Opieprz

Po moim ostatnim tekście o emigracyjnych patriotach, przy okazji pogrzebu drugiego mojego prezydenta, którego tak naprawdę nikt nie wybrał, tylko paru gości w saloniku przy szklaneczce, poszedłem dalej. Utworzyłem na FB stronkę, trochę w temacie https://www.facebook.com/SamPosprzatamWSwoimDomu

„Jak to żółwia do wody ciągnie”, chciałoby się powiedzieć po paru reakcjach. Ten temat gnębi mnie od paru lat i od paru lat boję się go dotykać. Kiedyś o tym napisałem i zostałem wdeptany w ziemię (nie, nie, nikt mnie nie wdeptał, ale tak się poczułem) przez moją przyjaciółkę, mentorkę i nauczycielkę, która mieszkała wówczas w Wielkiej Brytanii. Do dziś nie odbudowaliśmy naszej przyjaźni, chociaż ona od dawna jest w Polsce i… często, gęsto podziela mój punkt widzenia (również na Anglię, chociaż dziś z… dystansu)Odebrała to tak, jakbym ją spoliczkował, chociaż nie jestem przecież (?) głupcem. Dziś z kolei, kiedy myślałem, że już okrzepłem, nabrałem „wyrazu” i ci co mnie znają „czują” co chcę powiedzieć w wierszach i między nimi, jeden z najbardziej wartościowych komentatorów moich wypocin napisał mi: „Ta dyskusja jest poniżej mojej godności, dlatego więcej się tu nie wypowiem”. Nie powiem, Stary Przyjacielu -wiesz jak sprowadza się człowieka do parteru. Przyznaję – bardzo boli, masz satysfakcję. Do tej pory nie mogę ochłonąć, choć nie miałem złych zamiarów. Podle się czuję. Nie dlatego, że coś myślę, ale dlatego, że ktoś myśli, że coś myślę, chociaż ja mam zupełnie co innego na myśli.

Potraktowałem sprawę jako pewien skrót – hasło. Nie jestem idiotą, aby wszystkich, których nie ma a w Polsce wrzucać do jednego worka, a tak właśnie zosłałem potraktowany przez mojego przyjaciela z sieci – dodam – żywiłem do niego i żywię ogromny szacunek. Gość jest wykształcony, oczytany i osłuchany, marzę, żeby „go doścignąć”, tyle, że brak mi cierpliwości.

Ruszyłem temat, chociaż nie jestem głupcem i wiem, że nie da się tego po prostu… przełożyć ot tak. Ale jest temat. I uważam, że trzeba się nad nim pochylić. Moim najlepszym przyjacielem jest Niemiec. Polski Niemiec, który wyjechał stąd prawie trzydzieści lat temu. Jest mi jak brat. Tyle, że on mówi otwarcie: „Andrzeju, nie głosuję. Wybieram TUTAJ Merkelową, albo kogoś innego.

Ale mam też innych znajomych. Kupę. Większość z nich to wspaniali ludzie. Większość z tej większości (o dziwo, ludzie niekoniecznie wykształceni, a może głównie nie oni) mają zdanie podobne do zdania mojego przyjaciela. Są jednak inni. (Chciałem skasować to zdanie, ale… na coś wpadłem), bo poprzednie zdanie uświadomiło mi, że im „wyższy nos”, tym bardziej warto coś powiedzieć. Nie ma ten „nos” bladego pojęcia, co to za kraj, ta Polska, co się tu dzieje, jak się tu żyje, itd. To znacz wie: Z radia Maryja przetransferowanego na rozgłośnię Chicago, albo inny Nowy Jork.

Dreptaku. Przepraszam, że nie zrozumiałeś. Jestem zbyt głupi, cóż… musze z tym żyć. W każdym razie boli, bo nie chciałem… źle Wyobrażasz sobie, żebym chciał odebrać prawa wyborcze np. Laudatemu z Irlandii. Ten człowiek jest bezcennym Polakiem! Czy myślisz, że dalej chcę „przejechać kosiarką”?.

andy lighter

Emigracyjni patrioci – nie przepadam

Cała masa ludzi, emigrantów politycznych, abo uchodźców – to lepiej brzmi została, „zasłużonymi” dla Rzeczypospolitej. Zasłużonymi i zadośćuczynionymi po ’89. Ordery, zaszczyty, nagrody. A ja ich nie lubię. Wszystkich.

Jan Nowak Jeziorański, naczelny patriota Polski. Tylko, że ja, taki „nijaki patriota”, bo za mały, choć robiłem Solidarność, choć zyłem w tym pieprzonym PRL-u, i… co niewiarygodne, nie miałem żadnej teczki, choć „na komendzie bywałem”, zebrać swoje pały, mam się nijak do wielkiego patrioty Jana Józefa Jeziorańskiego.

Co nas różni? To, że ja żyłem sobie i działałem w małej mieścinie. Że pracowałem jako robotnik, po trzysta godzin miesięcznie, żeby wyjść na swoje (i wychodziłem). Pan Jeziorański, siedząc w ciepłym studio radiowym opowiadał mi, co powinienem zrobić, jak powinienem postąpić, kiedy jestem, a kiedy nie, patriotą. Ja zarabiałem, urobiony jak niewolnik parę złotych, pan Jeziorański prał min mózg rozpływając się w niemieckim bogactwie za niemieckie marki.

Z innymi było podobnie: Czesław Miłosz – wielki człowiek, nie splamił się, tak jak Szymborska, peanami na cześć Generalissimusa. Tylko, że… nie musiał. Nikt dzisiaj nie chce o tym pamiętać. A Szymborska pewnie musiała. Po to, żeby żyć. Po to, żeby później napisać to, co napisała. Bo ona była tutaj. Mogła z palcem w nosie być gdzie indziej, ale była tutaj. Albo inni Giedroiće. Willa, gosposia, sekretarka, karwianie i płodzenie –patriotycznych myśli, „nakazów” i  postaw prawdziwych Polaków. Za francuskie pieniądze, na francuskim garnuszku, we francuskiej willi…

Wreszcie… „Prezydent na uchodztwie”. Z całym szacunkiem dla ekshumacji i ponownego pochówku, kto to był? Prezydentem czego, że spytam? Jeziorański, co by nie mówić, po „niepodległości” wrócił do kraju. A pan prezydent? Angielskie pieniądze, angielskie stanowisko, angielskie honory, angielskie nicnierobienie – reprezentacja, za… właśnie, za co? Niech mi ktoś to łaskawie wytłumaczy. Oddał i słusznie, insygnia władzy pierwszemu prezydentowi wolnej Polski. Bardziej po tym widziałbym go jako społecznika, byłego działacza pobierającego angielską emeryturę, niż pouczacza mnie, Polaka, który pięćdziesiąt trzy lata przeżył tutaj. Z całym złym i dobrym dobytkiem inwentarza. On, z całym szacunkiem, podobnie jak Jeziorański, Giedroić, Miłosz, nie mieli bladego pojęcia, co tu jest, jak tu jest i o co tu chodzi. A chodziło o to, żeby żyć. Żeby kupić mleko, żeby iść do pracy i wrócić, żeby zarobić pieniądze, wysłać dzieci do szkół – polskich liceów, wyższych uczelni…

Gotuje się we mnie, kiedy słyszę o „nadludzkim patriotyzmie” wielkich osobowości, np. takich, które wymieniłem. Z przyjemnością, za ich pieniądze, standard życia i „patriotyzm”, będę Wam kadził co tylko chcecie. Czy to w jakiejś niemieckiej radiostacji, czy w podparyskiej willi, czy domu na kalifornijskiej skarpie nad Oceanem Spokojnym.

 Jak łatwo się pieprzy, kiedy „mnie to nie dotyczy”, i w dodatku, za to pieprzenie dostanę pieniądze.

andy lighter