Racje muzułmanów – nie do przyjęcia

Z przerażeniem oglądamy akty agresji muzułmanów wobec placówek dyplomatycznych zachodniego świata, w krajach Bliskiego Wschodu.

Oczywiście oburzenie muzułmanów można i należy rozumieć, a nawet podzielać, bowiem filmik szkalujący Mahometa, muzułmańskiego proroka jest dla nich niczym nóż, wbity w serce.

Jednak podzielanie ich oburzenia to jedno, a niezgoda na takie, a nie inne reakcje nim spowodowane, jest, moim zdaniem, naszym obowiązkiem.

Pojęcie bowiem – jakbyśmy to po polsku nazwali – obrazy uczuć religijnych, jest wyjątkowo u muzułmanów…, subiektywne. Muzułmanie mają dwa, kompletnie odwrotnie pojmowane standardy owego pojęcia: My zwalczamy „niewiernych”, bo tak nam nakazuje nasza religia i tak powinno być. Jeśli jednak nas ktoś obrazi, winien jest cały zachodni świat.

Filmik jakiegoś nieodpowiedzialnego idioty, lub kilku idioty z zachodu, powoduje, że atakuje się cały kraj, w który ów idiota mieszka. Jeśli jednak niewinni ludzie z dalekiego kraju giną w muzułmańskim ataku terrorystycznym, bo przecież sprawcy zamachów zawsze dokonują ich z wersami Koranu na ustach i w imię Mahometa, ci sami muzułmanie, niszczący dziś ambasady, bronią się pokazując palcami i wołając: „To nie my! To oni – terroryści! My nie jesteśmy tacy jak oni! Nie można nas karać za to, że wśród nas są terroryści! My nie jesteśmy źli, nie karmimy się nienawiścią!”. To czysta hipokryzja.

Tym bardziej, ze w świecie islamskim istnieje ogromne przyzwolenie dla różnych bandytów i aktów agresji wobec „niewiernych”. Jeśli porwany zostaje turysta, dziennikarz lub pracownik jakiejś zachodniej firmy przez islamskich radykałów, jeśli płonie kościół, dla okolicznych mieszkańców, a czasem władz lokalnych ich miejsce pobytu, czy późniejszy (często tragiczny) los jest tajemnicą poliszynela. Wszyscy wiedzą i solidarnie milczą. I to niekoniecznie ze strachu. Gdyby powodem ich biernego stosunku do przemocy wobec niewiernych był tylko strach, nie wychodziliby na ulice palić flagi innych krajów i niszczyć ich państwowych, wysokich przedstawicieli. Przecież dobrze wiedzą, że to nie państwo zrobiło ten film, ale jakiś dureń. Że to nie Kościół niszczy Koran, tylko jakiś psychiczny ksiądz, czy tam pastor.

Ogromnym błędem, moim zdaniem, jest wtrącanie się w wewnętrzne sprawy krajów islamskich. Pamiętne rewolucje w Tunezji, Egipcie, czy Libii są tego najlepszym przykładem. Kraje zachodnie wsparły rewolucje, zresztą na wyraźne błagalne apele „rebeliantów” – rewolucjonistów. A potem okazało się, że we wszystkich tych krajach, dyktatury prezydentów zastąpiły rządy islamskie. I to często radykalnie islamskie, dążące nawet do wprowadzanie prawa szariatu i to w jego bardzo ostrym „skrzywionym” wydaniu. To powinno być nauczką dla świata, aby pozwolić muzułmanom rządzić się samym. Nie można ulegać wołaniu o pomoc, aby potem ci, do których wyciągnięto rękę, bezkarnie ją „opluwali”, nie poczuwając się do żadnej… winy, czy… wdzięczności, czy choćby (oczywistej np. w przypadku nieszczęsnego filmiku), wyważenia proporcji.

Pomoc zachodu dla bojowników tych rewolucji miał na celu przecież demokratyzację życia w tych krajach. A demokratyzacja to otwarcie na świat, nowoczesność, różnorodność, tolerancja. Wyszło jednak na to, ze „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, a właściwie powinniśmy powiedzieć „kijek na siekierkę”. Zresztą dziś w Syrii coraz wyraźniej wydać, że „rewolucjoniści”, w swoim okrucieństwie i bezwzględności w niczym nie ustępują wojskom prezydenta Baszara al-Asada. Pomoc więc zachodu byłaby pomocą dla… bezwzględnych bandytów.

Jedyną troską zachodu w stosunku do krajów muzułmańskich powinno być uniemożliwienie im konstruowania broni atomowej i w ogóle uniemożliwienie dostępu do broni. O to ostatnie jednak trzeba zadbać u siebie, niszczyć i likwidować w zarodku.

Wcale mnie nie zdziwi ewentualny wzrost nastrojów antyislamskich w krajach zachodniego świata. Mimo iż pewne będą wołania i tłumaczenia tamtejszych środowisk muzułmańskich, że to nie oni – to radykałowie, ekstremiści, itp. W cale mnie nie zdziwią głosy o ukrócenie wolności wyznania dla muzułmanów w tych krajach. I konflikt gotowy. Ciekawy jednak jestem, czy rządy krajów zachodnich zdecydują się na bardziej radykalne środki wobec muzułmanów, którzy nie tylko cieszą się niemal nieograniczoną swobodą wyznawania swojej religii (niemal, bo w Niemczech np. zabronione jest budowanie minaretów przy meczetach), ale wysuwają wciąż coraz dale idące żądania, choćby rozszerzenie własnych tradycji obyczajowych w chrześcijańskich lub laickich społeczeństwach zachodu.

_____

Na marginesie, kamyczek w nawiązaniu do mojej niedawnej krytyki tekstu Korwina-Mikke o paraolimpiadach,  która odbiła się całkiem sporym (jak na moje „dokonanie” echem na paru serwisach internetowych. Otóż pan Korwin-Mikke napisał tam takie m.in. zdanie:

„(…) W efekcie to nie my dziś kolonizujemy świat – to nas kolonizują. Ciekawe, czy jak dojdzie do rozgrywki, np. z muzułmanami, to bronić nas będą żołnierze bez ręki lub na wózkach inwalidzkich? (…)”

Niestety owa kolonizacja mogłaby stać się faktem. Pod warunkiem, ze społeczeństwa i rządy państw zachodnich pozostaną bierne wobec wciąż narastającej agresji muzułmanów w stosunku do np. chrześcijan. Jeśli jednak pozostaną, w obliczu „kolonizacji” naszego świata przez muzułmanów bronić nas będą nie żołnierze na wózkach, tylko zawodowcy – a więc ochotnicy, ale głównymi obrońcami będą służby specjalne, fachowcy od logicznego myślenia, naukowcy, znawcy, psycholodzy i inni specjaliści, wśród których wielu, wielu to niepełnosprawni.

andy lighter

Krzyżowe wariactwo

 Jeszcze o tym krzyżu, chociaż podobnie jak większość społeczeństwa, już tym rzygam.

Jakiś tam biskup ważny, już nie wiem który, bo wszyscy oni są tak do siebie podobni i niewiele się różnią, powiedział, że „Ten, kto chce usunąć krzyż z przestrzeni publicznej, ten chce wprowadzić język nienawiści do tej przestrzeni”. I coś mi tu nie gra, a nawet mnie wk***ia. Moim bowiem, skromnym zdaniem, jest dokładnie odwrotnie: „Kto zmusza mnie do oglądania krzyża w przestrzeni publicznej, wprowadza w moje myślenie język nienawiści”. Nie mam nic przeciwko krzyżowi. Na wieży kościelnej, na cmentarzu, w przydrożnych kapliczkach, albo „czarnych punktach”, w mieszkaniu.

Wiele razy leżałem w szpitalu i wiem, jakie zakłopotanie wprowadza… wizyta księdza o siódmej rano w sali chorych. Kiedyś odważyłem się na stwierdzenia, że „nie chce mi się słuchać księdza bełkotu, więc idę zapalić, skoro zostałem obudzony”. Wierzcie mi, albo nie, ale do końca pobytu w tym szpitalu (jeszcze kilkanaście dni), miałem przeje***e. U wszystkich. U pacjentów, u pielęgniarek, u niektórych lekarzy. Podczas kolejnych pobytów w szpitalach, musiałem prosić pielęgniarki o wcześniejsza pobudkę i wychodzić z sali, żeby nie ogladać tej farsy. To jest właśnie „krzyż” w przestrzeni publicznej i… zdaniem pewnego biskupa (chyba Kowalczyk mu było, ale nie wiem), wprowadzam język nienawiści. Wprowadzam język nienawiści, bo muszę wyjść z sali chorych. No bydle ze mnie. Powinienem zostać. I słuchać. Kiedyś zresztą zostałem, bo nie mogłem się dobudzić i ksiądz zaproponował mi komunię. Moje tłumaczenie o braku spowiedzi skwitował jedynie (młody chłopak) „Nie szkodzi synu (48 lat wtedy), rozgrzeszam Cię”. I w ten oto sposób zeżarłem opłatka, co zresztą uniemożliwiło mi przez pół godziny zapalenia papierosa, bo musiałem to przyklejone zdrapywać z podniebienia.

Musicie wiedzieć drodzy rodacy, że mówienie czegokolwiek i gdziekolwiek o „krzyżu” w świetle… wątpliwości, jest językiem nienawiści.

A wiem co piszę, bo poruszając temat „krzyża” już zdążyłem się narazić moim serdecznym przyjaciołom, bo poruszam „mało ważne tematy”.

No i nagrabiłem sobie. Nie idźcie tą drogą! Nie piszcie o „krzyżu”. Zostawcie. Jak wisi w urzędzie, gdzie wchodzą muzułmanie, niech wisi – to problem muzułmanów, a nie urzędu. Cicho sza!!!

andy lighter