Wałęsa i litewska „marchewka”

Były prezydent Lech Wałęsa odmówił odebrania przyznanego mu przez władze Litwy Krzyża Wielkiego Orderu Witolda Wielkiego, jednego z najważniejszych odznaczeń litewskich.

Lec h Wałęsa Zdj. gadu-gadu.pl

W liście skierowanym do ambasador Litwy w Polsce Lorety Zacharewicz (a co! – to polski blog) Wałęsa wyraził podziękowanie za przyznanie mu orderu władzom Litwy, w tym pani prezydent Dalii Grzybowskiej (nawias: jak wyżej). Prezydent wyraził zaniepokojenie obecną sytuacją mniejszości polskiej na Litwie. „(…) Jestem przekonany, iż ramy współpracy naszych państw w ramach Unii Europejskiej powinny ten respekt dla praw mniejszości polskiej w Republice Litewskiej wzmacniać, a nie ograniczać”. Najważniejszy jest jednak fragment listu, w żaden sposób nie do podważenia: „Mam głęboką nadzieję, że władze Republiki Litewskiej doprowadzą do sytuacji, kiedy będę mógł przyznane mi odznaczenie odebrać, ale w warunkach respektowania prawa, moich rodaków i mojego własnego, do używania – tak jak na całym świecie – własnego imienia i nazwiska.

Odnoszę wrażenie, że wielu komentatorów wyrażających zrozumienie dla dążenia Litwy do poszanowania litewskiego języka i Litwy, jako własnego kraju również przez mniejszości, niekoniecznie „łapie” problem całej tej sytuacji i „tłumacząc Litwę” spłyca sprawę. Dążenia władz Litwy są jak najbardziej słuszne i nikt o zdrowych zmysłach nie powinien tych dążeń kwestionować. Jednak, mój sprzeciw co do np.  ustawy o oświacie nie polega na tym, abym chciał zachować i kontynuować naukę języka litewskiego przez mniejszości, po macoszemu. Chodzi jedynie o to, żeby zmianę wprowadzać stopniowo. Nie można przecież od ucznia, uczonego przez dziesięć lat przedmiotu na „aby-aby”, po następnym roku nauki wymagać, aby zdał egzamin z przedmiotu tak, jak będą go zdawać uczący się go „do bólu”. I nie idzie tu o litewskie literki czy ortografię, ale o literaturę, której przez rok się nie nadgoni, nie ma takiej możliwości. Zmiany więc – tak, ale stopniowo, rozpoczynając „normalną” naukę od wcześniejszych klas. Jeśli takiej zmiany nie będzie, można sobie jedynie wyobrazić odsetek oblanych egzaminów maturalnych z języka litewskiego przez uczniów polskich szkół (klas).

Zastanawiam się, czy taki kształt ustawy powodowany jest niedbałością ustawodawców i ich brakiem wyobraźni, czy ma „głębszy sens”. Sens pt. „marginalizacja” – zepchnięcie do roli „gorszej części społeczeństwa”, mniejszości narodowych. Obawiam się, że to drugie.

Nie kupuję też hasła, że oto polska mniejszość miała ogromne, nieporównywalne z mniejszościami w innych krajach, prawa na Litwie. To jest prawdą, ale nie jest prawdą, ze Polacy wyrwali te prawa Litwinom z gardła. Taka była polityka ZSRR, a była taka dlatego, że Rosjan na Litwie było (i jest) niemal tylu ilu Polaków. Dbając więc o komfort życia Rosjan na Litwie, Sowieci nie mogli nie uwzględnić komfortu jeszcze większej liczby Polaków. Rozumiem dążenia Litwinów, ale nie da się w tych sprawach przeprowadzać rewolucji, nie narażając się przy tym na „oskarżenie” o jakieś niecne, ukryte zamiary.

O nazwiskach nie ma się nawet co rozwodzić, bo to jest kuriozalne. Wszędzie na świecie Georg Bush jest Georgiem Bushem, albo Dżordżem Buszem, albo podobnie. Wszędzie na świecie Lech Wałęsa to jest Lech Wałęsa, albo Lek Walesa, albo Lech Valesa… Niech się sami Litwini nazywają jak chcą, ale kompletna zmiana cudzego nazwiska, albo przymusowe zmienianie nazwiska na inne, niż mieli rodzice, to już jest…, nawet nie wiem jak to nazwać… niezrozumiałe.

Nie wierzę Litwinom, dlatego właśnie, że za pomocą „narodowych ustaw” chcą za wszelką cenę iść na skróty. Dlatego sprawę orderu dla Lecha Wałęsy uważam za próbę zastosowania wobec Polski starego, wypróbowanego przez Litwinów numeru. Litwini dadzą Polsce „marchewkę”, pochwalą, obiecają i Polsce będzie głupio „podnieść głos”. Ten fortel znakomicie i bez pudla sprawdzał się w przypadku Lecha Kaczyńskiego. Obwieszali go orderami, traktowali z honorami, hołubili i… obiecywali. To samo zresztą z jego ludźmi (np. z kancelarii), żeby któremuś nie przyszło do głowy „zauważyć” prawdziwe intencje.

andy lighter

Polska…, a Litwa i tak robi swoje

„Relacje Polski z Litwą będą tak dobre, jak relacje rządu litewskiego z polską mniejszością” – powiedział podczas wizyty na Litwie premier Donald Tusk. Takie słowa nie mogły się nie podobać Polakm i w Polsce i na Litwie. Ale…

Po wyjeździe premiera Tuska… Nie planujemy zmieniać ustawy (o oświacie – mój przypis) i nie widzę ku temu żadnych powodów” – oświadczył premier Litwy „Andrzej Bednarz”. No i coś tu nie gra. To właściwie załatwił coś nasz premier na tej Litwie, czy nie załatwił, bo ja już się zgubiłem. I co z tego, ze powołano zespół z wiceministrami, ekspertami i przedstawicielami mniejszości? Z doświadczenia wiemy, że takie zespoły mogą pracować latami i do niczego nie dojść.

Premier Litwy Andrius Kibilius

Andrzej Bednarz (to polski blog, a co), premier Litwy

Przyznam, że rozzłościł mnie tekst z Gazety Wyborczej „Byle tylko nie przesadzić z Litwą”, autorstwa Marcina Wojciechowskiego. Ten tekst jest jakby potwierdzeniem racji wygłoszonych wczoraj przez posła Hofmana, że trzeba delikatnie, że „Litwie musi się opłacać”. Oczywiście Wojciechowski o „handlu” nie wspomina, ale o wstydzie. Że niby jak Polscy politycy będą krzyczeć, a Litwini i tak nic nie zmienią, to Polska znajdzie się w głupiej sytuacji. Pan Wojciechowski konkluduje: „Kompromisów nie osiąga się za pomocą pistoletu przystawionego do skroni, ale długotrwałych rozmów. Premier Tusk wyczerpał w niedzielę limit ostrych słów wobec Litwy. Minister Sikorski niepotrzebnie eskaluje napięcie”. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że min. Sikorski wyraził nadzieję po wizycie Tuska na Litwie, że Litewscy politycy usłyszeli głos polskiego premiera, zacytowane przeze mnie na wstępie. Wg mnie słowa „bardzo na miejscu” i na czasie.

Panie Marcinie, oczywiście że kompromisów nie osiąga się za pomocą pistoletu przystawionego do skroni, ale wtedy, gdy jest to skroń rosyjska, niemiecka, francuska, ukraińska czy amerykańska. Na razie to Litwa nie szuka kompromisu, przystawiwszy nam pistolet do skroni robi swoje. Malutka i słabiutka Litwa najzwyczajniej się nami bawi. Bawiła się Lechem Kaczyńskim i nikt nie wyprowadza jej z błędu, że tak się nie da. Utopiliśmy tam naprawdę duzo pieniędzy i jeszcze więcej honoru i godności poprzez błędne decyzje gospodarcze i ciągłą wiarę „na słowo”.

Wiedziałem o tym, że polskie „efy szesnaste” patrolowały kilka razy litewskie niebo i będą to robić nadal. Ale kiedy dowiedziałem się, że w razie napaści na Litwę, jedna trzecia naszej armii ma bronić tego kraju, aż przysiadłem z wrażenia. Oczywiście nie jestem pewien, kto jest autorem tego „znakomitego” pomysłu, ale zaryzykuję, że… kto?
9 do 10 że… panowie Kaczyńscy.

Boże! My naprawdę jesteśmy frajerami. I durniami w dodatku. I… jak tu się dziwić Litwinom, że robią nas w ch**a, śmiejąc się zapewne przy tym w swoich gabinetach, do rozpuku.

andy lighter

Sprawa Polska na Litwie, a… Kaczyńscy

Dziś poseł Hofman z PiS bardzo łagodnie potraktował rząd i premiera Tuska w temacie konfliktu na linii Warszawa – Wilno. Początkowo mnie to zszokowało, ale natychmiast załapałem powód. „Dotychczasowa polityka polskich władz wobec Litwy okazała się nieskuteczna (o co tu kurde chodzi??? Hofman wymięka, może chory???). Trzeba będzie się zastanowić, podjąć jakieś inne działania, być może trzeba będzie dać Litwinom coś więcej. Litwie musi się opłacać odpuścić” – oświadcza Adam Hofman. Przyznam, że jestem w szoku.

Największe zasługi w odpuszczaniu Litwie odnotowali bracia Kaczyńscy! Odpuścili im tak dalece, że Litwini kompletnie interesy Polaków tam mieszkających ignorowali. Nie tylko ignorowali zresztą, ale jakby nigdy nic, w odpowiednim momencie postawili wobec tych „interesów” szczelny szlaban. Co można by tu dać jeszcze Litwinom… Utopiliśmy w Możejkach masę pieniędzy, kupując m.in. większość (chyba 75 %) udziałów litewskich w tej firmie. Mniejszość litewską w Polsce traktujemy zgodnie z najlepszymi standardami europejskimi. Co by tu jeszcze? Może pan Kaczyński, spec przecież (tak jak jego brat) od tego, żeby się Litwie opłacało, podpowie nam, gdzie by tu jeszcze Litwie ująć problemu, przejmując go na siebie? Podobno Litwa bardzo zbliżyła się gospodarczo z Białorusią i w wyniku tego zbliżenia ponosi same straty, bo jak nietrudno się domyśleć, Białoruś jest goła jak święty turecki. Litwa poniosła więc same straty, i finansowe, i (a może przede wszystkim), polityczne. Może więc wyrównamy Litwie straty, tak finansowe jak i polityczne – będziemy Litwinów nosić w Brukseli na rękach, żeby zatrzeć niesmak UE po jej ignorowaniu przez Litwę w jej zbliżaniu z Łukaszenką.

Zgadzam się z komentatorami, którzy uważają, że nie ma powodu, aby uczniowie szkół polskich pisali inną maturę z języka litewskiego i innych przedmiotów, niż uczniowie litewscy. Polscy uczniowie na Litwie muszą znać język litewski per fect. Przecież chcąc uczyć się dalej, czy pracować na odpowiednim dla wykształcenia stanowisku i funkcjonować np. w życiu publicznym, innej możliwości nie ma i być nie może. Tak więc języka litewskiego powinni uczyć się wszyscy: Litwini, Polacy, Rosjanie, Tatarzy, itd. Im lepiej go zna, tym większe ma szanse na wykształcenie. Jednak z oczywistych względów, nie może to nastąpić na zasadzie „ucięcia topotem”, czyli: do wczoraj tak, od dzisiaj tak. Zresztą, sprawy edukacji Polaków są złożone, bo „po litewsku” na maturze np. z historii, to jedno, a szkoły to inna sprawa. Jednak kłopotem Polaków na Litwie jest to, że sprawy praw człowieka i sprawy edukacji zostały przez Litwinów (sprytnie) wrzucone do jednego wora. Tablice z nazwami miejscowości i ulic, nazwisk, porozumiewanie się w urzędach, itp. to przecież odmienna sprawa. Mam nadzieję, że rozmowy ekspertów, które podobno mają się rozpocząć, przyniosą efekt dobry dla Polaków, bo my nie mamy z czego (i nie musimy, bo nie ma powodów) ustępować, czy „coś dawać” jak chce poseł Hofman.

Dwujęzyczna tablica

I komu to przeszkadzało?

Ps. Poseł Hofman lubi Litwinów, bo nie ma wyboru: jego duchowy przewodnik, śp. Lech Kaczyński ich kochał, więc nie może nawet pomyśleć o… gromieniu miłości swojego duchowego przywódcy.

_____

Obok Hofmana, wspaniały popis hipokryzji i… mega krętactwa pokazał dziś poseł Halicki z PO. Rzecz dotyczyła powołania generała Skrzypczaka do pracy w Ministerstwie Obrony Narodowej w charakterze doradcy. Gen. Skrzypczak pluł na też rząd w sposób, jaki sam Jarosław Kaczyński by się nie powstydził. „Wysyłał” rząd do sądu, na Smoleńsk, za Afganistan, nie pozostawiał suchej nitki na ministrze Klichu. Klich zresztą zwolnił go za to, że nie zachowywał się jak żołnierz, ale jak plotkara na targu, bo takie rzeczy żołnierz załatwia „w cztery oczy” z przełożnym, itp., itd. Rację ma euro-poseł Siwiec przypominając, że skoro po dymisji Bogdana Klicha premier uznał go za bardzo dobrego ministra (ja tez tak uważałem i uważam), powołując generała, wali swojego byłego ministra w pysk.

Ale wracając do Halickiego, z rozbrajającą szczerością przyznaje: „Gdybym chciał otoczyć się kręgiem doradców, na pewno wybrałbym tych, którzy wyrażają się krytycznie niż tych, którzy tylko przytakują”. I natychmiast chór dyskutantów zawołał (razem ze mną): No to dlaczego nie Macierewicz!!!???. Przecież on też krytykuje? Nie chodzi o to, żeby zatrudniać dupolizów, ale też nie o to, żeby ufać zajadłym wrogom.

Panie Halicki, że Platforma robi z siebie pośmiewisko, traci wiarygodność i powagę, nie moja sprawa. Ale, że za idiotów ma obywateli, to obchodzi mnie już jak najbardziej.   

andy lihter

„Rewanż” polskich nacjonalistów

Bardzo mi się nie podobają działania, jakie podjęli polscy nacjonaliści, a przynajmniej ludzie, którzy posługują się znakiem skrajnie nacjonalistycznej organizacji (z czasów II RP) „Falanga”, wobec mniejszości litewskiej w Polsce, zamieszkującej gminę Puńsk.

Z początku ta wiadomość mocno mnie wzburzyła, jednak odrobinę mi przeszło w chwili, kiedy przeczytałem w internecie słowa, jakie w związku z tą sprawą wygłosił przewodniczący Stowarzyszenia Litwinów w Polsce Olgierd Wojciechowski.

Z niedzieli na poniedziałek (z 21 na 22. 08.2011.) nieznani sprawcy zamalowali litewskie napisy na  28. dwujęzycznych tablicach w 14. miejscowościach gminy Puńsk. Gminę tę zamieszkują Litwini, stanowiący ok. 80 % ogółu mieszkańców. Wjewoda podjął, słuszne jak najbardziej, działania w celu wykrycia sprawców, a MSZ potępiło zdarzenie i wystosowało oświadczenie: „Zamalowywanie napisów w języku mniejszości, czy na przykład zrywanie tabliczek z dwujęzycznymi napisami ulic jest niedopuszczalnym aktem wandalizmu stanowiącym nie tylko pogwałcenie polskiego prawa, lecz również godzącym w standardy ogólnie przyjęte w państwach demokratycznych”, również jak najbardziej słusznie.

Z łatwością można się domyśleć, że „akcja” w gminie Puńsk jest odpowiedzią, rewanżem na akcję młodych nacjonalistów litewskich, zrywania tablic „polskich” w Ejszyszkach, gdzie Polacy stanowią ponad 90 % ogółu mieszkańców. I w tym kontekście należy odczytywać oświadczenie Olgierda Wojciechowskiego, przewodniczącego SLwP: „My się boimy może nie o swoje życie, ale o byt, o to, co się stanie dalej. Ktoś skutecznie zastraszył mniejszość litewską”, a dalej: „Od dłuższego czasu polityka resortu Radosława Sikorskiego w stosunku do Litwy jest nieodpowiednia i zła. (…)Należy podjąć w Polsce szybkie działania na rzecz tolerancji.

Przyznam, że po takim oświadczeniu „nóż mi się w kieszeni otworzył”. I drugi, otworzył się po oświadczeniu premiera Litwy Andrius Kubilius: Uważam za swój obowiązek kategorycznie potępić wszelkie podżeganie do nienawiści na tle narodowościowym na Litwie. Wierzę, że polski rząd będzie działał tak samo, gdyż to, co widzieliśmy wczoraj w doniesieniach telewizyjnych z Puńska nie było niczym innym jak ordynarnym podburzaniem do nienawiści na tle narodowościowym”. Potępienie podżegania do nienawiści na Litwie jest w oczywisty sposób iluzoryczne, ponieważ przeczą temu wszelkie dotychczasowe działania i „tłumaczenia”, umniejszanie rangi temu co się stało w Ejszyszkach. A że to jakaś prywatna telewizja, że to taka nieznana organizacja, czy w końcu, że to żart młodych ludzi. I te wymienione działania podejmowane były przez władze tego kraju po ejszyskim incydencie. Podobnie jak nadanie rangi „mordu na tle narodowościowym” rzezi, dokonanej na sąsiadach Litwinach przez mieszkającego tam Polaka, chorego psychicznie w jednej z wsi.

Oczywistym jest, że Litwa tęskni za polskim przywódcą takim, jakim był Lech Kaczyński. To, jak on pozwalał sobą manipulować, jak pozwalał się zwodzić, byle tylko zaskarbić sobie przyjaźń władz malutkiej Litwy, słabiutkiej Ukrainy, czy zaplątanej, pożądanej przez Saakaszwilego dla władzy absolutnej Gruzji, to prawdziwe mistrzostwo świata. Prezydent Litwy Valdas Adamkus, czy inni politycy, jak Brazauskas, obiecali Kaczyńskiemu wszystko, ale… później, bo trzeba to uchwalić, bo sądy, bo parlament, bo oni chcą, ale napotykają trudności, ale załatwią…, absolutne mistrzostwo świata. Kaczyński pozwalał się zwodzić jak dziecko, któremu obiecano lizaka… za chwilę. Takie zachowanie głowy państwa oznacza bezradność, a co za tym idzie przyzwolenie na taką działalność. To za czasów Kaczyńskiego na Litwie zaostrzono i wprowadzono zwiększony rygor przestrzegania przepisów dotyczących litewskiej pisowni polskich nazwisk. To za Kaczyńskiego Juszczenko, prezydent Ukrainy uczynił Banderę bohaterem narodowym Ukrainy. Itd., itd., itd. To, co się dzieje teraz na Litwie w związku z mniejszością polską (ograniczanie szkół polskich o połowę), to pokłosie tamtego czasu i tamtej bezradności, bierności Lecha Kaczyńskiego.

Dziś ślepi piewcy wielkości Lecha Kaczyńskiego tego nie pamiętają. A raczej nie widzą, bo nigdy nie widzieli, tak jak LechKaczyński nie widział (Jarosław zresztą też). Przypomniał mi się rysunek, który był reakcją na słowa Jarosława Kaczyńskiego w sprawie ewentualnego spotkania na lotnisku w Smoleńsku z Putinem: „zrobiłby taką minę, że Putin nie miałby odwagi podejść, złożyć mu kondolencji”. Prawda jest taka, że gdyby Putin „zrobił minę” (w dodatku na lotnisku, tuż po „zamachu” na Lecha), Jarosław narobiłby w pory!

Ludzie to emocje, a emocje często są nieuprawnione. Tak było z tablicą w obozie jeńców Armii Czerwionej, po incydencie z tablicą w Smoleńsku, tak było z „pomnikiem nagrobnym” na grobach czerwonoarmistów rok temu, tak było z tablicami nazw niemieckich w miejscowościach na Opolszczyźnie. Wydarzenia w Puńsku, choć budzą sprzeciw, są głupie, złe i niepotrzebne, budzą u mnie mniejszy gniew niż te wcześniej wymienione. Da się je bowiem emocjonalnie usprawiedliwić.   

andy lighter

Eskalacja litewskiego nacjonalizmu

 Głośno o rosnącym szowinizmie na Litwie zrobiło się po emisji programu telewizyjnego (w konwencji „reality show”) „Kocham Litwę”. Uczestnicy programu demonstracyjnie zerwali dwujęzyczną nazwę ulicy z jednego z domów w Ejszyszkach, miejscowości bliskiej mi szczególnie, stamtąd bowiem pochodzę.

Herb Ejszyszek

Właściwie wszystko trzyma się litery prawa, jako że na Litwie obowiązuje język państwowy, który nie zezwala na nazewnictwo w innym języku. Prawo zezwalające na nazewnictwo w językach mniejszości przestało istnieć od początku tego roku. Prawo to nie zostało przedłużone, dlatego nie ma na Litwie żadnego prawa o mniejszościach narodowych. Zresztą niedawno Litwa wygrała proces w Strassburgu o pisownię nazwisk „po litewsku”.

I tu jest pies pogrzebany. Tajemnicą poliszynela jest to, że Litwini celowo nie ustanawiają prawa dotyczącego mniejszości. Litwini „na siłę” budują swoją narodowość. Wielu jest historyków twierdzi, że Litwa swojej narodowości nie ma. Nie istniało też coś, co się nazywa językiem litewskim. Litwini są grupą etniczną, tak jak Żmudzini np., Kaszubi, Ślązacy czy Morawianie w Czechach, a język „zbudowali” na takich mniejszościach jak (m.in.) Kałymi, którzy przybyli na tamte ziemie przed kilkoma wiekami. I przez wieki, posługiwali się językiem polskim, a właściwie dialektem tego języka. Gdyby Litwini zbudowali swoje prawo o mniejszościach analogicznie do prawa Niemców w Polsce, czy we Francji w Alzacji i Lotaryngii, mogłoby się okazać, że…, no właśnie, co mogłoby się okazać, nietrudno odgadnąć. Największe rody litewskie: Radziwiłłowie, czy kiedyś Jagiełłowie, zawierają w swoich nazwiskach „Ł”, głoskę, którego język litewski „nie zna”.

Wielu Polaków na Litwie, np. w Ejszyszkach, nie zna języka litewskiego i wcale nie jest to spowodowane jakąś do Litwy wrogością. Po prostu, w Ejszyszkach, gdzie po wojnie mieszkali praktycznie sami Polacy, trochę Rosjan a Litwinów można było policzyć na palcach, nikt ich nie zmuszał do nauki języka litewskiego. Szkoła w Ejszyszkach (była kiedyś jedna szkoła, pięćdziesiąt metrów od domu mojej babci), w latach komuny dzieliła się na trzy oddziały (jeśli nie na dwa, dokładnie nie pamiętam): rosyjski, polski i (chyba) litewski. Chodziły do tej szkoły dzieciaki z Ejszyszek i okolicznych wiosek: Majtekan, Podwarańców… Wiejskie dzieci, które kończyły edukację na tej szkole, nazywało się to szkoła średnia, po dziewięciu klasach w polskim oddziale, Dzieci z Ejszyszek, chodziły w większości do dziesięcioklasowego oddziału rosyjskiego, tylko ten bowiem, umożliwiał (ułatwiał) dalszą edukację. Oddział litewski (jeśli był) praktycznie „nie istniał”. Językiem urzędowym co prawda był rosyjski, ale w całym obwodzie solecznickim, „wszyscy” mówili po polsku i po polsku można było wszystko załatwić, również w urzędach. Również w Wilnie, w tamtym czasie nieznajomość języka litewskiego kompletnie w niczym nie przeszkadzała.

Oczywistym jest, że Polacy na Litwie język litewski znać powinni, są bowiem obywatelami tego kraju. Ale może to i powinno dotyczyć młodych polskich Litwinów. Karanie staruszków za używanie języka polskiego np. w urzędach wysokimi mandatami jest sprzeczne (chyba) z prawami człowieka.

Litwini, incydent z zerwaniem dwujęzycznej nazwy ulicy próbują obrócić w żart, nie bardzo jednak im to wychodzi. Nikt na Litwie, tzn. żadna władza, oficjalnie nie zabrała głosu w tej sprawie. Jedynie wojsko „potępiło” incydent. Próbowali to tłumaczyć producenci programu i dziennikarze, wszyscy jednak zaznaczali, zgodnie zresztą z prawdą, że było to działanie zgodne z prawem.

Nacjonalizm litewski potęguje się przez coraz to nowe działania władz tego kraju. Likwiduje się „małe szkoły”, co dotyka niemal wyłącznie szkół mniejszości, głównie polskich. Dziś jest ich ok.120, pozostać ma 60.

Dziwną reakcją w tej sprawie wykazał się premier Donald Tusk: „Naszą odpowiedzią na różnego rodzaju zaczepki powinno być pokazywanie, że my respektujemy i realizujemy standardy europejskie na najwyższym poziomie i dlatego u nas mniejszości narodowe nie mogą na nic narzekać. Państwo polskie bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków. (…)Mam nadzieję, że także dotrze do naszych przyjaciół na Litwie, że chcemy budować relacje nacechowane przyjaźnią i wzajemnym zaufaniem. Być może oni potrzebują więcej czasu, by to zrozumieć.

Nie podzielam poglądu pana premiera. Być może powinniśmy przyspieszyć lekcję relacji nacechowanych współpracą i wzajemnym zaufaniem. Chociażby przez analogiczne potraktowanie mniejszości litewskiej w Polsce. Wiem oczywiście, że to nieludzkie, ale nie możemy pozwolić sobie na wodzenie za nos takiemu krajowi jak Litwa. Litwa bez Polski zdechłaby z głodu. Nawet takie przedsięwzięcie jak „reality show” w litewskiej telewizji musi być sponsorowane przez polskie firmy. Litwinom nie powinno się zostawiać wyboru i my mamy wszelkie instrumenty, aby zmusić ich do szanowania mniejszości: albo będą szanować u siebie mniejszości, w tym polską, albo będą zdani na Rosjan. Nie sądzę, żeby wybrali tę drugą opcję. Kto jak kto, ale republiki nadbałtyckie tej opcji nie wybiorą na pewno. Chyba, ze są głupie, a tego wykluczyć nie można. Szybko jednak spadliby z przysłowiowego „deszczu pod rynnę”.

Polska często, i słusznie powołuje się na konieczność dobrych stosunków z Rosją, bo to wielki kraj i bez niej nie możemy się obejść. Jednocześnie jednak Polska nie potrafi wykorzystywać atutu wielkości i zależności od siebie takiego kraju jak Litwa. Próbujemy robić za „dobrego wujka”, a „nasi podopieczni” robią nas w…

andy lighter

Trybunał i litewskie nazwiska

Dziwne orzeczenie, bo inaczej tego określić nie można: „Litwa może odmówić zmiany pisowni nazwiska na polską, chyba że powoduje to »poważne niedogodności« dla zainteresowanych”, orzeka Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu, aby w kolejnym zdaniu dodać: „O tym, czy odmowa zmiany wspólnego nazwiska małżonków może powodować dla zainteresowanych takie niedogodności powinien zdecydować sąd krajowy”.

Takie uzasadnienie wydał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu po rozpatrzeniu sprawy litewskiego sądu w kwestii pisowni polskiej jej nazwiska. Trudno byłoby kwestionować decyzję Trybunału w odniesieniu do konieczności używania polskich liter diakrytycznych, np. w litewskich urzędach. Kwestia skargi jednak małżeństwa z Litwy do tamtejszego sądu, niekoniecznie tego dotyczyła. Małgorzata Runiewicz-Wardyn chciała, aby pisownia jej nazwiska zgodna była z pisownią nazwiska jej męża, która to pisownia zawarta została w akcie małżeństwa.

Jeśli mogę zrozumieć niechęć, a nawet niemożliwość usankcjonowania pisowni imienia Małgorzata, o tyle sprzeciw Litwinów wobec zapisania oryginalnej nazwy nazwiska wydaje mi się kuriozalny. Wg litewskiego prawa pani Małgorzata Runiewicz-Wardyn, musi się nazywać Malgozata Runevic-Vardyn. To już nie ma nic wspólnego z ochroną litewskiej pisowni nazwisk, a wyraźnie podpada pod poważne niedogodności dla zainteresowanych. Jeśli bowiem w imieniu zastąpić literę „Ł” na literę „L”, nie ma żadnych przeszkód dla zastosowania polskiej pisowni.

Nie dziwię się nawet Litwinom, jeśli wziąć pod uwagę ich narodowościowy kompleks, który jest kompleksem gigantycznym. Wielu naukowców twierdzi, ze Litwini nie mieli własnego języka a ten, którym dziś się posługują to w dużej mierze, języki wzięte od późniejszych przybyszów (Kałymów np.). Przedtem była to „polska” kraina z polskim dialektem, charakteryzującym się niezwykłym „wileńskim” zaciągiem. Szukają więc Litwini swojej tożsamości. Być może na siłę, być może słusznie, nie mnie oceniać. Jednak ich nacjonalistyczne zapędy są conajmniej niezrozumiałe, przynajmniej z punktu widzenia „otwartej Europy”.

Czy wyobraża sobie ktoś nagle spolszczenie nazwisk w Rzeczypospolitej? Od obcych nazwisk, Polaków przecież w Polsce, Niemców w Niemczech i Holendrów w Holandii aż się roi. Dlatego orzeczenie Trybunału w Luksemburgu zdumiewa.

Pozew litewskiego sądu do Trybunału dotyczył nie tylko pisowni nazwiska w akcie małżeństwa, ale i w akcie urodzenia. Być może stąd droga na skróty luksemburskiego Trybunału. Trzeba jeszcze wrócić do kwestii niedogodności dla zainteresowanych z jednego powodu. Otóż małżeństwo Wardynów mieszka obecnie w Belgii. Gdyby więc pan Wardyn uległ np. śmiertelnemu wypadkowi samochodowemu, nie zapisawszy wcześniej testamentu, pani Wardyn mogłaby mieć ogromne problemy z wyegzekwowaniem odszkodowań, spadku itp. zważywszy na to, że w papierach nic się nie zgadza.

Jeżeli były prezydent i premier Litwy, Algirdas Brazauskas vel Olgierd Brzozowski, chciał się nazywać Brazauskas, jego prawo. Jeżeli Vytautas Landsbergis vel Witold Landzberg, chce się nazywać Landsbergis, jego prawo. Deklaruje narodowość i ma. Jednak jeśli ktoś chce nazywać się tak samo jak jego ojciec i dziadek, Państwo nie powinno móc nadawać mu nazwiska, zupełnie obcego, według własnego uznania. Ani to bowiem nie umocni litewskiego poczucia narodowości, ani nie poprawi nastroju „nowo nazywanym”, a skutek może być wręcz odwrotny.

„Litewskie” pisanie nazwisk w tym kraju ma długie tradycje. W 1979 roku, na własne oczy w wileńskiej księgarni widziałem książkę „Quo vadis” Henrikiusa Sienkieviciusa. A i moi krewni „dziwnie” się nazywają.

andy lighter

Testament Kaczyńskiego

Testament Lecha Kaczyńskiego nie istnieje. I oczywiście nie dlatego, że zginął nagle i niespodziewanie, ale dlatego, że jeżeli mówić o jakimś „testamencie”, to na pewno nie jest on Lecha Kaczyńskiego, ale Jarosława. Oczywiste przecież jest, że Lech Kaczyński był wykonawcą woli, swojego brata. Był niejako generałem, bezwzględnie wykonującym, a wręcz odczytującym i realizującym wizje „Naczelnego Wodza”, swojego brata Jarosława. Jarosław Kaczyński zwykł był, wysyłać swojego brata na ważne odcinki frontu, samemu oddając się ogarnianiu całości.

Jarosław Kaczyński 10. kwietnia, występując zarówno w Sali Kongresowej, jak i na Krakowskim Przedmieściu mówił o swoim (nie ma co przypisywać tego komu innemu) testamencie w kontekście silnego państwa. Państwa z którym liczą się sąsiedzi, z którą się liczą i która jest silna w Unii Europejskiej. Taka, według jego słów była za prezydentury jego brata i jego rządów i trzeba do tego wrócić. Przypomniałem sobie po tych słowach wielkość naszego państwa w tamtym czasie. Oto prezydent Lech Kaczyński szanowany był przez sąsiadów. Czy aby na pewno?

Jego wielki przyjaciel, prezydent Litwy Waldas Adamkus w zamian za ciągłe praktycznie wspieranie Litwy na forum UE, nie zrobił kompletnie nic, aby ułatwić funkcjonowanie Polaków na Litwie. Słuchał tylko zapewnień o sprawach w toku, idących w dobrym kierunku i o rychłym, pozytywnym ich załatwieniu. A pisowni nazwisk polskich np., jak nie było, tak nie ma. Nacjonalizm litewski przeżył prawdziwy boom właśnie za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego i jego „przyjaźni” z tamtejszymi decydentami.

Kolejny jego wielki przyjaciel, prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, ludobójcę Polaków, przywódcę ukraińskich nacjonalistów (UON) Stepana Banderę uczynił bohaterem Ukrainy, ikoną ukraińskiego patriotyzmu i nadał mu najwyższe ukraińskie odznaczenia. Pomniki tego kata Polaków rosną w tym kraju jak u nas pomniki Jana Pawła II.

Wreszcie największy chyba skarb Kaczyńskiego Saakaszwili, prezydent Gruzji. Ten człowiek ukazał całkowicie kompletną naiwność Lecha Kaczyńskiego, żeby nie nazwać tego dosadniej. Na podwórku to się nazywa głupota i frajerstwa, no ale bracia z podwórkami nie mieli nic wspólnego, więc w stosunku do nich ta nazwa jest (?) nie na miejscu. Oto wciągnął Lecha Kaczyńskiego w swoją grę wymierzoną przeciwko Rosji za pomocą konfliktu zbrojnego. Mówi się nawet, że za czasów braci Kaczyńskich byliśmy dostawcą broni dla Gruzji, ale najprawdopodobniej nie jest to do końca jasne. A inni przyjaciele? Robili swoje, chętnie korzystając z nadstawiania grzbietu w ich imieniu na forum Unii Europejskiej. Poza tym Polska niewiele ich obchodziła. Tak było z Czechami, Łotwą i Estonią.

Pozostali sąsiedzi, już niekoniecznie przyjaciele, a Rosja i Niemcy nawet… „nie-przyjaciele”, pokazywali Kaczyńskiemu jaka mała jest jego Polska. Próbowali Kaczyńscy oczywiście pokazywać im naszą wyższość, np. „gasząc światło” w Słowacji po jej wejściu do strefy Euro, ale Słowacja zareagowała pustym śmiechem, prawidłowo reagując na głupotę. Rosja wypięła się na nasze mięso np., wprowadzając zamęt w Polskim przetwórstwie mięsnym, a co za tym idzie w całym rolnictwie, a Niemcy na złość Kaczyńskiemu, razem z Rosjanami rozpoczęli budowę gazowego Nord Stream’u, omijając „udział Polski w tym przedsięwzięciu” szerokim łukiem, w przeciwieństwie do nieomijania wejścia do portu Świnoujście. Ważny i „szanowany” przywódca Polski zerwał szczyt Trójkąta Weimarskiego z powodu „choroby kartoflanej”. Ważny gracz unijny, Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński, którego ratyfikację potem blokował wzbudzając konsternację państw Unii. W Unii Kaczyński budził zakłopotanie spowodowane… współczuciem.

Polska za czasów Lecha Kaczyńskiego była wyjątkowo „mała i słaba”. Przyjaciele i nieprzyjaciele traktowali ją instrumentalnie, wykorzystując ją do własnych interesów, interesy Polski zupełnie ignorując. O takiej Polsce marzy Jarosław Kaczyński.

W kraju, gospodarka się rozwijała, dzięki przekazaniu jej rządom Prawa i Sprawiedliwości przez premiera Belkę w stanie rozkwitu. Strach pomyśleć co by było, gdyby Prawo i Sprawiedliwość wzięło Polskę pod rządzenie od Buzka, który rękami Balcerowicza schłodził ją do stanu stagnacji. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Prawo I Sprawiedliwość rządziło nadal po roku 2007. w warunkach globalnego kryzysu ekonomicznego i gospodarczego. Strach pomyśleć co by było, gdyby Jarosław Kaczyński kiedykolwiek ponownie objął władzę.

andy lighter