Młoda dziewczyna i gospodarka

 Z zapartym tchem czekaliśmy na tekę wicepremiera z PSL. Czy będzie „gospodarzem”, czy tylko „politrukiem”.

Okazało się, że będzie „gospodarzem”, ale tylko i wyłącznie z powodu „na chybił trafił” wypowiedzianego przez córkę pana Piechocińskiego. Czyli los naszej gospodarki okazał się zależny od… prośby córki wicepremiera.

No to fajnie. Wszystkie wróble na wszystkich europejskich (i nie tylko) drzewach, ćwierkają, że czeka Polskę potwornie trudny czas. Bo „zielone” się kończy i trzeba naprawdę kogoś „z jajami”, żeby jakoś tam było. A tu… kuku: minister gospodarki z rekomendacją młodej dziewczyny, która mówi: „Papciu, no, skoro cie wybrali to weź to ministerstwo”. Bo te 4, albo 6 procent więcej na ciebie nie zagłosuje i wygra ten cholerny Pawlak, i znów będzie prezesem”.

Jakkolwiek Pawlaka nie lubię, bo medialnie jest… żałosny, to  jako „gospodarz” sprawdzał się jak nikt. To on zrobił to, co musiał, czyli podpisał haniebną umowę  na dostawę gazu z Rosją, ale jednocześnie to on sprawił, że „Podpisałem, bo nie miałem wyjścia, ale i tak postawię na swoim”, i dziś mamy cenę gazu zupełnie przyzwoitą. A poza tym, Rosjanie musza nam oddać „nadwyżkę” zapłaconą od półtora roku. Znał się Pawlak na rzeczy, bo i się znał i chciał. Piechociński się zna, na infrastrukturze, a więc na gospodarce też, ale… nie chciał. Jakoś mu nie zależało, a teraz córka go poprosiła i zacznie mu zależeć.

Nie podoba mi się to, szczególnie, że czas jest (będzie) trudny. Dziwię się też premierowi Tuskowi, który widząc przecież co się dzieje, powinien powiedzieć: „Janusz, nie chcesz, to masz tu »bez teki«, byłeś się nie wpieprzał, bo jest trudny czas”.  Premier postanowił inaczej, zupełnie jakby mu… na gospodarce nie zależało.

Polityka polityką, ale jest jeszcze Polska. Może Tusk powinien powiedzieć Piechocińskiemu, że los państwa od „prośby córki” nie zależy.

andy lighter

Ostatni dzwonek

Jeśli chcemy, żeby Jarosław Kaczyński opuścił polską scenę polityczną, jeśli chcemy, żeby odszedł w niesławie, znienawidzony i na zawsze, teraz jest ostatni moment.

Jest ostatni moment, żeby… Donald Tusk oddał władzę, na rzecz Kaczyńskiego i PiS-u. Bredzę? Nie, nie bredzę, spróbuję Wam wyłuszczyć mój pogląd.

Kiedy w 2001. roku Miller obejmował władzę stojąc na czele SLD, Polska była w stanie zapaści. Z całkiem nieźle prosperującego kraju, na skutek schładzania rozpędzonej gospodarki, rozpędzonej, ale ograniczane przecież przez kosztowne słynne cztery reformy, Leszek Balcerowicz „zamroził” ją z chłodniczego rozpędu do stanu stagnacji. Miller, a potem Belka, wspólnie z Kołodką i Hausnerem, sprzeniewierzając się swojej własnej, lewicowej (socjalnej) ideologii, wyciągnęli ten kraj z zapaści. I rozhulali znów świetnie rozwijającą się gospodarkę Przypłacili to niestety sromotną klęską w następnych wyborach i Kaczyński otrzymał w prezencie państwo w największym po 89. roku rozkwicie. Dziś Miller Dziś SLD jest tylko „ozdobnikiem” naszego parlamentu i z pewnością tak zostanie jeszcze długo.

Obecnie może być, niestety, podobnie. Platforma Obywatelska wykrwawi się broniąc kraju przed skutkami kryzysu, podczas gdy Kaczyński i PiS tworzą radosną twórczość i głoszą jej populistyczne owoce na prawo i lewo bez żadnego skrępowania. Bardzo prawdopodobne jest to, że rządy Donalda Tuska skończą się wraz z końcem kryzysu. A wtedy, nawet gdyby nic nie robić, musi być tylko lepiej. Nic nie robić, szczególnie w sferze gospodarczej jest specjalnością Kaczyńskiego. Jednak podobnie jak w 2005., może się okazać, że rozkoszuje się owcami z nie przez siebie zagospodarowanego i przygotowanego do owocobrania, sadu. Już raz tak przecież było. Pożytkował owoce zasadzone przez Millera i Bekę! A i tak nie umiał tego wykorzystać i musiał oddać władzę, lecz tym razem może być ostrożniejszy.

Jest prosty sposób na pozbycie się Kaczyńskiego na długie lata: oddanie mu władzy już, teraz! To jest ostatni moment, w który jeszcze mógłby się na niej „przejechać”. Kiedy oczywiste jest, że zadławi się swoimi własnymi obietnicami wyborczymi. Kiedy stanie przed uwielbiającym go tłumem, jako „nicniemogę Kaczyński”. Bo jeszcze trwa kryzys. Kryzys, który, niestety dla Tuska, stety dla Kaczyńskiego, ma bliżej do końca niż dalej. Oczywiście pisząc „niestety dla Tuska” nie ma na myśli tego, że kryzys jest mu na rękę. Przeciwnie, jako opozycji jest na rękę Kaczyńskiemu, idzie mi o to, że niestety Tusk może oddać władzę z prezentem w postaci obwieszczenia: „koniec kryzysu”.

Wówczas nie tylko nie pozbędziemy się Kaczyńskiego, ale może on się zasiedzieć w rządowych ławach na lata. Kraj będzie rozwijał się wolniej, bo Europa i Świat Kaczyńskiemu już nie ufa, ale będzie się rozwijał. A tabloidowemu społeczeństwu (nie cierpię Miecugowa i się z nim nie zgadzam, ale ziarnko prawdy jest w tym, co mówi) to wystarczy. Nie wierzycie? Zobaczcie co się dzieje w Warszawie.

Że co? Że Kaczyński do władzy nie wróci, i szkoda Polski? A jak wróci? Kryzys robi swoje, w ludzkich głowach też. Wolę stracić jeszcze parę lat (przyzwyczailiśmy się), niż później żałować o wiele dłużej.

Jest jeszcze – ale już się kończy – szansa na to, aby taki sam, albo większy tłum, przybył do Warszawy aby Kaczyńskiego… wygwizdać i przegonić. Za parę lat.

Wiem, wiem, byłaby na to szansa, ale nie tylko Kaczyńscy, wszyscy polscy politycy kochają władzę ponad wszystko.

andy lighter

Recesja idzie

Idzie na gorsze i coraz więcej ludzi jest niezadowolonych z takiego stanu rzeczy. Nie ma się czemu dziwić. Ekonomiści wieszczą pogłębianie się kryzysu, recesję gospodarczą, wzrost bezrobocia i o czasach zielonej wyspy można, a nawet trzeba zapomnieć. Jednak zadziwiające jest to, że powiększająca się część społeczeństwa uważa, że zmiana władzy, poprzez odsunięcie od niej Platformy Obywatelskiej uzdrowi sytuację w naszym kraju.

Platforma Obywatelska popełniła (i popełnia nadal) wiele błędów. Głównym i niewybaczalnym z nich jest, moim zdaniem, zwiększenie liczby urzedników w administracji rządowej i samorządowej. Jednak przypisywanie winy za kryzys i za to, co nas czeka, głównie przez przerost administracji jest przesadzone. Choć wpływ ma, a i nie podoba się, całkiem słusznie, Polakom tracącym pracę.

Jednak wiara ludzi w to, że dojście do władzy innej partii uzdrowi nasz kraj, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. PiS i SLD prześcigają się w wysuwaniu populistycznych haseł, działających jak słodki miód na zgorzkniałe nastroje coraz większej części obywateli. PSL, będące zresztą głównym beneficjentem urzędniczego zmolochizowania samorządów w terenie, jak zwykle jest za, a nawet przeciw przyglądając się i przygotowując do uczestnictwa w przyszłej, jakiejkolwiek koalicji rządowej.

Oczywistym jest, że żaden rząd nie tylko nie zlikwiduje kryzysu, ale i nie polepszy bytu niezadowolonego społeczeństwa. Recesja jest przecież zjawiskiem globalnym i w wyniku powiązania gospodarczego Polski z gospodarkami innych krajów, np. Niemiec, bez poprawy sytuacji w tym kraju, o poprawie u nas nie ma co marzyć. Jedyne, co mogą w przyszłości robić przyszłe rządy dzisiejszych opozycyjnych partii, to zwalać winę za swoje pewne niedotrzymywanie dzisiejszych obietnic na „były rząd” Donalda Tuska i Platformy. I choć będzie to nieuczciwe, ci dzisiaj niezadowoleni to kupią. Co by nie mówić, PiS ma o wiele większą siłę przekonywania swoich zwolenników do swoich racji i argumentów, niż PO swoich.

Premier Tusk ma na przełomie września i października przedstawić „nowe otwarcie” rządu. Cóż to może oznaczać, jeśli nie m.in. dalsze cięcia w budżecie i jeszcze ciaśniejsze zaciskanie pasa? A to się Polakom nie spodoba. Całkiem możliwy jest więc scenariusz kreślony przez posła Palikota o wcześniejszych wyborach. Społeczeństwo może to wymusić, nie można tego wykluczyć.

fot. Ł. Szczepański /REPORTER

I co dalej? Ostatnio Polacy reagują z powodów egzystencjalnych, ale będą działać (wybierać) na populistyczne hasła podparte ideologią. Pewnego rodzaju paradoks, który nie wróży nic dobrego. Znaleźliśmy się w swoistym pacie. Obecna władza się wyczerpała, działacze partyjni wikłają się w niejasne układy biznesowo-towarzyskie, a zmiana władzy nic nam nie da, może nawet być gorzej nie tylko z powodu kryzysu, ale i z powodu braku wykwalifikowanej kadry fachowców po tamtej stronie sceny politycznej.

Sondaże falują jak sinusoida, ale jakby nie patrzeć, lepie nie będzie, bo nie może być. Jednak jaki powód, „usprawiedliwienie” wybrać sobie dla przyszłego zła: władzę, która wchodzi w „kłopotliwe” interesy z dziwnymi ludźmi, i coraz bardziej traci kontrolę nad tym co się dzieje, czyli tą dzisiejszą, czy też kompletne dyletanctwo przyszłej, nowej władzy? To jest (będzie) dylemat.

Pożyjemy, zobaczymy. Tak, czy inaczej, lekko nie będzie.

andy lighter

Agencje ratingowe, koszyki i kryzys

Kryzys znów pokazuje zęby i właśnie skacze do gardeł wielu państw, głównie UE. Niemcy nie mogą sprzedać swoich obligacji, Włochy mają je najwyżej oprocentowane, itd., itd., itd. A Węgry zostały właśnie „nagrodzone” przez amerykańską agencję ratingową obniżeniem ratingu, czyli oceniły obligacje tego kraju, jako „mające śmieciową wartość”.

Idzie za tym niebezpieczeństwo dla Polskiej złotówki, bo inwestorzy światowi, forinta i złotówkę wkładają do jednego koszyka. Dlaczego wkładają do jednego koszyka? Ano dlatego, że jakaś ratingowa, albo ratingopodobna agencja tak im kiedyś poleciła (sic!) – doradziła.

Wszystkie kraje po kolei, które tracą wiarygodność w oczach agencji ratingowych, ostro protestują przeciwko nierzadko nieuczciwym, niesprawiedliwym i nierzetelnym praktykom stosowanym przez te agencje. Ale one pozostają absolutnie bezkarne. Jakiś kraj, niedawno próbował, czy tam straszył którąś z tych agencji procesem sądowym i żądaniem wielkich odszkodowań, na co one z rozbrajającym uśmiechem odpowiedziały: „My jedynie wyrażamy opinie. Nikt nie ma obowiązku nas słuchać”.

Są to kuriozalne tłumaczenia, bo wiadomo, że stanowią z bankami i giełdami system naczyń połączonych – to ta sama banda, a inwestorzy i klienci banków mają tu stosunkowo najmniej, jeśli w ogóle cokolwiek, do powiedzenia. Równie dobrze ci panowie, zarabiający bajońskie sumy na wróżeniu z fusów, mogą sobie rzucać kostką na mapie świata i gdzie wypadnie, tam… obniżamy. Finansowa mafia trzyma cały świat za gardło, a świat niczym bezwolne barany, daje im się prowadzić na „ichnie pastwiska”. A tak na marginesie, nie jest tajemnicą, że większość tej mafii to Amerykanie, najgłupsza nacja świata, jeśli idzie o wiedzę ogólną (do tego samego prowadzi zresztą nasza „unowocześniona” edukacja). Żeby nie przedłużać wspomnę tylko geografię, czy historię, tak dla przykładu. Kompletni, potrafiący pisać i czytać, ale jednak analfabeci. Powiązanie gospodarek, a więc i walut polskiej i węgierskiej jest objawem tego właśnie analfabetyzmu.

A obniżenie wartości Złotego może przynieść dla nas groźne skutki. Automatyczne podniesienie VAT-u i innych podatków, podrożenie wartości długów, wzrost bezrobocia – drastyczny, itp.

Chyba żeby…

Zastanowić się nad wariantem islandzkim, choć na zastanawianie się czasu zbytnio nie ma. Mamy na to szansę, ponieważ nie jesteśmy w strefie Euro i z tego co wiem, jeszcze, mimo chęci, nie czekamy w przedpokoju. Islandia znakomicie poradziła sobie z kryzysem, chociaż jej sytuacja była nieporównanie gorsza od naszej dzisiejszej sytuacji. Z dnia na dzień ten kraj stanął przed widmem bankructwa. I wtedy wszystko zaczęło się dziać jakby w przyspieszonym tempie. Możnaby odejść od systemu stałego kursu walutowego, który wprowadziliśmy w 1990 roku. W ostatnich dniach mieliśmy przykład ile kosztuje utrzymanie stałego kursu. NBP „na gwałt” kupował naszą walutę, aby uratować kurs PLN i… nie uratował, przynajmniej nie w takim stopniu jak planował.

Wejście na ścieżkę płynnego kursu waluty ma minusy, np. inflacja, ale ma też ogromne plusy, o czym przekonali się Islandczycy. Pobudza miejscową gospodarkę, zmuszając ją do produkcji dóbr zbyt drogich za granicą, oczywiście część tych dóbr. Wzrasta eksport w wyniku konkurencji. Bezrobocie spada. Kraje które odchodzą przynajmniej czasowo) od sztywnego kursu walutowego (USA w 1971r np.), są mniej podatne na kryzysy. To wszystko zrobili Islandczycy. I więcej.

Zmusili banki do renegocjacji długów hipotecznych swoich obywateli. Banki się zgodziły, bo nie miały wyboru(!), a państwo zapewniło pomoc prawników dla renegocjujących obywateli. Oczywiście banki, które ocalały, bo złodziejskim bankom pozwolono upaść, a to co z nich zostało, znacjonalizowano. Spokojnie, to nie komuna, państwo ma nieco większe udziały niż inwestorzy prywatni, bankami zawiaduje islandzki odpowiednik naszej Komisji Nadzoru Bankowego. Zagranicznym klientom upadłych banków, Islandia sukcesywnie zwraca ich oszczędności na uzgodnionych z tymi klientami warunkach.

Oczywiście Islandczycy płacą sporą cenę za kryzys. Ale już bardzo niedługo będą mogli o kryzysie zapomnieć. Już powoli zapominają, bo cena jest coraz mniej dotkliwa. Szybkość działania Islandii, oraz determinacja w chęci wyjścia z kłopotów, pozwoliły na przyjazne spojrzenie (i gesty, czyli kasę) Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla tego kraju. Islandia również nie zawahała się uruchomić swojej rezerwy walutowej.

Polska rezerwa walutowa

Czytałem ostatnio jakiś tekst nawiedzonego fachowca (chyba „Bardzo subiektywnie.bloog”, czy jakoś tak) o tym, jak to „szołmen” Kołodko plecie bzdury na temat użycia naszej rezerwy walutowej, w celu pokrycia części naszego deficytu budżetowego i na polonizację systemu bankowego. Tak mniej więcej zrobiła Islandia, tyle, że nie musiała odkupywać banków, bo te upadły.

Ów „specjalista” uświadamia mnie, że pieniądz to najzwyklejszy w świecie towar, tak jak praca, więc pracuje, a jak pracuje to musi zarobić. Wali jakieś chore teorie tak jakby chciał mnie przekonać do wzięcia kredytu w swoim banku. I choć ja mam pieniądze w szafie (rezerwę walutową), to on mi wmawia, że mają tam leżeć, a ja mam wziąć kredyt, bo tak trzeba. I tak się zastanawiam, czy ten gość wie, co to jest i po co, rezerwa walutowa? Śmiem twierdzić, że nie wie, a jeśli wie, to ściemnia, bo jest agentem jakiegoś banku, albo innego Skoku i musi wciskać kit.

Otóż spieszę z wytłumaczeniem, że rezerwy walutowe banku centralnego są zabezpieczeniem na czarną godzinę – na trudne czasy.  I choć nie jestem miłośnikiem profesora Kołodki (rzeczywiście jest szołmenem, zawsze nim był), to nie sposób odmówić mu wiedzy i umiejętności. Po przejęciu przez niego MF, dokonał cudów, a po nim również Belka, aby wyciągnąć Polskę ze stagnacji, jaką zostawił mu Balcerowicz, który zapomniał wyłączyć lodówkę, włączywszy ją dla schłodzenia gospodarki. Dokonywał cudów z sukcesem, nie bojąc się trudnych, niepopularnych decyzji – a lewizowiec niby.

Tym razem z Kołodką się zgadzam. Kiedy, jeśli nie teraz. Teraz jest dobry czas na… wyprzedzenie ciosu zadanego przez kryzys. Użycie rezerwy (oczywiście jej części, z ponad 100 mld $) na cele wskazane przez Kołodkę, mogło by przynieśc zbawienne skutki. Rzecz jasna, do tekiego posunięcia trzeba się najpierw przgotować. Jest tylko jedno „ale” – trzeba się szybko przygotować, co w wykonaniu premiera Tuska, ślimaka, bo żółw jest nieporównywalnie szybszy, jest raczej nieprawdopodobne.

W połączeniu z dewaluacją, moglibyśmy „gwizdać” (po cichu, ale jednak) na kryzys.

Mamy sporo szczęścia, że nie jesteśmy w strefie Euro, choć ja też uważam, że do Euro trzeba kiedyś wejść. Ale dziś strefa Euro jest chora i nie chce się leczyć. A leczenie odbywa się raczej metodą znachorską, kompletnie irracjonalną. Oto Estonia np., potężnie doświadczona przez kryzys, ale skutecznie się podnosząca, na skutek niewiarygodnych wyrzeczeń społeczeństwa, musi „ratować” Grecję, aby utrzymać jej status quo, czyli wyższy niż w Estonii poziom życia Greków. To paranoja strefy Euro: krew, pot i łzy, zmagających się z kryzysem Estończyków, mają służyć rozbestwionym, leniwym i będącym mistrzami świata w strajkowaniu i wysuwaniu żądań Grekom. Dopóki tak ma wyglądać paranoiczna solidarność euro landu, od strefy Euro powinniśmy się trzymać z daleka.

andy lighter

To już jest koniec możemy iść

Naszedł więc koniec kampanii wyborczej do parlamentu. Jutro będziecie siedzieć cicho (politycznie rzecz jasna), ja będę imprezował w Królewskim Mieście Krakowie. W niedzielę pójdziemy na wybory i będziemy czekać.

W jakiej Polsce obudzimy się w poniedziałek? Kto wygra? Kto z kim wejdzie w koalicję? Kto będzie rządził? Na część tych pytań będziemy mogli z dużym prawdopodobieństwem odpowiedzieć już w poniedziałek. Na część, trochę później, snując wcześniej domysły, prognozy i przedstawiając różne możliwości.

Nie jest tajemnicą, że jeśli wygra PiS, albo jeśli rozkład sił głównych partii będzie taki jak obecnie, będziemy mieli albo gorzej, albo w najlepszym wypadku tak samo jak dziś. Wieczne kłótnie, inwektywy, telewizyjne (i radiowe) jazgoty czterech, albo pięciu jednocześnie mówiących polityków, tematy zastępcze i… kryzys, którego opozycja, z lubością nie dostrzega, żądając więcej, szybciej, hojniej.

Ostatnia konwsncja PiS-u przed ciszą wyborczą

Będę głosował na Platformę Obywatelską, ale… chciałbym żeby przegrała. To wcale, wbrew pozorom nie jest paradoks. PiS, objąwszy rządy musiałoby się zmierzyć z drugą, „mocniejszą” falą kryzysu, który z całą pewnością nadejdzie. Z radością patrzyłbym jak prezes oddaje władzę po roku, półtora rządzenia, wijąc się jak piskorz aby wytłumaczyć „zerwanie koalicji”, z poparciem dla PiS nieprzekraczającym 12, 13 %. To byłoby bardzo bolesne dla kraju, ale myślę, że warto byłoby pocierpieć dla takich wspaniałych doznań. Dla przeżycia uczucia ulgi, kiedy w kolejnej kampanii wyborczej prezes i jego partia walczy w pocie czoła już nie o zwycięstwo, ale o uzyskanie dwucyfrowego wyniku, tak jak dzisiaj walczy SLD.

Ale na razie:

To już jest koniec nie ma już nic,
jesteśmy wolni możemy iść,
to już jest koniec możemy iść,
jesteśmy wolni bo nie ma już nic

andy lighter

Templariusze i Doktorzy No

Templariusze to byli tacy ludzie, którzy ze słowem bożym na ustach przejmowali „kontrolę nad światem”. Finansową kontrolę, a co za tym idzie kontrolę rzeczywistą. Dyktowali warunki polityczne, strategiczne, rozwojowe, sojusze, itp. Jednym słowem „rozdawali karty”, wytyczali i dyktowali co i jak ma się dziać.

Dziś świat się chwieje, pogrążony w chaosie zwanym „kryzysem finansowym”, a specjaliści twierdzą, zapewne nie bez racji, że to dopiero początek, pierwsze, niegroźne wstrząsy przez głównym wybuchem, o niewyobrażalnej sile zniszczenia. Pod koniec 2008. roku chyba, Amerykanie dorwali przebrzydłego starca, który rzekomo miał wywołać kryzys światowy. Współwywołać. Stary się rozpłakał, uderzył w piersi, dostał wieloletni wyrok i… 150 milionów dolarów grzywny, jeśli dobrze pamiętam. Przyczyna kryzysu została zneutralizowana, dziadzio skazany i… co z tego? I nic! Kryzysowa gra toczy się dalej.

Obowiązujący dziś fakt, że najbogatszym Amerykaninem (a nawet chyba drugim, bo ktoś go wyprzedził o parę dolarów) jest dziś Bill Gates z 40. miliardami dolców na koncie, budzi mój pusty śmiech. Gates, choćby w porównaniu do tego skazanego starca, którego dochodów nigdy nie poznamy, jest z całą pewnością jak biedny emeryt w porównaniu do Jana Kulczyka. On przez całe długie życie nic innego nie robił, oprócz robienia kasy. Nie jakichś inwestycji, samochodów czy innych lodówek, ale kasy – banknotów. Kiedy ktoś robi lodówki, albo komputery, musi myśleć o tych lodówkach i o kasie. On, tylko o kasie, więc podwójnie. A kiedy już miał tyle kasy, że gdyby nawet chciał nie mógłby jej policzyć zaczął się z paroma kolegami, takimi samymi jak on, bawić w rozmaite gry. A najfajniejszą grą jest… rozdawanie kart, dyktowanie warunków, czyli władza nad światem. Tym ciekawsza, że ukryta. Przejęli więc panowie za pomocą swoich pieniędzy, ową władzę i świetnie się przy tym bawią: „No to teraz sobie pod tego pioneczka staniemy i zmusimy go do takiego ruchu, jaki nam pasuje, żeby sobie dupka wziąć smacznie na widelczyk”. Nawet nie potrzebują podnosić dupska ze swoich legowisk przy uczcie, wysyłając do tego swoich żołnierzy w postaci firm reatingowych czy innych MFW. Dają im jakieś okruchy ze stołu i niczym Doktorom No, dają „poszaleć” spoglądając z góry zaplanowane (albo i nie, ale zawsze ciekawe) wyniki. A jak by się który zorientował o co w tych grach chodzi, zawsze można podesłać jakąś pokojówkę do pokoju hotelowego i „palanta” zneutralizować.

Oczywiście tymi „pioneczkami” były (są) potężne banki, organizacje międzynarodowe i wreszcie całe państwa. Pomijam tutaj Grecję, której władza po prostu oszukiwała swoich obywateli i dawała im „igrzyska” po to, aby utrzymać władzę.

Można by się zastanawiać: „To po co było się tak zadłużać, po co było bankom udzielać takich łatwo dostępnych, niekontrolowanych kredytów, itd.?”. Można by. Ale nic się nie dzieje bez przyczyny. Dlaczego Filip IV Piękny tak się zadłużył u Templariuszy, aby zadośćuczynić swojej próżności? Groził im? Błagał na kolanach? Nie sądzę? Jestem przekonany, że Templariusze, jak w każdej konkurencji, robili dokładnie to samo, co robi się dzisiaj w okienku telewizora: „Przyjdź do nas! Weź kredyt, damy ci rabat taki, jakiego nie da Ci nikt inny!”. Jednym słowem zachęcali do… próżności. A próżność jest jak alkoholizm – przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Ci od „pioneczków” doskonale o tym wiedzą i rozgrywają swoją grę, popijając najlepsze trunki i obmyślając dalsze strategie.

Ciekawy jestem, jaki będzie dalszy scenariusz. Czy racje będą mieli ci, którzy wieszczą, że „Żyjemy w czasie ostatecznym, bo ludzie sami spowodują… koniec”?, Czy może znajdzie się jakiś Filip Piękny, który przyjdzie po rozum do głowy i spali na stosie dzisiejszych Templariuszy. A jakiś „James Bond” po prostu zmiecie z powierzchni ziemi agencje reatingowe, MFW-fy czy inne „banki rozwoju”. Nie do wiary, ale świat kiedyś doskonale sobie bez nich radził.

Weźmie się czerwony długopis i najzwyczajniej w świecie przewróci nim plansze do gry z pionkami i biesiadne stoły zgrzybiałych, nudzących się swoim bogactwem starców, przekreślając „wyniki ich gier”, ich samych tym samym paląc na stosie”. Paru „wyklętych” przez nich (banków), jak to z Templariuszami bywa (lubią kanalie „wyklnać”), padnie, ale „nie szkoda róż, gdy płonie las”, tym bardziej, że te róże jakieś… zarażone są niebezpiecznie.  Pozostaną jedynie długi między państwami, odpowiednio zmodyfikowane.

Po Templariuszach, na długi czas nastąpił spokój. Przynajmniej finansowy w wymiarze globalnym. A i świat, mimo „nieprzyzwoitości uczynionej zakonnikom”, stał się zdrowszy, bo zakonnicy byli nieprzyzwoici.

To taka współczesna bajka jest, ale jak to z bajkami bywa, warto by się nad nią… zadumać.

andy lighter

Konie i… kryzys

Przy okazji oglądania zdjęcia roku wybranego w konkursie Grand Press Photo 2011, zacząłem oglądać inne nagrodzone prace. Był wśród nich fotokast Piotra Małeckiego (Napo Images dla „Polityki”) „Miejskie konie”.

To jest obraz o tym co się stało z końmi, ale przecież przy tym i z ludźmi, w kraju według nas, do niedawna mlekiem i miodem płynącym. Jak niewiele trzeba, żeby człowiek wyrzucił „niepotrzebną rzecz na śmietnik”. A ja myślałem, ze tylko u nas, z psami dzieje się tak na początku lata.

Chociaz można ten materiał ściągnąć z You Tube, zwróciłem się do autora. Otrzymałem zgodę na umieszczenie tego „reportażu” u siebie na blogu.

Dedykuję ten film tym, którzy obecny rząd oskarżają o to, że puścił, puszcza Polskę z torbami i którzy są pewni, że gdyby rządził kto inny, np. Balcerowicz, albo Kaczyński, albo inna lewica to o kryzysie słyszelibyśmy jedynie w telewizji i czytali w gazetach, sami opływając w dostatku, bo przecież oni znakomicie wiedzą i wiedzieli co trzeba, żeby tak właśnie było. Irlandia. Dwa lata temu, „Tygrys Europy”!

Uprzedzam, że to, co zobaczycie jest drastyczne, początkowe fragmenty wręcz bardzo drastyczne. Jednak przez to niezwykle wyraziste, przekonujące. Zbyt wrażliwym (choć sam taki jestem) odradzam oglądanie.

andy lighter