„Rewanż” polskich nacjonalistów

Bardzo mi się nie podobają działania, jakie podjęli polscy nacjonaliści, a przynajmniej ludzie, którzy posługują się znakiem skrajnie nacjonalistycznej organizacji (z czasów II RP) „Falanga”, wobec mniejszości litewskiej w Polsce, zamieszkującej gminę Puńsk.

Z początku ta wiadomość mocno mnie wzburzyła, jednak odrobinę mi przeszło w chwili, kiedy przeczytałem w internecie słowa, jakie w związku z tą sprawą wygłosił przewodniczący Stowarzyszenia Litwinów w Polsce Olgierd Wojciechowski.

Z niedzieli na poniedziałek (z 21 na 22. 08.2011.) nieznani sprawcy zamalowali litewskie napisy na  28. dwujęzycznych tablicach w 14. miejscowościach gminy Puńsk. Gminę tę zamieszkują Litwini, stanowiący ok. 80 % ogółu mieszkańców. Wjewoda podjął, słuszne jak najbardziej, działania w celu wykrycia sprawców, a MSZ potępiło zdarzenie i wystosowało oświadczenie: „Zamalowywanie napisów w języku mniejszości, czy na przykład zrywanie tabliczek z dwujęzycznymi napisami ulic jest niedopuszczalnym aktem wandalizmu stanowiącym nie tylko pogwałcenie polskiego prawa, lecz również godzącym w standardy ogólnie przyjęte w państwach demokratycznych”, również jak najbardziej słusznie.

Z łatwością można się domyśleć, że „akcja” w gminie Puńsk jest odpowiedzią, rewanżem na akcję młodych nacjonalistów litewskich, zrywania tablic „polskich” w Ejszyszkach, gdzie Polacy stanowią ponad 90 % ogółu mieszkańców. I w tym kontekście należy odczytywać oświadczenie Olgierda Wojciechowskiego, przewodniczącego SLwP: „My się boimy może nie o swoje życie, ale o byt, o to, co się stanie dalej. Ktoś skutecznie zastraszył mniejszość litewską”, a dalej: „Od dłuższego czasu polityka resortu Radosława Sikorskiego w stosunku do Litwy jest nieodpowiednia i zła. (…)Należy podjąć w Polsce szybkie działania na rzecz tolerancji.

Przyznam, że po takim oświadczeniu „nóż mi się w kieszeni otworzył”. I drugi, otworzył się po oświadczeniu premiera Litwy Andrius Kubilius: Uważam za swój obowiązek kategorycznie potępić wszelkie podżeganie do nienawiści na tle narodowościowym na Litwie. Wierzę, że polski rząd będzie działał tak samo, gdyż to, co widzieliśmy wczoraj w doniesieniach telewizyjnych z Puńska nie było niczym innym jak ordynarnym podburzaniem do nienawiści na tle narodowościowym”. Potępienie podżegania do nienawiści na Litwie jest w oczywisty sposób iluzoryczne, ponieważ przeczą temu wszelkie dotychczasowe działania i „tłumaczenia”, umniejszanie rangi temu co się stało w Ejszyszkach. A że to jakaś prywatna telewizja, że to taka nieznana organizacja, czy w końcu, że to żart młodych ludzi. I te wymienione działania podejmowane były przez władze tego kraju po ejszyskim incydencie. Podobnie jak nadanie rangi „mordu na tle narodowościowym” rzezi, dokonanej na sąsiadach Litwinach przez mieszkającego tam Polaka, chorego psychicznie w jednej z wsi.

Oczywistym jest, że Litwa tęskni za polskim przywódcą takim, jakim był Lech Kaczyński. To, jak on pozwalał sobą manipulować, jak pozwalał się zwodzić, byle tylko zaskarbić sobie przyjaźń władz malutkiej Litwy, słabiutkiej Ukrainy, czy zaplątanej, pożądanej przez Saakaszwilego dla władzy absolutnej Gruzji, to prawdziwe mistrzostwo świata. Prezydent Litwy Valdas Adamkus, czy inni politycy, jak Brazauskas, obiecali Kaczyńskiemu wszystko, ale… później, bo trzeba to uchwalić, bo sądy, bo parlament, bo oni chcą, ale napotykają trudności, ale załatwią…, absolutne mistrzostwo świata. Kaczyński pozwalał się zwodzić jak dziecko, któremu obiecano lizaka… za chwilę. Takie zachowanie głowy państwa oznacza bezradność, a co za tym idzie przyzwolenie na taką działalność. To za czasów Kaczyńskiego na Litwie zaostrzono i wprowadzono zwiększony rygor przestrzegania przepisów dotyczących litewskiej pisowni polskich nazwisk. To za Kaczyńskiego Juszczenko, prezydent Ukrainy uczynił Banderę bohaterem narodowym Ukrainy. Itd., itd., itd. To, co się dzieje teraz na Litwie w związku z mniejszością polską (ograniczanie szkół polskich o połowę), to pokłosie tamtego czasu i tamtej bezradności, bierności Lecha Kaczyńskiego.

Dziś ślepi piewcy wielkości Lecha Kaczyńskiego tego nie pamiętają. A raczej nie widzą, bo nigdy nie widzieli, tak jak LechKaczyński nie widział (Jarosław zresztą też). Przypomniał mi się rysunek, który był reakcją na słowa Jarosława Kaczyńskiego w sprawie ewentualnego spotkania na lotnisku w Smoleńsku z Putinem: „zrobiłby taką minę, że Putin nie miałby odwagi podejść, złożyć mu kondolencji”. Prawda jest taka, że gdyby Putin „zrobił minę” (w dodatku na lotnisku, tuż po „zamachu” na Lecha), Jarosław narobiłby w pory!

Ludzie to emocje, a emocje często są nieuprawnione. Tak było z tablicą w obozie jeńców Armii Czerwionej, po incydencie z tablicą w Smoleńsku, tak było z „pomnikiem nagrobnym” na grobach czerwonoarmistów rok temu, tak było z tablicami nazw niemieckich w miejscowościach na Opolszczyźnie. Wydarzenia w Puńsku, choć budzą sprzeciw, są głupie, złe i niepotrzebne, budzą u mnie mniejszy gniew niż te wcześniej wymienione. Da się je bowiem emocjonalnie usprawiedliwić.   

andy lighter

Głowy powinny polecieć

Nie jestem zwolennikiem „ścinania głów” polityków, którzy się gdzieś tam potknęli, coś pomylili, czy zadziałali nie tak jak trzeba. Wiadomo przecież, że nie robi błędów ten, co nic nie robi. Jednak to, co dzieje się obecnie w sprawie nieszczęsnych tablic smoleńskich, wymaga moim zdaniem ścięcia jakichś głów, a przynajmniej jednej głowy w MSZ.

Głownie chodzi mi o rzecznika ministerstwa, Marcina Bosackiego, który zdecydowanie wyszedł przed szereg jeszcze przed wizytą prezydenta Komorowskiego w Smoleńsku, a potem mówił, że Rosja tylko dwa razy zwróciła się do Polski ze sprawą tablic. Podczas obrad sejmowej komisji spraw zagranicznych, wiceminister Litwin mówił co innego.

Ale powodem mojego oburzenia w tej sprawie jest co innego. Kluczenie, wicie się jak piskorz i lawirowanie w sprawie legalności powieszenia tablicy w Smoleńsku przez wdowy, oraz takie samo lawirowanie w temacie swojej (MSZ-u) roli w tej „aferze”.

Tymczasem prawda w tej sprawie jest prosta jak przysłowiowa budowa cepa. Prawda, którą np. wyartykułował prezydent Lech Wałęsę.

Po pierwsze: pani Kurtyka i pani Merta złamały prawo! Zarówno polskie, jak i rosyjskie. Na „cudzym” kamieniu, w obcym kraju, gdzie obowiązuje inne niż w Polsce prawo, umieściły nielegalnie tablicę, której treści z nikim wcześniej nie uzgadniały.

Po drugie: treść umieszczona na rosyjskim kamieniu w Rosji, była niezgodna z Rosyjskim stanem prawnym, które to prawo, mimo, że nam się to nie podoba, nie uznaje zbrodni katyńskiej za ludobójstwo. Nie byłoby w treści tej tablicy nic niewłaściwego, pod warunkiem, że tablica wisiałaby w Polsce, a nie w Rosji. Decydując się na powieszenie tablicy w Rosji, wieszający musi brać pod uwagę tamtejsze prawo.

Po trzecie: ponieważ podczas umieszczania tablicy w Smoleńsku, obecny był (czyli brał w niej udział?) Konsul Rzeczpospolitej, MSZ nie może stosować „umywania rąk”.

Po czwarte: zgodnie z praktyką obecnego rządu, zastosowano sprawdzoną metodę zamiecenia sprawy pod dywan, czyli nieupubliczniania jej, a jednocześnie zastosowano taktykę próby przetrzymania „przeciwnika”.

I wreszcie po piąte: co również jest sprawdzoną praktyką tego rządu, wyciszenie i „palenie głupa” dzisiaj, spowodowane jest ignorowaniem przez obecne władze konfrontacyjnych działań środowisk propisowskich.

Z powodu działań dwóch pań, jak i zaniechania działań MSZ-u, powinniśmy przeprosić stronę rosyjską, mimo iż ich prawo w kwestii katyńskiej jest głęboko dla wielu Polaków krzywdzące. Ale póki jest, musimy u nich je przestrzegać.

Ponieważ obecne działania polskiego MSZ i ich dzisiejsze informacje w tej kwestii są niedopuszczalne, nawet ja, posiadający spore pokłady wyrozumiałości i tolerancji uważam, że powinny polecieć głowy. Nie wyobrażam sobie, ze dalej będzie się udawać, że nic się nie stało. Chociaż kto ich tam wie. Ten rząd najwyraźniej lubi Kaczyńskiego, bawiącego się  dynamitem. Wszyscy przecież patrzymy na niego, denerwując się, kiedy zapala lont.

andy lighter
Nie dla IVRP

„Chopin. New Romantic”, czy debili jazda bez trzymanki?

Sporo szumu zrobiło się wokół komiksu o Chopinie, którego dystrybucję zupełnie przypadkowo udało się wstrzymać. Komiksu firmowanego przez polskie MSZ, opatrzonego godłem Rzeczpospolitej i mającego na celu promowanie muzyki Chopina w Niemczech. A ściśle rzecz biorąc wśród niemieckich dzieci i niemieckiej młodzieży. Z tego jednak, co udało mi się wychwycić z doniesień medialnych na temat tego „dzieła” wynika, że twórcy komiksu są kompletnie niezdolni do wyczucia proporcji między formą a treścią, a właściwie formą a celem publikowanych treści.

Nie jestem żadnym znawcą kultury, ani sztuki, chociaż kocham muzykę (również Chopina), jednak zupełnie nie rozumiem pewnego przyzwolenia na dowolność formy w każdej właściwie dziedzinie. Zupełnie nie rozumiem jak można przekazać szlachetną, wrażliwą zawartość, za pomocą prymitywnej, wulgarnej treści. Twórcy sprawiają wrażenie jakby pracowali na ekstremalnym haju, naćpani o milimetry od „złotego strzału”. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zapewne naćpani nie byli, ale ich mentalność jest naćpana kompletnie.

Oczywiście rozumiem potrzebę używania nowych, współczesnych form wyrazu z zamiarem trafienia do młodego pokolenia. Jednakże taka potrzeba nie oznacza, nie może oznaczać, kompletnej wolnej amerykanki co do treści tych przekazów. Nie można tłumaczyć wulgarnego języka tym, że takiego języka używa młode pokolenie. Tak przynajmniej starał się „usprawiedliwić” w pewnym sensie twórców, Jan Wróbel, dziennikarz i wychowawca młodzieży, które to „tłumaczenie” wprawiło mnie w kompletne zdumienie. Idąc bowiem tym tropem, tępienie dopalaczy, a nawet narkomanii, czy picia alkoholu, to przeżytek. Wszak młodzież tego używa. Forma przekazu, oprócz dopasowania się do współczesnego języka i wrażliwości młodzieży, ma ją również kształtować. A przynajmniej próbować kształtować.

Same zresztą dopasowanie się twórców komiksu „Chopin. New Romantic” do języka współczesnej młodzieży jest daleko idącym, naciągniętym jak guma od majtek, argumentem. „J***ny cweloholokaust”, „efekt koniowalenia”, czy inne „ch*je” to raczej język spod celi więziennej, zakładu poprawczego, czy slangu miejskiej dzielnicy zamieszkałej przez margines społeczny, niż język dzieci ze szkół podstawowych, do których komiks miał trafić. Zresztą akcja jednego z opowiadań toczy się w więzieniu, gdzie ma wystąpić artysta podobny do Chopina. Czyżby więc autor przyzwyczajał dzieciaków do „przyszłego życia”? To, że dzieciaki „kurwują”, zresztą tak jak ja w ich wieku, to nie znaczy, że treści do nich adresowane mają zawierać wulgaryzmy. Wkrótce bowiem, ktoś „pójdzie po rozum do głowy” i zacznie „kurwić” na stronach podręcznika do historii.

 „To nieortodoksyjne, a czasami idące wręcz pod prąd i prowokacyjne podejście do postaci Fryderyka Chopina kreuje nie tylko zupełnie inny obraz słynnego Polaka, ale pokazuje także swobodę i siłę komiksowego medium”. – opisuje „dzieło” wydawca, „Kultura gniewu”. Swobodę i się komiksu, to to dzieło rzeczywiście zapewne pokazuje, ale czy w kulturze ma chodzić o „zupełnie inny obraz słynnego…”? Ciekawe.

Już widzę oczami wyobraźni komiks propagujący wiarę katolicką wśród młodzieży z tekstami typu: „ Jezus jest cool! J***ny, potrafi nas porwać, pierd***ć wszystko inne, bo Jezus, ten k***a gość nas kręci!” itd., itp. Prawda, że coś tu nie gra?

Inną sprawą jest „wstępna akceptacja” komiksu przez MSZ i zapłata po „wstępnej akceptacji” prawie trzydziestu tysięcy Euro. Ciekawe na czym ta akceptacja polegała? Na przedstawieniu projektu tytułu? Na ocenie szkicu okładki? Ciekawy jestem ile takich gniotów sponsorowanych przez MSZ już ujrzało światło dzienne, bo to, że MSZ nie czyta tego, na co wydaje pieniądze, nie ulega wątpliwości, skoro urzędnicy sami przyznają, że wstrzymanie publikacji komiksu o Chopinie to czysty przypadek.

Fajnie. Promujmy się dalej. W końcu kulturę więzienną (np.) tez można (trzeba?) promować. Szkoda tylko, że za moje pieniądze, z nie za pieniądze złodziei, morderców i gwałcicieli.   

andy lighter