Nie wiem, jaki dać tytuł

Jeżeli człowiek, który najbardziej ze wszystkich w tym kraju polityków po roku 89., po 80, a nawet po 70, pogardza ludźmi myślącymi inaczej niż brzmi jego obłąkana smoleńska ideologia i tych pogardzanych oskarża o przemysł pogard, to znaczy, że… No, właśnie nie wiem, co to znaczy.

Jeżeli polityk, który otwarcie przyznaje, że wierzy w zamach a ci, którzy nie wierzą, żyją jak w sekcie, to znaczy, że… No, właśnie nie wiem, co to znaczy.

Ten pierwszy to Kaczyński, a drugi Hofman. Najciekawsze jest to, że już po kilkunastu, kilkudziesięciu dniach po katastrofie, wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego i innych polityków PiS, takich jak Brudziński, Hofman właśnie, Kurski, Kamiński (tak, tak, ten wywalony Kamiński, zresztą, obydwaj), opinia publiczna zaczęła „oskarżać”, to może za duże słowo, ale dostrzegać u nich język nienawiści. Po wyborach prezydenckich w 2010. dla wszystkich rozsądnie myślących w tym kraju stało się jasne, że PiS posługuje się językiem nienawiści. A kiedy Macierewicz rozpoczął swoją obłąkańczą misę wyjaśnienia przyczyn zamordowania prezydenta Kaczyńskiego, przemysł pogard PiS-u rozwijał się w oszałamiającym tempie. I dziś osiągnął swoje apogeum, chociaż to nie jest jeszcze ostatnie słowo.

Już podczas walki w obronie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, normalnie, rozsądnie myśląca część opinii publicznej, zaczęła nazywać tych ludzi wyznawcami. Najpierw Lecha Kaczyńskiego. Później, kiedy zaczęły się marsze z pochodniami, takie same jak w latach trzydziestych w Niemczech, kiedy zaczęto śpiewać zmienioną pieśń religijną i wołać „Jarosław, Polskę zbaw”, Jarosława Kaczyńskiego. Stało się jasne dla społeczeństwa (tak pozwolę sobie nazywać rozsądną część obywateli), że ci ludzie wyznają religię smoleńską i są członkami tej sekty.

A było to ponad dwa i pół roku temu.

Prezes Kaczyński niemal od razu połapał się w tym, że najskuteczniejszą obroną jest atak i bardzo szybko zaczął odwzajemniać oskarżenia o mowę nienawiści, później o przemysł pogardy. Zadziałało – media natychmiast o kupiły i zaczęła się historia ”O dwóch takich, co używają wobec siebie mowy nienawiści”. Kompletnie fałszywa historia, kompletnie niesprawiedliwa, bo absolutna większość polityków wszystkich opcji (w tym partii rządzącej i samego Tuska) obchodziła się i obchodzi z Kaczyńskim, jak z przysłowiowym jajkiem. Pojedynczy politycy, jak Palikot, Niesiołowski, czasem Halicki i sporadycznie jacyś inni, powiedzieli coś ostrego, czy bardzo ostrego na jego temat. Tymczasem PiS, całą niemal ławą atakował rząd, prezydenta, polityków PO i media i to wytaczając działa potężnego kalibru. Do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego media wymyśliły historię „O dwóch takich, co…” i z uporem maniaka opowiadają ją do dziś.

Ponieważ numer z mową nienawiści i przemysłem pogardy zadziałał, nie tylko w mediach, ale również w głowach Polaków, zresztą, właśnie dlatego w ich głowach, że w mediach, Hofman wyskoczył ostatnio z sektą. Media jakie są, każdy widzi i jest dla mnie jasne, że już wkrótce powstanie w nic nowa historia. Historia ”O dwóch sektach, co posługują się wobec siebie mową nienawiści”. I znów będzie kompletnie fałszywie i kompletnie niesprawiedliwie.

Ale ja powiedział pewien, samozwańczy zresztą, klasyk gatunku „Media pokazują to, co widzowie chcą oglądać”, zakłamując indoktrynowanie przez siebie (te media) owych telewidzów, według przewidywanych zysków z reklam, uzależnionych od programowego menu.

Bezwstydnie więc PiS kradł, kradnie i będzie kradł oskarżenia pod swoich adresem, przekierowując je na przeciwników. Co tam przeciwników, nazwijmy rzecz po imieniu: śmiertelnych wrogów.

Swoją drogą, nazywanie „wiedzą”, opieranie się się na dowodach „uczonych najwyższej, światowej klasy” i nazywanie „wiarą – sekciarstwem”, opieranie się na raporcie stworzonym przez specjalistów od katastrof lotniczych, to dla mnie jakiś matrix, jakieś… sen, czy coś…

Media odgrywają w naszej dzisiejsze rzeczywistości pierwszoplanową role. Nie dlatego że pokazują te obłąkańcze rocznice i inne pisowskie konferencje. Nie dlatego, ze zapraszają do swoich stacji, gazet i rozgłośni tych ludzi i pozwalają im mówić. Ale dlatego, że nierzetelnie, nieuczciwie pokazują, przekazują, relacjonują i komentują rzeczywistość. Idzie mi oczywiście o relacje PiS – „reszta świata”.

andy lighter

„Święto PiS-u”

Dziś już wiadomo, że 10. kwietnia każdego roku, jest kolejnym świętem państwowym: „Dniem PiS-u”. Prawo i Sprawiedliwość oficjalnie zapowiedziało zajęcie Krakowskiego Przedmieścia na cały dzień i zażądało, żeby im nie przeszkadzać. Ze wstydem przyznaję, że, niestety, władze państwowe i warszawskie „przyjęły to do wiadomości”. Zupełnie jak w powiedzeniu: „Pan każe, sługa musi”.

Obchody zaczęły się zresztą wcześniej. Oto już 8. kwietnia wdowa po generale Błasiku opowiadała, jak to zbezczeszcza się pamięć jej męża, jak on dbał o lotnictwo, jak nie ulegał żadnym politykom, wykłócając się o dobro swoich podwładnych. Pani generałowa zapewne przez zapomnienie nie dodała, że jej mąż nie zrobił nic po katastrofie w Mirosławcu, że jej mąż był ulubieńcem prezydenta, czego dowodem są jego niespotykanie szybkie awanse, że wbrew wszelkim procedurom, jej mąż, a nie kapitan samolotu meldował prezydentowi gotowość samolotu do startu.

A minister kultury na to, że wdowy, rodziny mają szczególne prawo do bólu…, itd. Państwo zresztą idzie dalej. Dużo dalej. Zarówno komisja Milera, jak i prokuratura. W cudowny sposób zniknęły promile z organizmu gen. Błasika, chociaż wiadomo, że będąc bliskim współpracownikiem innego generała, charakteryzującego się koloratką zamiast krawata abstynentem być nie mógł, a w tym feralnym locie nawet nie musiał. W ciele prezydenta promili w ogóle nie było, chociaż wiadomo, że poprzedniego wieczora, do późna, nieźle zabalował (z doświadczenia wiem, że promile nie mają zdolności ani ochoty, szybko organizm człowieka opuszczać). Państwo (prokuratura z pomocą Instytutu Ekspertyz Sądowych Sehna) zadbało o to, aby z czarnych skrzynek, w cudowny sposób zniknął głos generała Błasika, nie tylko jako nierozpoznany, ale w ogóle głos zniknął. W nagrodę Instytut dostał dofinansowanie.

Państwo (prokuratura) w ogóle pomija wątek odpowiedzialności za lot z 10. kwietnia Kancelarii Prezydenta, BBN-u, przerzucając ją (tę odpowiedzialność) na Kancelarię Premiera i UOP. W ogóle nie jest ruszana kwestia odpowiedzialności za listę pasażerów feralnego lotu. Nawet gdyby… (przepraszam, ale skoro tak miało być…), zginęła para prezydencka i kilka osób, ok. 90, 80, dalej by żyło. Nigdzie na świecie, nigdy, nie zdarzyło się, aby prezydent jakiegokolwiek kraju brał na pokład samolotu, którym ma lecieć, tylu VIP-ów. Jedynie prezydent RP, ten prezydent – Lech Kaczyński, tak potrafił. Zresztą, praktykował już z VIP-ami z innych krajów, w dodatku zabierając ich na teren objęty wojną. Wyjątkowy cynizm, wyjątkowa buta, wyjątkowa „ważność”. Te cechy były zresztą jego znakiem firmowym.

Nie mogę pojąć, dlaczego tej ostatniej kwestii nie rozumieją niektóre rodziny ofiar katastrofy, nie tylko nie artykułując pretensji do byłego prezydenta i jego ludzi, ale jeszcze bijąc mu pokłony i śpiewając mu hymny pochwalne. Przecież ich krewni zginęli przez tych ludzi!

Można by tak jeszcze długo ciągnąć, ale na koniec ograniczę się do jeszcze jednego zaniechania państwa (prokuratury). W ogóle nie mówi się o odpowiedzialności żyjących ludzi prezydenta: Dudy, Waszczykowskiego, Sasina… Ten ostatni, jak się okazuje, pojechał tam jako „turysta” i kontaktował się z Konsulem RP,  jako wysłannik posła na sejm, Jarosława. Sasin miał psi obowiązek zajmować się wszystkimi ofiarami, a w szczególności prezydentem (co „robił’ – kontaktowanie się z Konsulem, to trochę mało) i „ludźmi prezydenta”. To samo dotyczy bezczynności pozostającego w kraju zastępcy szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Waszczykowskiego, który od dnia katastrofy przychodził do pracy i…, no właśnie, i co? Aż ciśnie się pod palce wystukanie: „chowa…”. Oczywiście nigdy się nie dowiemy czy moje wywody są racjonalne. Wszak państwo o to zadba.

Ciekawy jestem, co robili jeszcze przez miesiąc w pracy, pracownicy kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oprócz „sprzątania” oczywiście.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy rano rozpoczęto Dzień PiS-u słowami hymnu:

„Marsz, marsz Dąbrowski,
Z ziemi włoskiej do Polski.
Za twoim przewodem
Złączym się z narodem”.

Przecież jasne jest, że powinno być: „Marsz, marsz Kaczyński, z ziemi polskiej do Wolski…”. Że co, że się nie zgadza? Przecież oni mają wprawę w „unowocześnianiu” tekstów najważniejszych pieśni.

Święto PiS-u jest świętem smutnym, ale oni takie właśnie lubią najbardziej.

andy lighter

Nie obrażać PiS-u! PiS ma monopol na obrażanie

Skoro jedni śmieją się z innych, sami pomstując, że ktoś się z nich śmieje, uznaję, że to hipokryzja. A z okazji odejścia z PiS-u aniołeczki Ilony Klejnowskiej, znalazłem świetny satyryczny pean na cześć prezesa. Muszę go przytoczyć…:

Jarosław Kaczyński jest moim idolem.
On ojczyzny wrogów wyprowadzi w pole.
Prowadzi swą partię od klęski, do klęski,
Ma cudowny profil i jest taki męski.
Ma Jarosław wrogów , ale ma i bliskich,
Ojca Dyrektora , profesor Staniszkis…
Jarosław Kaczyński jest idolem moim,
Odkąd Go ujrzałem , st**ął mi i stoi.
Nie w głowie uciechy mu, kobiece pupy,
On ojczyznę zbawia i robi zakupy.
Wszyscy Go kochają, urody zazdroszczą .
Modlą się za Niego, śpiewają i poszczą.
Ja też Jarka kocham, na spotkanie liczę,
Na spotkanie z Jarkiem i Macierewiczem.
Mam dla nich kosz kwiatów i pieniędzy worki,

                                           Kocham Cię Jareczku, ja i całe Tworki.

Patria prezesa śle protesty, skarżąc się na występy kabareciarzy, uczłowieczających papieża, a jednocześnie poseł Girzyński śmieje się podczas programu telewizyjnego nadawanego na żywo: „Nie ma takiej liny na świecie, która wytrzymała by ciężar zawieszonego Ryszarda Kalisza, z jego parciem na szkło i jego ambicjami”.

giżyński

Jak to było w tym przedszkolu?:

– Gruby! Gruby! Grubasie…!
– Okularnik, okularnik, okularnik!
– Proszę panią! Proszę panią, a ta gruba świnia mnie przezywa!

Jakież to pisowskie… Z prawdziwą przyjemnością poprzezywałem więc, za internautą, tę bandę „świętych nietykalnych”.
Nie lubię wyzywania się. Ale jeszcze bardziej nie cierpię monopolu na przezywanie.

 

andy lighter

Spisek! Przeciw Kaczyńskiemu!

Jarosławowi Kaczyńskiemu wyraźnie ostatnio nie idzie. Tzn. od dawna mu nie idzie, ale ostatnio szczególnie. Co nie zadziała…, klapa. Nic. Głucho.

Kiedyś wystarczyło, żeby pisnął, byle co, byle jak i byle gdzie, a media przez kilka dni, a nawet tygodni chodziły za nim jak głodne psy, zaczepiały, pytały, prosiły o jeszcze i… nie mogły się bez niego obejść. Dziś na Kaczyńskiego „nie spojrzy” nawet pies z kulawą nogą. To nie może być przypadek.

Oto wymyślił sobie, dla przykładu, międzynarodową komisję smoleńską. I nie mógł się o nią dobić (dożądać). Więc mówił, żądał, a media pytał, prosiły „Żądaj, prezesie! Żądaj! Jeszcze! Jeszcze!”. I ciągle w telewizjach, w gazetach żądał, i mówił, i żądał, i mówił… Aż Amerykanie wzięli i powiedzieli, że w żadnej tam komisji nie będą brać udziału. Czy to normalne? Czy to nie na złość? Czy to nie… podejrzane? Każdy głupi by się domyślił, że Ameryka musiała maczać palce w tej hańbie. Kaczyński też się domyślił i wniosek, że gdyby jego brat nie zginął w Smoleńsku to a bank zginąłby w drodze do Stanów, jest aż nadto oczywisty.

Albo dajmy na to ostatnio… Wydarzenie absolutnie bez precedensu. Nie tylko polskie, ale światowe media powinny o tym trąbić przez tydzień. Prezes Kaczyński dokonuje czynu wręcz epokowego – niczym Katarzyna Pakosińska, otwierająca „na oścież” prochowiec w celu pokazania…, w ostatniej reklamie UPC, prezes Kaczyński otwiera na oścież okładkę z wnioskiem do marszałek Ewy Kopacz, o odwołanie nieudacznika Tuska.. I tylko króciutka migawka w naszych telewizjach, króciutkie mini newsy gazetach, bo w tym samym czasie Benedykt XVI ogłasza abdykację. Naprawdę trzeba być przepełnionym złą wolą, żeby nie zauważyć, że to nie przypadek. Tym bardziej, że zagraniczne media nawet na ten temat nie pierdnęły.

Jeszcze dzień wcześniej, w swoim oknie na Placu św. Piotra papież nawet nie bąknął o abdykacji. A tu nazajutrz taki szum. Taka bomba – abdykacja papieża! To absolutnie oczywiste, że to nie przypadek, że musiał zostać zmuszony, aby właśnie w tym dniu i w tym czasie tę wiadomość przekazać światu. Każdy dureń się domyśli, że musiano przykryć działanie prezesa. I „wielcy” tego świata nie zawahali się, użyć w tym celu nawet papieża. Pomniejszenie bowiem wielkich i groźnych dla światowych elit działań Jarosława Kaczyńskiego, jest dla tych elit celem nadrzędnym. I zdolni są poświęcić niemal wszystko, żeby tylko umniejszyć rangę jego działań. A najlepiej nie tylko umniejszyć, ale w ogóle nie dopuścić do ich rozpowszechnienia.

Ale prezes znany jest z tego, że łatwo się nie zraża i idzie za ciosem. Postanowił pokazać, że jego działania są dla Polski i świata zbawienne i poprzez swojego premiera na uchodźstwie, profesora Glińskiego pokazał, jak w Polsce, z łatwością rozwiąże problemy rodziny. Jak w Polsce z łatwością rozwiąże problem wąskiego gardła, którymi mieli by być, ale dzięki niemu nie będą, przyszli emeryci, na których nie miałby kto pracować. Wymyślił rozwiązanie tak proste, że trudne do wynalezienia. Wystarczy za każde urodzone dziecko, od urodzenia aż do pełnoletniości, wypłacać rodzicom stypendium, w kwocie ¼ średniej płacy krajowej. Pomysł tak prosty, że aż genialny. Dzieci będą się rodzić jak na drożdżach. I płacić podatki. I problem braku kasy na emerytury będzie tylko złym wspomnieniem.

Jednak żaden chciwy na władzę przywódca, nie wspominając o Tusku i Komoruskim, nie mogą sobie pozwolić, żeby tak prosty pomysł wyszedł od Prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a nie od nich, bo natychmiast ich społeczeństwa pozbawiłyby ich władzy. Więc wynaleźli jakieś kosmiczne okruchy, jakiś meteoryt nad Czelabińskiem. I cały boży dzień o tym meteorycie, a wieczorem w dodatku o jeszcze większej asteroidzie.

Ludzie! Jaki meteoryt!? Co wy, dzieci jesteście!? Przecież to  jasne, że Ruscy jakąś tajną broń próbują i coś im tam wybuchło. A całemu światu kit wciskają o meteorycie i cały świat to łyka i udaje głupa. Ale tak naprawdę to nie udaje. Amerykany, żeby nie dopuścić do powszechności pomysłu prezesa „ściągnęli” w pobliże ziemi jakiś asteroid i udają, że „o mały włos” nie walnął. Barany myślą, że ktoś im w to uwierzy, he he – koń by się uśmiał. Mają środki, satelity rozmaite z laserami, to se ściągnęli, byle by tylko przykryć Kaczyńskiego z Glińskim.

Ale nawet jak nie przykryli, bo prezes swoje chody ma, to ośmieszyli, a raczej próbowali ośmieszyć. Ale nic to, zawsze jak ktoś „nicniemożetusk”, to udaje, że się śmieje, a tak naprawdę robi w portki, bo wie, że prezes jak zawsze ma rację i godzina prawdy nadchodzi.

A wtedy, dowiedzą się Tuski, Putiny i inne Obamy, co to znaczy prawo, sprawiedliwość, prawda i kara. A tak w ogóle to się dowiedzą, co to znaczy z niczego, zrobić kraj mlekiem i miodem płynący, z bogobojnym, składającym pod pomnikami swoich bohaterów kwiaty, szczęśliwym, bogatym społeczeństwem, pozbawionym trosk o byt i przyszłość swoich dzieci.

Prezesie! Do dzieła!

„Zawsze niech będzie słońce!
Zawsze niech będzie niebo!
Zawsze niech będzie Mama!
Zawsze niech będzie… Pan
                                Prezes Jarosław Kaczyński!”

Ps. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego Nasz Dziennik, Gazeta Polska Codziennie i Do Rzeczy oraz bracia Karnowscy nie zajęli się tym tematem. Przecież to takie oczywiste, że aż samo się narzuca. Czyżby oni (nie do wiary, ale…), inaczej niż prezes Kaczyński, czegoś się bali?

andy lighter

Śmierć Jadwigi Kaczyńskiej, a prawicowe media

Śmierć Jadwigi Kaczyńskiej, matki braci Kaczyńskich wywołuje smutek. To oczywiste. Tak jak oczywisty jest smutek po śmierci każdej, kochającej matki, każdego człowieka.

Jednak, niektóre media „prawdziwych Polaków”, nie zdobyły się na to, aby nie skorzystać z okazji, żeby poniżyć, zdyskredytować i obrazić wszystkich tych, którym z Jarosławem Kaczyńskim i Rydzykiem nie po drodze. I żeby podsycić nienawiść między Polakami. Przecież ten ogień nienawiści nie może przygasnąć, wręcz przeciwnie, musi płonąc coraz mocniej i być coraz gorętszy. Ciekawe czy jednak się w porę opamiętają – mam głęboką nadzieję, że tak, mimo „znakomitej okazji” do wznowienia ataków.

Oto pisowski superredaktor Tomasz Sakiewicz napisał (w Niezależna.pl): Jej miłość dała nam legendarnego prezydenta i premiera, którzy dokonali historycznych zmian. Tragedia smoleńska zastała ją w najgłębszej chorobie. Podźwignęła się i musiała stawić czoło rzeczywistości nie do zniesienia. Winni katastrofy święcili triumfy, a ciosy spadały na Jej najbliższych. Nie oszczędzano pamięci zabitego syna. Do rachunku win III RP dopisać trzeba tragedię Jadwigi Kaczyńskiej.

Również Radio Maryja, bardzo zasmucone, co oczywiście zupełnie zrozumiałe, poinformowało o śmierci pani Jadwigi. Pod informacją ukazały się komentarze. Głównie kondolencje dla prezesa Kaczyńskiego, ale nie tylko:

„Ewa pisze:

17 stycznia 2013 o 14:22

Przepraszamy Panią za cały ból, który jako Naród Polski sprawiliśmy Pani, szkalując Pani Synów, wysyłając jednego z nich na pewną śmierć. Jako matka nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić tego, co Pani czuła. Przepraszamy i Dziękujemy”.

Albo:

„Zofia pisze:

17 stycznia 2013 o 17:47

Niech Bóg da Jej wieczną radość i nagrodę!!!
Będzie dla nas jeszcze jedna sposobność, by zamanifestować solidarność z Panem PREMIEREM JAROSŁAWEM KACZYŃSKIM, któremu serdecznie współczujemy”
.

Kondolencje dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego, smutek i okazywanie współczucia jest czymś normalnym i godnym pochwały. Również ja podpisuję się pod nimi. Jednak insynuacje, że winę za tragedię (śmierć?) Jadwigi Kaczyńskiej ponosi III RP jest haniebne. To może IV  jest winna śmierci mojej cioci, bo akurat zmarła w tamtym czasie? A ponieważ wiedziała, że IV RP kosztuje mnie dużo zdrowia, więc… Panie Sakiewicz, aż tak polubił pan nekrofilię? Że nikogo i niczego pan nie oszczędzi? Ten „legendarny” prezydent to też… Czy ma pon jakiekolwiek pojęcie o ty, czego trzeba dokonać, aby zyskać miano „legendarny”?

Również podnoszą mi ciśnienie jakieś przeprosiny w imieniu Narodu Polskiego. Ewo, dwuprocentowa sekta Rydzyka, to jeszcze nie Naród Polski. Coś u pani z rachunkami nie za bardzo, że o zdrowym poczuciu rzeczywistości nie wspomnę.

Za to nie dziwi mnie zadowolenie z kolejnej nadarzającej się okazji do zamanifestowania solidarności z Jarosławem Kaczyńskim. Okazji nigdy dosyć.

Panie prezesie Kaczyński, proszę przyjąć ode mnie najszczersze wyrazy współczucia. Życzę panu, aby zwolennicy i stronnicy, nie wplątali pana w kolejny chocholi taniec nienawiści, nad grobem pańskiej mamy. Bo coś mi się wydaje, że wielką mają na to ochotę.

andy lighter

Życzenia z pałacu

W wigilijny poranek zobaczyłem i wysłuchałem życzeń z okazji Świąt Bożego Narodzenia, wypowiedzianych dla nas przez parę prezydencką. Bardzo mi się podobało. I…

Prezydent Bronisław Komorowski z żoną Anną u boku, uśmiechnięci, tchnący optymizmem i nadzieją mówią do nas. Mówią pięknie, spokojnie, nie sposób powiedzieć (pomyśleć) „Dziękujemy”. Oto rodzice pięciorgu dzieciom, dzieciom cichym, spokojnym, niecelebrującym w tabloidach. Ludzie o pięknych życiorysach próbują nieść pokój, zgodę i nadzieję.

Nie mogłem w takiej chwili nie pomyśleć, co by było, gdyby… Pamiętam życzenia od Lecha Kaczyńskiego. Owszem, miłe, ale… zawsze gdzieś tam wieści o rozwodzie córki, albo o ślubie, albo jakieś wspomnienie o idiotycznym krześle tylko po to, żeby postawić na swoim i poklepać po plecach Sarkozy’ego, itd., itd., itd. Nie mogłem też nie pomyśleć o hipotetycznych życzeniach od hipotetycznego (dziś) prezydenta Jarosława Kaczyńskiego. Co by to było, jeśli nie obłudna kopia mowy do „braci Rosjan”? Czym ten człowiek mógłby zasłużyć na słowa: „Oto jest odpowiedni człowiek, na odpowiednim miejscu”? Zapewne przemówi(ł) do swoich wyznawców, nie wiem. Ale czy nie „wspomni” o zbrodni i karze? Wspomni, na bank, chyba, że znów się nażre tabletek. A wtedy nie będzie prawdziwym Jarosławem Kaczyńskim, więc życzenia będą nieważne.

Bronisław Komorowski miewa wzloty i upadki. Zdarzają mu się gafy, błędy ortograficzne, co mu szczególnie wybaczam, bo znam ten ból, i różne inne niedoskonałości. Ale cieszę się, ze jest prezydentem Rzeczypospolitej. I dziękuję Panu prezydentowi i jego małżonce za piękne życzenia.

_____

Wszystkim moim przyjaciołom, ale i tych, którzy za mną nie przepadają, życzę Wesołych i Radosnych Świąt.

andy lighter

Nie byliśmy bohaterami

To o moim 13. grudnia 1981. (i później). I o 13. grudni 2012. (i wcześniej) Jarosława Kaczyńskiego. Nie byłem internowany, nie byłem ważny dla władzy, przynajmniej w grudniu ’81.

W roku 80., w swoim zakładzie (tak się wtedy nazywały miejsca pracy, firmy to były takie miejsca, które wysyłały pracowników na eksport), wykonałem największą, najważniejszą robotę dla powstania Solidarności, poza jej późniejszym szefem. Mój imiennik był prawnikiem, zajął się więc sprawami „programowymi”, czy jakimiś tam innymi ważnymi rzeczami.

Ja wykonywałem robotę propagandową (o rany! Taki „politruk”” ze mnie był trochę i „człowiek od werbunku”). Byłem młodym, wesołym, powszechnie lubianym chłopakiem, więc świetnie się do tej roboty nadawałem. Spotykaliśmy się popołudniami na spotkaniach założycielskich w ilości kilku osób, siedmiu, ośmiu, dokładnie nie pamiętam, rozmawialiśmy, planowali, marzyli, popijając (w niewielkiej zresztą ilości wódeczką). Ale we władzach Solidarności się nie znalazłem.

Pamiętam swoją wściekłość i żal, ależ to było niesprawiedliwe. I choć nie chciałem tego „zobaczyć” zdawałem sobie sprawę, dlaczego tak się stało. Byłem z całej grupy jedynym człowiekiem bez „mgr” przed nazwiskiem, a poza tym…, niegrzeczny byłem, sprawiałem „kłopoty wychowawcze” w pracy. Mimo to czułem się odrzucony, wzgardzony. Coraz częściej zacząłem wymykać się z biura, do robotników. Miałem taką możliwość z powodów zawodowych, spokojnie mogłem te wyjścia uzasadnić „pracą”.

Mój kontakt z kolegami z biura stawał się coraz słabszy, z robotnikami coraz silniejszy. Nietrudno się domyślić, że „kłopoty wychowawcze” się pogłębiały. Szybko dostrzegłem, że bycie „fizolem” jest i ciekawsze i bardziej płatne niż siedzenie w biurze. Już pod koniec zimy, w marcu ’81. stałem się jednym z nich.  Lepiej wykształcony, stałem się kimś ważnym, w lot łapałem zawiłości instalacji, z czym mieli kłopot nawet starzy pracownicy. Oczywiście wszyscy, również biurokraci doceniali mój wkład w Solidarność, ale przestało mi na tym zależeć. Choć byłem na każdym zebraniu członków związku, a odbywały się wtedy często, siadałem w środkowych, albo tylnych rzędach.

13. grudnia, gdy o 6. rano w robocie słuchałem w radio przemówienia Jaruzelskiego, byłem już tylko szarym, jednym z 10. milionów, członkiem związku.

Mój żal do kolegów założycieli, który wciąż we mnie tkwił i to bolało, niczym niewyciągnięta drzazga, uwierająca pod skórą wskazującego palca osłabł, kiedy dowiedziałem się o licznych internowaniach. Internowanie – więzienie, nie rozróżniałem wtedy tych słów, po prostu, poszli siedzieć. Cieszyłem się, że jestem „szarakiem”. Ale to jeszcze nie koniec.

Jeszcze w stanie wojennym, ale już nieco rozluźnionym, chodząc do biura od czasu do czasu z jakimiś sprawami, zauważyłem, że moi dawni koledzy żyją z zakładową wierchuszką, będącą zarazem zakładową wierchuszką partyjną, w coraz lepszej komitywie. Zaczęli mówić sobie po imieniu, mimo iż wielu z nich dzieliła wiekowa różnica pokolenia, żartowali, przyjaźnili się. Rany zaczęły się odnawiać.

„Jak to tak?”, „Co to jest?”, „O co tu chodzi?”.

Po zakończeniu stanu wojennego, okazało się, „o co tu chodzi”. Zakład się zreorganizował. Współzałożyciele „S” stali się współwładzą w zakładzie. Nie żeby rządzili, ale… prawie, byli tuż pod„samą górą”.

Jakie było moje zdziwienie, po ’89., kiedy już tam nie pracowałem, gdy dowiedziałem się, iż mój kolega imiennik „założyciel S” (choć mu tego absolutnie nie odbieram) jest szefem firmy (tak, wtedy już nie było zakładów, tylko każde… z portiernią, było firmą), a dotychczasowy szef jego zastępcą.

Moja przygoda z „S” w roli szaraka trwała jeszcze do początków lat ’90. (93, 94, chyba). Później nie należałem nigdzie, na szczęście – mniej się wstydzę.

Dziś słyszę, że Jarosław Kaczyński jest bohaterem, bo miał „imperatyw”. Uważałem zresztą, że jestem w sytuacji dużo gorszej niż internowani. Miałem absolutny imperatyw, że muszę działać, i sądziłem, że w efekcie pójdę siedzieć, co było gorsze od internowania” – twierdzi Kaczyński, AD 2012. Czyż nie można się załamać? Szczególnie ludzie, którzy poszli siedzieć, czy się „internować”?

Kiedy to czytam, ciśnie mi się myśl – parafraza słów Władysława Frasyniuka. Choć dotyczyła ona czego innego, pasuje do dzisiejszych, bohaterskich wynurzeń prezesa jak ulał: „Jarek! Nie pierdol! Nas tam nie było!”.

Ani ja, ANI TY, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy bohaterami tamtych dni! Nie mamy do tego prawa. Taka jest prawda i żadne Twoje zaklęcia tego nie zmienią!

A swoją drogą, ciekawy jestem ilu jego wyznawców, ciemnych nosicieli transparentów, krzyży i pochodni, wrzeszczących „Jarosław W(p)olskę zbaw” wie, co oznacza słowo „imperatyw”. Ciągle obserwuję, że Kaczyński używa słów, których ci ludzie nie rozumieją. Ale oni nie muszą. Dla nich im „trudniej” mówi, im mniej zrozumiale, oznacza nieskończoną mądrość tego człowieka. A to im w zupełności wystarczy i to im przede wszystkim wystarczy.

Dziś trochę mnie dziwią i przyznam, denerwują, cytowane na prawo i lewo „wspomnienia” ludzi, którzy 13. grudnia byli małymi dziećmi. Jak to oni pamiętają strach rodziców, jak się bały, choć nie rozumiały, ale widziały czołgi, żołnierzy i samochody opancerzone, jak to zapadło im w pamięć, itd., itp. I choć wierzę w strach rodziców – przecież sam byłem przerażony, jakiś strach dzieci uznaję za kompletną bzdurę. Dla dzieciaka, który ma w pokoju czołg-zabawkę, zobaczenie prawdziwego czołgu było frajdą nie z tej ziemi: „Ja cie…! Jaki duży! Ja mam taki sam! Ale fajowy!”, tak to na ogół odbierały dzieci. Wiem, bo jako dziecko, w ’68. obserwowałem przez wiele godzin jadące czołgi i pojazdy opancerzone, sunące w stronę Czechosłowacji. Rozdziawialiśmy buzie z zachwytu, a nie jakieś tam przerażenie i inne „srata tata”.

Więc, po co to komu? Po co na siłę wciskać komuś „własne, straszne” przeżywanie stanu wojennego, nawet, jeśli nic nie mógł z tego rozumieć. Ot takie robienie tragedii na siłę, nawet „tam”, gdzie tej tragedii nie było, czyli w głowach ówczesnych dzieci.

13.grudnia 2012.

*Oto główny aktor „stanu wojennego AD 2012.” (kto wie, może niedługo będzie bez cudzysłowu)

*Rysunek jest autorstwa Remka Dąbrowskiego i choć o dzisiejszy obrazek nie pytałem, jakiś czas temu pozwolił mi korzystać ze swoich prac w celach niekomercyjnych.

andy lighter