Kaczyńskiego strzał w dziesiątkę

Obejrzałem transmitowaną w telewizji „debatę” ekonomistów, zorganizowaną przez Jarosława Kaczyńskiego i mimo, nie ukrywam, swojej antypatii do niego i jego partii, byłem w szok. W szoku, w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Nie sądziłem bowiem, że taka debata, tym bardziej z powodu jej organizatorów, może być tak interesująca. Interesuję się trochę ekonomią, chociaż kompletnie nie uważam się za fachowca, jednak „odczytuję” fachowe terminy używane przez autorytety, rozumiem, rozumiem znaczenie i sens ich wypowiedzi, czego znaczna część polaków nie potrafi, udowadniając to np. w słupkach sondażowych, albo wynikach wyborów.

Jestem pod wrażeniem, ponieważ cała ta dyskusja pokazuje, jak potwornie skomplikowaną, czasem nieprzewidywalną i używaną czy to do manipulacji, czy „rozumienia na skróty”, jest materia ekonomii. Pewnym mankamentem tej dyskusji miało być zbyt mało czasu dla poszczególnych rozmówców, ale okazały się te obawy częściowo przedwczesne. Jedni mówili więcej, inni mniej, najczęściej wystarczająco, choć skrótowo. Plusem okazało się z tego czasowego ograniczenia to, że nikt nie „przynudzał”.

Oczywiście nie mam bladego pojęcia, co z tej dyskusji wyciągnie PiS, ale nie wyobrażam sobie, żeby kolejne takie dyskusji się nie odbywały. Może węższe tematycznie, ponadpartyjne albo bezpartyjne, ale uważam, że brak jakiejś formuły kontynuacji tego „początku” jest już niemożliwe.

Dyskusja zabiła mi kilka klinów, z którymi właściwie nikt z rządzących (dziś i „jutro”) do końca sobie nie poradzi, tak mi się wydaje. Tzn. nie poradzi, jeśli najpierw nie zapłacimy, jako społeczeństwo, frycowego, żeby później było lepiej. Istnieją pewne „dziury”, których jeśli nie naprawimy, to będziemy chodzić po wybojach bez końca, a jeśli weźmiemy się szybko za naprawę, niedogodności się spiętrzą, jeszcze bardziej utrudniając nam życie. Poza tym, jeśli je szybko naprawiać, trzeba się długo przygotowywać, a dziury „postępują”.

Wiem, że każdy minister finansów realizuje swój program autorski i to jest jasne. Jednak żałuję, że kolejni ministrowie, nie organizowali sobie takich debat. I to dość często, w zależności od dynamiki sytuacji gospodarczej w kraju i na świecie. Wtedy byłaby szansa, żeby te programy autorskie były „szersze”, mądrzejsze, a gdy trzeba, ostrożniejsze.

Pomijam fakt ponownej zmiany twarzy Kaczyńskiego. Pomijam, ponieważ nie wierzę w zużycie się maski smoleńskiej, zużycie kiedykolwiek, tzn. dziś, jutro i pojutrze. Mam nadzieję, że dzisiejsza maska zostanie mu na dłużej. Mam nadzieję, że nie będzie zamieniał sobie tych masek, z jednej na drugą. Wolałbym mniejsze zło: niech już używa obydwu jak musi.

 

andy lighter

Agencje ratingowe, koszyki i kryzys

Kryzys znów pokazuje zęby i właśnie skacze do gardeł wielu państw, głównie UE. Niemcy nie mogą sprzedać swoich obligacji, Włochy mają je najwyżej oprocentowane, itd., itd., itd. A Węgry zostały właśnie „nagrodzone” przez amerykańską agencję ratingową obniżeniem ratingu, czyli oceniły obligacje tego kraju, jako „mające śmieciową wartość”.

Idzie za tym niebezpieczeństwo dla Polskiej złotówki, bo inwestorzy światowi, forinta i złotówkę wkładają do jednego koszyka. Dlaczego wkładają do jednego koszyka? Ano dlatego, że jakaś ratingowa, albo ratingopodobna agencja tak im kiedyś poleciła (sic!) – doradziła.

Wszystkie kraje po kolei, które tracą wiarygodność w oczach agencji ratingowych, ostro protestują przeciwko nierzadko nieuczciwym, niesprawiedliwym i nierzetelnym praktykom stosowanym przez te agencje. Ale one pozostają absolutnie bezkarne. Jakiś kraj, niedawno próbował, czy tam straszył którąś z tych agencji procesem sądowym i żądaniem wielkich odszkodowań, na co one z rozbrajającym uśmiechem odpowiedziały: „My jedynie wyrażamy opinie. Nikt nie ma obowiązku nas słuchać”.

Są to kuriozalne tłumaczenia, bo wiadomo, że stanowią z bankami i giełdami system naczyń połączonych – to ta sama banda, a inwestorzy i klienci banków mają tu stosunkowo najmniej, jeśli w ogóle cokolwiek, do powiedzenia. Równie dobrze ci panowie, zarabiający bajońskie sumy na wróżeniu z fusów, mogą sobie rzucać kostką na mapie świata i gdzie wypadnie, tam… obniżamy. Finansowa mafia trzyma cały świat za gardło, a świat niczym bezwolne barany, daje im się prowadzić na „ichnie pastwiska”. A tak na marginesie, nie jest tajemnicą, że większość tej mafii to Amerykanie, najgłupsza nacja świata, jeśli idzie o wiedzę ogólną (do tego samego prowadzi zresztą nasza „unowocześniona” edukacja). Żeby nie przedłużać wspomnę tylko geografię, czy historię, tak dla przykładu. Kompletni, potrafiący pisać i czytać, ale jednak analfabeci. Powiązanie gospodarek, a więc i walut polskiej i węgierskiej jest objawem tego właśnie analfabetyzmu.

A obniżenie wartości Złotego może przynieść dla nas groźne skutki. Automatyczne podniesienie VAT-u i innych podatków, podrożenie wartości długów, wzrost bezrobocia – drastyczny, itp.

Chyba żeby…

Zastanowić się nad wariantem islandzkim, choć na zastanawianie się czasu zbytnio nie ma. Mamy na to szansę, ponieważ nie jesteśmy w strefie Euro i z tego co wiem, jeszcze, mimo chęci, nie czekamy w przedpokoju. Islandia znakomicie poradziła sobie z kryzysem, chociaż jej sytuacja była nieporównanie gorsza od naszej dzisiejszej sytuacji. Z dnia na dzień ten kraj stanął przed widmem bankructwa. I wtedy wszystko zaczęło się dziać jakby w przyspieszonym tempie. Możnaby odejść od systemu stałego kursu walutowego, który wprowadziliśmy w 1990 roku. W ostatnich dniach mieliśmy przykład ile kosztuje utrzymanie stałego kursu. NBP „na gwałt” kupował naszą walutę, aby uratować kurs PLN i… nie uratował, przynajmniej nie w takim stopniu jak planował.

Wejście na ścieżkę płynnego kursu waluty ma minusy, np. inflacja, ale ma też ogromne plusy, o czym przekonali się Islandczycy. Pobudza miejscową gospodarkę, zmuszając ją do produkcji dóbr zbyt drogich za granicą, oczywiście część tych dóbr. Wzrasta eksport w wyniku konkurencji. Bezrobocie spada. Kraje które odchodzą przynajmniej czasowo) od sztywnego kursu walutowego (USA w 1971r np.), są mniej podatne na kryzysy. To wszystko zrobili Islandczycy. I więcej.

Zmusili banki do renegocjacji długów hipotecznych swoich obywateli. Banki się zgodziły, bo nie miały wyboru(!), a państwo zapewniło pomoc prawników dla renegocjujących obywateli. Oczywiście banki, które ocalały, bo złodziejskim bankom pozwolono upaść, a to co z nich zostało, znacjonalizowano. Spokojnie, to nie komuna, państwo ma nieco większe udziały niż inwestorzy prywatni, bankami zawiaduje islandzki odpowiednik naszej Komisji Nadzoru Bankowego. Zagranicznym klientom upadłych banków, Islandia sukcesywnie zwraca ich oszczędności na uzgodnionych z tymi klientami warunkach.

Oczywiście Islandczycy płacą sporą cenę za kryzys. Ale już bardzo niedługo będą mogli o kryzysie zapomnieć. Już powoli zapominają, bo cena jest coraz mniej dotkliwa. Szybkość działania Islandii, oraz determinacja w chęci wyjścia z kłopotów, pozwoliły na przyjazne spojrzenie (i gesty, czyli kasę) Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla tego kraju. Islandia również nie zawahała się uruchomić swojej rezerwy walutowej.

Polska rezerwa walutowa

Czytałem ostatnio jakiś tekst nawiedzonego fachowca (chyba „Bardzo subiektywnie.bloog”, czy jakoś tak) o tym, jak to „szołmen” Kołodko plecie bzdury na temat użycia naszej rezerwy walutowej, w celu pokrycia części naszego deficytu budżetowego i na polonizację systemu bankowego. Tak mniej więcej zrobiła Islandia, tyle, że nie musiała odkupywać banków, bo te upadły.

Ów „specjalista” uświadamia mnie, że pieniądz to najzwyklejszy w świecie towar, tak jak praca, więc pracuje, a jak pracuje to musi zarobić. Wali jakieś chore teorie tak jakby chciał mnie przekonać do wzięcia kredytu w swoim banku. I choć ja mam pieniądze w szafie (rezerwę walutową), to on mi wmawia, że mają tam leżeć, a ja mam wziąć kredyt, bo tak trzeba. I tak się zastanawiam, czy ten gość wie, co to jest i po co, rezerwa walutowa? Śmiem twierdzić, że nie wie, a jeśli wie, to ściemnia, bo jest agentem jakiegoś banku, albo innego Skoku i musi wciskać kit.

Otóż spieszę z wytłumaczeniem, że rezerwy walutowe banku centralnego są zabezpieczeniem na czarną godzinę – na trudne czasy.  I choć nie jestem miłośnikiem profesora Kołodki (rzeczywiście jest szołmenem, zawsze nim był), to nie sposób odmówić mu wiedzy i umiejętności. Po przejęciu przez niego MF, dokonał cudów, a po nim również Belka, aby wyciągnąć Polskę ze stagnacji, jaką zostawił mu Balcerowicz, który zapomniał wyłączyć lodówkę, włączywszy ją dla schłodzenia gospodarki. Dokonywał cudów z sukcesem, nie bojąc się trudnych, niepopularnych decyzji – a lewizowiec niby.

Tym razem z Kołodką się zgadzam. Kiedy, jeśli nie teraz. Teraz jest dobry czas na… wyprzedzenie ciosu zadanego przez kryzys. Użycie rezerwy (oczywiście jej części, z ponad 100 mld $) na cele wskazane przez Kołodkę, mogło by przynieśc zbawienne skutki. Rzecz jasna, do tekiego posunięcia trzeba się najpierw przgotować. Jest tylko jedno „ale” – trzeba się szybko przygotować, co w wykonaniu premiera Tuska, ślimaka, bo żółw jest nieporównywalnie szybszy, jest raczej nieprawdopodobne.

W połączeniu z dewaluacją, moglibyśmy „gwizdać” (po cichu, ale jednak) na kryzys.

Mamy sporo szczęścia, że nie jesteśmy w strefie Euro, choć ja też uważam, że do Euro trzeba kiedyś wejść. Ale dziś strefa Euro jest chora i nie chce się leczyć. A leczenie odbywa się raczej metodą znachorską, kompletnie irracjonalną. Oto Estonia np., potężnie doświadczona przez kryzys, ale skutecznie się podnosząca, na skutek niewiarygodnych wyrzeczeń społeczeństwa, musi „ratować” Grecję, aby utrzymać jej status quo, czyli wyższy niż w Estonii poziom życia Greków. To paranoja strefy Euro: krew, pot i łzy, zmagających się z kryzysem Estończyków, mają służyć rozbestwionym, leniwym i będącym mistrzami świata w strajkowaniu i wysuwaniu żądań Grekom. Dopóki tak ma wyglądać paranoiczna solidarność euro landu, od strefy Euro powinniśmy się trzymać z daleka.

andy lighter

„Oburzeni” mają rację

Jeszcze niedawno miałem bardzo sceptyczny (żeby nie nazwać tego „negatywnym”) stosunek do protestujących ludzi w krajach Europy, np. w Hiszpanii. I nie ma co udawać, swój pogląd opierałem głównie na wiadomościach z Grecji. Protesty, strajki i demonstracje Greków uważałem za swojego rodzaju… wygodnictwo tych ludzi. Dzisiaj zresztą też tak uważam, ale uważam tak tylko w odniesieniu do Greków i Grecji. To, co się dzieje w ich kraju, jest wynikiem i kryzysu, i… socjalistycznej pazerności tych ludzi.

Swój punkt widzenia na temat niezadowolenia społeczeństw na całym właściwie świecie (poza Grecją), zmieniłem obserwując demonstracje na Wall Street. Jeden z demonstrujących wypowiedział słowa, które „gnębiły mnie” wcześniej, napisałem nawet o tym artykuł „Templariusz i Doktorzy No”, oczywiście będący wrażeniami kompletnego laika, niesiedzącego w najmniejszym nawet stopniu w temacie pieniędzy, finansów, itp. Jednak ludzie na Wall Street też nie siedzą w temacie. Są zwykłymi ludźmi, którzy tak jak ja, czują, że ich życiem, bytem, samopoczuciem związanym z problemami egzystencjalnymi, steruje, bawi się, gra, ktoś na górze. I bynajmniej nie jest to Bóg.

Kompletnie powaliły mnie słowa prezydenta Obamy sprzed kilkunastu dni. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych miał czelność „zwrócić się” do przywódców europejskich, pouczyć ich, napomnieć i… „pogrozić palcem”, że ci ostatni powinni podjąć bardziej zdecydowane działania, w celu zakończenia, a przynajmniej złagodzenia skutków, globalnego kryzysu. Człowiek, który jako przywódca kraju, od którego wszystko się zaczęło, pod którego „skrzydłami” oszuści i nudzący się finansowi bonzowie tego świata, zamiast kajać się przed światem i prosić o wybaczenie wszystkich ludzi, od Portugalczyków, Hiszpanów, poprzez Polaków, Estończyków, na Chińczykach kończąc, bo okazuje się, ze i Chiny nie oparły się światowemu kryzysowi, ma czelność „pouczać” i próbować dyktować jakieś tam warunki.

Jest dla mnie absolutnie jasne, że służby specjalne Stanów, z łatwością zlokalizowałyby i zneutralizowały owych graczy osami świata. Gdyby chciały, albo gdyby mogły, albo gdyby ktoś ich do tego… „przymusił”. Nadzieją na te właśnie „chciały”, „mogłyby”, albo „przymusił”, są właśnie demonstracje „Oburzonych” na całym świecie.

Gdybym miał jakiś wpływ na „dzieje świata”, zresetowałbym światowe finanse. Po prostu, zamiast ludzie spod Wall Street, kraje które straciłyby kupę kasy na zresetowaniu światowych (międzypaństwowych) długów, same stanęłyby na uszach, żeby tych ludzi, których zatracenie się w grze, zachłanności i próżności, zlokalizować i zneutralizować. Zneutralizowanie ich finansów (czyli przejęcie przez… organizację, np. ONZ czy coś w tym stylu) spowodowałoby zresztą spore „zwroty” wierzycielom w postaci państw. Ich „majątki” z całą pewnością, są bowiem, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a nawet dla „najbogatszego człowieka na świecie”, Bill’a Gatesa (jego „najbogatszość” jest śmiechem na sali i igrzyskami dla ubogich).

Oczywiście nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale kto wie? Może „Oburzeni”, dzięki swej determinacji, taki wpływ wypracują. Trzymam kciuki.   

andy lighter

Palikot w natarciu

Niemal wszyscy daliśmy się zwieść (aż wstyd przyznać) wieszczeniu plajty inicjatywy „Ruch Poparcia Palikota”. I jeśli nam, komentatorom – amatorom, blogerom, można to „wybaczyć”, o tyle dziwić musi stawianie krzyżyka na uczestnictwie Janusza Palikota i jego zwolenników w „wielkiej polityce”. A Janusz Palikot, konsekwentnie robił swoje. I wszystko wskazuje na to, że „się dorobi”. I politolodzy, i socjolodzy i specjaliści od PR-u i marketingu politycznego najwyższych lotów dali plamę. Panowie i panie, jesteście do… niczego.

Podczas dyskredytowania wszyscy jednak uznawaliśmy Janusza Palikota jako osobę wyjątkowo inteligentną, choć ekstrawagancką, ale bez wyczucia politycznego. I wydaje się, że ową inteligencję i polityczne wyczucie dziś nam Janusz Palikot udowadnia. Wszystko wydaje się być albo bardzo przemyślane, od początku do końca, łącznie z „wielkim dołem” w sondażach jeszcze nie tak dawno, albo ten polityk kapitalnie i szybko wyciąga wnioski ze swoich błędnych działań i ucząc się na błędach, działa coraz skuteczniej.

Jednym z głównych powodów jego początkowych niepowodzeń upatrywaliśmy w zbytnim antyklerykalizmie i oparciu swojej bytności w polityce wyłącznie na tym temacie. Dziś można śmiało powiedzieć, że Palikot wiedział co robi. Antyklerykalizm jest w Polsce dość powszechny, ale jednocześnie jest (a właściwie był) tematem tabu. Napisałem „był”, bo dzięki Palikotowi właśnie, przestaje być czasem przeszłym i coraz bardziej „jest”. To wyłącznie zasługa Palikota, bo lewica w swoim antyklerykalizmie zawsze była niewiarygodna. Antyklerykalizm Palikota ma znaczenie nie tylko polityczne, ale również finansowe, bo nieopodatkowanie Kościoła Katolickiego w Polsce „boli” wielu Polaków, np. mnie. Kościół Katolicki, oprócz prania mózgów swoim wiernym i wtrącania się do polityki, nie mają wobec tego kraju żadnych obowiązków. Są wyłącznie biorcami, opływając jednocześnie w materialne dobra doczesne. Zwrócenie na to uwagi Palikota było strzałem w dziesiątkę. Po co więc robił happeningi z biblia, kiełbasą i wódką? Po to, żeby być w mediach. A mógł być tylko dzięki szokowaniu, ekstrawagancji, bezczelności, mówieniu o tym. Powoli, stopniowo, coraz częściej, oprócz tematu „antyklerykalizm i odsunięcie duchownych od życia politycznego”, pokazywał też inne tematy, program polityczny, gospodarczy i społeczny. Cały czas, z różnym skutkiem, ale im dalej tym skuteczniej, dbał o to, aby media o nim nie zapomniały. I nie zapomniały.

Zdj. PAP/Tomasz Wojtasik

Ludziom cholernie się to podoba: przełamanie tematu tabu i uczynienie z kwestii miejsca Kościoła w Polsce ogólnonarodowej dyskusji, i „nowi ludzie”(!!!). Ludzie Janusza Palikota są kompletnie nowi. To są „nasi sąsiedzi”, zwyczajni „przechodnie” mijani przez nas na ulicach naszych miast. I podobnie jak my, często są to ludzie bardzo doświadczeni życiem, z wieloma problemami, „schodami nie do przejścia”, które jednak „przeszli”. Dyskredytowanie tych ludzi przez innych polityków jest zaprzeczeniem, głoszonej przez nich właśnie i hołubionej wizji społeczeństwa obywatelskiego. Oni marzą o tym, aby politykę zostawić im, a obywatelom zostawić co najwyżej organizacje pozarządowe. I prawie m się udało, gdyby nie… sondaże. Sondaże spowodowały zachęcenie zwolenników RP do „ujawnienia” swoich preferencji. Już nie myślą o zmarnowanym głosie, już nie muszą wybierać mniejszego zła.

Janusz Palikot i wejście jego ugrupowania do sejmu może okazać się impulsem dla innych, realnym, a nie pozornym początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Palikot może okazać się prekursorem wprowadzania tej idei w życie.

Nie mogę się nadziwić niechęci polityków Platformy Obywatelskiej do Ruchu Palikota. Straszeniu ludzi, porównaniem głosu na RP z głosem na PiS. Wypieraniu się możliwości koalicji z RP. To jest najgłupsze działanie polityków, którzy chcą wygrać wybory. Jasne jest, że Palikot odbiera głosy nie tylko SLD, ale też Platformie. Jasne jest też, ze Platforma, jeśli wygra (a nawet jeśli minimalnie przegra), będzie musiała wejść w koalicję. Bardzo prawdopodobne jest, że koalicja z PSL-em może nie wystarczyć. Dyskredytacja więc RP, obrażanie kandydatów na posłów z tej partii jest durne. Bo kiedy będą musieli „poprosić” Janusza Palikota o współpracę, będzie zwyczajnie głupio.

Politycy i media zarzucają Palikotowi plotkarstwo, opisywanie w swojej książce prywatnych rozmów i niepublicznych, „nieeleganckich” zachowań dawnych kolegów. Nie jest to rzeczywiście zbyt dobrze widziane. Ale wiadomo od zawsze, że celebry ci pisząc książki, oprócz własnych przeżyć, doświadczeń, myśli i wizji, piszą głównie o innych. Najczęściej o ludziach „ze swojego podwórka”. Politycy o innych politykach, piosenkarze o innych piosenkarzach, aktorzy o innych aktorach, itd. To jest zresztą główny powód popularności ich dzieł. Jeśli się nie mylę, Donald Tusk też wydał książkę przed którymiś tam wyborami i też tam (chyba, bo nie czytałem) opisywał kuluary życia politycznego w szerokim tego słowa znaczeniu.

Koalicja, w której mieściłby się Ruch Palikota byłaby z punktu widzenia społeczeństwa niezwykle cenna. Jego „upierdliwość” jest powszechnie znana i jest pewne, że nawet jeśli nie załatwi się szybko kwestii realnego oddzielenia Kościoła Katolickiego od państwa (bo przewiduję, ze nie załatw się szybko), to pewne jest, że temat nie zniknie, nie zostanie zapomniany, a to jest, moim zdaniem bezcenne. Tak samo jak bezcenne są inne kwestie, opodatkowanie KK, in vitro, ułatwienia dla przedsiębiorców, itd., itd. Jest też znany jako liberał, nie ma więc powodu, aby w koalicji z PO nie był.

Osobiście nie będę głosował na Ruch Palikota, bo ju ż wczesniej dokonałem wyboru. Jestem jednak winien temu politykowi szacunek. Dokonał rzeczy wielkiej, przez większość opinii publicznej uznawanej za niemożliwą. Skruszył beton!

Ps. Postanowiłem dokleić spot Palikota. Moim zdaniem najlepszy spot spośród wszystkich spotów, wszystkich partii w tej kampanii.

andy lighter

Zasłużony PiS

Często zwracałem uwagę na jeszcze częstsze słowa prezesa i jego podopiecznych, dotyczące zasług jego rządu i jego partii, oraz „planowanych” zasług i sukcesów tychże. Dziwi mnie tylko to, że prezes wciąż rozszerza listę tych zasług i planowanych, pewnych, „gdybyśmy dziś rządzili” zasług, jakby nie mógł od razu wywalić pełnej listy na stół. Oto wczoraj dowiedzieliśmy się, że dzisiejszy sukces Polski w zakresie uniknięcia losu innych krajów Europy i świata, świetny wzrost gospodarczy, w obliczu kryzysu światowego, to zasługa Zyty Gilowskiej!!!, wicepremier i minister finansów w rządzie PiS.

„Bo to pani premier, w czasie naszych rządów, dała impuls (jakiś tam)!!!”. Według prezesa procesy ekonomiczne rozpatruje się w dłuższej perspektywie. I tu się z prezesem zgadzam. Zawsze powtarzałem, że prezes rządził w warunkach komfortowych, przygotowanych mu i pozostawionych przez rządy SLD, które straciły władzę przez podjęcie się ogrzania, zamrożonej na kość przez Balcerowicza polskiej gospodarki i oddanie Kaczyńskiemu już gorącej i jeszcze podgrzewanej. Tak więc „impuls”(?) dany przez Gilowską Rostowskiemu jest impulsem SLD danym Gilowskiej… (?) Pokręcone jakieś to jest, no ale prezes swoje wie. A jak prezes wie, to wyborcy PiS wiedzieć nie muszą. Wystarczy, że wiedzą, że jak prezes mówi to wie, a jak wie, to jest tak jak mówi.

A tak na marginesie tej „informacji”, widać tu jak na dłoni manipulację mediów poprzez kompletnie zaniechanie wyprowadzania z błędu Kaczyńskiego, a co za tym idzie i wyborców. Kiedy bowiem Jarosław Kaczyński powtarza jak mantrę, że Rostowski to żaden fachowiec, bo zwiększył zadłużenie Polski o 300 mid, nikt z otaczającego go tabunu dziennikarzy nie zwróci mu wagi na powszechnie znany fakt, że Zyta Gilowska, w czasie najlepszej od ’89. koniunktury gospodarczej, w ciągu dwóch lat zwiększyła zadłużenie o 100 mld. To prawdziwy ewenement. Z łatwością można by sprowadzić na ziemię prezesa i Gilowską i to wcale nie złośliwie, a w zgodzie z faktami.

Jedną wszak zasługę PiS-owi zapisać trzeba. I to wcale PiS-owi w czasie rządów, ale w czasie funkcjonowania jako opozycja. Otóż nasz kraj stał się powszechnie rozmodlony. Nareszcie nastał okres wolności słowa i swobody modlitwy. Oto wierni (kilkanaście osób), przy skrzyżowaniu przed Galerią Mokotów, odprawiali koronkę do miłosierdzia bożego. No cóż, Konkordat daje im takie chore prawo, ale tuż przy skrzyżowaniu? Chyba nawet sam Pan Bóg by takiego numeru nie wymyślił. Ale nie ma co się dziwić, nasi wierni już dawno zdystansowali Pana Boga w inicjatywach, pomysłach i działaniach. Oczywiście nie ma mowy o użyciu jakichś tam sił porządkowych, czy policji. Przecież oni tylko się modlili…. przy tym skrzyżowaniu. I to jest niewątpliwa zasługa pozostającego w opozycji PiS.

Dziś jeden z posłów PiS powiadomił opinię publiczną, że PiS utworzy nowe ministerstwo. Ministerstwo ma się zajmować energetyką, albo bezpieczeństwem energetycznym, czy jakoś tak. To oczywiste i wynika z jasnej deklaracji partii Kaczyńskiego, naprawy, reformy finansów publicznych. Tę wiadomość dedykuję wszystkim tym, którzy (tak jak ja zresztą i prezes Kaczyński też) dostrzegają przerost administracji państwowej za rządów PO. Jak widać, za rządów PiS „będzie lepiej”.

_____

Ja bym wcale nie był taki pewien tych „obiecanych 300. mld z unijnego budżetu na kolejne lata. Sytuacja jaka jest w strefie euro każdy widzi, ratować Grecję trzeba, i inne kraje zaraz przyjdą po pomoc, a kasa Unii studnią bez dna nie jest. Może się okazać, że „dla wyższych celów”, budżet dla poszczególnych państw musi być mocno… zweryfikowany.

Tym bardziej, że Obama krzyczy o jakieś biliony. Swoją drogą ma tupet ten facet. Obywatele jego kraju rozpier***Ili światowe finanse, powodują tonięcie milionów obywateli z powodu chciwości (która sięgnęła zenitu), kilku panów, amerykanów, a ten, zamiast się kajać przed światem i ogołocić, w imię sprawiedliwości, własne rezerwy finansowe (istniejące albo nie, to nie sprawa reszty świata), na rzecz ofiar wywołanego przez nich kryzysu, ma czelność rugać Europę i pouczać, poganiać i… dyscyplinować. Dziwię się, że żaden z europejskich przywódców się nie wkurwił.

andy lighter

Templariusze i Doktorzy No

Templariusze to byli tacy ludzie, którzy ze słowem bożym na ustach przejmowali „kontrolę nad światem”. Finansową kontrolę, a co za tym idzie kontrolę rzeczywistą. Dyktowali warunki polityczne, strategiczne, rozwojowe, sojusze, itp. Jednym słowem „rozdawali karty”, wytyczali i dyktowali co i jak ma się dziać.

Dziś świat się chwieje, pogrążony w chaosie zwanym „kryzysem finansowym”, a specjaliści twierdzą, zapewne nie bez racji, że to dopiero początek, pierwsze, niegroźne wstrząsy przez głównym wybuchem, o niewyobrażalnej sile zniszczenia. Pod koniec 2008. roku chyba, Amerykanie dorwali przebrzydłego starca, który rzekomo miał wywołać kryzys światowy. Współwywołać. Stary się rozpłakał, uderzył w piersi, dostał wieloletni wyrok i… 150 milionów dolarów grzywny, jeśli dobrze pamiętam. Przyczyna kryzysu została zneutralizowana, dziadzio skazany i… co z tego? I nic! Kryzysowa gra toczy się dalej.

Obowiązujący dziś fakt, że najbogatszym Amerykaninem (a nawet chyba drugim, bo ktoś go wyprzedził o parę dolarów) jest dziś Bill Gates z 40. miliardami dolców na koncie, budzi mój pusty śmiech. Gates, choćby w porównaniu do tego skazanego starca, którego dochodów nigdy nie poznamy, jest z całą pewnością jak biedny emeryt w porównaniu do Jana Kulczyka. On przez całe długie życie nic innego nie robił, oprócz robienia kasy. Nie jakichś inwestycji, samochodów czy innych lodówek, ale kasy – banknotów. Kiedy ktoś robi lodówki, albo komputery, musi myśleć o tych lodówkach i o kasie. On, tylko o kasie, więc podwójnie. A kiedy już miał tyle kasy, że gdyby nawet chciał nie mógłby jej policzyć zaczął się z paroma kolegami, takimi samymi jak on, bawić w rozmaite gry. A najfajniejszą grą jest… rozdawanie kart, dyktowanie warunków, czyli władza nad światem. Tym ciekawsza, że ukryta. Przejęli więc panowie za pomocą swoich pieniędzy, ową władzę i świetnie się przy tym bawią: „No to teraz sobie pod tego pioneczka staniemy i zmusimy go do takiego ruchu, jaki nam pasuje, żeby sobie dupka wziąć smacznie na widelczyk”. Nawet nie potrzebują podnosić dupska ze swoich legowisk przy uczcie, wysyłając do tego swoich żołnierzy w postaci firm reatingowych czy innych MFW. Dają im jakieś okruchy ze stołu i niczym Doktorom No, dają „poszaleć” spoglądając z góry zaplanowane (albo i nie, ale zawsze ciekawe) wyniki. A jak by się który zorientował o co w tych grach chodzi, zawsze można podesłać jakąś pokojówkę do pokoju hotelowego i „palanta” zneutralizować.

Oczywiście tymi „pioneczkami” były (są) potężne banki, organizacje międzynarodowe i wreszcie całe państwa. Pomijam tutaj Grecję, której władza po prostu oszukiwała swoich obywateli i dawała im „igrzyska” po to, aby utrzymać władzę.

Można by się zastanawiać: „To po co było się tak zadłużać, po co było bankom udzielać takich łatwo dostępnych, niekontrolowanych kredytów, itd.?”. Można by. Ale nic się nie dzieje bez przyczyny. Dlaczego Filip IV Piękny tak się zadłużył u Templariuszy, aby zadośćuczynić swojej próżności? Groził im? Błagał na kolanach? Nie sądzę? Jestem przekonany, że Templariusze, jak w każdej konkurencji, robili dokładnie to samo, co robi się dzisiaj w okienku telewizora: „Przyjdź do nas! Weź kredyt, damy ci rabat taki, jakiego nie da Ci nikt inny!”. Jednym słowem zachęcali do… próżności. A próżność jest jak alkoholizm – przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Ci od „pioneczków” doskonale o tym wiedzą i rozgrywają swoją grę, popijając najlepsze trunki i obmyślając dalsze strategie.

Ciekawy jestem, jaki będzie dalszy scenariusz. Czy racje będą mieli ci, którzy wieszczą, że „Żyjemy w czasie ostatecznym, bo ludzie sami spowodują… koniec”?, Czy może znajdzie się jakiś Filip Piękny, który przyjdzie po rozum do głowy i spali na stosie dzisiejszych Templariuszy. A jakiś „James Bond” po prostu zmiecie z powierzchni ziemi agencje reatingowe, MFW-fy czy inne „banki rozwoju”. Nie do wiary, ale świat kiedyś doskonale sobie bez nich radził.

Weźmie się czerwony długopis i najzwyczajniej w świecie przewróci nim plansze do gry z pionkami i biesiadne stoły zgrzybiałych, nudzących się swoim bogactwem starców, przekreślając „wyniki ich gier”, ich samych tym samym paląc na stosie”. Paru „wyklętych” przez nich (banków), jak to z Templariuszami bywa (lubią kanalie „wyklnać”), padnie, ale „nie szkoda róż, gdy płonie las”, tym bardziej, że te róże jakieś… zarażone są niebezpiecznie.  Pozostaną jedynie długi między państwami, odpowiednio zmodyfikowane.

Po Templariuszach, na długi czas nastąpił spokój. Przynajmniej finansowy w wymiarze globalnym. A i świat, mimo „nieprzyzwoitości uczynionej zakonnikom”, stał się zdrowszy, bo zakonnicy byli nieprzyzwoici.

To taka współczesna bajka jest, ale jak to z bajkami bywa, warto by się nad nią… zadumać.

andy lighter

Potrzebne reformy, czyli „huzia na Józia”

Sporo czytam na blogach różnych ocen dzisiejszej polityki rządu. Negatywnych ocen. Do wielu z nich się przychylam, bo nie ma chyba w tym kraju człowieka, który nie odczuwałby niedosytu. Brak zdecydowanych działań, przerost zatrudnienia urzędników i wysokie ceny bulwersują chyba wszystkich, mnie też. Jednak wielu niezadowolonych, ten rząd zdecydowanie wyrzuca do śmietnika. Ja daję mu żółtą kartkę i wołam o wysłuchanie wyborców. Jeśli nie usłyszą, zmienię kartkę na czerwoną i nie zmienię zawodnika (bo ci na ławce nie wiedzą nawet w co się gra) tylko odwołam mecz, czyli nie pójdę na wybory.

Aż mi się w głowie kręci od „doradców”, albo inaczej – „oczekiwaczy” takich, a nie innych działań rządu, jako warunek poparcia tego rządu, albo innego, który zrozumie, co należy zrobić, aby Polska była krajem mlekiem i miodem płynącym. Postanowiłem wyjść im naprzeciw i zgodnie z ich oczekiwaniami ułożyć program partii, jaki powinna przyjąć PO, albo inna partia na którą gotowi są oddać swój głos.

1.    Przeprowadzić reformę finansów publicznych. Czyli ZMNIEJSZYĆ WYDATKI Z BUDŻETU.

2.   Obniżyć podatki.

3.    Obniżyć akcyzę na paliwo.

4.    Zwiększyć oszczędności w poszczególnych resortach.

5.     Zwiększyć wynagrodzenia budżetówki – Nauczycielom, publicznej służbie zdrowia, policji i wszystkim służbom mundurowym należą się godziwe wynagrodzenia.

6.    Zwiększyć wydatki na służbę zdrowia – w krajach UE wydatki na służbę zdrowia sięgają 6 % PKB.

7.    Zwiększyć dotowanie kultury – każdy absolwent szkoły aktorskiej, młody reżyser czy muzyk, musi mieć prawo do pracy w teatrze, zrobienia filmu lub wydania płyty, a młody malarz, musi mieć za co kupić farby i inne potrzebne materiały.

8.    Zlikwidować ZUS a składki w całości przekazywać do OFE – postkomunistyczny moloch przejadający publiczne pieniądze musi zniknąć.

9.   Zwiększyć emerytury i renty – emeryci i renciści mają prawo do godnego życia.

10.  Zwiększyć wydatki na edukację i cele związane z edukacją – wyprawki dla uczniów, stypendia i wyżywienie w szkole.

11.   Zwiększyć wydatki na bezpieczeństwo obywateli i wojsko – policja powinna być wyposażona w nowoczesny sprzęt, tak samo jak siły zbrojne.

12.  Zwiększyć wydatki na infrastrukturę przeciwpowodziową.

13.  Zwiększyć wydatki na budowę dróg i unowocześnianie infrastruktury kolejowej.

14.  Zlikwidować przywileje emerytalne – oczywiście oprócz służb mundurowych, górników i nauczycieli (przecież jesteśmy „Solidarność”).

15.  Przeznaczyć z budżetu więcej środków na aktywizację i wyrównywanie szans województw wschodniej Polski.

16.  Zwiększyć

17.  Zwiększyć

18.  Zwiększyć

19.  ZLIKWIDOWAĆ DŁUG PUBLICZNY!

20.    W A R A  O D  M O I C H  P I E N I Ę D Z Y ! ! !

No to co, drodzy „oczekiwacze”, robimy partię, albo namawiamy kogoś na ten program? Oczywiście można dowolnie dopisywać postulaty. W końcu chcemy tylko, żeby było lepiej.

Tylko coś mi się tu kurwa w rachunkach nie zgadza.

andy lighter