Zakłamane media i głupota polityków

Oczywistą prawdą dla wielu Polaków jest fakt, maksymalnej manipulacji mediów opinią publiczną. Podobnie myślimy o politykach. I o ile, codziennie niemal utwierdzam się w przekonaniu, dziennikarskiego zakłamania, o tyle coraz bardziej jestem przekonany, że politycy w większej mierze niż manipulację, pokazują swoją głupotę.

Weźmy chociażby sprawę ACTA. Minister Zdrojewski wysłał w sprawie ACTA zapytania, czy tam prośby o opinie rozmaite środowiska przedstawicieli kultury, traktując to, jako konsultacje. W tych para konsultacjach wzięły udział m.in. telewizje Polsat, TVP i TVN. „Wzięły udział” to właściwie za dużo powiedziane, raczej powinno być: „nie wniosły do projektu umowy żadnych zastrzeżeń”. I to mnie akurat nie dziwi, w końcu ów projekt miał na celu m.in., albo głównie, ochronę praw autorskich również tych telewizji.

Nie jest moim zamiarem wypowiadać się na temat słuszności, czy niesłuszności ACTA, ale zachowań mediów w czasie „konsultacji”, w czasie protestów internautów i po przyznaniu się Tuska do błędu.

Otóż jeżeli media nie wniosły żadnych zastrzeżeń do umowy na etapie zapytania ministra, to czym, jeśli nie manipulacją jest głośny krzyk wszystkich wymienionych mediów (dziennikarzy je reprezentujących) w obronie protestujących internautów? Dlaczegóż to owe media nie napisały do ministra: „Panie ministrze, umowa jest zła, bo w żaden sposób nie chroni wolności internautów”? Nie przeszkadzał owym telewizjom brak konsultacji ze społeczeństwem, w czasie „konsultacji” z nimi. Jaką w takim razie legitymację owe media mają do krytyki (gremialnej) rządu w sprawie nie tylko braku konsultacji społecznych, ale i rażących błędów w samej umowie? Przecież kiedy można było te błędy zauważyć, z punktu widzenia TVN, czy Polsatu, wszystko było w porządku. Dziś rozmaici Rymanowscy, czy inne panie dziennikarki nie zostawiają suchej nitki na ACTA, braku konsultacji, a jakby tego było mało, drwią z wycofania się Tuska z umowy. Znaczy to, że honorowo by było brnąć dalej w tę chorą umowę, bo przyznanie się do błędu, szanującemu się politykowi nie uchodzi.

Owe telewizjie i inni przedstawiciele twórców, którzy nie zareagowały, kiedy był na to czas, a dzisiaj biją pianę, nakręcając opinię publiczną i podsuwają jej rząd do zlinczowania, powinny na pasku ekranu telewizyjnego, video clipu albo w headlin, tuż pod tytułem gazety, ustawić na długi czas napis: „Przepraszamy za ACTA”. Bo wina rządu jest oczywista, ale owe media, środowiska, itd., są ostatnimi, które powinny teraz kamienować rząd, o swojej „roli” nie wspominając słówkiem, jakby mówili o badaniach kosmosu, o których usłyszeli w agencjach prasowych, bo przecież mają się do kosmosu, jak pięść do nosa. O ACTA mogły i powinny były mówić. Wtedy, kiedy powinny!

Pamiętacie Krakowiaka, znanego dawno temu bandytę, który przychodził na salę sądową z kartką, na której wypisane było: „Telewizja kłamie!”? To było jeszcze za komuny. Otóż od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Może oprócz ilości tych zakłamanych telewizji. Pisząc „kłamie”, mam dziś na myśli również przemilczanie ważnych kwestii i własnego w nich udziału.

Kończąc już ten temat i wchodząc zarazem w drugi, warto przypomnieć sobie, peany na temat umowy wygłaszane przez pisowca, przewodniczącego komisji sejmowej jakiejś tam. I żadne głupie „Poseł się pomylił”, wygłaszane przez zbawcę narodu, tych peanów nie przekreślą. Pochylanie się więc z troską nad skrzywdzonymi internautami jest mega manipulacją. Zwykłym, prostackim szwindlem.

Głupota jednak polityków (rządzących) polega na tym, że nie wykorzystują tych peanów dostatecznie. Coś tam bąkną, coś powiedzą, ale w obliczu zagłuszenia przez PiS na spółkę z Ziobrystami, odpuszczają i „jadą dalej”. I wcale mi ich nie szkoda, bo tak gra przeciwnik, jak drużyna pozwala.

A pozwala tyle, że „O ho ho!”, albo jeszcze więcej. Chociażby w sprawie emerytur. Jaki jest zamiar rządu w tej sprawie wszyscy wiemy. Wiemy tez jakie jest zdanie w tej sprawie opozycji. I aż się prosi, żeby najzwyczajniej w świecie wyłuszczyć w kilku prostych zdaniach, argumenty za i argumenty przeciw propozycjom opozycji. Tyle, że powinna to zrobić jedna osoba, jasno wykładając (pięć, siedem minut w zupełności wystaczy), dlaczego zdanie rządu jest właśnie takie. Odnoszę wrażenie, że politycy PO zwyczajnie nie umieją tego zrobić. Są za głupi na ułożenie jednej kartki A4 i przeczytanie jej.

Pomijając już moje prywatne zdanie na ten temat, doskonale rozumiem powody, którymi kieruje się Tusk, tzn. z łatwością mógłbym je wytłumaczyć. A co dopiero człowiek siedzący w temacie.

Głównym nieporozumieniem, jakim szafuje, karmi opinię publiczną opozycja jest to, że przyszły wiek przechodzenia na emeryturę kobiet, przykłada się do teraźniejszych warunków, w jakich kobiety pracują. To jest nieuprawnione i opinia publiczna, co nie może dziwić, tego nie pojmuje. Nie może dziwić, bo nikt nie jest w stanie im tego prosto wytłumaczyć. Nasi politycy są za głupi. To mocne słowa, ale innych nie znajduję w obliczu nie podjęcia tak oczywistego działania. Łatwo przecież wytłumaczyć ludziom, że z roku na rok, a już na pewno z dekady na dekadę, warunki pracy są/powinny być (trzeba to po prostu egzekwować) coraz lepsze, praca coraz mniej uciążliwa. Wystarczy przytoczyć przykład Biedronki, gdzie jedna zadyma wystarczyła, aby warunki pracy w tej firmie diametralnie się poprawiły.

To tylko jeden przykład argumentów i jeden przykład łatwości jego przytoczenia. Ten argument zresztą jest nie do obalenia, podobnie jak pozostałe. O ile łatwiej później spierać się o szczegóły i niektóre z nich uwzględniać, a inne obalać.

Ale rządzący tego nie robią. Skoro nie manipulują (w tej sprawie na manipulację pozwolić sobie nie można, najwyżej odłożyć temat ad acta), to jakie jest inne wytłumaczenie jeśli nie głupota? Ja nie znajduję. Tłumaczą coś „naokoło”, kluczą, jąkają się przeskakują z punktu do punktu… Opozycja więc atakuje radośnie rządzących, bo dlaczego by miała nie atakować? Tym bardziej, że duża część polityków opozycji nie manipuluje, ale też nie ogarnia umysłem „przyszłości” wieku i „przyszłości”, a nie „teraźniejszości” warunków pracy (np.). Bo też są za głupi.

A wystarczyłaby kartka papieru, wypisanie Kiku punktów i krótkich, celnych i zwięzłych wyjaśnień przy każdym z nich.

andy lighter

Festiwal populiznu, czyli referendum

Nie chodzi mi bynajmniej o referendum w sprawie ACTA, ale o referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego. Chociaż oba pomysły uważam za skrajnie nieodpowiedzialne i niepotrzebne. Opozycja (w kwestii emerytur jest to SLD) jednak jest innego zdania i próbując stroić miny bardzo zatroskanych o los swoich wyborców, polityków, rozwodzi się nad potrzebą sięgnięcia po tę formę demokracji bezpośredniej.

Powołują się przy tym na sondaże, które pokazują, że aż 85% naszego społeczeństwa jest przeciwnych podwyższeniu wieku emerytalnego i szukają „zamienników”, alternatywnych rozwiązań dla utrzymania obecnego wieku przechodzenia na emeryturę. SLD chce, aby o przejściu na emeryturę decydował nie wiek, ale staż pracy: 40 lat dla mężczyzn i 35 dla kobiet. To nia ma dzisiaj najmniejszego sensu. Dość wspomnieć, że wg statystyków, długość życia w naszym kraju, od roku 1988 do 2011 wydłużyła się o 5 lat. W związku z tym, gdzieś wyczytałem komentarz, że być może, co drugi dzisiejszy noworodek dożyje stu lat, albo bardzo niewiele mu zabraknie. Może być więc tak, że stuletnie emerytka w przyszłości, będzie musiała żyć ze składek gromadzonych jedynie przez 1/3 życia. Nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby to się zrównoważyło, nawet przez odsetki. Oczywiście zrównoważone nie będzie nigdy, ale przepaść w wychodach i przychodach ZUS-u będzie coraz większa.

PSL ma pomysł, aby skracać wiek emerytalny kobiet o 3 lata za każde urodzone dziecko. Skracanie wieku za każde urodzenie dziecka też jest „dziwne”, bo matka trójki dzieci przechodziłaby na emeryturę wcześniej niż dziś. A wydłużenie okresu pracy ma na celu wydłużenie okresu płacenia składek, a a co za tym idzie wyższych świadczeń. Jak znam życie, kryją się pewnie za tym jakieś tajemnicze logarytmy, przeliczniki i inne „czary mary”, których nie znamy, aby to obniżenie świadczenia zniwelować. Czyli znów inni składkowicze płaciliby na rzecz jakiejś grupy. Idzie o to (a przynajmniej powinno o to chodzić), aby dopłacanie jednych na drugich ograniczać, a nie jeszcze powiększać rzeszę tych „drugich”. Jednym z powodów niedopinania się ZUS-u jest przecież właśnie ogromna rzesza niepłacących składki, lub uprzywilejowanych np. w kwestii wczesnego przechodzenia na emeryturę, którym jednak ZUS świadczenia musi wypłacać.

Spodobał mi się wpis na temat obaw przed wydłużeniem wieku emerytalnego, blogera Kominka, sprzed paru miesięcy. Było tam, m.in.: „(…) jeśli ktoś, będąc jeszcze młodym wiekiem, przejmuje się tym, ile lat będzie musiał pracować, to jest zarówno idiotą jak i nieudacznikiem (…)”. Ja się z tym akurat zgadzam. Jeśli człowiek „na starcie” martwi się o to, co będzie mógł kupić z emerytury płaconej mu przez ZUS i OFE za 50 lat, to jest… naprawdę śmieszny.

PiS-owi podoba się pomysł PSL. A dodatkowym argumentem przeciwko podwyższaniu wieku emerytalnego jest: „Dziadkowie muszą pomagać wychowywać wnuki, a nie pracować”. To jest haniebny argument panowie Błaszczak, Hofman i Girzyński, bo dziadkowie na emeryturze mają odpoczywać, zwiedzać, jeździć na wycieczki i zajmować się swoimi pasjami, albo zainteresowaniami, na które nie mieli czasu pracując. Albo po prostu zbijać bąki.

Propozycje referendów w sprawie ACTA i w sprawie emerytur to „Himalaje populizmu”. Wyniki bowiem takich referendów będą oczywiste, ale to nie znaczy, że władze powinny temu ulegać. „Społeczeństwo nie zawsze ma rację”. To są słowa zresztą któregoś z braci Kaczyńskich, wypowiedziane przy okazji żądania jakiegoś referendum w czasie ich rządzenia. Nie pamiętam czy chodziło wtedy o referendum w sprawie tarczy, czy wojsk w Afganistanie, czy w jeszcze innej. Czy trudno jest przewidzieć wynik referendum z pytaniem: „Czy chciałbyś zarabiać co najmniej pięć tysięcy złotych”. Albo: „Czy chciałbyś aby podatek od dochodów wynosił 10%”.

Domaganie się referendów w sprawach, w których oczywisty jest opór społeczny bez względu na koszty, jakich by załatwienie ich po myśli pytanych wymagały, jest zwyczajnie haniebne.

Racją jest, że aby w pełni wprowadzić reformę potrzeba spełnić szereg warunków: powszechny dostęp do żłobków i przedszkoli, ale i do domu starców i domów opieki, to tylko przykład. Ale też reforma rozciągnięta jest w czasie.

W Szwecji wiek emerytalny wynosi 70 lat.  

andy lighter

O emeryturach, ale nie o tym, o czym się mówi

Nie będę tutaj o wieku, podpisach i referendach, ale o OFE.

Jakiś czas temu toczyła się burzliwa dyskusja na temat skoku rządu na OFE. Jakieś tam partie nawet zaskarżyły sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Całe szczęście, że (jeszcze miesiąc, bo później, kto wie) sprawa mnie nie dotyczy, ale jedna kwestia nie daje mi spokoju. OFE są obowiązkowe, a OFE to giełda.

Inaczej rzecz ujmując, obywatel jest zmuszony do inwestowania na giełdzie. Jestem tchórzem z natury i dobrowolnie nie zainwestowałbym na giełdzie ani złotówki. Można bowiem wygrać, ale można przegrać. Tymczasem polskie prawo „zmusza” obywatela do inwestowania na giełdzie. Mało tego, nie tylko, że zmusza, to jeszcze nie pozwala mu samemu się rozejrzeć, tylko podejmuje decyzję inwestycyjną za niego. I tak się zastanawiam, jak się mają do tego prawa człowieka.

Min. Fedak zaproponowała kiedyś dobrowolność kierowania części składek przelewanych do OFE: albo do OFE, albo do ZUS-u. ZUS jest instytucją chorą, zbiurokratyzowaną, przerośniętą i marnotrawną, ale zastanawiam się, czy nie lepiej skupić się na naprawie ZUS-u, jako gwaranta emerytury, czy zmuszać tchórzy i niedowiarków do inwestowania na giełdzie.

Coś mi tu etycznie śmierdzi: inwestujesz na giełdzie, albo nie inwestujesz – wtedy łamiesz prawo. Coś tu się nie zgadza.

 

andy lighter

Głupota Kidawy-Błońskiej(?)

Jakiś facet podpalił się naprzeciw Kancelarii szefa rządu. Porozsyłał (czy miał zamiar, mniejsza z tym) listy do redakcji i zostawił list obok na ławce.

Chłop miał długi bo nabrał kredytów, przegrał w sądzie i widmo komornika zaglądnęło mu w oczy. No cóż, ja też mam długi, widmo komornika i nie wiem co będzie dalej, ale podpalić się nie zamierzam. Zbyt dobrze pamiętam smak „drugiej strony”, żebym miał to zrobić. Zbyt dobrze pamiętam, jak bardzo się przed nią broniłem.

Pani Małgorzata Kidawa-Błońska pochyliła się nad losem biednego człowieka. Razem z całym tam towarzystwem wyraziła troskę i obiecała pomoc człowiekowi w trudnej sytuacji. Tusk przerywa podróż i wraca do warszawy, zeby spotkać się z desperatem. Jest oczywiste, że pan desperat o swoich długach może zapomnieć, premier i pani poseł Kidawa-Błońska nie dopuszczą przecież, żeby ten pan mia jeszcze jakiekolwiek głupie myśli.

Czy pani oszalała pani poseł? Przepraszam, z tą głupotą w tytule to trochę przesadziłem, ale odpowiedzialności to pani z całą pewnością zabrakło. Przecież jak się będziecie pochylać nad kolejnymi pokrzywdzonymi przez los, to ten pan znajdzie naśladowców na masową skalę. Jutro będziecie mieli dziesięć samopodpaleń, pojutrze dwadzieścia pięć, a za tydzień będziemy liczyć w setkach, jak po świńskiej grypie w Meksyku. Przeciez to jest kapitalny pomysł: wyczaić miejsce, najlepiej ruchliwe i widoczne, np. dla ochroniarzy, pstryknąć zapalniczkę i parę sekund pocierpieć. Pomoc nadejdzie jak w banku, trochę się człowiek poparzy, ale co tam, długów nie trzeba spłacać!

Już dziś zapomnijcie o dalszych wojażach premiera tuskobusem po kraju, bo wypowiedź pani Kidawy-Błońskiej właśnie dała iskrę do uruchomienia inicjatywy ogromnej liczbie obywateli. Taki więc ta podróż, gdyby miała mieć ciąg dalszy, zamieniłaby się w bezustanne oblężenie, z jednej strony kiboli, z drugiej zdruzgotanych, potrzebujących ludzi.

Ja mam długi do cholery własne, i nie chcę spłacać cudzych. A oczywiste jest, że będę musiał, bo na spłatę kredytów desperatów trzeba będzie wziąć skąd pieniądze. Skąd? Od stoczniowców? Od nauczycieli? Oczywiście że nie, bo przecież im się należy. Nic się do tego tak dobrze nie nadaje jak zmniejszenie waloryzacji rent i emerytów. To przecież stary, pewny i sprawdzony schemat.

Jestem w szoku! Może jednak pomyśleć…

andy lighter

Ps. Ostatnie zdanie to żart.

Niech odchodzą, przyjdą kolejni

Znowu dym w polskim lotnictwie mamy. Ok. 50. żołnierzy z Bazy Lotnictwa w Mińsku Mazowieckim zagroziło zwolnieniem. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o kasę, albo o „Precz z komuną, komuna tylko dla nas!” Jak słyszę takie newsy, przyznaję, że krew mnie chce zalać jaśnista. Lubicie górniczych oponiarzy? Albo stoczniowych? Ja też nie, a to jest dokładnie ten sam schemat. Jak zwykle pod koniec maja, w wojsku rozchodzi się fama o trudnościach z kasą (nie mylić z CASĄ), najczęściej fama wzięta z sufitu. I jak zwykle, rok temu też tak było, i dwa lata temu chyba też, to kompletna bzdura. Ale najgorsze jest to, że żołnierze, który powinien być analitykiem, strategiem i „rozpoznać teren”, łykają populistyczną famę i idą w zagrywkę a’la Lepper, albo inna Solidarność ’80. Czyli, nawet nie strajk, czy ostrzeżenie, ale szantaż.

Wiem jak jest w wojsku. Chociaż nigdy nie służyłem. Ale być może właśnie dlatego, że nie służyłem, a pracowałem jako cywil, wiem lepiej (mimo iż pracowałem krótko, ale napatrzyłem się), niż gdybym służył. Zupełnie różny punkt widzenia, chociaż widok niby podobny. Nie każdy może być żołnierzem, to jasne. Trzeba być zdrowym, „inteligentnym” (w cudzysłowie, bo zdarza się, że mam wątpliwości) i trzeba mieć pasję, inaczej – lubić to po prostu. Dla mnie żołnierz na emeryturze po piętnastu latach służby to kompletna pomyłka, a nawet złodziejstwo. Nie znam wojskowego emeryta (a paru emerytów znam), który przeszedłby na emeryturę po 15. latach służby. A jeśli przeszedł po dwudziestu, albo dwudziestu pięciu, prawie każdy pracuje(!!!). To jest pewnego rodzaju (moralne i usankcjonowane prawem) złodziejstwo. Oto bowiem oficer, czterdziesto paro, pięćdziesięcioletni, idzie do innej roboty, najczęściej nie jako robotnik, bo wykształcenie przecież ma, i dostaje drugą pensję za frajer. Za to, że był żołnierzem.

Jakie są powody, dla których żołnierze mają prawo do przejścia na wcześniejszą emeryturę? Praca w stresie! Niebezpieczna praca! Trudne warunki! Itd… I nic mi się tu nie zgadza.

Praca w stresie… Jak mówiłem, wojsko to pasja, a głównym powodem tej pasji jest stres, adrenalina. Poza tym, ten stres, u dobrego żołnierza jest… oswojony. Jest tak oczywisty (a nawet pożądany), jak znajomość języka angielskiego u tłumacza poezji Schekspeare’a. Stres przyswojony, u żołnierza jest czymś tak normalnym jak potrzeba noszenia okularów u osoby słabowidzącej, czyli żaden problem.  

Niebezpieczna praca… Czy praca w wojsku jest bardziej niebezpieczna niż praca kierowcy TIR-a? Albo dzielnicowego na warszawskiej Pradze, czy łódzkich Bałutach? Śmiem wątpić. Jak już wspomniałem, „widziałem” wojsko, nikły procent naszych żołnierzy służy w Afganistanie, czy na innych misjach. A i ci, co służą, są tam po pól roku, z własnej inicjatywy wielokrotność półrocznych misji. Ale przy tej okazji nie mogę nie przytoczyć tu pewnej historii z życia wziętej o pracy na eksporcie. Otóż pewien facet wyjechał na robotę eksportową do Czechosłowacji. I był tam półtora roku. I w czasie jego pobytu, jego syn, studiujący wówczas był parę razy u niego, żeby ojciec fundnął jakąś kurtkę czy buty. Pracował ten facet w sumie czterdzieści lat, w tym półtora roku w Czechosłowacji, zarabiał tyle co kot napłakał, a w Czechach co półtora kota, i ten facet, mając dzisiaj dobrze po osiemdziesiątce, domaga się okazywania wdzięczności absolutnej od swojego syna, o niczym innym nie mówiąc, tylko o swojej półtorarocznej pracy na eksporcie (swoją drogą nie dorobił się tam nawet przysłowiowego „dobrego roweru”). Zupełnie jakby nic innego w życiu nie robił, tylko pracował na eksporcie (oczywiście uważa, że więcej zarobił niż ci, co pracowali w Libii, Iraku czy w Rosji, bo nie zdaje sobie sprawy, że zarabiał tak mało) Całe więc trzydzieści osiem i pół roku swojej pracy każe zapomnieć, ale pamiętać te półtora roku. Z wojskiem jest tak samo: „Mamy niebezpieczną pracę, bo jeździmy na misję!” Czy coś tu nie pasuje? Kto jeździ i ilu jeździ i na jak długo jeździ? A jeżdżą za trochę więcej pieniążków, niż ich koledzy zostający w kraju. Ci, którzy na misję nie jeżdżą, albo byli i przyjechali, bardziej niebezpiecznej pracy nie mają, niż wspomniany przeze mnie kierowca TIRA-a. Tak więc, całe wojsko ma niebezpieczną pracę, bo niewielki procent żołnierzy jeździ na niebezpieczne misje. Zdaję sobie sprawę, że piszę te słowa w dniu, kiedy zginął nasz kolejny żołnierz, jednak z drugiej strony, żołnierz, który boi się niebezpieczeństwa może powinien pracować jako ochroniarz w Biedronce. Płaca też będzie odpowiednio inna. Zgadzam się natomiast na szczególne traktowanie rannych na misjach żołnierzy, czy w ogóle rencistów wojskowych. Ich renty na skutek odniesienia ran, powinny być rzeczywiście godne, bo i postrzeganie ich przez społeczeństwo jest specjalne: to nasi chłopcy, których wysłali i talibowie ich z ukrycia zaatakowali – tu, pełna zgoda i szacunek.

Trudne warunki… (i po trosze niebezpieczna praca). Ani nie ma wojny w tym kraju, ani alarmów jakichś przeciwlotniczych… Cała generacja, pokolenie wojskowych (oficerów np.) wojny na oczy nie widziało. W czasie mojej bytności w wojsku, postrzegałem je jako… obóz harcerski z punktu widzenia instruktorów. Mają sobie tam „harcerzy w namiotach”, rozpiski na zajęcia i innych parę obowiązków, najczęściej administracyjnych, czy porządkowych i… działają Są w jednostce jak jedna rodzina: lubią się, przyjaźnią, piją gorzałę w kasynach i od czasu do czasu poligon. Także testy sprawnościowe. Ale zauważyłem, że testy sprawnościowe sprawiają oficerom i podoficerom wyjątkową frajdę. Autentycznie to lubili, po takich testach, które rzecz jasna sprawności wymagają, uwielbiali się przekomarzać, dogryzać sobie i odgrażać: „czekaj, czekaj, następnym razem to ja ci pokażę, kto jest lepszy”. Dla człowieka, który lubi wojsko, ta praca to wieczna przygoda, nie można jej nie lubić będąc żołnierzem dzięki pasji. Przykłady sportowców w dyscyplina wytrzymałościowych, a nawet ekstremalnych pokazują, że szczyt ich możliwości przypada na czwartą dekadę, między 30. a 40. rokiem życia.

Mój tekst brzmi tak, jakby był sprzeciwem wobec niesamowitych przywilejów, głownie emerytalnych wobec wojska. I byłoby tak w istocie, gdyby nie pewien drobny szczegół. Z bólem, ale i świadomością praw nabytych akceptuję przywileje wojska. Ale dzisiejsze środowisko w mundurach zachowuje się tak, jakby nie tylko broniło swoich przywilejów, bo bardzo często władze przypominają, że te są niezagrożone. Oni chcą bronić przywilejów swoich, swoich następców, następców następców, „do końca świata i o jeden dzień dłużej”. Czyli: „Precz z komuną! Komuna tylko dla nas”. Czy jest w Polsce jakiś generał (poza generałem Polko), który w okolicach czterdziestki przeszedłby na emeryturę? Chyba nie ma. Dlaczego więc w biednej Polsce ma istnieć grupa zawodowa, której emeryci, w niemal 90. % dostają „dwie wypłaty” za wykonywanie jednej pracy? Nie pojmuję tego. Ni w ząb.

Powinno się pozwolić odejść tym żołnierzom. Przyjdą nowi. A ci, co zamierzają odejść, nie będę porównywał ich doświadczenia i wyszkolenia z doświadczeniami tych, którzy „odeszli” w latach 90. Mogliśmy to obserwować przy okazji tłumaczeń w mediach przyczyn katastrofy smoleńskiej.    

andy lighter

OFE – globalny przekręt światowej finansjery

Rząd podjął decyzje w sprawie OFE. Teraz sejm, senat, itd. Balcerowicz się burzy i zapowiada jakaś tam księgę… białą chyba, zupełnie nie zgadzając się z decyzjami rządu. Ja zaś, jeśli nie jestem zwolennikiem rządu w tej sprawie, ani niczyim zwolennikiem z paru powodów i trudno mi sprecyzować jakiś konkretny, jedynie słuszny pogląd w tej sprawie, to jestem zdeklarowanym przeciwnikiem koncepcji Balcerowicza. Ktoś powie: „co się wtrącasz, jeśli nie masz nic do powiedzenia?”, to ja mu odpowiem: „właśnie dlatego może jestem bardziej obiektywny, bo tylko patrzę z boku”.

Mam zawsze spore trudności ze zrozumieniem „specyficznego języka” w jakim komunikuje się z opinią publiczną Waldemar Pawlak. Być może dlatego, że werbalizm nie jest jego najmocniejszą stroną. Dzisiaj jednak dość jasno (o dziwo) przedstawił opinię na temat zaangażowania Balcerowicza w sprawę OFE. Opinię, którą od dawna posiadam, a on ją konkretnie przedstawił: „Balcerowicz w tej sprawie jest człowiekiem kompletnie niewiarygodnym”. Przypomniał Pawlak i słusznie, reformę Balcerowicza z początków transformacji, kiedy to ogromna (w owym czasie) grupa ludzi oszczędzających np. na mieszkania, na skutek hiperinflacji, przeliczania oszczędności itp., za pieniądze o wartości niemal całego mieszkania jednego dnia, na drogi dzień mogli co najwyżej (albo i nie) kupić sobie rower.  Jakże niewielu z nas chce dzisiaj o tym pamiętać. A przecież nie można o tym zapomina, tak po prostu.

Działania Balcerowicza były w tamtym czasie być może nawet konieczne, choć zdaniem wielu zbyt radykalne, jednak we wszystkich działaniach prof. Balcerowicza jedna cecha była znamienna, podmiotem w jego działaniach nigdy nie był człowiek. Zawsze natomiast pieniądz. Nie inaczej jest też z jego obroną OFE. Nie liczy się człowiek, tylko obrót kapitałem. Niektórzy fachowcy twierdzą, że słabość koncepcji Balcerowicza polega na tym, że w ogóle nie przedstawia on wyliczeń, choćby jakichś szacunkowych, wielkości przyszłych emerytur. Powód jest oczywisty, nie może takich wyliczeń podąć. Emerytura z OFE może by wyższa, niższa, a może jej nie być wcale. Takie są prawa rynku, niestety. Jedyne stwierdzenia jakie w tej sprawie pada z ust Balcerowicza jest takie, ze w dłuższej perspektywie czasowej OFE muszą przynieść zysk. Jednak te „muszą”, ma się nijak do zdania poprzedniego, czyli: „takie są prawa rynku”. Z uporem maniaka wracam do sytuacji na światowych giełdach z przełomu 2008/2009 (cz też z przełomu rok później – nie pamiętam dokładnie), gdy spadki na giełdach sięgały (przekraczały) 20 %. Jakże „miło” się o tym zapomina, no… pomija milczeniem.

Ciekawy jestem co by było, gdyby państwa np. Unii nie mogły setkami miliardów dolarów wesprzeć sektora bankowego, który jest dysponentem OFE. Nie mogłyby, bo społeczeństwa tych państw nie wyraziłyby zgody na finansowanie oszustów i utracjuszy. Ktoś powie: „społeczeństwa musiałyby się zgodzić, bo chodzi przecież o ich emerytury. Koszty więc ratowania ich emerytur ponosiły (np. w przypadku wspomnianego ratowania sektora bankowego we wspomnianym okresie) całe społeczeństwa. I tu się kłania „solidarność pokoleniowa”, która tak bardzo nie podoba się zwolennikom rozwiązań Balcerowicza: „Jak chodzi o moją (przyszłą) emeryturę, to państwo musi wspomagać OFE, ale jak ja mam dzisiaj płacić do ZUS, na emeryturę sąsiada z przeciwka, to wara od moich pieniędzy!”. Hipokryzja pełną gębą. Tymczasem, gdyby dzisiejsi emeryci w UE, razem z resztą społeczeństw nie ponieśli kosztów ratowania banków, te do dzisiaj nie wyszłyby z potężnych kłopotów a wiele z nich by upadło. I nikt nie pytał (nie pytałby) jaki interes mają w tym emeryci. Przecież oni, z tymi bankami mają tyle wspólnego, co bieżące rachunki bankowe. Bieżące, nie oszczędnościowe czy kredytowe, jak reszta społeczeństwa. Oczywiście emeryt w UE też ma kredyt i oszczędności, ale skala jest… Balcerowicz ma to gdzieś. „Trzeba obracać kapitałem, a zysk na pewno będzie”. Ciąć wydatki socjalne, przywileje, nie dawać podwyżki nauczycielom, itp. Przywileje należy ciąć, jak najbardziej. Wydatki socjalne również. Ale dlaczego on tego skutecznie nie zrobił w latach 1997-2001? Odpowiedź jest prosta: bo wtedy rządził. A zabieranie pieniędzy wtedy, kiedy się rządzi, lub chce rządzić, ma się nijak do zabierania, kiedy nic go to nie kosztuje”.

Chociaż wydatki socjalne są bardzo denerwujące, nie da się dzisiaj tak po prostu je wyciąć lub drastycznie ograniczyć. Szczególnie w naszym kraju i również dzięki działaniom Balcerowicza w czasie jego urzędowania. Gdyby chcieć go dziś posłuchać, favele, czyli slumsy w Rio de Janeiro, to były mały pikuś w porównaniu z tym, co mielibyśmy w Polsce. Podobnie rzecz się ma z przywilejami. Związki Zawodowe, na skutek działań wszystkich kolejnych rządów, w szczególności AWS i PIS, są w Polsce niesłychanie silne i mogłoby to przynieść opłakane skutki. Zarówno więc wydatki specjalne, jak i przywileje należy redukował stopniowo, choć, absolutnie koniecznie.

Czy Balcerowicz o tym wszystkim nie wie? Wie! Wie lepiej, iż my wszyscy razem wzięci, w końcu w dziedzinie ekonomii nie jest ułomkiem. Broni jednak OFE jak niepodległości, bo… ma w tym interes. I nie chodzi mi tutaj o kasę, bo tego nie wiem za bardzo (choć podobno gdzieś tam doradza), ale o interes moralny. Był bowiem naczelnym w Polsce orędownikiem i promotorem wprowadzenia OFE.

Dał się wciągnąć w tryby machiny pod nazwą Transnarodowa kampania na rzecz reformy zabezpieczenia społecznego”. Zresztą wciągnęły go do tego Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, które wcześniej również do tego pomysłu zostały wciągnięte i stały się jego głównymi propagatorami. Opisał to swojej książce „Prywatyzacja emerytur. Transnarodowa kampania na rzecz reformy zabezpieczenia społecznego”, amerykański profesor Mitchell A. Orenstein. Pokazał w niej mechanizmy wprowadzania OFE m.in. w Polsce. Pisze o tym prof. Leokadia Orężak. Na przykładzie Chile, korporacje finansowe przekonały się, że można na tym świetnie zarabiać. Potem szło już tylko lepiej, kolosalne środki na szkolenia decydentów, parlamentarzystów i przedstawicieli rządów przynosiły pożądane efekty. Było tym łatwiej, że główni propagatorzy prywatyzacji emerytur, BŚ i MFW, byli tez decydentami w sprawach udzielania pomocy finansowej takim krajom jak Argentyna czy Europa Środkowa. To był zwyczajny szantaż: udzielimy Argentynie pożyczki 40 mlnd $ (potężny kryzys’ 92) jak sprywatyzuje system emerytalny, głownie idzie tu o odpowiedniki polskiego II filara czyli OFE i odpowiednio wysokich środków przymusowych, wpłacanych na ten właśnie filar (żyłę, może żyłkę, ale jednak, złota dla korporacji). Aby wesprzeć wprowadzanie reform, konieczna była pożyczka, rzecz jasna BŚ, w wysokości 320 mln$. Nie inaczej było w innych krajach w tym w Polsce.

W Polsce rozpatrywano kilka wariantów reformy. Wybrano koncepcję, której opracowanie sponsorował BŚ. Na czele Biura Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego stanął człowiek oddelegowany przez BŚ. Na przeforsowanie reformy w Polsce wg opracowania BŚ przeznaczone gigantyczne pieniądze. M.in. na „szkolenia” parlamentarzystów (wycieczki do Ameryki Łacińskiej, itp.), związkowców, członków elity politycznej.

Słowenia np. oparła się przed reformą emerytalną w wydaniu BŚ. Korea Pd. Polska niestety nie. Balcerowicz musi więc ratować swoją… reputację(?)

andy lighter