„Święto PiS-u”

Dziś już wiadomo, że 10. kwietnia każdego roku, jest kolejnym świętem państwowym: „Dniem PiS-u”. Prawo i Sprawiedliwość oficjalnie zapowiedziało zajęcie Krakowskiego Przedmieścia na cały dzień i zażądało, żeby im nie przeszkadzać. Ze wstydem przyznaję, że, niestety, władze państwowe i warszawskie „przyjęły to do wiadomości”. Zupełnie jak w powiedzeniu: „Pan każe, sługa musi”.

Obchody zaczęły się zresztą wcześniej. Oto już 8. kwietnia wdowa po generale Błasiku opowiadała, jak to zbezczeszcza się pamięć jej męża, jak on dbał o lotnictwo, jak nie ulegał żadnym politykom, wykłócając się o dobro swoich podwładnych. Pani generałowa zapewne przez zapomnienie nie dodała, że jej mąż nie zrobił nic po katastrofie w Mirosławcu, że jej mąż był ulubieńcem prezydenta, czego dowodem są jego niespotykanie szybkie awanse, że wbrew wszelkim procedurom, jej mąż, a nie kapitan samolotu meldował prezydentowi gotowość samolotu do startu.

A minister kultury na to, że wdowy, rodziny mają szczególne prawo do bólu…, itd. Państwo zresztą idzie dalej. Dużo dalej. Zarówno komisja Milera, jak i prokuratura. W cudowny sposób zniknęły promile z organizmu gen. Błasika, chociaż wiadomo, że będąc bliskim współpracownikiem innego generała, charakteryzującego się koloratką zamiast krawata abstynentem być nie mógł, a w tym feralnym locie nawet nie musiał. W ciele prezydenta promili w ogóle nie było, chociaż wiadomo, że poprzedniego wieczora, do późna, nieźle zabalował (z doświadczenia wiem, że promile nie mają zdolności ani ochoty, szybko organizm człowieka opuszczać). Państwo (prokuratura z pomocą Instytutu Ekspertyz Sądowych Sehna) zadbało o to, aby z czarnych skrzynek, w cudowny sposób zniknął głos generała Błasika, nie tylko jako nierozpoznany, ale w ogóle głos zniknął. W nagrodę Instytut dostał dofinansowanie.

Państwo (prokuratura) w ogóle pomija wątek odpowiedzialności za lot z 10. kwietnia Kancelarii Prezydenta, BBN-u, przerzucając ją (tę odpowiedzialność) na Kancelarię Premiera i UOP. W ogóle nie jest ruszana kwestia odpowiedzialności za listę pasażerów feralnego lotu. Nawet gdyby… (przepraszam, ale skoro tak miało być…), zginęła para prezydencka i kilka osób, ok. 90, 80, dalej by żyło. Nigdzie na świecie, nigdy, nie zdarzyło się, aby prezydent jakiegokolwiek kraju brał na pokład samolotu, którym ma lecieć, tylu VIP-ów. Jedynie prezydent RP, ten prezydent – Lech Kaczyński, tak potrafił. Zresztą, praktykował już z VIP-ami z innych krajów, w dodatku zabierając ich na teren objęty wojną. Wyjątkowy cynizm, wyjątkowa buta, wyjątkowa „ważność”. Te cechy były zresztą jego znakiem firmowym.

Nie mogę pojąć, dlaczego tej ostatniej kwestii nie rozumieją niektóre rodziny ofiar katastrofy, nie tylko nie artykułując pretensji do byłego prezydenta i jego ludzi, ale jeszcze bijąc mu pokłony i śpiewając mu hymny pochwalne. Przecież ich krewni zginęli przez tych ludzi!

Można by tak jeszcze długo ciągnąć, ale na koniec ograniczę się do jeszcze jednego zaniechania państwa (prokuratury). W ogóle nie mówi się o odpowiedzialności żyjących ludzi prezydenta: Dudy, Waszczykowskiego, Sasina… Ten ostatni, jak się okazuje, pojechał tam jako „turysta” i kontaktował się z Konsulem RP,  jako wysłannik posła na sejm, Jarosława. Sasin miał psi obowiązek zajmować się wszystkimi ofiarami, a w szczególności prezydentem (co „robił’ – kontaktowanie się z Konsulem, to trochę mało) i „ludźmi prezydenta”. To samo dotyczy bezczynności pozostającego w kraju zastępcy szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Waszczykowskiego, który od dnia katastrofy przychodził do pracy i…, no właśnie, i co? Aż ciśnie się pod palce wystukanie: „chowa…”. Oczywiście nigdy się nie dowiemy czy moje wywody są racjonalne. Wszak państwo o to zadba.

Ciekawy jestem, co robili jeszcze przez miesiąc w pracy, pracownicy kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oprócz „sprzątania” oczywiście.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy rano rozpoczęto Dzień PiS-u słowami hymnu:

„Marsz, marsz Dąbrowski,
Z ziemi włoskiej do Polski.
Za twoim przewodem
Złączym się z narodem”.

Przecież jasne jest, że powinno być: „Marsz, marsz Kaczyński, z ziemi polskiej do Wolski…”. Że co, że się nie zgadza? Przecież oni mają wprawę w „unowocześnianiu” tekstów najważniejszych pieśni.

Święto PiS-u jest świętem smutnym, ale oni takie właśnie lubią najbardziej.

andy lighter

Niebezpieczny Kaczyński

Prezydent Lech Kaczyński był wielki. Jego wielkość napawała lękiem cały świat do tego stopnia, że postanowiono go zgładzić. I to nie tylko Rosjanie, również Amerykanie by się nie zawahali, gdyby zamach smoleński się nie udał.

Rzeczywiście, jego wielkość nie podlega dyskusji. Miał przecież tak potężnych sojuszników, jak prezydent Saakaszwili z Gruzji, czy Adamkus z Litwy. Nie to, co jakiś tam psychol z Korei Północnej, mający za sojuszników jakich tam, byle jakich Chińczyków.

Że sobie puszcza bombki nad Japonią, to tylko taka zabawa, wiadomo, że się nie odważy. Lech Kaczyński to zupełnie inna liga – polityk, który trząsł całym światem poważnie, a nie na niby, jak ten Koreańczyk. Ponieważ miał swoje zdanie i wszyscy musieli się z nim liczyć, nawet jak było im nie w smak, a zwłaszcza wtedy. Nie po drodze było z nim ani Rosjanom, ani, jak się okazuje zdradzieckim Amerykanom, że o Niemcach nie wspomnę.

Skoro już to wiemy, Jarosław Kaczyński długo to ukrywał, ale w końcu, kiedy Amerykanie przestali owijać w bawełnę, to hipoteza zamachu przestaje być już hipotezą. Staje się oczywista.

I tak się zastanawiam… Przecież Lech Kaczyński zapewne zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Byś może stąd tak obszerna lista pasażerów. Przecież cywilizowany świat nie zabija niewinnych ludzi…

Tylko jak to się stało, że Saakaszwilemu się upiekło? No bo Adamkusowi to własny naród uratował życie. Tylko ze względu na jego bezpieczeństwo podziękowali mu za prezydenturę. U nas by to nie przeszło, naród niczego się nie domyślał, więc Lech Kaczyński wygrał by w pierwszej rundzie i to przytłaczającą większością. Komorowskiego by zwyczajnie ośmieszył.

andy lighter

Pojawia się i znika – trotyl w samolocie

A właściwie w samolotach. Prokuratura oświadczyła, że w ciałach ofiar katastrofy smoleńskiej nie wykryto śladów obecności materiałów wybuchowych. Ale niedługo potem dowiadujemy się, że ślady materiałów wysokoenergetycznych wykryto w tupolewie o numerze bocznym 102.

No, to się porobiło. Czekamy, może ktoś w Rzepie napisze o trotylu i nitroglicerynie? Chociaż wiadomo, że oba tupolewy używało wojsko, ja spokojnie czekam na konferencję Antoniego Macierewicza. Nawet wiem, jaką informację usłyszę:

Otóż oczywistą oczywistością jest, że zamachowcy nie wiedzieli wcześniej, którym Tupolewem poleci do Katynia prezydent Lech Kaczyński. Dlatego umieścili oni trotyl z nitrogliceryną w obydwu samolotach! Po wszystkim, po cichu usunęli trotyl z samolotu 102. Ot i cała tajemnica.

A że prokuratura twierdzi, że nie było trotylu? Przecież cały PiS, czyli Naród, z prezesem Kaczyńskim na czele wie, że prokuratura kłamie.

andy lighter

Szokująca hipoteza

W obliczu niedawno powstałej hipotezy o obecności trotylu i nitrogliceryny we wraku prezydenckiego tupolewa, niewiele już może nas zdziwić. Zdaje się obowiązywać zasada: żadnej hipotezy, nawet najbardziej absurdalnej, nie można wykluczyć.

Tym bardziej, że po oskarżeniach (między wierszami oczywiście) polskiego rządu o zamordowanie lub współudział w zamordowaniu 96. sześciu osób, sformułowanych przez prezesa Kaczyńskiego, prokurator generalny zamiast wszcząć z urzędu postępowanie przeciwko prezesowi PiS o znieważenie i bezpodstawne oskarżenie najwyższych przedstawicieli Rzeczpospolitej, ten, prywatnie się z nim spotyka i pozwala besztać i znieważać przedstawiciela prokuratury wojskowej, prowadzącej śledztwo smoleńskie. Zresztą besztanie i stawianie na baczność niższych i wyższych rangą przedstawicieli wojska (i nie tylko), jest cechą charakterystyczną obu braci Kaczyńskich. I była nią za czasów ich rządów, a potem za ‘panowania” Lecha Kaczyńskiego.

Zważywszy na wiele kuriozalnych okoliczności, w Internecie pojawiła się kolejna hipoteza: „A może to brat zabił brata, żeby zająć jego miejsce?, pyta reżyser filmowy Andrzej Saramonowicz. „Wszak nawet Biblia zna takie przypadki. To co, badamy to jakoś panie Jarku?…”, stwierdza i pyta reżyser niejako w odpowiedzi na słowa prezesa PiS, który niedawno raczył był stwierdzić: „Prawdziwe poważne śledztwo powinno zbadać wszystkie, nawet bardzo mało prawdopodobne hipotezy’”. Nie może, więc dziwić wysuwanie hipotez nawet tak nieprawdopodobnych. Oczywiste jednak dla mnie jest, że pewne hipotezy rozważane nigdy nie będą, nawet jeśli są o wiele bardziej prawdopodobne niż ta, wysunięta przez pana Saramonowicza. W myśl idiotycznej i skrajnie niesprawiedliwej zasady: „Niektórych pokrzywdzonych się nie sądzi”. Piszę „niektórych”, bo oczywiście chodzi o rangę. Niektórych wystawia się na żer, np. pilotów, zresztą moim zdaniem współwinnych.

Ja, w swoich tekstach, choć nigdy nie posunąłem się aż tak daleko jak pan reżyser, również zadawałem pytania, które, o czym jestem absolutnie przekonany, pozostaną bez odpowiedzi, nawet jeśli odpowiedzi „wyszłyby same” – narzucałyby się, zostaną starannie rozmyte lub ukryte, a najpewniej w ogóle nie dotknięte.

Są to pytania o absolutnie nadrzędną rolę kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego w organizację lotu. Kto o tym decydował? Jaka rolę w tym pomyśle odgrywał Jarosław Kaczyński? Jaką Aleksander Szczygło, znany z nieukrywanej nienawiści do Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego i w ogóle do zjawiska „straciliśmy władzę”? Przypomnijmy sobie jego bezprecedensowe ignorowanie jakiegokolwiek obowiązku współpracy kancelarii, w ogóle urzędników prezydenta Lecha Kaczyńskiego z rządem i urzędnikami rządowymi. Jestem przekonany, że rola tego człowieka w tym, że śmierć poniosło poza nim 95 osób jest przeogromna i absolutnie niedoceniana.

Kto jest odpowiedzialny za listę pasażerów samolotu i dlaczego nikt nie wskaże tych osób rodzinom ofiar smoleńskich? Dlaczego nikt nie zasugeruje rodzinom ofiar, że ich bliskich nie powinno być na pokładzie tego samolotu i że odpowiedzialność za ich tam obecność ponoszą ludzie prezydenta (w szerokim tego słowa znaczeniu – nie wykluczam również brata)?

Dlaczego wybiela się obecnych na pokładzie za współodpowiedzialność w presji na pilotów? Głos gen Błasika w cudowny sposób, w Instytucie Sehna zniknął z zapisów rejestratorów kabiny pilotów., a słowa dyr. Kazany o niezadowoleniu prezydenta, oraz „decyzja „Będziemy próbować do skutku”, są kompletnie bez znaczenia. Zresztą, okazuje się, że „… bez skutku”, w ogóle nie było (choć wcześniej były i że ten głos w ogóle nie należał do Kazany.

Te pytania są pytaniami pomocniczymi do tezy: „Do katastrofy i jej rozmiaru doprowadził prezydent, jego decyzje i jego kancelaria”. Jest jasne, że nie zostanie ona wzięta pod uwagę przez prokuraturę. Tak jak nie zostaną zbadane inne hipotezy, o wiele bardziej zasadne niż ta o zamachu, albo przynajmniej zasadne tak samo.

Instytut Sehna oddał w śledztwie nieocenione usługi: niewygodne głosy zniknęły, albo nie należą do przypisanych osób, pewnie krasnoludki tam gadały z pilotami, a w ogóle nie gadały, bo tych głosów nie było – naród się schlał i miał omamy słuchowe. To pierwszy znak, że smoleńskie śledztwo jest po pierwsze nierzetelne, a po drugie jego wynik oszczędzi (moim zdanie słusznie) rząd Tuska, ale i (moim zdaniem niesłusznie, bo niesprawiedliwie) sprawców. Być może, dla usatysfakcjonowania bliskich ofiar, winnymi okażą się Rosjanie, być może nawet jako zamachowcy. To by już było mistrzostwo świata, ale niczego już nie wykluczam.

Szkoda mi tylko tych ludzi, którzy otumanieni i oszukiwani chodzą po ulicach i krzyczą: „Jarosław, Polskę zbaw”.

andy lighter

Posmoleńskie pretensje

Tak, mam pretensję do władz za katastrofę smoleńską. Ale do władz te pretensje nie są największe. Największe pretensje za katastrofę smoleńską nam do całej klasy politycznej i do mediów! Do polityków, tabunami odwiedzających różne stacje telewizyjne, rozgłośnie radiowe i redakcje gazet, do dziennikarzy, a nawet do siebie i innych… blogerów. Za brak wcześniejszej reakcji.

To te środowiska powinny sprawić, że do katastrofy smoleńskiej w ogóle by nie doszło. Wystarczyło wcześniej „zlinczować” medialnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Za Tbilisi.

Pamiętam, jak „gruby”, bo z nadmuchanym jak balon ego, prezydent Kaczyński, postanowił odwiedzić swojego koleżkę Saakaszwilego, żeby podnieść go na duchu. Żeby jednak podniesienie było znaczniejsze, ważniejsze i żeby może ktoś je zauważył, zaprosił na pokład swojego samolotu prezydentów Litwy, Ukrainy, Łotwy zdaje się i kogoś jeszcze. Czterech prezydentów chyba tam było w tym samolocie, lecących między pociskami rosyjskiego wojska. My zauważyliśmy tylko, słusznie zresztą, kwestię „takiego zamachu, jakiego prezydenta”. A nie zauważyliśmy rzeczy o wiele ważniejszej.

Co powiedzieliby nam Ukraińcy, Litwini i inni, gdyby jakiś rosyjski działowy dobrze przycelował i strącił nierozpoznany przez siebie samolot, uznany za wrogi? Mieli by pretensje do Rosjan? Czy do Polaków, za głupotę swojego prezydenta, biorącego na pokład zagrożonego przecież samolotu (bo że Rosjanie go nie kochali tajemnicą na świecie nie było). Pycha i karykaturalna balonowatość egoizmu naszego prezydenta nie miałaby wtedy dla nich znaczenia. My – Polska, bylibyśmy winni śmierci ich władców. A przynajmniej współwinni.

Wtedy Lech Kaczyński powinien być przez nas, przez polityków, dziennikarzy, nawet Kościół, zlinczowany medialnie. Za głupotę Za kompletny brak odpowiedzialności. Gdyby ktoś, wtedy, powiedział mu, co mogłoby się stać… Gdyby ktoś, wtedy, powiedział mu, że ktoś, komu mózg służy do czegoś więcej niż noszenie bereta, może by otrzeźwiał, zawstydził się, spojrzał wstecz przestraszony i… zrozumiał, że pewnych granic przekraczać nie można.

I być może wtedy nie było by samolotu do Smoleńska, wypełnionego poza premierem i marszałkiem sejmu, wszystkimi, najważniejszymi ludźmi w tym kraju. Prezesa Narodowego Banku, całego(!!!) dowództwa polskich wojsk, wielu szanowanych obywateli i cenionych polityków.

Nikt mu nie powiedział, więc nie wiedział, bo nadmuchane ego strasznie przesłania zdrowy rozsądek, niestety.

A gdyby był zamach nawet… no cóż, mielibyśmy żałobę. Zginąłby prezydent mojego kraju. Ale żyło by wielu ważnych, mądrych, dobrych, oddanych krajowi ludzi.

Bo jaki prezydent na świecie absolutnie wyklucza zamach? Jaki absolutnie wyklucza awarię samolotu? Jaki kulom się nie kłania, albo siłom żywiołów?

Tylko głupi. Nasz. Lech Kaczyński.

Całe więc to dzisiejsze śledztwo, szukanie winnych, kłótnie i propozycje „obywatelskich komisji”, albo innych międzynarodowych, uważam za durnotę. Stało się „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. I kompletnie nieważne jest dla mnie, czy to mgła go poniosła, czy zamach, spóźnienie na samolot, czy jego kancelaria. Głupota i brak odpowiedzialności go poniosły moim zdaniem.

Lech Kaczyński, nawet gdyby był najlepszym polskim prezydentem w dziejach, za Tbilisi i za listę pasażerów lotu do Smoleńska, nie tylko nie powinien spocząć tam, gdzie spoczął, ale jego cały dotychczasowy dorobek polityczny powinien zostać zdyskredytowany. Jako dorobek człowieka niebezpiecznego dla siebie i innych.

andy lighter

Strzały do prezydenta

Oto nawet po śmierci, nie ustają zamachy na polskiego prezydenta wszechczasów Lecha Kaczyńskiego. Ktoś ośmielił się dokonać zamachu na zdjęcie męczennika III RP.

Fotografia Lecha Kaczyńskiego umieszczona w oknie biura poselskiego posła PiS, Andrzeja Jaworskiego została „ostrzelana”. Widać na niej dwie dziury, być może po strzałach z broni pneumatycznej. Sprawą natychmiast zajęła się policja w Sopocie, gdzie znajduje się siedziba owego biura z „obrazem” bohatera na szybie. Poseł Jaworski zaistniały fakt określił, jako wandalizm polityczny. I byłbym skłonny przyznać mu rację, gdyby nie pewne skojarzenia.

Otóż PiS nie pozostawiał i przy każdej nadarzającej się okazji do dziś nie zostawia, suchej nitki na policji i służbach państwowych za ściganie i karanie człowieka, który strzela sobie do wizerunku prezydenta Komorowskiego. Przecież, argumentują, to tylko obrazki, zabawa, w żaden sposób niedyskredytująca prezydenta, a wyrażająca jedynie sprzeciw, wobec głoszonych przez głowę państwa poglądów. Głoszący „bezczeszczenie” wizerunku Lecha Kaczyńskiego oczywiście wysuną zaraz argument, że takie strzelanie to niebezpieczna zabawa i mogła kogoś zranić lub zabić. Nic podobnego.

Sam doświadczyłem kilka lat temu strzelania do mojego okna ze śrutu, czy czegoś tam. Jakiś debil po prostu chciał sobie postrzelać i ostrzelał moje i sąsiada okna. Trzy kule (czy jakieś ta inne naboje) przebiły pierwszą szybę w moim oknie i nie tylko nie przebyły drugiej, ale mimo przebicia pierwszej na wylot i pozostawienia idealnie okrągłych otworów z nieco większymi okrągłymi odpryskami wokół nich, nie wpadły nawet między szyby. Od razu wiadomo było, że to idiotyczna zabawa jakiegoś bezmózga, a nie chęć zranienia, czy zabicia kogokolwiek.

To samo zapewne miało miejsce w Sopocie. I o ile nie mam pojęcia dlaczego jakiś idiota strzelał akurat w moje okno, o tyle mogę sobie wytłumaczyć dlaczego jakiś idiota strzelał w okno ze zdjęciem Kaczyńskiego. Takie zdjęcie to prowokacja i nie tylko zdjęcie, ale cała zadyma (co i rusz od nowa wzniecana) smoleńska, w której to zadymie Lech Kaczyński i katastrofa smoleńska są absolutnymi synonimami. A większa część społeczeństwa jest już tym tematem zniesmaczona, zmęczona i ma go zwyczajnie dość. Może więc to strzelał idiota, a może ktoś zmęczony i zniesmaczony. PiS bowiem „jedzie” tym tematem coraz bardziej po bandzie, niczym żużlowiec pokonujący zakręty bez hamulców, albo narciarz zjeżdżający „na krechę” z Mont Everestu smoleńskiego absurdu na złamanie karku, irracjonalnie, nie bacząc na bezpieczeństwo widzów, czy zejścia lawiny niszczącej wszystko co napotka na swej drodze. Jak widać napotyka! I niszczy!

Poseł Jaworski, jak już wspomniałem, uważa to zajście za wandalizm polityczny. Moim zdaniem, wandalizm to jest jak najbardziej i policja powinna się tym zająć. Ale czy polityczny? Jak się wymachuje czerwoną płachtą na byka, nie można się dziwić, że byk „oszaleje”.

Oczywiście wiadomym jest, że członkowie i sympatycy PiS uwielbiają prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego wizerunki, zdjęcia są przez nich niemal czczone. I w tym kontekście nie mogę nie wyrazić swojego zdziwienia, które naszło mnie, gdy oglądałem owo okno ze zdjęciem. Jak to się stało, że wizerunek czczonego prezydenta tysiąclecia został umieszczony za okiennymi kratami? Przecież skojarzenia nasuwają się same – ośmieszają. Nie mogę wyjść z podziwu, że pisowska szara eminencja na Pomorzu nie została jeszcze oskarżona o bezczeszczenie pamięci największego Polaka. Tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie, że za skojarzenia właśnie, oskarżona kiedyś została butelka piwa. I to skojarzenia daleko bardziej „luźne”, bo dotyczące tylko nazwy (o wiele starszej od prezydentury Lecha Kaczyńskiego) i tylko temperatury spożycia.

Fot. Łukasz Dejnarowicz /Agencja FORUM

A co do mojego okna… Tylko raz przyszli policjanci. Zobaczyli i… poszli, chociaż bardzo łatwo było wytypować kilka okien z przeciwka, z których mogły paść strzały. Ale kto by tam sobie głowę pierdołami zawracał. Poseł Jaworski i… prezydent wszech czasów to zupełnie co innego.

 

andy lighter

Emerytalna zadyma

Sam, na własne uszy słyszałem, bo z racji tego, że polityką interesuję się od ładnych paru lat, jak prezydent Lech Kaczyński mówił o tym, że Polacy powinni pracować dłużej.

Rzeczywiście mówiąc o Hitlerze, Jarosław Kaczyński zwracał się do Ruchu Palikota, bo patrzył nie przed siebie (na posłów PO), nie na premiera, na ławy rządowe (podejrzewam, że ma prawostronne skurcze mięśni szyi, kiedy stoi na mównicy), nie na SLD, z którego liderem wyszedł do związkowych zadymiarzy, więc…

Porównując więc Palikota (jego Ruch) do Hitlera, musiał wkurzyć posłów tej partii. I żadne jazgoty Kemp, Dornów i innych, twierdzących, że Palikot nie powinien w sejmie zasiadać. W najbliższych wyborach Dorn razem z Kempą dowiedzą się kto powinien, a kto nie, w sejmie zasiadać.

Marzę o tym (chociaż wiem, ze będę płakał, ale i tak marzę), aby PiS doszedł do władzy i aby PO przez długie lata do władzy nie wróciła. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu: za dziesięć, dwanaście lat, to Kaczyński, może na spółkę z „agentem 007” Kłopotkiem(bo oni w koalicji zawsze się odnajdują) będzie podnosił wiek emerytalny. Będzie musiał!!! Byłbym zdziwiony, gdyby przez najbliższe 10, 15 lat PO, czy Ruch Palikota walczyli o władzę. Niechby PiS, na spółkę z SLD (i doczepką chorągiewkowego PSL-u), przełykali tę ustrojową, jak by nie było, żabę.

Solidaruchy (nigdy bym tak nie nazwał siebie i „moich kolegów” z roku ’80, ’81), zablokują wyjście posłów z sejmu. Gdybym był posłem, wyszedłbym i szedł przed siebie („Przepraszam, chcę przejść”). Jasne jest, że zostałbym dotkliwie pobity. Ciekawe, co by wtedy było? To, co wyczynia Silidarność jest ograniczeniem wolności. Przedstawiciele niecałego miliona ludzi (członków związku), narzucają wolę wybrańcom 37 milionów. To jest numer.

Blokujący – widziałem w telewizji, to w ogromnej liczbie starcy. Już na emeryturze, albo emeryci za pół roku. Działacze tak im mieszają w głowach, ze ci, skołowani, a poza tym i tak niekoniecznie rozgarnięci (takimi najłatwiej manipulować) wołają o „pracy do śmierci”.

Wczoraj na własne uszy słyszałem 55-latkę, oczywiście solidarnościowę przed sejmem, która z troską i pisowską zapalczywością zapewniała, że do 67. roku życia nie da rady pracować. Nie ma zielonego pojęcia, że będzie pracować o kilka miesięcy dłużej ponad sześćdziesiątkę, reforma bowiem jest rozciągnięta, bo związkowcy zadbali o to, aby ludzie się o tym nie dowiedzieli. Kobiety (szczególnie należące do związków) 59-letnie, SA przekonane, że będą pracować do 67.

Potężną w tym zasługa rządu, ale to już inny temat.

A Palikot? Palikot ma rację. Wszystko co powiedział, a potem powtórzył i rozwinął na konferencji prasowej, się zgadza. Lech Kaczyński, prezydent Polski, bez Jarosława, Lech był kompletnie bezradny. Każdy, kto obserwował w latach 2005 – 2010 scenę polityczną, musi to wiedzieć. No, chyba, że jest prawdziwym Polakiem . Znamienne są słowa w związku z telefonem prezydenta ze Smoleńska: „Lech Kaczyński nie rozstawał się ze swoim telefonem”. Ja w to wierzę, nie mógł, bo musiał słuchać instrukcji, w każdej sprawie. Instrukcji Jarosława rzecz jasna. On był liderem tego duetu. Zauważyliście, Że zawsze Lech był wysyłany „do pracy”? Jarosław pozostawał… w cieniu.

andy lighter