Zagrożona niezależność się odrodzi

Mijający rok w temacie mediów, podsumował znany dziennikarz Jerzy Jachowicz. Uczynił to na internetowej stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Na moje oko, sporo w tej analizie nieprawd i półprawd. Zanim jednak przejdę do pana Jachowicza, parę słów o słowie „niezależny”.

SDP jest „niezależnym” zrzeszeniem polskich dziennikarzy. Tak się jakoś składa, że wszystko, co nosi w swojej nazwie, statucie lub opisie – podtytule słowo „niezależne” jest propagandową tubą Prawa I Sprawiedliwości i Tadeusza Rydzyka (co w sumie na jedno wychodzi), zawsze sterowaną przez członków, ludzi związanych lub sympatyków tej partii i tego zakonnika.

Mamy więc wPolityce.pl – uczciwy punkt widzenia Jacka Karnowskiego, Nowy Ekran. pl – niezależny serwis społeczności blogerów Łażącego Łazarza, znanego również z Salonu24.pl, i papierowe, Gazeta Polska (wraz z niezależna.pl) – niezależnego dziennikarza Tomasza Sakiewicza, podobnie jak niezależnej Katarzyny Gójskiej-Hejke Nowe Państwo. Jest jeszcze Nasz Dziennik, czyli  prawda + splendor Ewy Nowiny-Konopki, W sieci wspomnianego Jacka Karnowskiego i szykującej się „niezależnej telewizji” i nowego „niezależnego tygodnika” niezależnego rzecz jasna Pawła Lisickiego.

Dziś mamy taką oto sytuację w polskich mediach, i internetowych, i papierowych, i telewizyjnych, że wszystko, co jest niezależne, jest zależne od Prawa i Sprawiedliwości i Rydzyka. Niezależność więc, równa się zależność (podległość) od Kaczyńskiego i Rydzyka (Niezależność = Kaczyński + Rydzyk).

Jerzy Jachowicz mija się z prawdą stwierdzając, że polskim wynalazkiem na skalę światową, w 2012. roku jest ciągnięcie za sobą „swoich” dziennikarzy przez nowego naczelnego na nowym miejscu. Otóż to nieprawda. Ten wynalazek może jest i polski, ale wynaleziony znacznie wcześniej. Wystarczy przypomnieć sobie, kiedy telewizja publiczna przestała być publiczną, a stała partyjną. Stało się to po zwolnieniu z TVP Roberta Kwiatkowskiego, który z nieliczącej się, zacofanej telewizji europejskiej zrobił jedną z najnowocześniejszych pod względem technicznym, a także niezwykle pluralistyczną telewizję. Wystarczy przypomnieć programy publicystyczne np. „Forum”, gdzie był absolutnie, niespotykany nigdy później, równy dostęp do głosu wszystkich sił politycznych. Zniósł go nie kto inny tylko „niezależny” Andrzej Urbański – prawa ręka Kaczyńskich, tylko za to, że zjawił się tam polityk, który mu nie pasował. Po Urbańskim telewizja publiczna zaczęła się upartyjniać, podobnie zresztą jak państwowe radio, ale nigdy w takim stopniu jak po 2005. roku. I teraz mamy to co mamy: telewizję polityczną. Co prawda PO próbuje ją odpolitycznić, np. zatrudniając „niezależnego” Pospieszalskiego, ale tym gorzej dla telewizji, bo mamy zespół tub partyjnych.

Tak więc z pamięcią u pana Jachowicza coś nie najlepiej. Zresztą analiza tego „najnowszego wynalazku”, jak błędnie ocenia zjawisko przyciągania „swoich” dziennikarzy Jerzy Jachowicz to główny temat jego felietonu. I jedyny, oprócz świetlanej przyszłości „niezależnych”.

Jerzy Jachowicz ubolewa nad niesprawiedliwym zwolnieniem Cezarego Gmyza przez właściciela Rzeczpospolitej. I wyciąga wniosek, który mnie… zmroził. I to z dwóch powodów.

„Już kilka tygodni później okazało się, że to dziennikarz miał rację, a nie prokuratura. Dziennikarz w takiej sytuacji powinien mieć prawo wyrzucić właściciela, jak również sam wyznaczyć wysokość należnej mu odprawy. Tęgie głowy dopiero zamierzają wprowadzić taki przepis do prawa prasowego”.

Otóż po pierwsze, dziennikarz nie miał racji, bo TNT nie oznacza trotylu w sensie materiału wybuchowego, a poza tym…, co nitrogliceryną? Największy jednak grzech Gmyza stanowił tytuł artykułu. Wielkimi bykami „Trotyl we wraku tupolewa” był nieadekwatny do treści i do stanu faktycznego. Wreszcie po drugie i to podniosło mi ciśnienie: dziennikarz ma mieć prawo wywalić właściciele na zbity pysk (oczywiście zmuszając go do dalszego utrzymywania miejsca pracy dziennikarza, jak mniemam – łaski robił nie będzie) i zażądać od niego dowolnego odszkodowania. Jeśli ktoś rzeczywiście nad tym pracuje, to tym gorzej dla faktów. Może pracują nad tym „niezależni” dziennikarze z SDP.

Podniosło mi się ciśnienie, bo dziennikarze, przynajmniej ci niezależni”, po raz kolejny, chcą się usadowić ponad prawem. Obecne prawo prasowe daje im niemal nieskrępowane możliwości. Mogą pisać i mówić, co im się rzewnie podoba i jeśli właściciel ich nie wywali, praktycznie nie ponoszą za nic odpowiedzialności. Czasem, jak ktoś się mocno uprze, tu wydrukują w swojej gazecie jakieś małe sprostowanie na szesnastej stronie, ale to należy do rzadkości. Jeszcze chcieliby wymyślać sobie odszkodowania. To by była kosmiczna afera.

Kiedy lekarz spowoduje śmierć, lub kalectwo chorego i jego zdrowie (lub życie) adwokat „wyceni” np. na 100 tys. zł, sąd przyzna może… dwadzieścia, czasem trzydzieści. Jeśli ktoś pójdzie niesłusznie do więzienia na dwa lata i zaradza odszkodowania pół miliona zł, sąd przyzna mu „dniówki” paki po najniższej stawce obliczeniowej i dołoży parę groszy za „utracone zarobki”. Jak wyjdzie z tego 20 % to będzie miał szczęście. Podobnie ze zrujnowanym niesłusznie przez urząd skarbowy przedsiębiorcą. Z reguły odszkodowanie, po spłaceniu długów (bankowych głównie) wystarcza na stworzenie kiosku z warzywami, albo jakiegoś rodzinnego mikrobiznesu.

A dziennikarze, mieliby sami ustalać swoje „odszkodowania”. Panie Jachowicz, pan się dobrze czuje? Bo mam pewne wątpliwości.

Co do przyszłości jednak, oprócz podyktowanych przez siebie odszkodowań dla „poszkodowanych” dziennikarzy, pan Jachowicz nie traci optymizmu: Przełomem może okazać się inicjatywa powstania niezależnej telewizji o zasięgu ogólnopolskim, której szefem ma być Bronisław Wildstein. Nazwiska pozostałych ludzi zaangażowanych w jej tworzenie gwarantują rzetelność i wysoki poziom”. I to jest jasne, bo ci pozostali to „niezależni” i „obiektywni” dziennikarze wywaleni z Rzepy i Uważam Rze, „niezależnych” przecież, aż do wywalenia Gmyza z Wróblewskim, tytułów. „I powoli zacznie wracać względna równowaga w możliwościach dostępu do wszechstronnej, bliskiej prawdzie prezentacji rzeczywistości. Opisu świata (o Boże, znowu ten PiS), bez prymitywnej manipulacji,  opartej na kłamstwach i zafałszowaniach”.

O Boże! Ileż to razy na blogach wytykaliśmy, udowadniając prymitywne manipulacje, oparte na kłamstwach i zafałszowaniach, zawarte w wyżej wymienionych „niezależnych” tytułach.

Jednym słowem, pan Jachowicz dał popis prymitywnej manipulacji opartej na zafałszowaniach (wspomniany wynalazek 2012. roku, np.). Ale co się dziwić, „niezależny” pan Jachowicz jest ściśle związany z „niezależnymi” mediami. Do niedawna z Uważam Rze, a obecnie z Radiem Wnet, Gazetą Polską Codziennie, czy W sieci i innymi „niezależnymi” mediami.

andy lighter

Zawiedzione nadzieje

… dziennikarzy i polityków.

Ten Palikot to jednak świnia jest. Miał zapalić skręta maryhy, a tylko… kadzidełko zapalił. No jak tak można, zapowiadała się nuklearna bomba medialna: poseł wyprowadzony w kajdankach z gmachu Sejmu, sąd, skazanie (po oczywistym odebraniu immunitetu), i kryminał.

A tu Palikot, cham jeden, kadzidełko sobie zapalił. Dziennikarze obecni na konferencji Janusza Palikota nie ukrywali rozczarowania. Z mega newsa, co najmniej parodniowego pewniaka na całe poranki, popołudnia i wieczory, wypełniające 90 % wiadomości nic nie wyszło. No nie poświęcił się ten cham jeden dla telewizji, dziennikarzy i nie dostarczył igrzysk widzom.

Swojego zawodu nie ukrywali też politycy. Już mieli przygotowane wnioski do sądu przeciwko posłowi/posłom Ruchu Palikota, już się cieszyli, że nie będą musieli demonstracyjnie wychodzić, kiedy Palikot wchodzi na mównicę, a tu nic, klapa. Pozostały im pozwy rezerwowe, takie o podżeganiu, naciągane i w ogóle niepewne za bardzo. Poza tym, najwyżej będzie musiał zapłacić co najwyżej parę złotych, a to nie to samo co pucha. I nie to samo co uwolnienie sejmu przez tego bezbożnika.

No niedobry jest ten Palikot, naprawdę. Obiecał i nie zrobił. Nie dał się wpuści ć w… kryminał.

Swoją drogą „żądza krwi” dziennikarzy jest powalająca. Ciekawy jestem, czy znalazł się chociaż jeden dziennikarz, który wcześniej porozmawiał z Palikotem: „Panie pośle, daj pan spokój. Po co ten cyrk, wiadomo, że wszyscy w sejmie czekają tylko na to, żeby się pana pozbyć i marzą nocami, żeby powinęła się panu noga. A wtedy żaden z nich się nie zawaha, żeby pociągnąć za dźwignię zapadni”.  Jestem przekonany, że nie.

andy lighter

I tak źle i tak niedobrze, czyli Ziemkiewicz o debatach

Partia Jarosława Kaczyńskiego nie jest odosobniona w głoszeniu prawd objawionych. Nie tylko oni twierdzą, że gdyby zdarzyło się „to”, to oczywiście byłoby „tak” (jak oni mówią). „Gdyby Gilowska debatowała z Rostowskim, to by go rozjechała”, a „gdyby były zalegalizowane związki homoseksualne, to homoseksualiści adoptowaliby dzieci”. Ba, „gdyby ktoś darł taką jedną książkę na swoich urodzinach w swoim ogródku, to uraziłby uczucia religijne, np. jakiegoś posła na sejm z drugiego końca Polski”.

Podobnie jak partia Kaczyńskiego, czyli PiS, myślą propisowscy „intelektualiści”, w tym intelektualni „ludzie pióra”, tacy jak Rafał Ziemkiewicz. Ostatnio wpadł na kompletny bezsens, zresztą jego intelekt nie opóźnił zapłon, bo znacznie wyprzedził go Andrzej Urbański. Ale Ziemkiewicz dołączył do jakże słusznej i mądrej myśli Urbańskiego. A uzasadnił to dołączenie znacznie mądrzej w dodatku.

Otóż Ziemkiewicz nie może już zdzierżyć mediów, które są bardzo przychylne Tuskowi, nie wiedzieć czemu (wiedzieć – polskojęzyczne, ale o tym nie teraz przecież), wybrzydzają na prezesa Kaczyńskiego, który nie chce debatować, i klepią „że tylko debata, tylko starcie poglądów, konfrontowanie różnych punktów widzenia i systemów wartości, ma sens i czyni demokrację demokracją”. Ziemkiewicz wie, co by było, gdyby np. Tusk nie chciał debatować z Kaczyńskim i unikał debat z prezesem: Gotów bym się założyć o wszystkie pieniądze, że uśredniony ton mediów, docierających do przeciętnego Polaka, byłby wtedy diametralnie odmienny. Z kim tu debatować, szydziliby mędrcy z Tusk Vision Network i Agory, po co nam pusta gadanina, przecież z góry wiadomo, że nikt nic mądrego w takich wyborczych debatach nie powie!”. Geniusz, doprawdy geniusz!

Jednak Ziemkiewicz w swym geniuszu intelektualnym idzie dalej. Udowadnia kompletną nierzetelność i protunkowość dziennikarzy pokazując ich ucieczkę przed uczciwą polemiką: „Ich telewizyjne dyskusje polegają na wzajemnym przytakiwaniu sobie przez ludzi kibicujących władzy i chwalących ją z różnych pozycji. Swe poglądy i punkty widzenia konfrontują Lis z Żakowskim, Wołek z Kuczyńskim, Władyka z Janickim czy Jastrun z Michalskim. Skrajną prawicę reprezentuje Dominika Wielowieyska, umiarkowane centrum Kolenda Zalewska, Durczok i przygarść pozbawionych nazwisk i twarzy wicemichników. Fundamentalny spór dotyczy tylko tego, czy PiS jest partią populistyczną, czy stricte już faszystowską, czy Kaczyński jest tylko bardzo groźny i szkodliwy, czy bardzo, bardzo groźny i szkodliwy, i czy „małżeństwa” homoseksualne, oczywiście z pełnią praw majątkowych…”.

Dziwnym trafem Rafał Ziemkiewicz zapomniał o wzajemnym przytakiwaniu sobie przez parę ładnych lat trwające w publicznej TV, jego z Cejrowskim, Sakiewicza z Wildsteinem, Semki, Zaremby, Pospieszalskiego czy Stankiewiczowej, i kogo by tam jeszcze nie dołożyć. Ale co tam, kto by tam pamiętał o takich zupełnie nieważnych szczególikach?

Te zapomnienie jednak wcale takie znów przypadkowe nie jest: „Nadrzędną zasadą mediów III RP od jej zarania, choć bywały chwile, gdy ten porządek ulegał zachwianiu, jest pokazywanie rzeczywistości postulowanej, poprawnej, jako jedynego istniejącego świata”. I w tym podkreśleniu (moim) jest pies pogrzebany. Otóż intelektualista Ziemkiewicz doskonale pamięta siebie z Cejrowskim, Sakiewicza z Wildsteinem, Semkę z Zarembą, itp., tyle, że wtedy to była sama prawda, absolutny obiektywizm, a nie żadne tam przytakiwanie sobie. W ogóle PiS-owcy wpuszczani są do mediów tylko po to, żeby ich zohydzić i wrócić do poprawności politycznej i przytakiwania sobie. W panu Ziemkiewiczu nie wzbudza przecież najmniejszego zohydzenia posłanka Kempa, która gada jak karabin maszynowy, kompletnie nie zwracając uwagi na jakieś tam pytania redaktorki/redaktora, a raczej próby zadania jakiegoś pytania (tak na marginesie, ta kobieta byłaby świetnym nurkiem, wytrzymuje wyjątkowo długo bez potrzeby nabrania haustu powietrza). Nie wzbudza w nim zohydzenia prymitywny, chamski język Hofmana, przy czym język Niesiołowskiego jest chamski że aż z partii powinni go wyrzucić.

Zupełnie Ziemkiewiczowi nie przeszkadza brak zaproszeń np. PO do Radia Maryja, czy Gazety Polskiej. To są przecież prawdziwe media, nie potrzeba tam jakichś nawiedzonych lemingów. Oni przecież kłamią i oszukują, każdy to wie, Ziemkiewicz też. A że zdarzyło mu się coś tam odszczekiwać, to pewnie te Pełkowskie sądy, którym zresztą Kaczyński się przyjrzy po wyborach i zrobi z nimi porządek. To, że w programach, np. TVN24 co chwila pojawiają się nietrawieni przez widzów Zaremba, Lisiecki, Janke, Gmyz i się produkują, że nie da się słuchać, dla pana Ziemkiewicza jest potakiwaniem sobie Lisa z Żakowskim.

Wg Ziemkiewicza, wywiadem w Polsacie i TVPInfo Kaczyński, podczas kiedy w TVN24 występuje cała reszta, wygrał „starcie” z Tuskiem. Pokazał bowiem, że liczy się tylko on i jego partia, oprócz PO, a reszta to… przystawki. Symetria mordercza. Kaczyński sam, godzinę i cała reszta…

Podsumowując: nie spotkałem właściwie żadnego dziennikarza, który nawet jeśli popiera PO, nie krytykował tej partii. Za kolej, stadion, rozmaite, nasilające się zresztą z czasem, krytyki większe lub mniejsze. Oprócz dwójki czy trójki blogerów antypisowskich, nie czytałem takiego zwolennika PO który by za coś, za kogoś, czy w jakiejś sprawie nie skrytykował PO, Tuska czy innych działaczy Platformy. Jednakże nie spotkałem również wśród dziennikarzy propisowski takiego, który skrytykowałby otwarcie Kaczyńskiego. Pan Rafał Ziemkiewicz jest przykładem absolutnej lojalności, oddania i bezkrytycznego propagowania partii Kaczyńskiego, a w szczególności jego samego. Jakaś tam „krytyka”, czy wypsnięcie się jakiegoś… „błędu”, to jeden wyraz, jedno króciutkie zdanko najwyżej w całym obszernym felietonie.  Dla niego fakt, że prezes Kaczyński jest, istnieje i funkcjonuje, to wystarczający, ba cudowny powód, by pisać o nim peany, a właściwie atakować opozycję.

Cała sprzyjająca PO rzesza dziennikarzy nie szczędzi Platformie krytyki, choćby z powodu o nią troski. Reszta, nawet nie chwaląc prezesa, bo przecież na ogół nie ma za co, wylewa cysterny pomyj na rządzących. Oskarżając przy tym tych pierwszych i samych rządzących o agresję pod adresem prezesa, PiS-u i swoim.

Przypomina mi to niegdysiejszego Jana Pietrzaka, bez przerwy w telewizji płaczącego, że nie ma go w telewizji.

Żal mi tego Ziemkiewicza, musi mu być ciężko uprawiać taką ekwilibrystykę, „wbrew prawom fizyki”.

andy lighter

Cały felieton Ziemkiewicza znajduje się tutaj.

Takiej karuzeli dawno nie było

Jak można było się spodziewać, po przedstawieniu raportu w sprawie katastrofy smoleńskiej przez min. Millera i członków jego komisji, rozkręciła się prawdziwa karuzela medialnych pytań dziennikarzy, konferencji prasowych polityków i wystąpień ekspertów i „ekspertów”. Muszę przyznać, że najbardziej ubawiłem się (tak, ubawiłem, bo sprawa ta już od dawna nie budzi u mnie jakichś „przygnębiających” emocji), podczas zadawania pytań członkom komisji przez dziennikarzy. Oczywiście dziennikarzy kaczystowskich, ale nie tylko. Ale po kolei.

Raport, tak jak się spodziewałem (znów to sformułowanie), specjalnie mnie nie zachwycił, a nawet trochę zmartwił. Oczywiście uważam, że jest rzeczowy, niezły, to jednak nie jest apolityczny, ale wcale nie z powodów, o których mówią inni krytycy. Przypuszczałem, że w raporcie nie będzie skierowanych oskarżeń (może raczej powinienem to nazwać „nie będzie mowy o winie”), w stronę kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I prawie się nie myliłem. Usłyszałem tylko o niezdecydowaniu dysponenta samolotu, czyli kancelarii o wyznaczeniu zapasowych lotnisk i jedynie do takiego, bardzo, ale to bardzo praktycznie „żadnego” stopnia odpowiedzialności kancelarii prezydenta ograniczyła się komisja Millera. Stąd moja uwaga o tym, że ten raport nie jest apolityczny – jest jak najbardziej polityczny, bo zdecydowanie ucieka od pokazania pracy kancelarii prezydenta, przy zagranicznym locie głowy państwa.

I w istocie wychodzi na to, że Macierewicz ma rację, czyniąc prezydenta i jego kancelarię zupełnie bezradnymi i zupełnie nieważnymi, bo za nic przecież nie odpowiadającymi urzędnikami, którzy sami właściwie nie mogli robić nic. Łatwo mi więc dziś zrozumieć skąd wzięło się pisowskie porównanie Komorowskiego do żyrandola.

Po prezentacji dziennikarze zadawali pytania. Ja często pisałem o nierzetelności dziennikarzy, stronniczości, itp., ale nigdy nie myślałem, że dziennikarze mogą być aż tacy durni(!!!) No bo jak nazwać inaczej dziennikarza, który pyta, dlaczego w raporcie nie ma nic o tym, że samolot po drodze gubił części, i na pewno był niesprawny, a tak było, bo są świadkowie? Jak można pytać dlaczego w raporcie nie ma nic o dwóch silnych wstrząsach w samolocie tuż przed katastrofą, które to wstrząsy właśnie wykrył amerykański ekspert? Swoją drogą jak on to wykrył, siedząc w Ameryce, bóg jeden wie, bo chyba nie ze zdjęć satelitarnych. Itd., itd., itd., takich idiotycznych pytań były dziesiątki, oczywiście głównie z jedynych polskich mediów, choć nie tylko.

A potem było już tylko „gorzej”. O Macierewiczu już wspomniałem, ale na jego chorych wynurzeniach nie chcę się dłużej zatrzymywać. Dość zauważyć, że po konferencji Millera i pytaniach dziennikarzy, Macierewicz potrzebował zaledwie chwili, alby zająć się „analizą” raportu Millera. Tempo zdecydowanie piorunujące, gdyby tak Macierewicz i PiS pracowali w czasie swoich rządów, mielibyśmy nie trzy, ale trzydzieści trzy miliony mieszkań.

Dziennikarze potrafią być nie tylko durni, ale i upierdliwi, czego wyraz dali podczas konferencji z premierem Tuskiem. Nie wystarczyła im głowa Klicha, więc strasznie skomleli o jeszcze. „Arabskiego!”, wołała jedna z dziennikarek, „bo przecież złamał prawo!”, albo swojej własnej, no bo przecież „wziął odpowiedzialność za wszystkie uchybienia doprowadzające do katastrofy”. Taki dziennikarzyna kompletnie nie rozumie, ze szef rządu nie może takiej odpowiedzialności nie wziąć, bo inaczej nie mógłby być premierem. I uważa ten dziennikarz, ze skoro wziął odpowiedzialność, to powinien podać się do dymisji, bo gdyby nie brał, to byłby czysty. Jak się nie mylę to chyba był moherowy dziennikarz, ale nie pamiętam dokładnie.

Uważam, ze Tusk oddał Klicha po to, aby dogodzić mediom, bo tym ślina z pysków już tak ciekła, że aż żal było patrzeć. Klich był znienawidzony przez wojsko, bo wprowadzał „środki naprawcze”, a wojsko tego bardzo nie lubi. Dotychczas ministrowie udawali, ze rządzą w wojsku, a generałowie udawali, ze są rządzeni i wszyscy byli zadowoleni. Klich chciał inaczej, a że przecież był i tak zdany na specjalistów, czyli wojskowych, ci dalej robili swoje. Klich był jednak niewygodny, bo procedury tworzył i gdyby „coś dupło”, odpowiadaliby oni. Niestety „dupło” razem z nimi, więc… Wina dowództwa Sił Powietrznych jest tu potężna i Klich w dymisji zastąpił „nieobecnego” Błasika. Totalny burdel u człowieka, który w ciągu paru lat dorobił się trzech generalskich gwiazdek, a to sytuacja w polskim wojsku niebywała.

A potem to już było tragicznie. Wystąpił Jarosław Kaczyński, powiedział, że Tusk nie ma honoru i… sobie poszedł. Bardzo ekspresowe wystąpienie miał prezes.

andy lighter