Sportowe, „chore” głowy

Jestem zagorzałym kibicem piłki siatkowej. To nie może dziwić, bo po pierwsze, moje miasto siatkówką stoi, a poza tym moi krewni oraz znajomi, w przeszłości, w owym staniu siatkówką mojego miasta odegrali niepoślednią rolę. Siatkówkę więc mam we krwi, choć sam nie grałem i nie gram.

Ponieważ jestem (i będę) z naszymi siatkarzami na dobre i na złe, przyznaję sobie prawo do, również, krytycznego spojrzenia na grę naszych zawodników. Nie można bowiem udawać, że nic się nie stało, po obejrzeniu olimpijskiego pojedynku Polski i Australii w tej dyscyplinie.

To, co pokazali nasi siatkarze „grając” z Australijczykami woła o pomstę do nieba (cudzysłów nie jest przypadkowy). Wyszli na boisko i zachowywali się tak, jakby byli na kacu gigacie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nasi siatkarze zapewne nie popili, jednak zachowanie „na potężnym kacu” było faktem. I żadnym usprawiedliwieniem nie jest to, że Australijczycy zagrali swój mecz życia, bo gra się tak, jak przeciwenik pozwala, a my pozwalaliśmy im na wszystko.

Blok? „A co to jest blok?”, pewnie powinniśmy usłyszeć od naszych zawodników, bo np. w pierwszych dwóch setach postawili dwa bloki. Bloki, którymi nasi zawodnicy zazwyczaj zniechęcają rywali do gry w siatkówkę. Za to bloki Australijczyków były na kapitalnym poziomie i one własnie zdawały się pogłębiać polskiego kaca giganta na boisku.

Nowakowski poruszał się jakby był cały w gipsie i musiał ostrożnie, powolutku stąpać po ziemi, Bartman zwichrował swój celownik, a Winiarski kompletnie zapomniało swojego „profesorskiego” rzemiosła. Bartosz Kurek „klepał piłkę zamiast w nią uderzać, itd., itd., itd. O „obronie każdej piłki” nasi zawodnicy zdawali się gdy nie słyszeć, w przeciwieństwie do Australijczyków, którzy bronili wszystko. Nie może dziwić, że bronili, bo „ataki” były cherlawe, klepanie bardziej niż uderzane, a takie udane akcje tylko motywują i pomagają bronić piłki rzeczywiście nie do obrony. Australijczykom więc pomagały i bronili praktycznie „wszystko”.

Andre Anastasi się wściekł, wcale się nie dziwię. Ja się wściekłem i zapewne tysiące kibiców. Nic dziwnego, skoro nasi zawodnicy zaprezentowali się jak juniorzy młodsi, wobec grającej swoje – nic wielkiego – Australii.

Andrea Anastasi fot. Adam Ciereszko/PAP

Kocham tę grę i dalej będę z naszymi chłopakami, trzmającv kciuki i mocno przeżywając następne spotkanie. Nie myślę jednak, wzorem kibiców futbolu, „śpiewać” im „Nic się nie stało. Polacy nic się nie stało…”, bo stało się: daliśmy plamę na całej linii. Tak nie można podchodzić do swojego zawodu, jeśli myśli się o zdobyciu medalu.

I moim zdaniem, w tym medalu jest pies pogrzebany. Nasi zawodnicy, jak sądzę, już przyznali sobie jeden z medali i wbili sobie te medale do głów. Skoro więc „mają już te medale”, to nie trzeba już nic robić. Takie stawianie sprawy oznacza, że te głowy są chore. Pewnośc siebie jest w sporcie bardzo ważna, ale pewnością siebie, samą, nie zdobywa się medali. Trzeba jeszcze podeprzeć tę pewność pracą na pełnych obrotach, najlepiej na 110 % swoich możliwości, o czym wie każdy sportowiec, poza (chyba) naszymi…, nie tylko siatkarzami.

Panowie, albo weźcie się do roboty, albo… czym prędzej kończcie, wstydu oszczędżcie i wracajcie do domu. Przegrana, nawet z Australią czy z kimkolwiek innym, to nic złego. Ale przegrywać też trzeba z klasą, tym bardziej na olimpijskich igrzyskach. Wam, zdaje się, już nie chce się grać, przeciez medale i tak się „wam należą”, więc po co te całe zawody?

_____

Nasza drużyna przegrała z Australią na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie 3:1. Grę w ćwierćfinale mieli już zapewnioną, ale stracili pierwsze miejsce w grupie, co nie napawa optymizmem. Przyjdzie im się zmierzyć z Rosją, Brazylią, albo USA.

andy lighter