Kościół w Polsce jest skromny i pokorny

Może w Kościele są księża, którzy mają luksusy, ale większość z nas żyje skromnie i pokornie – stwierdza kardynał Gulbinowicz, oceniając „zamożność” naszych duchownych. Dążenie papieża Franciszka do odbizancyjnienia Kościoła, nie powinno więc dla polskich duchownych większym problemem.

Kadzenie hierarchów i funkcjonariuszy Kościoła woła doprawdy o pomstę do nieba. Kardynał naprawdę nie ma chyba pojęcia na jakim świecie żyje, albo „pali głupa”. I nic tu nie tłumaczą jego słowa o tym, jak to potrafił przeżyć za 200 złotych cały miesiąc. Bo ja potrafiłem przeżyć za stówę. Jeść dała matka, spanie też, ubranie kupiła, bo przecież synek musi mieć co ubrać, jeszcze na piwo dała, jak ładnie poprosiłem. Ciekawy jestem, gdyby zabrać kardynałowi jego wikt i opierunek, czy przeżył by za 1000 złotych? Oczywistym jest więc, że te całe 200 złotych to zwykły kit i kłamstwo. No, może… mijanie się z prawdą. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie: może w Kościele są księża żyjący skromnie i pokornie, ale większośc ma luksusy. Oczywieście większe lub mniejsze, ale ma.

Tygodnik „Wprost” znów przeprowadza „bezpardonowy atak na Kościół Katolicki” odsłaniając inne niż nadużywanie alkoholu oblicze abpa Głodzia. Oblicze jak ulał „pasujące” do gulbinowiczowej skromności polskich duchownych Kościoła Katolickiego. Ot dochody „prywatne” abpa Głodzia wynoszą 14,5 tys. złotych co miesiąc. Z tymi dochodami abpa Głodzia to w ogóle ciekawa sytuacja jest.

Otóż Głódź otrzymuje 10 tys. emerytury wojskowej – generalskiej i 4,5 tys. wynagrodzenia kościelnego. Kościelna pensja mnie nie obchodzi, ale generalska emerytura…, jak najbardziej.

Abp Głódź, odbył dwuletnią służbę zasadniczą jeszcze jako kleryk w latach sześćdziesiątych. Na początku 1991. został mianowany przez papieża biskupem polowym Wojska Polskiego. Dwa miesiące później został generałem brygady! Niech tam, wkurzają mnie takie „szybkie” awanse, ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Inną kwestią jest wysokość generalskie emerytury. W wojsku, po odsłużeniu nieprzerwanie 15. lat, można otrzymać emeryturę w wysokości 40 % ostatniej wojskowej pensji. Tymczasem gen. Głódź odsłużył 13 lat i otrzymał 75 %. Z tego co wiem, pełna emerytura (75 %) przysługuje w wojsku po odsłużeniu 30 lat. Mniemam, że w związku z tym, abp Głódź otrzymał emeryturę specjalną. Nasze rządy lubią przyznawać emerytury i renty specjalne ludziom, którzy w żaden sposób na uczciwą emeryturę czy rentę nie zapracowali.

Mamy więc wyjaśnioną sprawę „skąd abp” bierze pieniądze na alkohol. Nie okrada wiernych – państwo robi to za niego. Innym objawem skromności i pokory naszego kleru są samochody i nieruchomości będące w jego dyspozycji. Nie, nie w posiadaniu, bo przecież dr dyr. Rydzyk, czy abp Gódź nic własnego nie mają. Czy owo skromne życie dotyczy użytkowników Maybachów za 2 mln złotych, Lexusów, Mercedesów i innych luksusowych samochodów za pół miliona i więcej?

Czy nie będzie problemem odbizancyjnienie Kościoła w Polsce, a szczególnie np. skromnienie liturgicznych szat duchownych? Rzecz jasna złota w przybytkach Pana Boga nie ubędzie, bo to znów, własność całego kościoła, a nie Kościoła.

I jeszcze o pokorze naszego Kościoła.

Chciałabym wszystkim przypomnieć, że Jezus wjeżdża dzisiaj do kieleckiego Jeruzalem i proponuje bezpośrednio obywatelom: nie kradnij, nie zabijaj, czcij ojca i matkę, bądź uczciwy – pouczał wiernych bp Kazimierz Ryczan, podczas mszy otwierającej zjazd Solidarności w Kielcach.

bp Kazimierz Ryczan. Fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta

bp Kazimierz Ryczan. Fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta

Warto by było zapytać biskupa Ryczana czy nie było na mszy Tadeusza Rydzyka, ubogiego i skromnego zakonnika z Torunia. Jak bowiem powszechnie wiadomo, nikt w Polsce tak wspaniale nie czci swojej matki, nie brzydzi się kradzieżą i oszustwem jak ów zakonnik.  Dobrze by bowiem było nie tylko mówić o cnotach, ale i pokazywać przykłady. Najlepiej z własnego podwórka.

Otwórzmy bramy miasta Chrystusowi, wtedy u nas będą bezpieczni dzieci, starsi. To hasło brzmi jak Himalaje hipokryzji, kiedy w naturalnej, boskiej przystani dobra i bezpieczeństwa, właśnie dzieci narażone są na molestowanie, a starsi na zupełny brak empatii. O pokorze zaś bpa Ryczana mogą świadczyć słowa o naszej polityce: polscy lewacy wypożyczają naganiaczy, by kompromitowali krzyż. Trzeba być wyjątkowo butnym i bezczelnym, aby tak określać tych, którzy mają inne poglądy niż nasi duchowni katoliccy.

Nikt, bardziej niż sam kler, biskupi i hierarchowie Kościoła Katolickiego nie kompromituje „krzyża”.

andy lighter

Wasalizm

Poseł Roman Kotliński z Ruchu Palikota zadał w sejmie pytanie: Czemu ma służyć hołd i taka podległość wyrażana na arenie międzynarodowej”. Odpowiedzi udzielił Janusz Cisek, w imieniu MSZ. Odpowiedzi, która z pewnością nie zadawala pytającego i mnie również nie satysfakcjonuje.

Wasza Świątobliwość,

Z wielką radością pragnę przekazać Waszej Świątobliwości w imieniu Rządu Rzeczypospolitej Polskiej oraz moim własnym najszczersze gratulacje z okazji wyboru na Tron Piotrowy. Oby pełniona przez Waszą Świątobliwość posługa przyniosła wszystkim ludziom obfite owoce duchowe oraz przyczyniła się do pomnażania dobra, miłości i pokoju.

Pragnę jednocześnie zapewnić Ojca Świętego o woli i gotowości Polski do dalszego umacniania więzi i współpracy ze Stolicą Apostolską w obronie kultury chrześcijańskiej w Europie i na świecie.

Życzę Waszej Świątobliwości wytrwałości w pełnieniu misji kierowania Kościołem Powszechnym.

Donald Tusk
Premier RP

Napisał w depeszy premier Donald Tusk (podkreślenia moje). Z całym szacunkiem do premiera polskiego rządu – jeśli nie jest to wyrażenie podległości wasala, w stosunku do lennika, to co to jest? Tym bardziej, że nawet lenna nie ma, za to inwestytura, jak najbardziej. O jakim dalszym umacnianiu więzi mówi premier? O jakiej obronie? Czy to oznacza, że będziemy wysyłać wojsko (polskie, narodowe siły zbrojne) do Pakistanu, aby broniło kościołów palonych przez muzułmanów? Albo chrześcijan fałszywie oskarżanych przez mahometan o znieważanie islamu?

Rację ma Kotliński stwierdzając, że polski premier wysłał najbardziej „poddańczy”, może raczej „wazeliniarski” list spośród wszystkich innych przywódców państw europejskich i nie tylko europejskich. Cholera jasna, a gdzie racja stanu, ja się pytam? Gdzie ta, tak głośno obtrąbiana przez Donalda Tuska właśnie, silna pozycja Polski w Europie i na świecie?

To, że „dalsze umacnianie więzi i współpracy ze Stolicą Apostolską” naszego kraju trwa widzimy na co dzień. Widzimy jak rząd zamienia Fundusz Kościelny na… no właśnie na razie nie zamienia, a potem będzie odpis od wiernych. Widzimy, jak Polska nie ma absolutnie żadnej, najmniejszej nawet korzyści z konkordatu, natomiast Kościół czerpie zeń pełnymi garściami.

Tutaj warto się zatrzymać, bo „mamy do czynienia” z bezpardonowym atakiem na Kościół. Jak wygląda ten atak? Otóż tak, że Kościół, choć czerpie pełnymi garściami z budżetu i z całej masy przyznanych przywilejów, próbuje, z sukcesami, czerpać z przywilejów nieprzyznanych, sam sobie je przyznając. Wszelki sprzeciw wobec samoprzyznawania sobie przywilejów, definiuje się w Polsce, jako „Bezpardonowe ataki na Kościół”.

walka z kościołem

Premier, pod dyktando wiernych synów Kościoła w osobie Gowina i jego popleczników zrezygnował z wysiłków usankcjonowania związków partnerskich, uznając, co jest wierutnym kłamstwem niezgodność projektów z konstytucją. Nie trzeba być konstytucjonalistą (wystarczy znać gramatykę języka polskiego), żeby to dostrzec. Zawarcie bowiem w zdaniu rzeczowników, podmiotów poprzedzielanych przecinkami oznacza ich wyliczanie, zbiór, a nie wzajemną tożsamość – równoznaczność. Nie chce mi się już nawet o krzyżach w sejmie, urzędach i szkołach (niedługo pewnie w autobusach i tramwajach będą), itd.

Czy w obliczu takich działań i takiego listu mogę przytaknąć słowom Janusza Ciska, stwierdzającego, że „Nie ma żadnych elementów poddaństwa, hołdu, ani tym bardziej potoków wazeliny” w liście, a co gorsza, w działaniu polskiego rządu? Nie mogę. Czarę goryczy przepełniają znamienne słowa Donalda Tuska w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: „Nie jestem pupilem Kościoła, ale nigdy nie dam się namówić na wojnę z Kościołem”. O jakiej wojnie mówi premier? Bóg raczy wiedzieć. Czy rozdzielenie Kościoła od państwa oznacza wojnę? Dla społeczeństwa racjonalnie myślącego, chyba nie, dla Kościoła, jak najbardziej. W oczywisty więc sposób Donald Tusk, premier, staje po stronie Kościoła, staje jako słabszy wobec silniejszego, jako wasal wobec lennika. Czasem tylko, dla niepoznaki „miarkuje” jakieś „negocjacje”, np. w sprawie Komisji Majątkowej i odpisu 0,3. Kościół, jak zwykle, zrobił (uzyskał) swoje, ale… rząd negocjował.

Gdyby tylko zastosować rzetelnie zapisy zawarte w Konkordacie, Kościół w Polsce musiałby zrezygnować z połowy przywilejów, jakie sobie przyznał, przy milczącej zgodzie władz, już po Konkordatu wprowadzeniu.

Inną sprawą jest zachowanie pary prezydenckiej podczas pobytu w Watykanie z oficjalną wizytą państwową. Wizyta jak najbardziej na miejscu, ale…, to, co pokazała pani prezydentowa, oficjalna przedstawicielka państwa polskiego, urąga wszelkiej godności. Zachowywała się jak kierowca pod wpływem, złapany przez patrol drogówki, chcący obłaskawić, udobruchać „pana władzę”. Oficjalny przedstawiciel najwyższej władzy wielkiego, europejskiego państwa tak się zachowywać nie ma prawa. Bo to urąga godności tego państwa obywateli. W czasie prywatnej wizyty, albo podczas prywatnej audiencji może się zachowywać jak chce, chociaż też nie powinna, bo żoną prezydenta państwa jest przez całą dobę.

para prezydencka w watykanie

Ciekawe w ilu krajach Europy, w dziele tworzenia konstytucji brał walny udział Kościół. Brał udział wpływając, czasem bezwzględnie, na tej konstytucji kształt. Sądzę, że to jest możliwe tylko w Polsce, może w Irlandii, nie wiem i na Cyprze, gdzie pierwszym prezydentem był biskup Makarios. Ten święty Kościół z łatwością to robił, bo zawsze miał bata na władzę – szantaż. Iście katolicką cechę. Wszak słowa „Oddajcie tedy, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego Bogu”, nie wypowiedział Jezus do chciwych faryzeuszy, tylko frajer jakiś, palant, rzucił sobie z głupoty. A nasi (i nie tylko nasi) duchowni palantów nie słuchają.

W obliczu takich działań premiera Tuska, prezydenta i w ogóle władz, nie ma się co łudzić, że dożyjemy kiedyś czasów świeckiego państwa. Tusk i Komorowski to nie Piłsudski, nie rząd II RP, który z Kościołem poradził sobie, choć społeczeństwo było znacznie bardziej religijne niż dziś.

andy lighter

Oburzeni na oburzonych na Głodzia

„Uderz w stół, a nożyce się odezwą” – to przysłowie pasuje jak ulał do sytuacji, jaka nastąpiła po ukazaniu się artykułu w tygodniku „Wprost”. W artykule „Cesarz Trójmiasta”, opisane zostały pewne aspekty pijackich ekscesów metropolity gdańskiego, abpa Sławoja Leszka Głodzia.

abp Głódź

Artykuł powstał w wyniku informacji do jakiej dotarło „Wprost”, o tym, że księża współpracujący, a raczej podlegli Głodziowi, byli przez niego gnębieni: poniżani i upokarzani, podczas pijackich libacji metropolity. Odważyli się i przygotowują list ze skargą na abpa, do Watykanu.

Picie alkoholu, nadużywanie alkoholu, a nawet uzależnienie od alkoholu jest prywatną, osobistą sprawą osoby i jego picia. Ale do czasu. Kiedy picie takiej osoby wiąże się z agresją, poniżaniem i upokarzaniem innych, sprawa spożywania przez tę osobę alkoholu, jej osobistą sprawą być przestaje.

Jak zwykle, po ukazaniu się artykułu obnażającego niecne, niechrześcijańskie zgoła zachowania ważnej persony Kościoła, katoliccy duchowni, dziennikarze i politycy podnieśli alarm pod hasłem „Bezpardonowy atak na Kościół Katolicki”.

„Domagamy się zaprzestania obraźliwych pomówień, których rozpowszechnianie uderza w godność osób duchownych i całej wspólnoty Kościoła. Przyjmujemy to z bólem i oburzeniem, jako powrót do praktyk z czasów PRL-u” – stwierdzają (m.in.) dziekani i cała wierchuszka gdańskiej Archidiecezji na swojej stronie internetowej – „Publikacja ta wyczerpuje znamiona zniesławienia prawnie ustanowionego biskupa diecezjalnego Kościoła Rzymsko-Katolickiego”.

Katoprawicowi dziennikarze wyrażają się w podobnym tonie. Znamienne jest jednak co innego. Nigdzie, powtarzam nigdzie nie znalazłem słów, zdań, zaprzeczających wymienionym w artykule faktom. Nie ma więc powodów, aby w informacje podwładnych Głodzia nie wierzyć. Atakiem na Kościół Katolicki, dla funkcjonariuszy tegoż nie są więc niewłaściwe, niegodne, przeczące naukom Kościoła praktyki stosowane przez duchownych, ale wyciąganie ich na światło dzienne. Zresztą dał temu również wyraz niedawno bp Pieronek, określając praktyki pedofilskie duchownych jako namiętności, nie najważniejsze dla funkcjonowania Kościoła katolickiego.

Sytuacja jest kuriozalna. Każdy ukazany prawdziwy fakt, niegodny, sprzeczny z naukami głoszonymi przez Kościół, jest bezpardonowym atakiem na Kościół Katolicki. Inną obroną przez atak, duchownych katolickich jest piętnowanie samych atakujących i ich „werbalnych rzeczników”. „Skoro nie należycie do naszej wspólnoty, nie wtrącajcie się w to, co się w naszej wspólnocie dzieje” – piszą i mówią katoliccy dziennikarze i politycy, jak chociażby ostatnio poseł PSL, były minister rolnictwa Marek Sawicki. Zapominają ci państwo o dwóch sprawach. Po pierwsze, ci spoza wspólnoty, chcąc nie chcąc współfinansują tę wspólnotę i to wcale nie małym zastrzykiem gotówki. A po drugie, jeśli wspomni się tylko, aby na zasadzie wzajemności, wspólnota Kościoła nie wchodziła z butami do wspólnot ogólnospołecznych, świeckich a nie katolickich, natychmiast ripostują: „A co wam ten krzyż w urzędzie czy w szkole przeszkadza?” i na jednym oddechu: to jest „bezpardonowy atak na Kościół Katolicki i na kaotolików i chrześcijan w ogóle”.

Jest jeszcze trzecia sprawa. Wielu katolikom takie haniebne praktyki duchownych i zamiatanie tych faktów pod dywan też się nie podoba.

Ciekawe, czy abp Głódź zabierze głos w sprawie. Ciekawe czy papież dostanie list-skargę księży do rąk, moim zdaniem to mało prawdopodobne, chyba, że zostałby mu wręczony osobiście przez skarżącego.

_____

20.03.2013. Zwierzchnik Kościoła Republiki Cypryjskiej przekazał przed chwilą do dyspozycji rządu Republki cały majątek Kościła. Uczynił to dla ratowania finansów obywatel swojego kraju.

Ależ naszym Hierarchom rzucane są kłody pod nogi: najpierw Franciiszek apeluje o ubustwo Kościoła, a teraz te Cypr. Wierni! Bracia i siostry! Zostawcie nam nasze samochody! I nasze pieniądze! – ciekawe kiedy zaczną apelować.

andy lighter

Papieżowy obłęd

Od chwili rozpoczęcia konklawe, innym niż ono informacjom, poświęca się w mediach (mam tu na myśli głównie tivi), minimalną ilość miejsca. Oczywiście mówiło się o innych sprawach, typu śmierć pacjentki w szpitalu, bo wezwano karetkę z oddalonej o 70 km Łodzi, o aresztowaniach, odpowiedzi Tuska Kaczyńskiemu, powrocie zimy, itp. Ale przejeżdżano po nich szybko i wracano do Rzymu.

Jednak po ukazaniu się białego dymu, wydobywającego się z sykstyńskiej rury, media oszalały. Jasne jest dla mnie, że wiadomość o wyborze papieża jest wiadomością absolutnie pierwszorzędną i że poświęca się jej najwięcej miejsca w serwisach wiadomości i w programach publicystycznych. Ale żeby od razu dostać małpiego rozumu? Popaść w obłęd?

Wyobrażam sobie, że przedstawi się opinii publicznej sylwetkę nowego papieża, wysnuje się jakąś hipotezę na temat przebiegu jego pontyfikatu i od czasu do czasu pokazana będzie chwila „Habemus Papam”. Oto przecież historia dzieje się na naszych oczach, więc takie działania nie powinny nikogo dziwić.

Franciszek - papież.

Tymczasem…

Od rozpoczęcia konklawe, do chwili ukazania się białego dymu, w roli komentatorów i wróżbitów wystąpiło w stacjach telewizyjnych, jak na moje oko, jakichś dwustu pięćdziesięciu ośmiu księży, dziennikarzy katolickich i innych specjalistów. Od chwili białego dymu, kolejnych chyba z trzystu osiemdziesięciu czterech duchownych, siedemdziesięciu jeden dziennikarzy z Gości Niedzielnych, Tygodników Powszechnych i innych Znaków. Szacuję, że do końca tygodnia wystąpi jeszcze w telewizji może z sześćset czterdziestu trzech duchowych i osiemdziesięciu dwóch (czyli będzie już komplet) katolickich dziennikarzy.

Tak się zastanawiam, dziennikarze, tych, których nie mogą zaprosić (księży i zakonników), jeżdżą, wyszukują, ustawiają na dworze (a zimno jak jasny pieron), a to są koszty przecież. I niewygody. Nie łatwiej byłoby zwrócić się do Kancelarii Episkopatu Polski, żeby zwróciła się do wszystkich duchownych w tym kraju, żeby przyjeżdżali, albo zgłaszali się do stacji telewizyjnych, w celu eksperckiego wypowiedzenia się na temat papieża? Taniej, sprawniej, pewniej i sprawiedliwiej, bo jak zaproszą proboszcza od Świętego Jacka, to powinni też
„sąsiada” od Świętego Jakuba. Bo jak…? Równi i równiejsi księża są?

Niby nie moja broszka, niby im więcej, tym lepiej…, tylko, że wszyscy komentatorzy, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach mówią dokładnie to samo. Różnią się w szczególikach i w sposobie „ubierania” zdań. Jaki więc ma sens, przez wiele godzin i dni puszczać w eter tę samą mantrę? To zakrawa na hinduizm, a nie na chrześcijaństwo.

Skoro więc tylu speców się wypowiedziało i wypowie, ja, też sobie nie odmówię. Zacznę do imienia przybranego przez wybranego papieżem Jorge Mario Bergolgio – Franciszek. Wszyscy natychmiast kojarzą, wiążą wybór imienia z Franciszkiem z Asyżu. Niby słusznie, bo skromność, niechęć do przepychu i niestronienie od wiernych na co dzień, kardynała z Buenos Aires jest powszechnie (wśród watykanistów) znana.

Jednak równie dobrze imię może być kojarzone z Franciszkiem z Xavier. Dlaczego? Franciszek z Xavier (Franciszek Ksawery) był współzałożycielem zakonu Jezuitów, zakonu, do którego należy Jorge Bergoglio. Franciszek z Xavier uznawany jest za ojca misjonarzy, jest patronem misji katolickich. I tu nie sposób nie kojarzyć imienia nowego papieża z chęcią ekspansji Kościoła, szczególnie w kierunku Azji. Ale i umacnianie Kościoła w Ameryce Łacińskiej, gdzie coraz więcej ludzi przenosi swoją wiarę na rozmaite sekty i grupy okultystyczne. W Afryce też katolicyzm ściera się z islamem, a sekularyzacja Europy…, szkoda gadać. Więc imię może być zapowiedzią pracy misyjnej na rzecz rozszerzania i umacniania Kościoła. Mnie jednak pasuje połączenie przez papieża dwóch znaczeń jednego imienia: skromności i ewangelizacji.

Na rozpropagowanie skromności i ubóstwa wśród duchownych, papież Franciszek nie ma najmniejszych szans, więc pewnie skupi się na ekspansji i odnowieniu wiary. No i na propagowaniu skromności i ubóstwa wśród wiernych, jak sądzę.

Robi Franciszek dobre wrażenie. Ale taki maraton medialnego wróżenia z fusów (jakim będzie papieżem, co będzie robił, kogo weźmie do współpracy, itd., itd., itd.), może zmęczyć nawet najbardziej zatwardziałych telewizjomanów. Nie wspominając o przeciętnych oglądaczach szklanego ekranu. Ciekawy jestem ile jeszcze potrwa ten papieżowy obłęd.

andy lighter

Złodzieje rewolucji

Nie napisałbym tego tekstu, gdyby nie bardzo jasne skojarzenia. Skojarzenia z Polską.

Od początku byłem sceptyczny wobec huraoptymizmu obwieszczanego wszem i wobec w świecie zachodnim, związanego z „arabską wiosną” 2011. roku. Z początku był to ostrożny sceptycyzm: „W krajach islamskich to się nie może udać”, przeradzający się w pewność: „to się nie uda i obróci się przeciwko bojownikom”.

Dawałem zresztą temu wyraz w komentarzach na ten temat u blogerów zachłystujących się walką arabów, głownie młodych, głodnych prawdziwej demokracji i cywilizowanego świata. Byłem zdecydowanie przeciwny interwencjom zbrojnym i zbrojnej pomocy dla bojowników, bo interwencja w Iraku (a przed laty w Afganistanie przeciwko Rosjanom) pokazała, że eliminacja przywódcy spowoduje walki wewnętrzne o wpływy.

W Egipcie znów giną ludzie. Demonstranci, ci sami, którzy walczyli przed dwoma laty. Jeden z nich nazwał to po imieniu, niezwykle trafnie:

„Oni ukradli nam rewolucję!!!”

Natychmiast przypomniały mi się wydarzenia sprzed dwóch lat w północne Afryce. I naszła mnie przygniatająca, ponura refleksja: „A nie mówiłem?”. Kiedy tylko usłyszałem, że na placach Tunisu, potem Kairu, czy Bengazi pojawiają się członkowie Bractw Muzułmańskich, „wiedziałem”, jak to się skończy. Zresztą, nie trzeba było nadwyrężać zbyt mocno inteligencji, żeby to skojarzyć.

Działacze muzułmańscy nie wysuwali żadnych roszczeń, żadnych propozycji, czy własnych pomysłów na przyszłość. Zapewniali jedynie demonstrantów i bojowników o słuszności ich działań, o modlitwie za powodzenie i zagrzewali ich do kontynuowania walki. A potem… przyszła chwila demokracji, czyli chwila prawdy – demokratyczne wybory.

Wtedy mułłowie, ekstremiści islamscy i członkowie Bractw wzięli sprawy w swoje ręce i sprawnie przeprowadzali kampanie wyborcze.  Szło im bardzo łatwo, szczególnie na prowincjach w tych krajach, głęboko zislamizowanych, nawet w czasach dyktatur, zacofanych cywilizacyjnie i kulturowo, gdzie mułła jest tym, czym proboszcz w polskiej, „odciętej od świata”, zabitej dechami wiosce.

Bojownicy, demonstranci i wykonawcy rewolucji, ludzie z dużych miast, stali się mniejszością, wobec biernej większości i przyglądających się islamskich decydentów. I ci ostatni, nie omieszkali się im tej rewolucji ukraść. Mają kupę władzy. Są silni w parlamentach i rządach. Coraz głośniej w Tunezji, Libii i Egipcie mów się, a właściwie żąda wprowadzenia prawa szariatu – nieludzkiego, jak na warunki cywilizowanego świata i niesprawiedliwego prawa, opartego na zwyczajach religii muzułmańskiej.

W Egipcie, prezydent Mohamed Mursi – islamista, wydał dekret umacniający jego władzę i wprowadzający elementy prawa szariatu. I znów giną ludzie, bo tym razem islamiści nie są już bierni. Walczą o utrzymanie zdobytej, a właściwie podanej im na tacy, władzy. Podobnie jak nie chcą jej oddać afgańscy talibowie, albo… chcą ją odzyskać, po odebraniu przez niewiernych. Walczą zresztą o nią i islamiści i w Pakistanie i w Iraku, głównie między sobą.

Dlaczego inaczej miałoby się stać w Libii? Tunezji? Syrii? Islamiści nie wypuszczą takiej okazji z rąk, to tylko kwestia czasu. A zachód, który niczego się nie nauczył po okazywanych w przeszłości wsparciach militarnych, przyczynił się do smutnej prawdy, poznawanej obecnie przez arabskich bojowników o demokrację: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. A może raczej powinno być: „kijek na siekierkę”, co widać po Afganistanie.

_____

Takie „złodziejstwa rewolucji” to nic nowego. I my poznaliśmy, a właściwie doświadczamy cały czas, efektów tego złodziejstwa od ’89. do dzisiaj. U nas, Kościół Katolicki też w roku 80., 81., i później nie żądał niczego dla siebie. Jedynie wspierał strajkujących, biednych i utwierdzał ich w słuszności walki o wolność i demokrację. Dopiero w ’89. po zaproszeniu Kościoła do okrągłego stołu, zaczęli się upominać o swoje. Jeszcze nie o władzę, jeszcze nie o prawo do powszechnej indoktrynacji, ale wkrótce, wraz z powstaniem Radia Maryja w ‘91. o to właśnie upominają się do dziś. Uzurpują sobie prawo do kształtu wprowadzanych ustaw, do agitacji przedwyborczych i do możliwości wpływania na preferencje wyborcze swoich wiernych.

Jednoznacznie opowiadają się za określoną partią polityczną i określonym politykiem, czego dowodem jest haniebna decyzja pochówku prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu i żenujące przedstawienie w wykonaniu wysokich dostojników kościelnych, jakiego doświadczyliśmy podczas pogrzebu anonimowej, jak miliony Polek – matek, żon, babć (udzieliła w życiu może ze trzech wywiadów, raczej mało politycznych i „pustawych”, w porównaniu do innych matek bowiem, nie miała zbyt wiele do powiedzenia w kwestii trudów wychowania dzieci), Jadwigi Kaczyńskiej. Jasne jest, że zrobili to ze względu na Jarosława Kaczyńskiego. Jasne jest, że nie zrobili tego za darmo. Jasne jest że dali Kaczyńskiemu oręż w postaci monopol na przychylność Kościoła i że Kościół liczy na dowody wdzięczności. Zresztą oczywiste jest, że Kaczyński, gdyby wygrał i gdyby nawet nie chciał Kościołowi „płacić”, będzie musiał. Bo inaczej, pozostając znienawidzonym i niebezpiecznym dla większej (póki co) części społeczeństwa, zostanie również niewiarygodnym i niepotrzebnym dla Kościoła. A dziś, jak widać, bez Kościoła znaczy niewiele. Z Kościołem przeciw sobie, może nawet nie przeskoczyć progu wyborczego.

Kościół więc, zarówno islam, judaizm jak i katolicyzm, skrzętnie wykorzystuje sytuację polityczną dla własnych celów. Zawsze tak było i tak jest. Niestety

andy lighter

Nieodrodny „syn” ojca Rydzyka

Miałem nie pisać, przynajmniej na razie, o Kościele, o duchowieństwie, ale…, jak to zwykle bywa, rzeczywistość zweryfikowała moje zamiary i „podrzuciła mi” informację o działalności internetowej (i duszpasterskiej „na żywo”), pewnego młodego księdza, wikarego z małej parafii w Nowej Rudzie.

Okazuje się, że mimo „zapewnień” i „chęci” hierarchów kościelnych do „pojednania” Polaków, nieużywania języka nienawiści i niewykorzystywania wiary dla celów politycznych, te wartości w Kościele mają się dobrze.

Oto ksiądz wikary, trzydziestoletni Maciej Sroczyński zajął się przed wigilią opluwaniem i dyskredytowaniem, za pomocą kłamstw oczywiście, bo bez nich jest to niewykonalne, niemożliwe, dzieła Jerzego Owsiaka „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”. Posłużył się też w swoim duszpasterskim opluwaniu obrzydliwymi, haniebnymi i niegodnymi nie tylko księdza, insynuacjami.

Stwierdził m.in., oczywiście kłamiąc, że Owsiak organizuje „Przystanek Woodstock”:  „Z pieniędzy, które ofiarujemy do puszki z – ohydnym – czerwonym – serduszkiem, utrzymywana i finansowana jest najbardziej demoralizująca impreza w Polsce!”.  Żeby jeszcze bardziej zohydzić postać Owsiaka, wikary „bada” jego… pochodzenie. Rezultaty okazały się piorunujące dla Owsiaka i odbierają mu prawo do organizowania jakichkolwiek akcji charytatywnych. Owsiak po prostu nie może się na tym znać, bo ksiądz sprawdził, że jego ojciec był milicjantem, a matka nie wierzyła w Boga.

„Czy ktoś, kto ma korzenie lewicowe i niereligijne, może stać się raptem ekspertem od fundacji charytatywnych”? – retorycznie pyta ksiądz swoich wiernych na parafialnej stronie internetowej. Retorycznie, bo przecież to on ich naucza, a nie odwrotnie, a nauczyciel „ucznia” nie pyta, tylko uświadamia. Oczywiście, że nie może, przecież w Biblii jest napisane, ze za grzechy ojców, będzie odpowiadać ich potomstwo do siódmego (chyba) pokolenia. Co prawda dla mnie bycie milicjantem, albo osobą niewierzącą grzechem nie jest, ale co ja tam mogę wiedzieć. Swoje wiadomości na temat Owsiaka i jego rodziny, nawiedzony klecha zaczerpnął z książki wybitnego sługi Rydzka Jerzego Roberta Nowaka pt. „Czerwone dynastie”.

Po publikacji materiału o wpisie przez Gazetę Wyborczą i prośbie dziennikarza o ustosunkowanie się do niego Kurii Biskupiej w Świdnicy, jednostki nadrzędnej parafii wikarego, ta zażądała od księdza usunięcia wpisu, co też uczynił.

Ksiądz wikary nie ma swojej własnej strony (ach, te ubóstwo księży – to jest dopiero wyrzeczenie), więc na stronie parafialnej publikuje swoje „osobiste przekonania”, wśród nich jest wpis, który dotknął mnie osobiście do żywego.

Bycie Polakiem

Dotyczy tego, kto jest Polakiem, a kto nie. Ten trzydziestoletni „młokos” ma czelność pisać o mnie, moich bliskich i znajomych, że nie jesteśmy Polakami:

Ponadto wielu ludzi nazywa się Polakami, a z Polską mają wspólny jedynie język. Na miłość boską, Polak to nie ten, który mówi po polsku, ale ten, który codziennymi swoimi decyzjami oddaje życie za Polskę.
Bo czy może nazywać się Polakiem ktoś, kto sprzedaje polską ziemię, na której widać jeszcze czerwone ślady niezastygłej krwi walczących o wolność Ojczyzny? Niewyschnięte ślady krwi obrońców Westerplatte, Getta Warszawskiego i innych?
Czy może nazywać się Polakiem ten, kto jedynej prawdziwie polskiej telewizji, jaką jest TV Trwam, odmawia nadawania w systemie XXI wieku?
Czy może nazywać się Polakiem ten, kto w kościele trzyma zaszczytne sztandary i nosi feretrony maryjne, a przynależy do komunistycznych struktur samorządowych, walczących w swojej istocie z Narodem i Kościołem?
Czy może wreszcie nazywać się Polakiem ten, kto popiera aborcję, eutanazję zaznaczając na listach wyborczych bandytów, morderców, neokomunistów i karierowiczów?
A Europa patrzy na nasz naród z wielką nadzieją, że nasza pobożność maryjna pomoże im odnaleźć to, co zagubiła w swoim przepychu. To jest Polska misja w dzisiejszej Europie, bo po to Maryja została ogłoszona Królową Polski, aby dać współczesnej pogańskiej i zlaicyzowanej Europie szansę na powrót do Jezusa. Czy dasz świadectwo swojej narodowej dumie i maryjności, czy też spoganiejesz i odejdziesz od Boga? Czy nie po to są narodowe barwy biało czerwone, aby nimi dekorować nasze domy, balkony, okna a przede wszystkim serca”
.

Nie miałem zamiaru nikogo obrzucać inwektywami, ale nóż ni się w kieszeni otwiera na słowa tego smarkatego „duszpasterza”, a nie jestem człowiekiem, który nadstawia drugi policzek. Z doświadczenia bowiem wiem doskonale, że taki nawiedzeniec skorzysta z okazji i walnie mi w niego z ochotą, po czym dla pewności poprawi pięścią w nos. I może jeszcze skopie leżącego. To przecież takie katolickie, że nie wymaga chyba tłumaczenia – widzimy to wszak na co dzień.

Zbieranie plonów z sianego od roku 91. przez Rydzyka ziarna nienawiści trwa nie tylko wśród polskiego społeczeństwa. Również, a może przede wszystkim w łonie samego Kościoła Katolickiego. I przykładem takiego plonu jest ksiądz wikary Sroczyński – nieodrodny „syn” Rydzyka, cała masa innych księży (to już nie jest margines, to już nie jest mniejszość, jak chcieliby „tłumaczyć” niektórzy katolicy, również blogerzy) i większość (na moje oko jest ich większość, szczególnie wśród tych co bardziej znaczących) kościelnych hierarchów.

Hierarchowie Kościoła upatrują oddalanie się społeczeństwa od Kościoła w laicyzacji Europy. Widzą drzazgę w cudzym oku, zupełnie nie dostrzegając belki we własnym. Im szybciej ją dostrzegą, tym dla nich lepiej. Inaczej Kościół się niechybnie rozsypie, albo podporządkuje woli, warunkom i kanonom głoszonym przez coraz bardziej wpływowego wśród polskich wiernych zakonnika.

A to było by zabójcze i dla Kościoła i dla Polski i dla Polaków przede wszystkim.

andy lighter

Mówią do mnie, a ja im nie ufam

Pasterka w noc wigilijną to taki czas, kiedy księża, biskupi i arcybiskupi mówią do wiernych. Nauczają ich, co powinni, co mogą, a czego nie. A ja im nie ufam. Nie wierzę. Tak, jak nie ufam policjantowi, który wlepia kierowcy mandat za jazdę po pijanemu, po czym wypija szklankę wódki, wsiada do samochodu i odjeżdża w stronę swojego domu.

Jestem człowiekiem wierzącym, ale od Kościoła dzieli mnie przepaść. Jeśli abp Michalik grzmi, pouczając wiernych, że przemoc nie bierze się z religii, to ja się pytam, skąd się bierze przemoc? Czyż religia nie była powodem największej ilości wojen w dziejach ludzkości. Czyż najwięksi oprawcy i mordercy w dziejach Mie mieli na płaszczach, chorągwiach, pasach, czy klapach, a nawet w dłoniach kwintesencji religii: imienia Boga, krzyży, obrazów Jezusa? Jak mogę więc ufać w jego słowa, krytykujące znieważanie krzyża, jeśli sam, on i jego „bracia hierarchowie” w milczeniu przyglądali się jego znieważaniu na Krakowskim Przedmieściu?

Jeśli hierarchowie mówią i żądają obrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, to jak mogę słuchać poleceń abpa Kowalczyka o modlitwę za zołnierzy polskich w Afganistanie? Przecież oni tam zabijają, czyniąc to z błogosławieństwem wojskowych kapelanów – współczesnych oficerów politycznych w naszej armii. Czy w tym przypadku obrona każdego życia(!) już nie obowiązuje? A co na to pierwszy wojownik o wyznaniową Polskę, Terlikowski?

Jeśli kardynał Dziwisz apeluje do polityków, aby „w centrum odwagi było dobro wspólne, a nie dobro danej partii lub ugrupowania politycznego. Aby panowała sprawiedliwość i solidarność, ale także było uszanowanie dla inaczej myślących”, to jak ja mam mu ufać, skoro to ten sam Dziwisz, który najbardziej we współczesnej historii Polski podzielił naród, godząc się na pochówek prezydenta na królewskim Wawelu?

Wiele, wiele tych i innych pouczeń, mądrości i jedynie słusznych wskazówek dla wiernych padło podczas kazań pasterkowych. I nic mnie tak nie złości jak słowa abpa Michalika: My jesteśmy krytyczni wobec księży i biskupów, bo chcemy, żeby byli doskonali. Ja sam chcę być ciągle doskonalszy, ale mi ciągle nie wychodzi. Ale na tym polega chrześcijańska wartość, mądrość, że wiemy którędy idzie droga do doskonałości”. Podpierają się tą własną, księży i biskupów niedoskonałością zarówno hierarchowie jak i ich najzagorzalsi wyznawcy, najbardziej nawiedzeni zazwyczaj, katolicy.

Bo co oznacza „krytyczni wobec księży i biskupów”, jeśli straszy się ekskomuniką posła, czy senatora obserwując „listy głosowań”, a nie ekskomunikuje się homoseksualnego Paetza, całej masy pedofili, malwersantów finansowych, łamiących przykazanie „Nie cudzołusz”, i wszystkich innych przykazań, ludzi Kościoła, którzy mówiąc o nienaruszalności ról kobiety i mężczyzny chronią homoseksualistę i oddają mu pokłony (Paetz)? Mówiąc o uchu igielnym chronią i ukrywają malwersacje finansowe własnych funkcjonariuszy, a nawet instytucji Kościoła jako całości? Przywołując przykazania pozwalając pełnić posługę (nauczać!) ojcom dzieci z z nieprawego łoża?

Jakież to jest wszystko niewiarygodne w ich ustach. W ich naukach. Nie godzę się na to, żeby grzeszący na prawo i lewo ksiądz uczył mnie i nakazywał nie grzeszyć. I to, że „ciągle im nie wychodzi”, bo „są tylko słabymi ludźmi” – koronny argument praktykujących katolików, zupełnie mnie nie przekonuje.

Jeśli to miałby być argument, dlaczego zżymać się na policjanta, który wlepia mandaty i odbiera prawa jazdy za jazdę po pijanemu, po czym wypija szklankę wódki, wsiada w samochód i odjeżdża do domu? To dlaczego nie godzić się na prokuratora, który żąda dla złodziei długoletniego więzienia, po czym wychodzi z sądu i kradnie samochód z pobliskiego parkingu?

Pełniony zawód, czy służba zobowiązują. Nie może być prokuratorem, sędzią złodziej, czy morderca, nie może być policjantem łamiący kodeksy drogowe. Nie może być księdzem, żyjący wbrew nakazom i naukom przez siebie głoszonym. Nie może być historykiem, nieznający historii a matematykiem, matematyki. Bo są niewiarygodni.  

I dlatego, jeśli zechcę uczyć się boskiego prawa, norm i wyborów, sam, bez pomocy homoseksualisty, pedofila, malwersanta, czy „walczącego krzyżem”, przeczytam Biblię, albo Koran, Talmud, Wedy, albo oddam się medytacjom, poszukując buddyjskiego przebudzenia.

Nie toleruję też tłumaczenia, że wielu księży to prawi ludzie, oddani wierze i znakomicie pełniących swoją posługę. Bo tak postrzegam dane środowisko, jak jego część.

Ludzie nie ufają sądom i prokuratorom, choć nie wszystkie działały tak, jak te instytucje w sprawie Amber Gold. Nie ufają CBA, choć nie sami agenci Tomki tam urzędowali. Nie ufają sejmowi, choć nie wszyscy posłowie to walczący Kaczyńscy, Brudzińscy, Hofmani, czy Niesiołowscy. I mają do tego święte prawo. Nie chcą bowiem ufać, że tym razem, w jego sprawie, sędzia, prokurator może będzie uczciwy, że tym razem wybrany poseł może będzie głosował tak, jak chcą jego wyborcy, a nie polityczny interes jego szefa, że tym razem może lekarz, który go leczy ma na względzie jego zdrowie, a nie walkę o własny zysk, itd. Nie stać nas (mnie) na wiarę w ludzi, na chybił trafił.

andy lighter