Młoda dziewczyna i gospodarka

 Z zapartym tchem czekaliśmy na tekę wicepremiera z PSL. Czy będzie „gospodarzem”, czy tylko „politrukiem”.

Okazało się, że będzie „gospodarzem”, ale tylko i wyłącznie z powodu „na chybił trafił” wypowiedzianego przez córkę pana Piechocińskiego. Czyli los naszej gospodarki okazał się zależny od… prośby córki wicepremiera.

No to fajnie. Wszystkie wróble na wszystkich europejskich (i nie tylko) drzewach, ćwierkają, że czeka Polskę potwornie trudny czas. Bo „zielone” się kończy i trzeba naprawdę kogoś „z jajami”, żeby jakoś tam było. A tu… kuku: minister gospodarki z rekomendacją młodej dziewczyny, która mówi: „Papciu, no, skoro cie wybrali to weź to ministerstwo”. Bo te 4, albo 6 procent więcej na ciebie nie zagłosuje i wygra ten cholerny Pawlak, i znów będzie prezesem”.

Jakkolwiek Pawlaka nie lubię, bo medialnie jest… żałosny, to  jako „gospodarz” sprawdzał się jak nikt. To on zrobił to, co musiał, czyli podpisał haniebną umowę  na dostawę gazu z Rosją, ale jednocześnie to on sprawił, że „Podpisałem, bo nie miałem wyjścia, ale i tak postawię na swoim”, i dziś mamy cenę gazu zupełnie przyzwoitą. A poza tym, Rosjanie musza nam oddać „nadwyżkę” zapłaconą od półtora roku. Znał się Pawlak na rzeczy, bo i się znał i chciał. Piechociński się zna, na infrastrukturze, a więc na gospodarce też, ale… nie chciał. Jakoś mu nie zależało, a teraz córka go poprosiła i zacznie mu zależeć.

Nie podoba mi się to, szczególnie, że czas jest (będzie) trudny. Dziwię się też premierowi Tuskowi, który widząc przecież co się dzieje, powinien powiedzieć: „Janusz, nie chcesz, to masz tu »bez teki«, byłeś się nie wpieprzał, bo jest trudny czas”.  Premier postanowił inaczej, zupełnie jakby mu… na gospodarce nie zależało.

Polityka polityką, ale jest jeszcze Polska. Może Tusk powinien powiedzieć Piechocińskiemu, że los państwa od „prośby córki” nie zależy.

andy lighter

Obrażalski

Prezes (były) Pawlak obraził się na amen. Na Kongres partii chłopskiej, na delegatów, na Piechocińskiego. Bezczelni! Wicepremier, od gospodarki, tyle dobrego zrobił, a tu taka niewdzięczność! W najczarniejszych snach się tego nie spodziewał. Walcie się niewdzięcznicy!

To jest dowód na to, jak bardzo małostkowi są nasi politycy. Jak bardzo własny stołek jest ważniejszy od dobra wyższego.

Z tego co zrozumiałem, Piechociński nie chce zmieniać polskiej polityki. Linii, którą idzie koalicja Po – PSL. Chce zmieniać partię, jej wnętrze, standardy, oblicze. Natomiast politykę, szczególnie gospodarczą, uznaje za dobrą. Renegocjacja umowy koalicyjnej ma zapewne służyć umocnieniu PSL-u, a jeśli się nie powiedzie, to rola tej partii na pewno nie będzie słabsza niż obecnie.

Dlatego nie dziwi mnie dążenie Piechocińskiego, aby pozostawić obecne status quo. Czyli pozostawienie obecnego stanu posiadania w rządzie – również pod względem personalnym. Co by nie mówić, przedstawiciele ludowców mają niemały wpływ na decyzje premiera Tuska. Najlepszy dowód, to postawienie na swoim zmian w reformie emerytalnej i potężny wpływ Kosiniaka-Kamysza na kształt reform prorodzinnych.

Lider partii powinien znaleźć się w rządzie, to jasne. Tylko, że w tym momencie to mogłoby nieść za sobą negatywne skutki. I Piechociński zdaje się to doskonale rozumieć. Sądzę, ze nie ma zamiaru uchylać się odpowiedzialności, ale na miły bóg, nie teraz, kiedy „jedziemy przez ostre zakręty” negocjacyjne. Zresztą, dezercja Pawlaka w tym momencie nie jest niczym inny, jak umyciem rąk. Powiedzenie: „Nie mam nic wspólnego z wynikami negocjacji – kongres wyznaczył kogoś innego!” to ucieczka. Kiedy negocjacje budżetowe Unii są wpół drogi, nie powinno się niczego zmieniać, tym bardziej, że Pawlak jest skutecznym politykiem. Jeśli on nie zdoła postawić na swoim, Bo Brytyjczycy…, to nikt nie potrafi.

Ale Pawlak ma to gdzieś. Obrazili go. Świnie! Niewdzięcznicy! „Kongres postanowił, więc kongres oczekuje, żeby nowy lider wziął na siebie odpowiedzialność”. Postanowił, to prwada, ale postanowił w partii, a nie w państwie. Jak bardzo przypomina się tutaj przedrozbiorowa Rzeczpospolita. Rzeczpospolita? Mam gdzieś Rzeczpospolitą, jeśli na tym stracę (a raczej, nie zyskam)!”.

Wstyd mi za Pawlaka, bo pokazał swoje prawdziwe oblicze: własne ambicje ponad wszystko. A Polska, to tylko taki… dodatek, do tych ambicji.

andy lighter

Rozkopana Polska

„Ministrowi Grabarczykowi udało się jedno: rozkopanie Polski” – stwierdziła Elżbieta Jakubiak podczas debaty na temat infrastruktury. Jak mniemam, pani poseł wybudowałaby wszystko gdzieś w kosmosie, a potem w mgnieniu oka statki kosmiczne, gotowe drogi i koleje „ułożyły by” tam, gdzie mają być. Bezkolizyjnie, bez rozkopania, praktycznie w białych rękawiczkach.

Debata wywarła na mnie spore wrażenie. Jak mogłem się spodziewać, Liberadzki z SLD to pobożne życzenia, ale pani Jakubiak przeszła samą siebie. Kompletne i „znakomite”… mówienie o niczym konkretnym, oprócz zarzutów. A mam do pani Jakubiak szczególne sprawki. Oto nie kto inny jak ona, w ciągu pół roku od powzięcia decyzji FIFA o organizacji Euro 2012, nie potrafiła nawet sfinalizować lokalizacji stadionu w Warszawie. Uważam te pół roku za czas stracony. A pół roku bardzo by się teraz przydało.

Jeszcze jedna kwestia nie daje mi „prawa” do bezkrytycznej, negatywnej oceny ministra Grabarczyka. Otóż stanęła przed rządem magiczna, narzucona przez okoliczności, data, szlaban, cel: wszystko ma być zrobione do Euro 2012. Zapóźnienie, nicnierobienie kilkudziesięcioletnie, miały być nadrobione przez cztery lata. Wszyscy tego oczekiwali, wszyscy się mądrzyli, wszyscy wiedzieli lepiej, chociaż wcześniej nie mieli bladego pojęcia, skutkujące go kompletną zapaścią rozwoju infrastruktury. Rząd chciał się spisać, chciał zdążyć, bo przecież ta magiczna data to ogromne wyzwanie i obowiązek. Musiał więc działać szybko. Ekspresowo często, więc siłą rzeczy nie mógł ustrzec się błędów, jakichś niedoróbek w papierach, wiary w wyższość dobrej woli nad obiektywnymi możliwościami. A efektem była chociażby chińska klapa, itp. Często, moim zdaniem zbyt często zarówno my, wyborcy, ale przede wszystkim dziennikarze i rozmaici eksperci pomijają ten fakt. Fakt „narzucenia” rządowi owego magicznego terminu.

Oprócz pani minister Bieńkowskiej, kapitalne wrażenie zrobił na mnie Janusz Piechociński z PSL-u. Kapitalnie się przygotował, choć nie miał łatwego zadania. Pamiętamy przecież, że kompletny chaos na kolei powodował s sporej mierze człowiek z PSL, prezes (chyba) PKP Przewozy Regionalne. Jednak jego wystąpienia były bardzo rzeczowe, logiczne, spokojne i trzymające się kupy. Wcale bym się nie zdziwił, a jeśli tak, to in plus, gdyby albo następcą, albo kimś bardzo ważnym w infrastrukturze, w kolejnej kadencji został Janusz Piechociński.

Jak większość komentatorów, żałowałem, że wielkim nieobecnym był minister Grabarczyk. Ale z drugiej strony nie dziwię mu się, że unika mediów jak tylko to możliwe. Media i społeczeństwo wylało na jego głowę tyle pomyj, częściowo zasłużenie, ale częściowo bezpodstawnie, że kolejnych, pewnych jak w banku pomyj, mógłby nie zdzierżyć. A co do tego, że byłby to medialny lincz, nie mam wątpliwości.

Okazało się też, że straciłem wiele, nie mając szansy częstszego słuchania pani minister Bieńkowskiej. Myślę, że jest kapitalną wartością rządu PO-PSL.   

andy lighter