstawne, a krzywdzące trafnymi. Ilu jeszcze sędziów i prokuratorów misi okazać się zasilającymi swoje konta bankowe z niejednego źródła, albo po prostu durniami, czy nierobami, aby okazało się, że nie są to zachowania incydentalne? Ile dzieci musi być skrzywdzonych, upokorzonych i poniżonych, żeby „nieodpowiednie zachowanie duchownego” nie było incydentem – marginesem, odosobnionym przypadkiem?

To tylko dwa „środowiska”, a jest jeszcze…

 

andy lighter

Odszkodowanie za własną winę

Bezstresowe wychowanie dzieci bardzo podoba się dzisiejszym rodzicom. Moim skromnym zdaniem powód jest jeden: rodzice w ogóle nie muszą wychowywać swoich pociech. Przecież nie można krzyczeć na dziecko, bo przeżyje stres. Nie można dać dziecku klapsa, bo to znęcanie się. Nic nie można, więc…, wychowanie pozostawia się paniom przedszkolankom, nauczycielkom i nauczycielom.

Rok temu głośna stała się sprawa dziecka, które połknęło w supermarkecie żrący środek do przetykania rur. I dzisiaj rodzice domagają się od producenta „Kreta” odszkodowania. 100 tys., a może być jeszcze wyższe, jak spodziewa się pełnomocnik rodziców, dwu i pół letniego wówczas dziecka. Zarzucali bowiem, wystawianie niebezpiecznych artykułów w łatwo dostępnym miejscu. I tutaj dostrzegam wywrócenie całej sprawy do góry nogami, albo, jak kto woli, odwrócenie kota ogonem. Supermarket, kiedy sprawa ujrzała światło dzienne w mediach, stał się kozłem ofiarnym, na którym suche nitki nie zostawiała opinia publiczna i wszelkiego rodzaju dziennikarza, a nawet fachowcy. Razem z supermarketem atakowano producenta.

Wszyscy zgodnie twierdzili, że takie niebezpieczne artykuły chemiczne, substancje żrące np., powinny być wystawione w trudno dostępnych miejscach, najlepiej na najwyższych półkach. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. Takie artykuły powinny być wystawiane jak najniżej, najlepiej na posadzce, a to z bardzo prostego powodu. Jeśli jakiś roztargniony, albo z innego powodu nieuważny klient, ściągając ów żrący środek z górnej półki, spowoduje spadnięcie więcej niż by sobie życzył opakowań, może to przynieść opłakane skutki. Mogą te opakowania spadać na głowę innych klientów, a nawet dzieci. O tym, jaki to może mieć wpływ na zdrowie klientów, na ich odzież, inne produkty w koszach, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dlatego uważam, ze takie artykuły powinny być ustawiane na ziemi, w celu zminimalizowania ewentualnych, spowodowanych nieprzewidzianymi okolicznościami, zdarzeń, typu nieszczelne zamknięcie, lub przewrócenie się jakiegoś opakowania. Przewrócenie się, niczym nie skutkuje, spadnięcie z dwóch metrów… trudno przewidzieć.

Rodzice więc, chłopczyka, który nałykał się jakiegoś przetykacza rur, żądają zadośćuczynienia, bo leczenie wciąż trwa. 100. tys. złotych, albo więcej. Nikt, bo to nie wypada, nie zapyta jednak tych rodziców, gdzie oni byli, kiedy dziecko „piło” ten napój. Taki mały dzieciaczek potrzebuje trochę czasu, aby taką plastikową butelkę wyciągnąć, odkręcić zakrętkę i wreszcie się napić. Co wtedy robili rodzice? Pochłonięci byli zakupami. Akurat dziecko w tym momencie „nie istniało”, bo coś fajnego trzeba dotknąć, sprawdzić, przejrzeć, potrzymać w ręku i stoczyć walkę: „kupić, nie kupić”. Rodzice bardzo szybko „kupili” metodę bezstresowego wychowania dziecka. I okazuje się, ze wychowywać ma nie tylko przedszkole i szkoła, ale również supermarket, a nawet producent. Jako że od sklepu jednak nic nie wskórają, przyczepili się producenta.

Ponieważ rodzice poprzegrywali procesy, zarówno ze sklepem, jak i z producentem, wytoczyli proces cywilny. Nie można wykluczyć, ze jakiś klient, godzinę wcześniej, albo dwie, chciał się przekonać jak ten środek pachnie, albo wygląda. Odkręcił więc być może, obydwie (bo są dwie) zakrętki i niestarannie zamknął. Taka możliwość istnieje. I trudno za to obwiniać producenta. Sam, wielokrotnie się przekonałem (nawet wczoraj wieczorem), ile towarów w supermarkecie jest pootwieranych, uszkodzonych, czy wręcz zniszczonych przez klientów, którzy „dla niepoznaki” odkładają towar na półkę.

Jestem daleki od propagowania bicia dzieci – swoje przeżyłem i znam ten ból. Jednak nie wyobrażam sobie, aby wychowywać dziecko bez respektu dla rodziców, innych osób starszych, czy bez respektu dla pewnych zachowań. Dziecko musi odczuwać groźbę kary (nie cielesnej, ale w ogóle kary), za niesubordynację, łamanie zakazów, brak szacunku. Dziecko musi być nieustannie pod okiem rodziców, szczególnie w miejscach publicznych, takich jak sklepy właśnie, ulica, czy trotuar.

Rodzice zatrutego chłopczyka tymczasem, nie mają sobie nic do zarzucenia: przyszli na zakupy – reszta to sprawa supermarketu i producentów towarów. Niech więc supermarket, ewentualnie producent płaci.

Gdyby to ode mnie zależało, ci rodzice nie tylko nie dostaliby odszkodowania, ale nie zobaczyliby więcej swojego synka na oczy. Choć jestem zdecydowanym przeciwnikiem odbierania rodzicom dzieci, w tym akurat przypadku butę rodziców przydałoby się ukarać. Zamiast bowiem siedzieć cicho, żeby ich „ignorancja wychowawcza” nie ujrzała światła dziennego, jeszcze bezczelnie wyciągają rękę po pieniądze, za swoją własną głupotę, za swoją własną nieumiejętność posiadania dzieci.

andy lighter

Ustawa – panaceum na wszystko(?)

Sprawa wyśrubowanych opłat za przedszkola zbulwersowała wszystkich. Rodziców, opinię publiczną i… polityków. Politycy urządzają konferencje prasowe pokazując, jak Poncyliusz, ile to musi zapłacić za dodatkowy pobyt dziecka w przedszkolu. Politycy prześcigają się w pomysłach jak temu zaradzić. Politycy zapominają, że wszyscy, oprócz dwóch, głosowali „za” ustawą, która takie działania urzędnikom samorządowym umożliwia.

SLD proponuje skierowanie sprawy do Trybunału Konstytucyjnego. Prezes PiS, Jarosław Kaczyński proponuje nowa ustawę. Że pilne, że szybka ścieżka, że trzeba ludziom pomóc. Jasne, że trzeba ludziom pomóc, jednak propozycja Tuska wydaje mi się najbardziej właściwa. Propozycja polegająca na zobowiązaniu wojewodów do przyjrzenia się racjonalności działań samorządowców w miastach i gminach, w temacie opłat za przedszkola.

Absolutną rację ma wicepremier Pawlak, który stwierdza, że nie wszystko można, a raczej nie wszystko trzeba i nie wszystko się da (przewidzieć) załatwiać za pomocą ustaw. Nie może być tak, że każdy upadek na głowę urzędnika samorządowego należy leczyć uchwaleniem nowej ustawy. Urzędnicy oczywiście najlepiej się czują, kiedy wszystko, oprócz parzenia sobie kawy, lub herbaty, zapisane mają w ustawach, wytycznych, przepisach wykonawczych, itp. Są jak zwierzęta w cyrku, które robią to, czego ich nauczono, a każde „niewyuczone” i „nienakazane” podjęcie decyzji, czy działania, powoduje na ogół katastrofę.

Przypomina mi to słonia na sznurku. Kornak, który wychowuje słonia od małego, przywiązuje mu do nogi łańcuch. Małe słoniątko uczy się, że nie ma co się szarpać i tak się nie uwolni. Dorosłe słonie nie potrzebują więc łańcuchów, przywiązany mają do nogi cienki sznurek, który z dziecinną łatwością mogłyby zerwać. Nie próbują jednak, oduczone skutecznie szarpania się. A jeśli taki słoń zerwie się bez pozwolenia poganiacza, na tysiąc procent narobi szkód, często nie do naprawienia. Nasi urzędnicy samorządowi tak właśnie mają. Wystarczy spojrzeć choćby na zadłużenie wielu gmin. Nie robili nic. Nie inwestowali, nie „szukali kasy”. Kiedy pozwolono im, a właściwie podpowiedziano, że mogą się zadłużać, kompletnie stracili zdrowy rozsądek i wiele gmin tonie w kredytach. Nic dziwnego, że irracjonalnie teraz szukają kasy, np. za pomocą…  haraczu za przedszkola.

To jest po prostu nie do wiary, że ludzie wykształceni, bo takich przecież w większości mamy w urzędach i w samorządach, są kompletnymi dyletantami, tchórzami i analfabetami, bojącymi się, a częściej nie potrafiącymi, zrobić cokolwiek co nie jest napisane, czy przykazane. Jeśli coś się im napisze, na coś pozwoli, to często kompletnie zatracają umiar i zdrowy rozsądek w realizowaniu dozwolonego przepisu.

Nie można całego życia, wszystkich przewidywalnych i nieprzewidywalnych sytuacji zapisywać w ustawach. Głównym celem ustaw powinno być (przynajmniej ja zawsze tak myślałem) pokazanie czego nie wolno, a nie tego, co należy. Polska paranoja i urzędnicza proza życia powoduje, że u nas trzeba zawierać w ustawach… wszystko.

Nasi urzędnicy samorządowi są tragiczni. Są zakałą tego państwa, jego rozwoju, jego optymistycznych nadziei na przyszłość.

 

Ps. Jeśli jeszcze nie czytałeś o  moim konkursie, może zaglądniesz tutaj?

andy lighter