Brukselskie fiasko pierwszej rundy

Nie chcę tu odkrywać Ameryki, a tylko pochylić się nad co ciekawszymi opiniami komentatorów brukselskiego szczytu budżetowego. Wnioski mogą być ciekawe.

Jedno spostrzeżenie narzuca się przed wszystkimi innymi: nie tyle chodzi o pieniądze ile o politykę. Sądzę, że brak komunikacji naszego rządu ze społeczeństwem to choroba nie tylko naszej Platformy Obywatelskiej, ale i innych rządów w krajach europejskich. Również tych bogatych – płatników netto. Tyle, że objawy tej choroby są inne niż u nas. Tam do społeczeństwa się mówi, dużo mówi. Tyle, że mówi się to, co to społeczeństwo chciało by usłyszeć. A jeśli nie można powiedzieć wiele dobrego, bo kryzys i pogłębiająca się recesja, pokazuje się palcem na Unie Europejską.

Społeczeństwa krajów bogatych, w wyniku komunikacji z rządem i informacji medialnych uważają kraje postkomunistyczne, rozwijające się, jako złodziei. Skoro tak dynamicznie się rozwijają, też powinni ponosić koszty kryzysu, też powinni podlegać dotkliwym cięciom budżetowym. One nie rozumieją, ze ten rozwój dzieje się w ogromnej mierze dzięki pieniądzom unijnym i że ten rozwój jest również w ich interesie. Postrzegają to nie jako wspólny interes, ale jako konkurencję. Rozbudowa naszej i infrastruktury, czyli dróg kolei a także przedsiębiorstw postrzegane jest jako zagrożenie, a nie jako kapitalne możliwości współpracy gospodarczej, czyli rozwoju import/eksportu, a więc produkcji.

Wreszcie społeczeństwa zachodnie z całą pewnością nie mają pojęcia o tym, ze owe cięcia stanowią promile, często jednocyfrowe ich narodowych budżetów. Promile niemające znaczenia w tych budżetach. Odbierają te cięcia na rzecz biorców netto, karmieni zresztą rządową, albo opozycyjną propagandą, jako jeden z poważnych powodów recesji i przedłużającego się kryzysu. Tymczasem jest to kompletna bzdura.

Rządy jednak wiedzą, że ich społeczeństwa kupują brną w tę filozofię. Spirala się nakręca: społeczeństwa żądają od przywódców skuteczności w polityce unijnej, rządy boją się narazić swoim obywatelom i rozgrywają politykę, zamiast finanse. To, jak sądzę, na skutek takiej właśnie nakręcającej się spirali społeczeństwo brytyjskie jest zwolennikiem wyjścia z Unii Europejskiej.

Politycy „bogatej” Unii zdają się zresztą nie za bardzo rozumieć sytuacji i potrzeb krajów „rozwijających się”. Tym łatwiej im karmić swoich obywateli frazesami o konieczności głębokich cięć. Dowodem na to są kolejne propozycje poszczególnych szefów rządów, czy Przewodniczącego Rady Europy Hermana Van Rompuy’a, których wynikiem są kolejne cięcia m.in. w środkach dla Polski: duży kraj, najlepiej się rozwija w całej unii, nie ma więc powodów, żeby nie ciąć.

Racje ma Komisarz Janusz Lewandowski wyrażający niewielkie, bo niewielkie, ale jednak obawy w kwestii przesuwania się terminu budżetowego rozstrzygnięcia. Uważa on, a ja się z nim w tej kwestii w stu procentach zgadzam, że im później nastąpi owo rozstrzygnięcia, tym dla nas gorzej. Kryzys trwa, recesja się pogłębia, cięcia mogą więc być większe, a nie mniejsze. Nie wiadomo, co stanie się w poniedziałek, a co dopiero za dwa, trzy miesiące. Gdyby budżet udało się uchwalć wcześniej niż później, sytuacja w krajach europejskich, szczególnie tych najbardziej niezadowolonych, choć starych członków, powinna się uspokoić w obliczu fatów dokonanych. Niezadowolenie społeczeństw wróciłoby z terenu Unii Europejskiej na własne, narodowe podwórka, do własnych, narodowych premierów, ministrów finansów i ministrów pracy.

Dlaczego Angela Merkel zbliżyła się do Davida Camerona? Oczywiście z powodu przyszłorocznych wyborów w Niemczech. I znów, czas działa na naszą niekorzyść, bo coraz trudniej będzie „oderwać” Angelę Merkel od Davida Camerona.

Już nawet nie chodzi, jak zgodnie twierdzą komentatorzy, o parę miliardów w tę, czy w tę stronę. Bo pieniądze (ich w tę, czy w tę… ) to sprawa trochę wtórna. Sprawa rozbija się znów o niewiedzę polityków „zachodu” co do podziału przyznanych ewentualnie środków. Ich podział, dokonywany na krajach „wschodzących” jest tak idiotyczny, tak świadczący o kompletnej „ślepocie” tych przywódców i działanie na kompletnie przypadkowej zasadzie „chybił trafił”. Najprawdopodobniej biorą oni pod uwagę lata przeszłe, co nijak nie jest uprawnione, np. w kwestii rozwoju badań naukowych, czy kwestii pomocy socjalnej. W tej pierwszej sprawie może chodzić o lobbing, strach przed konkurencją, a w drugiej… bóg raczy wiedzieć. Sądzę, że biorąc pod uwagę plany szefów rządów dotyczące wielkości budżetu dla siebie, nie powinni kwestionować planów tych szefów jego rozdziału. Tymczasem uzurpują sobie prawo do przekładania określonych sum z ewentualnie przyznanej puli, z kieszeni do kieszeni nieswojej kurtki. Jeśli nie chcą przyznać np. na badania, powinni to wyartykułować i pokazać cięcie, a nie wspaniałomyślnie „dołożyć” na spójność, wyjmując z innej kieszeni w tej samej kapocie. Zbyt mały jest chyba nacisk kładziony na ten objaw hipokryzji i zbyt cicho jest przedstawiona diagnoza ślepoty, źle widzącemu „pacjentowi”.

Unia Europejska jest słaba i nieprędko, jeśli w ogóle, będzie konkurentem, albo przynajmniej równoprawnym graczem na światowym rynku gospodarczym. Kryzysy sprzyjają bowiem ksenofobii, jak słusznie zauważył Janusz Lewandowski. Bardziej dzielą, zamiast łączyć. Cięcia budżetowe tylko temu sprzyjają, tym bardziej cięcia, dotyczące jak już wspomniałem promili narodowych budżetów, spowodowane własnymi interesami politycznymi, z finansami niemającymi kompletnie nic wspólnego.

Jeśli dołożyć do tego ogromne pieniądze w przejadającej je Grecji, za chwilę w Portugalii i Hiszpanii, krajach od dawna będących w Unii, istnienie tego bardzo podzielonego organizmu staje się naprawdę niepewne

_____

Jedyną dla nas szansą jest dewiza „Umiesz liczyć, to licz na siebie”, czyli samodzielność energetyczna. I choć szybko stalibyśmy się płatnikiem netto, stalibyśmy się jednym z głównych rozgrywających. Z łatwością „przyznającym sobie” podobne brytyjskim, czy niemieckim „rabaty”, np. na ścianę wschodnią. Ale w gazie łupkowym i odkrywanym tu i ówdzie przy okazji złożom „zwykłego” gazu ziemnego, czas bardzo powoli biegnie.

_____

Kilka lat temu widziałem mapkę Polski z naniesionymi na nią terenami bogatymi w źródła energii geotermalnej. Niemal pół Polski (zachód) pokryty był czerwienią oznaczającą obecność gorących wód. I temat umarł.

andy lighter

Tymoszenko, Euro i bojkot

Prezes Jarosław „Wszystkomogę” Kaczyńki nawołuje polskie władze do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie. Dziwne to trochę zważywszy na jego euforię towarzyszącą przyznaniu organizacji tej imprezy Polsce i Ukrainie właśnie.

Jestem daleki od tego, aby brać w obronę Wiktora Juszczenkę i obecną władzę Ukrainy, a także całe to skazanie Julii Tymoszenko. Jednak potępianie w czambuł prezydenta tego kraju i przypisywanie mu zemsty politycznej, jest moim zdaniem ogromnym nadużyciem. Wychodzi bowiem na to, że jak ktoś wejdzie już w politykę i nie daj boże straci władzę na korzyść kogoś, kto nie pasuje światowym elitom, staje się w oczach świata nietykalny. Bez względu na to co robił wcześniej, albo podczas sprawowania władzy, byłe nie było to niezgodne „ze słuszną linią” tych elit.

Wiadomo powszechnie, ze Julia Tymoszenko robiła rozmaite geszefty zanim doszła do władzy i w czasie pełnienia władzy. Najlepszym dowodem na to są potężne nieporozumienia z „jej” prezydentem, Wiktorem Janukowyczem. Nie była grzeczną dziewczynką, która wzięła się z ulicy i na fali pomarańczowej rewolucji zaistniała, niczym nawiedzona Joanna na Krakowskim Przedmieściu broniąc krzyża, po czym lud wyniósł ją do władzy. Wiadomo, że robiła pieniądze. Nikt nie wie jak, nikt nie wie skąd, wiadomo tylko, że robiła.

Ale przecież została premierem. Więc… wara, gruba krecha i… nietykalność? A co na to ci, którzy atakują Stokłosę, senatora? Albo innego Oleksego za to, że jakieś geszefty były, albo inne niejasności w przeszłości? Może powinni się określić: albo tych, co siedzą (siedzieli) w polityce nie ruszamy, bo ktoś nas tam zbojkotować może, albo jak coś mamy, to bierzemy na tapetę i osądzamy.

Kurcze, przepraszam za głupią sugestię, oni przecież dawno są określeni: nie ruszamy…, naszych, albo „nie ich”, a „ich” osądzamy.

Sprawa z Tymoszenko jest bliźniaczo podobna do sprawy Chodorkowskiego w Rosji. Oto świat od samego początku wydał wyrok. Chopdorkowski, najbogatszy (czterdziesto paroletni zaledwie) człowiek w Rosji jest znakomitym biznesmenem, człowiekiem bez skazy, sumiennie płacącym podatki i pracującym na rzecz demokracji tego ogromnego, opanowanego przez komunistycznych agentów kraju. I jak to słyszę, to myślę, że albo sobie ktoś robi jaja, albo ma w nosie jakieś tam poczucie sprawiedliwości i kieruje się tylko i wyłącznie polityką aktualnie obowiązującą w danym kraju. Te najuczciwszy i najszlachetniejszy najbogatszy Rosjanin chciał po prostu uczciwie skrytykować prezydenta za „utrudnianie robienia jeszcze większych i jeszcze łatwiejszych pieniędzy”. I to właśnie świadczy o jego hiperuczciwości.

Najbardziej w preferowaniu Euro 2012 zdumiewają mnie Niemcy. Niemcy, którzy wiedzą oczywiście, że Tymoszenko jest świętą męczennicą. Ci sami Niemcy, którzy wywalili na zbity pysk swojego prezydenta za wypowiedzenie jednego, niefortunnego zdania (zmuszenie kogoś do ustąpienia też traktuję jako wywalenie na zbyty pysk). Ci samo Niemcy, którzy traktując swoich polityków jak pionki na szachownicy, mają czelność dyktować innym rządom uniewinniające wyroki sądów.

Oczywiście nie mam bladego pojęcia, czy Tymoszenko zasłużyła, czy nie na więzienie i kolonię karną. Ale właśnie dlatego, nie odważył bym się mówić innym „co i jak mają u siebie posprzątać”. Mając u siebie burdel, nie śmiałbym się robić porządków u kogoś.

Proponowałbym politykom, naszym i nie tylko, żeby zajęli się emocjami piłkarskimi w czasie Euro, a nie polityką, a sądzenie zostawić sądom. Prezesowi PiS-u też bym to doradzał. Nie tak dawno głupio się czuł, kiedy musiał odszczekiwać poparcie swojego ugrupowania dla superkibola Starucha. Gdyby się okazało, że Tymoszenko święta jednak nie jest, znów byłoby mu głupio.

andy lighter

Gdybym był Niemcem

Gdybym był Niemcem, albo jeszcze lepiej, wieloma Niemcami i zobaczył Unię Europejską i jej przedstawicieli krzyczących: „To nie my zrobiliśmy ten kryzys! Nie będziemy płacić za cudze błędy! Niech posprzątają ci, którzy nabałaganili!”, żądał bym od swojej kanclerz opuszczenia Unii Europejskiej, albo przynajmniej głośnego wygłoszenia takiej możliwości.

To jest oczywiste, że nikt nie chce płacić za cudze błędy. To jest oczywiste, że żaden europejski kraj nie wywołał kryzysu. Choć również oczywiste jest, że to kraje europejskie wywołały kryzys strefy Euro. Zresztą dziś te kraje, obywatele tych krajów najgłośniej krzyczą: Grecy, Włosi, Hiszpanie, itd. Ci obywatele z podniesioną głową krzyczą, że to nie jest ich kryzys. A jest zupełnie inaczej.

Komunistyczna Grecja, bo tak ten kraj trzeba nazwać, choć ma jakaś tam niby gospodarkę rynkową, nie zadłużyła się dlatego, że premier tego kraju i paru ministrów nakradli do własnych kieszeni kupę unijnych pieniędzy. Oni zadłużyli ten kraj, ponieważ obywatele tego kraju wysuwali ciągle socjalne żądania. Coraz śmielsze, coraz „wygodniejsze”, coraz dalej idące. I rządy Grecji ukrywały przed Unią swoją realną księgowość, z coraz większym debetem na koncie, w obawie przed utratą władzy. Mało tego, aby ją utrzymać, spełniały wciąż nowe, ochoczo wysuwane przez komunistów greckich (związkowców i rozochoconych spełnianiem roszczeń) żądania. Dziś, nawet wykształceni, bywali w świecie Grecy, nie widzą nic złego w swojej postawie i dziwią się, ze Unia Europejska ma do nich jakieś pretensje i ich coraz bardziej nie lubi.

W Hiszpanii było podobnie. We Włoszech Bunga Silvio bardzo lubił władzę i sprawa pieniędzy, księgowości, kompletnie go nie interesowała. Ale Włosi go wybierali, bo lubią facetów, co to lecą na baby.

I dziś wychodzi na to, ze za Grecki komunizm, Hiszpański socjalizm i Włoskie k***stwo, mają zapłacić głównie Niemcy. Sceptycy twierdzą, że Niemcy najwięcej na tych krajach zarobiły. Ale zarobiły głównie niemieckie banki. A skoro niemiecki przemysł się dzięki tym krajom rozwijał, to chyba nic złego. Sprzedawcy w sklepie nie powinno obchodzić skąd jego klient ma pieniądze na piwo, albo mleko. Poza tym Niemcy zarobiły, bo w przeciwieństwie do innych, mieli, „co sprzedawać”.

Gdyby Niemcy wyszły dziś z Unii, stosunkowo łatwo uporałaby się z kryzysem. Ma najsilniejszą w Europie i jedną z najsilniejszych na świecie gospodarkę. Niemcy dzisiaj mają ciężko, ponieważ „niosą na plecach” całą Unię. Po co?

Niemcom bardzo zależy na wielkiej Unii. I bynajmniej nie dlatego, żeby na niej obić interesy, bo póki co, Niemcy od zawsze są największym płatnikiem tej struktury. Zależy im ze względów i gospodarczych i… wizerunkowych. Niemcy zdają sobie sprawę ze swojej historii. Unia jest dla nich gwarantem… wiarygodności. Gwarantem tego, że nie będzie można już kojarzyć ich z zapędami panowania nad światem, że wielkość we wspólnocie, to nie to samo, co samodzielna wielkość, jeśli Niemców, to kojarzona z samodzielną wielkością Hitlera, a właściwie pragnieniem samodzielnej wielkości tego faceta. Dziś samodzielnie wielkie są Chiny i już to się światu czkawką odbija.

Dlatego Niemcy dziś zaciskają zęby i dźwigają Europę na plecach. Sami nie dadzą rady całej Europy udźwignąć, chyba że wpadły by w błoto, trzymając na ramionach Europę i dbając, aby ta się nie umoczyła za bardzo. W imię czego? A ci „na górze” jeszcze będą krzyczeć: „Wyżej, wyżej! Bo coraz bardziej mnie błoto oblepia!”. Tak rolę Niemiec postrzegają Grecy i nasz pan prezes: Mają siedzieć cicho i płacić. Zakazuje się Niemcom być bogatym krajem! W końcu oni głoszą hasło „Solidarna Europa”, czyli Niemcy płacą, Francja też i inni, a my bierzemy. Skur***yny, jeszcze za mało naszym rolnikom bydlaki płacą.

Więc, gdyby Niemcy wyszły… Ciekawy jestem, jak zareagowaliby Grecy, Hiszpanie i… pan prezes. Można sobie wyobrazić, co by było potem.

Unia Europejska traci rację bytu – rozpada się. Niemcy stosunkowo łatwo wygrzebują się na powierzchnię. Ich potężna gospodarka, rynek rosyjski, który z wielką ochotą otworzyłby się na Niemcy jeszcze szerzej, rynki wschodnie, Niemcom by to wystarczyło. Zjednoczone Królestwo, które nota bene tonie w długach, a Cameron bronił nie tyle swojego kraju ile londyńskiego City, drogiego po Wall Street kryzysotwórcy. Bronił więc niczego innego, tylko finansowych rekinów z londyńskiego City. Może za taki lobbing coś mu kapnie, jakiś kredyt się umorzy, czy jakaś agencja ratingowa „czegoś nie zauważy”. Zjednoczone Królestwo wypełznie z pomocą USA. Włosi i Francuzi też się jakoś wyliżą dzięki mocnym gospodarkom i powiązaniom z bliskim wschodem i północną Afryką.

A reszta?

Grecja utonie kompletnie i albo staną się niewolnikami w swoim własnym kraju, bez kompletnie żadnej swojej własności, albo przeżyją nasz początek transformacji, co w ich wizji bycia obywatelem dostawiającym będzie niezwykle trudne, jeśli nie niemożliwe. Nowe kraje Unii, w tym Polska, dalej będą klepać biedę, jak przed wstąpieniem do Unii, a właściwie przed akcesją, pozostając na peryferiach Europy. Tym bardziej, że Schengen zostanie zerwane, dla ochrony własnych Niemieckich, Francuskich, Włoskich i innych silniejszych rynków pracy.

Staną inwestycje, spadnie wartość złotówki na łeb naszyję. I tak sobie będziemy klepać, naszą biedę.

Niech no tylko Niemcy machną na to wszystko ręką. Niech no tylko rozleci się ta „przeklęta” Unia. A, jak mówi Donald Tusk, będziemy płakać!

Tak tak, panie prezesie, będziemy płakać, a pan będzie zlinczowany jako pierwszy. Przez własnych wyznawców również.

andy lighter

Komisja Majątkowa działa dalej

Myślałem, że po zadymie związanej z przekrętami i oszustwami, a także niekonstytucyjnością Komisji, przeszła już ona do historii. Nic z tych rzeczy. Ucichły spraw związane z „przekazywaniem” (rozkradaniem gmin) majątku Kościołowi Katolickiemu. Ale… nie tylko Kościół Katolicki wyciąga ręce po swój majątek.

5. września w Warszawie miała zebrać się Komisja Majątkowa, działająca przy MSWiA w sprawie zwrotu mienia żydowskiego katowickiej gminie żydowskiej. Chodzi o dawną synagogę w Praszce, w gminie Olesno, na pograniczu województw Opolskiego i Łódzkiego. Historia owej synagogi jest o tyle dziwna, że nikt jej nikomu nie odebrał.

Otóż przed II wojną, Praszkę zamieszkiwało ok. 900 Żydów, c stanowiło ok. 25 % ludności tej miejscowości. Po założeniu getta przez Hitlerowców i wymordowaniu części Żydów, a części wywiezieniu do obozu koncentracyjnego, gdzie wymordowano ich w komorach gazowych, po wojnie do Praszki nie wrócił, ani nie przybył, żaden Żyd. Zniszczony budynek w 1964 roku przejął Skarb Państwa, jako mienie porzucone. Odremontowanie go kosztowało półtora miliona ówczesnych złotych – majątek. W 1990 budynek przeszedł na własność gminy.

Rozważając różne pomysły zagospodarowania budynku, głos zabrała łódzka Gmina Żydowska. Gmina Żydowska postawiła warunek: niech tam będzie co chce, pod pewnymi warunkami. Otóż nie mogła tam być prowadzona żadna działalność komercyjna (wiadomo – Dom Boży), zaznaczone miało być, że mieściła się tam bożnica. Nie było żadnych kwestii dotyczących problemów własności i w 1992 roku strony (władze gminy i Gmina Żydowska w Łodzi) doszły do porozumienia.

Budynek został siedzibą Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury, a na ścianie umieszczono tablicę informującą o historii tego budynku. Ostatnio budynek ocieplono. Niestety, jak to zwykle w Polskiej rzeczywistości bywa, a z czego chętnie korzystają teraz wszyscy „poszukiwacze skarbów” (czyt.: pieniędzy), umowa między Łódzką Gminą Żydowską a ówczesnymi Praszki, była umową… ustną.

Dom Kultury w Praszce

Katowicka Gmina Żydowska nie omieszkała tego faktu wykorzystać. Nie znam wyniku, decyzji Komisji Majątkowej w sprawie Domu Kultury w Praszce, ale z duża dozą prawdopodobieństwa mogę się go domyśleć.

Województwo Opolskie, podobnie zresztą jak Warmia i Mazury, wstrząsane są co jakiś czas „niespodziewanymi” pretensjami Niemców do swojego majątku. Co i rusz lokalne społeczeństwo bulwersowane jest wiadomością o przejęciu przez niemieckich, byłych właścicieli okazałej kamienicy, domu, gospodarstwa, itp. Jest płacz, krzyk, bezradność zamieszkałych tam od lat czterdziestych, pięćdziesiątych, czy siedemdziesiątych, niczego nie świadomych w temacie własności (państwowe to państwowe dla zwykłego człowieka), mieszkańców.

Swoją drogą, ciekawy jestem, dlaczego nie sankcjonuje się instytucji „mienia porzuconego”? Nie wiem czy w ogóle taki termin prawniczy dziś istnieje, istnieje za to na pewno termin „prawa do nieruchomości przez zasiedzenie”. Niemców, którzy w popłochu uciekali przez sowietami nikt przecież nie wyrzucał. Rzucili wszystko i uciekali. Dlaczego nikt z nich o swoje mienie wtedy nie zadbał (lub krótko po ucieczce)?

Osobną sprawą są właściciele, którzy emigrowali w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ci ludzie, po przybyciu do Niemiec otrzymywali od rządu RFN odszkodowania za pozostawiony w Polsce majątek. Z tego co wiem, podpisywali tez dokument (oświadczenie czy coś w tym rodzaju, stwierdzający fakt zrzeczenia się majątku. Tyle, ze ten dokument dziś dla sądów nie przedstawia żadnej wartości, mimo, że był zawierany miedz Państwem Polskim (gminą, miastem…), a osobą fizyczną. Oczywiste są polskie niedopatrzenia w papierach (czyt.: w księgach wieczystych), ale mimo tych błędów, nie można dwa razy być właścicielem tej samej rzeczy, jeśli się jej drugi raz nie kupi. To jest niemoralne, zwykła „ukryta kradzież”, a przecież wszyscy ci ludzie mienią się jako wierzący. Zarówno Niemcy jak i przecież Żydzi.

Tak się zastanawiam: jeśli wszyscy byli właściciele Polacy, Żydzi, Niemcy, zwróciliby się o zwrot swojego majątku, ile by z tej Polski zostało? Co byłoby z ludźmi, którzy w PRL-u, dopiero w PRL-u, wydobyli się z sanacyjnej nędzy i wyzysku, zaczęli się uczyć, mieszkają w blokach, kamienicach, domach (często przedwojennych), po które przyjdą… własciciele? Czy znowu mieliby – musieliby wracać do „jaskiń” – lepianek, kurnych chat swoich niepisanych, nieczytanych, bo żyjących w skrajnej nędzy – rzeczywistości II RP, swoich rodziców, dziadków?

Czy na tym ma polegać otwarcie się Polski na nowoczesność, równość obywateli, powszechny dostęp do…? Czy cofamy wszystko do sanacji i zaczynamy „opcję zerową” od stanu: sierpień 1939? Maja matka mieszkała wtedy w domu krytym strzechą, na kresach. Mój ojciec w starym, drewnianym domu w żydowskim miasteczku. Cóż… czas wracać do… korzeni. W końcu przeszłość ma prawa, teraźniejszość musi się dostosować. Takie jest prawo. Prawo, które „nie ma papierów” o długach, pożyczkach, wekslach pod zastaw, byłych właścicieli. Wojna, albo „właściciele” zadbali o to, żeby „prawo” tych papierów nie miało.

 

andy lighter

Polscy najemnicy, czyli „żołnierze fortuny”

Od 1. lipca niemiecka Bundeswehra zacznie przyjmować w swoje szeregi obcokrajowców. I mogą liczyć Niemcy na sporą liczbę młodych Polaków. Jestem ostatnim człowiekiem, który obnosiłby się jakimś idiotycznym, na wzór PiS-owski, patriotyzmem, ale taką postawę młodych ludzi uważam za haniebną. Jeszcze żyje ogromna ilość Polaków, którzy doświadczyli niemieckiego okrucieństwa w czasie wojny. To sąsiedzi, dziadkowie i dalsi krewni tych młodych ludzi. Ci, którzy siedzieli w obozach koncentracyjnych, byli niewolnikami przymusowymi, spalono im domy, wywożono. Wiem, wiem, inne czasy, przyjaźń, itp. Jednak w bardzo wielkiej ilości, wojenne rany wciąż trwają

Młodzi ludzie nie mają żadnych oporów przed służbą w niemieckim wojsku, bo chodzi o pieniądze. Tylko tyle, że choć przeliczając Euro na PLN, zarobki są niezłe, to jak na warunki niemieckie, wynagrodzenie „polskich”-niemieckich żołnierzy będzie jałmużną. Szeregowiec będzie zarabiał tam ok.1100€, podoficer ok.1500€. Tymczasem średnia płaca robotnika w Niemczech wynosi ok. 2000€, a najniższa płaca, choć taka nie jest wyznaczona, nie jest niższa niż 900 €. Nietrudno więc się domyśleć, że sytuacja materialna polskich żołnierzy Bundeswehry, będzie analogiczna do sytuacji polskich gastarbeiterów w latach 8o. i wcześniej.

Winę za to, że młode pokolenie nie rozumie co to jest godność i patriotyzm, w dobrym, nieprzesadzonym tego słowa znaczeniu, ponoszą nasze rządy. Wszystkie rządy po 89. roku, ale nieoceniona była tutaj rola PiS-u i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To on z ogromnym naciskiem forsował politykę głównie antysowiecką. Polityka zaś antyniemiecka polegała głównie na wojnie z organizacjami roszczeniowców niemieckich, np. „Wypędzonych”. Rocznice upamiętniające okrucieństwo Niemiec praktycznie przestał być obchodzone. 1. września nie był już upamiętniany jako napaść Niemiec na Polskę w taki sposób, jak na to zasługiwał, wobec historii i doświadczeń ciągle żyjących przecież ludzi. Główne świętowanie naszego wojennego męczeństwa, odbywało się niezwykle pompatycznie 17 dni później. Jeśli chodzi o Niemców, świętowano rocznice związane z „jedynym słusznym wojskiem”, pod Monte Cassino, gdzieś w Londynie i innej Holandii. Nawet obchody powstania warszawskiego odbywały się nie tyle pod kontem okrucieństwa Niemiec, wymordowania przez Niemców 200 000 ludzi, zrównania Warszawy przez Niemców z ziemią, ale w kontekście nie udzielenia powstańcom pomocy przez Sowietów. Nasze władze od 22. lat marginalizują rolę i wagę zniszczenia kraju przez Niemców, wyolbrzymiając, według mnie ponad miarę, wagę przewin sowieckich. Ci sami ludzie (władze), szczególnie „Prawdziwi Polacy”, oburzają się na Grossa, który śmie wypominać Polakom niepomaganie Żydom. „Niepomaganie to nie zabijanie” – argumentują tę kwestię, i szykują się do obchodów niepomagania powstańcom przez sowietów.

Cały więc ten patriotyzm, sprzedawany jak widać skutecznie młodzieży, polega na „Nie oddamy piędzi ziemi Niemcom i Żydom” i „Rosja to potwór”. Nie miałbym nic przeciwko jednemu i drugiemu, gdyby nie marginalizowano jeszcze hańby faszyzmu.

I chociaż młodzież to kupuje, nam też sprzedawano w młodości skrzywione idee. Jednak nie kupowaliśmy tego tak ławo jak dzisiejsza młodzież. Mieliśmy i słuchaliśmy rodziców, kombatantów, odwiedzaliśmy groby pomordowanych przez Niemców, obóz w Oświęcimiu był dla nas namacalnym, widomym objawem wojny (dziś jest nim Katyń). Dziś młodzież też słucha kombatantów. Ale tych „słusznych” kombatantów. Nie słucha o tysiącach poległych na szlaki od Lenino do Berlina, bo to przecież „komuniści” byli. Zapewne z dumą będą przyjeżdżać do domu na urlop, pokazując dumnie rodzinie i kolegom logo Bundeswehry. Logo obrazujące żelazny krzyż, westchnienie marzeń niemieckiego żołnierza w czasie II wojny. Aby go zdobyć, niemieccy żołnierze wykazywali się niezwykłym okrucieństwem. Polacy bali się tego krzyża jak diabła.

Czy dla jałmużny od niemieckich oficerów, warto wyzbyć się i tak nadwątlonej godności tych, którzy pokonali niemieckich złoczyńców? Czym innym jest przecież partnerstwo wojskowe w ramach NATO, a czym innym podległość polskiego szeregowca niemieckiemu kapralowi.

Godność młodzieży! Godność! Godności na pieniądze nie przeliczycie. I nie mówcie mi tylko, w tej akurat sytuacji, że godnością się nie najecie, bo ja nie zeszmaciłbym się za żadne pieniądze.

andy lighter