Modlitwa do… zęba

Rewelacji związanych z błogosławionym Janem Pawłem II jeszcze nie koniec. Mamy nowe relikwie błogosławionego. Co za szczęście.  Kardynał Dziwisz (ach, jakie on wpływy musi mieć w tym Watykanie, nikt takich nie ma) otrzymał nowe relikwie polskiego papieża.

Są to: płyta nagrobna, która już jest w Watykanie niepotrzebna, pastorał w kształcie krzyża (pamiętamy go doskonale) i… ząb. Zęba wybili mu niechcący lekarze w 81. roku, ratując papieża po zamachu na placu św. Piotra. Kardynał Dziwisz jeszcze się zastanawia, gdzie będzie „wystawiony” ząb, bo płyta i pastorał trafią do Łagiewnik. Ale… zapewne gdzieś trafi ten ząb. I wierni będą mogli się do niego modlić, chyba.

Kardynał Dziwisz ma jeszcze „w rękawie” dwie ampułki krwi papieża, pobranej w dniu jego śmierci. Ale nie oznacza to, że lekką ręką będzie tą krwią obdarowywał „potrzebujących”. (…) Zasada nasza będzie taka, by za bardzo nie rozszerzać czci krwi Jana Pawła II. Są też inne relikwie – drugiego stopnia. Cześć krwi, Boże drogi…

Ciekawe czy kiedyś będą robione zakłady bukmacherskie. Obstawianie kto dostanie i co. Czy kroplę krwi, czy kawałek sutanny, czy jeszcze coś innego, bo kardynał trochę tego, jak sądzę nazbierał.

Żenada!

PS. Przypomina mi się Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu i piosenka; „Do czapki rogatywki”. Tam szło jakoś:

          Moja czapko, rogatywko, trala la la la…

Teraz w jakimś kościele będzie tak:

          Święty zębie papieża, pobłogosław i spraw…

andy lighter

P.S.

To tak nie szło, pomyłka, ale znalazłem:

          Rogatywko, ty rogata jak powstańczy trud…

Można ułożyć modlitwę na tę samą melodię:

        Święty zębie Jana Pawła, pobłogosław nas…

A mogło być inaczej

Rację mają ci, którzy twierdzą, że katastrofa smoleńska sprzed roku z początku zjednoczyła naród. Naród pogrążył się w żałobie, pogrążyli się w niej również przeciwnicy i zajadli krytycy prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jednak na tym owa racja się kończy. Nikt z komentatorów w mediach nie wskazuje poprawnie momentu podzielenia społeczeństwa. Nie wskazują poprawnie chociaż doskonale ten moment pamiętają. Ze strachu przed krytyką? Też, ale chyba raczej starają się „być poprawni” i nie drażnić lwa.

Doskonale pamiętam katastrofę. Od rana, jak to mam w zwyczaju, włączyłem telewizor i chociaż zajmowałem się czym innym, telewizor sobie grał, żeby grać, bez specjalnego powodu. Pamiętam pierwsze informacje, Olejniczaka w szoku, Kuźniara połykającego łzy i kolejne, za każdym razem nieco precyzyjniejsze informacje. W tym miejscu nie mogę zgodzić się z moim internetowym kolegą, który za niestosowne i niepoważne uważa „medialne drgawki emocjonalne” i „spazmatyczne ataki histerii” (też medialne). Szok Olejniczaka był jak najbardziej prawdziwy, zresztą Kuźniara też. Bo chociaż ci ludzie nie byli zwolennikami tego prezydenta, to na nich, tak jak np. na mnie, ta tragedia była czymś niezwykłym.

W ogóle nie potrafiłem z początku zebrać jakiejś sensownej myśli na ten temat. To było tak nierzeczywiste, absurdalne i nierealne, że aż po prostu niemożliwe. Że aż najzwyczajniej w świecie nie mogło się wydarzyć. Nie ma chyba reżysera, a raczej scenarzysty na świecie, który mógłby coś takiego wymyślić. W sposób oczywisty i jak najbardziej naturalny zapomniałem na chwilę o swojej niechęci do prezydenta i części pasażerów. Trwało to może półtora dnia, do czasu kiedy zacząłem zdawać sobie sprawę z jakości listy pasażerów. Wtedy zapalił mi się pulsujący napis: „Ci ludzie nie powinni tam być razem”. Chodziło mi głównie o listę generałów i szefów instytucji państwowych.

Kuriozalnie w mediach zaczęło być 11., 12., kwietnia i później, kiedy media rzeczywiście jak jeden mąż zaczęły idealizować, rozpływać się w zachwytach nad postacią Lecha Kaczyńskiego. To, moim zdaniem rozzuchwaliło kogoś, do rzucenia pomysłu „pochówku wawelskiego”. Gdyby media zachowywały się racjonalnie a nie irracjonalnie wynosząc niemal Lecha Kaczyńskiego pod niebiosa, nikt nie odważyłby się nawet o Wawelu pomyśleć. Zwolennicy i stronnicy PiS-u doskonale przecież zdawali sobie sprawę z żenująco niskiego poparcia społecznego jakie prezydent Kaczyński miał przed tragedią.

I właśnie od ogłoszenia decyzji kardynała Dziwisza o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu, rozpoczął się rozłam w polskim społeczeństwie. To więc Dziwisz jest głównym sprawcą rozłamu po katastrofie smoleńskiej. Oczywiście nie twierdzę, że on to wymyślił, ale on tej wawelskiej idei, w najgorszym przypadku uległ. Od decyzji wawelskiej nie tylko w społeczeństwie odezwały się głosy oburzenia i dezaprobaty, ale również w świecie naukowców i w mediach. Te ostatnie chyba wtedy zrozumiały, że przegięły z kochaniem prezydenta, ale mleko było już rozlane. Potem było już tylko gorzej, głównie na skutek propagandy zamachu przez środowiska propisowskie i prowokacje, stosowane zresztą po dziś dzień.

Sądzę, że gdyby nie decyzja Dziwisza, podział społeczeństwa, który niechybnie by nastąpił, nie byłby tak głęboki. Jarosław Kaczyński, Macierewicz z Fotygą i inni obłąkańcy, gruszek w popiele przecież by nie zasypywali, ale nie mieliby tak mocnego mandatu w postaci „pochowanego jak król, prawdziwego patrioty”. Ogromną winę za głębokość tego podziału mają też nasze władze. Rząd, prezydent, władze Warszawy i bardzo ważne instytucje państwowe, np. Sąd Najwyższy. Oczywista i prawdziwa jest bowiem zasada: „Daj mu palec, a odgryzie całą rękę”. Władze pozostające zupełnie bierne wobec ekscesów pod pałacem, instytucje jak Sąd Najwyższy, wysłuchujący obelgi i inwektywy pod swoim adresem podczas odczytywania decyzji o ważności wyborów prezydenckich, sytuacja zupełnie niebywała w cywilizowanym świecie, walnie przyczyniły się do pogłębienia przepaści, nienawiści wręcz między zwolennikami a przeciwnikami PiS-u. Zapędy hamowane w zarodku bowiem szybko gasną, a emocje się studzą.

Ostatnim czynnikiem wspomagającym kopanie rowu między ludźmi był Kościół Katolicki. Haniebne, niegodne nie tylko katolika, ale wręcz człowieka opinie i oskarżenia wygłaszane w kościołach przez księży pozostające bez jakiegokolwiek napiętnowania ze strony hierarchii, niekatolickie asekuranckie zachowania w sprawie krzyża pod pałacem były istotnym wkładem w kopanie rowu nienawiści.

I tylko społeczeństwo skacze sobie do gardeł. Wszyscy „kopacze rowu”, wskazują palcem jedni na drugich.

andy lighter

(Święty) interes Dziwisza

„(…) Potrzebujemy jego świadectwa, jego zdrowia i także dobrych rezultatów” – powiedział kardynał Stanisław Dziwisz, po przekazaniu Robertowi Kubicy zaproszenia na beatyfikację Jana Pawła II w Watykanie. Oczywiście kierowca ma obiecane miejsce w pierwszym rzędzie podczas uroczystości 1.maja. To nie pierwsza decyzja Dziwisza, dotycząca polskiego kierowcy F1.

W piątek, kardynał Dziwisz za pośrednictwem dziennikarzy przekazał Kubicy relikwie 1. stopnia Jana Pawła II. jest to kropla krwi przyszłego świętego i (chyba) skrawek jego sutanny. Co to ma wspólnego z handlem? Ano ma. „Życzę mu, żeby szybko wrócił do zdrowia. I polecam go jeszcze raz opiece Jana Pawła II. I życzę mu, żeby on też miał taką wielką wiarę, że to mu pomoże i wyjdzie z tego szybko. I będzie powiększał chwałę – powiedział Dziwisz przekazując relikwiarz dziennikarzom. Kubica więc nie ma wyboru.

Ale to jego sprawa, tym bardziej, że z tego co wiadomo, sam o tę relikwię poprosił, chociaż nie jestem pewien, czy to nie ściema kiedy miałby o nią poprosić i kogo, pozostaje tajemnicą. Jednak to jego sprawa. Oczywistym jest, że Dziwisz z takich okazji korzysta i jako wytrawny handlowiec robi dobry interes. Beatyfikacja ukochanego przez wiernych na całym świecie papieża już sama w sobie jest niezwykłym medialnie wydarzeniem. Jeśli uda się jeszcze w pierwszych rzędach usadowić na uroczystości pierwszorzędne postaci światowej polityki, światowego show biznesu, a na dodatek światowego sportu, będzie to wydarzenie medialne godne miana wydarzenia stulecia. I niełatwo będzie je w przyszłości „przebić”.

Dziwisz zrobił więc znakomity interes i, co jest (przynajmniej dla mnie) zaskoczeniem, niczego nie musiał ukrywać, kręcić, mataczyć. Jeśli prawdziwą jest prośba Kubicy o relikwie, a nie ma powodów aby w to wątpić, transakcja jest czysta jak tyłek niemowlaka.

Jestem zagorzałym kibicem Roberta Kubicy, m.in.. dlatego, że interesuję się Formułą 1 od dziecka, kiedy w Polsce mało kto wiedział, ze taki sport w ogóle istnieje. Zbierałem zdjęcia, plakaty, materiały z prasy światowej, co było kosmicznie trudne. Nie jestem więc tym, który dostrzegł F1 dzięki Kubicy. Dziwi mnie jednak to, że dostał tak niezwykłą relikwię, gdy o nią poprosił. Nie znam się na tym, ale zastanawiam się czy na relikwię nie trzeba sobie zapracować. Co prawda pan Robert jest człowiekiem wierzącym, znany był jego napis na kasku („Jan Paweł II”) i wpływ tego napisu na ogromne szczęście podczas wypadku w Montrealu, ale sądziłem, że jednak trzeba czegoś więcej.

Swoją drogą…, że też nikt nie pomyślał o zgłoszeniu ocalenia Roberta Kubicy w wyniku wypadku w Montrealu cztery lata temu. Nie trzeba by było tyle czekać na przedłużające się sprawdzanie cudu uzdrowienia zakonnicy. W dodatku niepolskiej zakonnicy.

Mój stosunek do relikwii wszelakich jest jest odwrotnie proporcjonalny do stosunku tych, którzy o nie zabiegają, uważam to zjawisko wręcz za znieważanie Najwyższego, tak samo jak modlenie się do jakiegoś świętego o wstawiennictwo. Tym bardziej dziwi mnie (jeśli to prawda – podkreślam, chociaż gdyby nawet to prawą nie było, Kubica najprawdopodobniej tego nie podważy), że młody człowiek, światowy choć wierzący, „firmuje” i partycypuje w czymś tak obrzydliwym i trącącym średniowieczną pomrocznością, jak proceder „relikwierstwa”.