Życie nie jest bezcenne

Wszyscy znamy slogany, wielu uważa(ło), że słuszne, prawdziwe: „życie nie ma ceny”, „życie jest bezcenne”, „żadne pieniądze nie zwrócą życia bliskiej osoby”. Nic z tego. Są tacy, którzy wyceniają sobie życie, swoich bliskich i swoje własne, a tym kimś są oczywiście rodziny ofiar smoleńskich.

Rusza właśnie lawina wniosków rodzin ofiar o odszkodowania. Do MON i bezpośrednio do sądów. I odszkodowania te nie mają nic wspólnego z otrzymanymi już (wynegocjowanymi) od państwa odszkodowaniami w wysokości 250 tys. zł, w ilości 270 ugód. Były to bowiem „zadośćuczynienia za krzywdy niemajątkowe”, czyli, kolokwialnie pisząc „straty moralne”. Państwo, czyli mnie i Ciebie, kosztowało to prawie 68 mln zł.

Tym razem chodzi o zadośćuczynienia za straty materialne. Czyli inaczej, za pogorszenie się sytuacji materialnej rodzin ofiar katastrofy. I w tym miejscu, przyznam, mnie ruszyło. Dochodzą słuchy, że niektóre osoby chcą odszkodowań w wysokości nawet do półtora miliona zł(!)

Nietrudno pomyśleć, że niektóre, np. żony (to tylko ewentualny przykład, nie żadna wiadomość), „policzyły” sobie ewentualny dochód męża (np. męża), aż do emerytury i później, do „przewidywanej” daty naturalnej śmierci. Świetny sposób na wyliczenie sobie wysokości emerytury – będę musiał nad tym popracować i wysłać do ZUS-u propozycję mojego dochodu, aż do ewentualnej śmierci.

„Rodziny smoleńskie”, a przynajmniej spora ich część, postanowiły ukarać państwo, czyli obywateli, za to, że zginęli ich bliscy.

A więc ja domagam się od państwa, żeby te rodziny mnie nie karały.

  • Domagam się, żeby ukarały pilotów, za ich ewidentny błąd w sztuce, a raczej serię błędów.
  • Domagam się, aby ukarały gen Błasika, który jako pierwszy, będąc przełożonym pilotów, powinien stanąć w obronie życia prezydenta i zakazać (nawet z użyciem broni – choć sam jej nie miał, mógł zażądać od młodszych oficerów BOR – ja bym tak zrobił, desperacko broniąc życia głowy państwa, to obowiązek oficera) lądowania.
  • Domagam się, aby ukarały kancelarię byłego prezydenta i samego Lecha Kaczyńskiego za to, że na pokładzie prezydenckiego samolotu znalazło się tyle niebędących związanymi z wykonywaniem przez prezydenta obowiązków, osób, które „nie miały prawa” (z punktu widzenia logicznego i odpowiedzialnego myślenia), się tam znaleźć.

Inaczej rzecz nazywając, domagam się od prokuratury r z e t e l n e g o(!!!)  i prawdziwego, a nie pozorowanego śledztwa, dziś bowiem wiadomo, że prawdziwi winni, jako, że nie żyją, nie będą wskazani jako winni (bo nie wypada winić zmarłych), o ukaraniu nie wspominając. Całe więc to śledztwo prokuratury, jest warte funta kłaków, od początku do końca.

Zapłacę, jako państwo, hienom ich odszkodowania. Pod warunkiem. Jeśli prawdziwi winni katastrofy smoleńskiej, zostaną wskazani i ukarani. Prawdziwi winni nie „dostarczą swoim bliskim zabezpieczenia do końca życia. Tak jak kierowca, świadomie i z premedytacją pchający się pod koła ciężarówki, spowodowawszy wypadek z ofiarami śmiertelnymi, nie zabezpiecza bytu swoim bliskim, jako winny śmierci innych ludzi.

A swoją drogą, ciekawy jestem dlaczego samolot rządowy nie był ubezpieczony? To chyba kolejny, typowo polski wynalazek, żeby nie ubezpieczać samolotu VIP-ów. A niech by „szarak” nie wykupił OC na samochód, dowiedziałby się jasności przy pierwszym „napotkanym” patrolu drogowym.

Wiem, wiem. Jestem świnia, bo o umarłych źle się nie mówi, a poza tym oni stracili bliskich i im się należy. A niech im się należy! A niech się nie mówi! Tylko niech to niemówienie nie oznacza zamykanie ich ust moimi, Twoimi, naszymi  pieniędzmi. Bo nie kto inni, tylko oni będą za chwilę najgłośniej krzyczeć o niedożywionych dzieciach i o tym, że to wina Tuska.

andy lighter

Kryminaliści pod specjalnym nadzorem

I nie mam tu na myśli jakiegoś nadzoru powodującego jak najdalej idące utrudnianie więźniom życia. Wręcz przeciwnie. Nadzór, w postaci troski polega na tym, aby więźniowi nie działa się krzywda, w postaci… „naruszania jego dóbr osobistych”.

Oto Sąd Najwyższy uznał, że więźniowi, który „cierpi” z powodu zbyt ciasnej celi, należy się za tę niedogodność odszkodowanie, ponieważ naruszone zostały jego dobra osobiste. Odszkodowanie od państwa, czyli ode mnie i od Ciebie. Minimalna powierzchnia „siedzenia” to trzy metry kw.

Od kilku lat więźniowie siedzący w przepełnionych zakładach karnych, skarżą się w sądach na złe warunki swojego odpłacania za większe lub mniejsze bandyctwo. Swoje własne bandyctwo. Kompletnie nie przestrzegając nienaruszalności dóbr osobistych swoich ofiar: okradanych, mordowanych, bitych, gwałconych, mogą w świetle prawa domagać się poszanowania nienaruszalności swoich dóbr osobistych. Czy nie dostrzegacie tu paradoksu? Sądu jednak, wydające się rozumieć proporcje: bandyta – ofiara bandyty – kara za bandyctwo, uznawało tylko te skargi, kiedy więzień nie mógł „w odosobnieniu” załatwić potrzeby fizjologicznej, czy też musiał jeść posiłek na pryczy. Pozostałe z reguły oddalane były jako bezpodstawne.

Jednak trochę tych skarg uznał i w ciągu ostatnich niespełna czterech lat, 232. więźniom przyznał odszkodowania na łączną kwotę ok. 600 tys. zł. Wychodzi średnio ok. 2 500 zł na łebka, w szczegóły różnią się zapewne od długości odsiadki. Groźniejszy bandyta „zarobi” więcej. Po orzeczeniu Sądu Najwyższego należy się spodziewać lawiny kierowanych przez więźniów skarg na złe warunki odsiadywania przez nich wyroków i za sadzania im odszkodowań.

Więzienie we Wronkach

W 2008 r. dzienny koszt utrzymania więźnia była to kwota 76 zł. Wchodzą w to: wyżywienie, prąd, ogrzewanie, pranie, ubranie, obsługa więźnia. Oprócz tego korzystają z możliwości posiadania telewizorów i konsol do gier, korzystają biblioteki, świetlicy, siłowni i… „pokoju miłości”. Koszt mojego dziennego utrzymania w 2008 r. wynosił ok. 27 zł. I nie ma żadnego „oprócz tego”. W 2009 r. koszt utrzymania więźnia szacowano (przed opublikowaniem danych) na wyższy o kilkanaście procent. Nietrudno się domyśleć, ze w 2001. jest jeszcze wyższy. 90 parę zł? Mój dzienny koszt utrzymanie w 2011. wynosi niespełna 30 zł!!!

Dzienna stawka wyżywienia pacjenta w szpitalu, też jest niższa od mojego utrzymania. Jeśli dodać do tego leki, obsługę, energię i tak będzie to koszt znacznie niższy, niż koszt utrzymania więźnia.

I tak się zastanawiam… Czy przypadkiem nie poszliśmy za daleko z tym „prawem do poszanowania dóbr osobistych” wszędzie i wszystkim. A raczej nie wszędzie i nie wszystkim. Organizacje broniące praw człowieka zbyt mocno chyba zaangażowały się w obronę praw ludzi, którzy mają za nic obronę praw innych ludzi. Jednocześnie nie słyszę zbyt wiele o ich zaangażowaniu w sprawach zapewnienia np. godnej starości, godnego „wynagrodzenia” emerytom, których świadczenie urąga nie tylko wszelkim prawom człowieka, ale urąga prawom fizyki, biologii i innych nauk: ci ludzie żyją, choć z racji wysokości otrzymywanych świadczeń, żyć już dano nie powinni. Fizycznie bowiem, jest to zwyczajnie niemożliwe. 

Czy przypadkiem mój dzienny koszt utrzymania nie jest naruszeniem moich dóbr osobistych? To pytanie do organizacji obrońców praw człowieka. 

andy lighter

Premier, „złota trąba” i pomoc dla poszkodowanych

Premier Tusk odwiedził dziś „zagłębie paprykowe”, poszkodowane kilka tygodni temu przez nawałnice. Miał pecha, bo trafił na wyjątkowo gadatliwego paprykowca. Facet najzwyczajniej w świecie chce szmal i sprawił Tuskowi nie lada kłopot, choć ten próbował się bronić. Ów paprykowiec w dwóch kwestiach miał rację. Po pierwsze, zwrócił uwagę na szybkość pomocy. Racja. Nawet wysokość schodzi na dalszy plan, jeśli pomoc nadchodzi „natychmiast”, to wydaje mi się podstawą, sensem udzielania pomocy. A jak z tym jest, wiemy wszyscy, choćby pomni pomocy, ciągnącej się w nieskończoność, zeszłorocznym powodzianom. Drugą kwestią, nie wiem czy świadomie czy nie, w której miał rację, to „złota trąba”.

Otóż ten gość opowiedział premierowi (gadał prawie jak Kempa u Olejnik) o znajomym, który z kolei opowiadał mu o „poszkodowanych” przez trąbę powietrzną i o nazwaniu ich poszkodowania „złotą trąbą”.

Wiem, że ma rację i chwilę chciałbym się nad tym zatrzymać. Widziałem poszkodowanych przez powódź w ’97. Oczywiście nie chodzi mi tu o pomoc systemową, czyli odbudowę domów, gospodarstw i ich wyposażenie. To jest oczywiste, choć wielu, często słusznie, taką pomoc kwestionuje, ale o tym za chwilkę. Otóż „bili” mnie (tu cudzysłów, bo to ból wielu ludzi parzących z „sąsiedniej, suchej ulicy”) pomoc „z urzędu” dla poszkodowanych w wysokości (ostatnio) 6 tys. zł. Oto zalało ludziom podwórko, piwnicę a nawet wdarło się na parter ich „chałupy”. Oczywiste jest, ze pomoc systemowa będzie im potrzebna. Dlaczego? Dlatego, że nie stać ich na remont kotła gazowego, wymianę podłogi, a nawet pomalowanie ścian. Wszyscy to chyba rozumiemy. Jednak spokojnie, przed ewakuacją (jeśli taka była konieczna), mogli zabrać dokumenty, portfele, karty kredytowe (jeśli mają) i inne ważne osobiste historie. Tymczasem nazajutrz otrzymują 6 tys. zł. Nic z tym nie zrobią, bo pomoc systemowa przyjdzie później i pozwoli im „odbudować” straty. Urzędnicy twierdzą, ze to pieniądze „na przeżycie”. Na jedzenie, ubrania… Panie premierze! Proszę mi dać 6 tys. „na przeżycie”! Chociaż raz!

Jak wspomniałem, „złota trąba”, a w moim języku „złota powódź”, spowodowała duże zmiany. Widziałem na własne oczy. Ludzie, których „systemowo” nie stać było na nic, mieli po powodzi, która odrobinę ich dotknęła i po czasie za środki systemowe mogli wszystko odbudować, panoramiczne telewizory, automatyczne pralki, „ekskluzywne” (czyt.: drogie) kurtki i buty z Pumy. A ich sąsiedzi z pobliskie „suchej” ulicy, pozostali na takim samym statucie, na jakim byli „oni wszyscy” przed powodzią. Czyli ze starą pralką wirnikową, telewizorem „prawie” kolorowym 20’ i butami z targowiska za 20 zł.

Takich „złotych…” jest więcej. Jestem ostatnim człowiekiem, który zazdrościłby tym ludziom tej pomocy.  Tyle tylko, że w obliczu nie stracenia źródła utrzymania (czyt.: pracy, a najczęściej zasiłku okresowego z pomocy społecznej) z powodu kataklizmu, taka „hojna” pomoc wydaje mi się po pierwsze bez sensu, po drugie wbrew zasadzie sprawiedliwości i po trzecie…, nieuprawnionym wydawaniem państwowych pieniędzy.

A co do tego rozmówcy premiera: „Zamiast 40. tuneli, załóż sobie 39, a za „40.” wykup ubezpieczenie”. Że pomoc nie jest natychmiastowa? Zgoda. Ale jesteś przedsiębiorcą, ubezpieczyciel też, i co ma do tego premier? Gadaj z przedsiębiorstwem ubezpieczeniowym i tam kieruj swoje (absolutnie słuszne) żale. Facet się wyżalił, tyle, że większość „żali” powinien skierować do siebie i do prywatnych firm. Tusk, to mimo wszystko nie Kaczyński i „wszystkiego nie obieca”.

andy lighter

O (moich) pieniądzach i BBN

Będzie o odszkodowaniach, BBN-ie i RBN-ie, kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Skarbie Państwa premiera Tuska, ale przede wszystkim o zasadach moralnych.

Raport Millera, zgodnie z przewidywaniami wielu komentatorów, ogromną częścią winy za katastrofę smoleńską obarczył Dowództwo Sił Powietrznych Wojska Polskiego, oraz załogę samolotu prezydenckiego. To dla wielu było oczywiste, Miller z komisją zrobił mi o tyle przysługę, ze nie muszę się już w niczym grzebać, bo podał mi na tacy zarzuty pod ich adresem. Słuszne zarzuty.

Ja się więc „nieśmiało zapytowywuję” za co każdy członek rodziny Błasika, zwierzchnika Sił Powietrznych i np. dowódcy Tupolewa dostali 250 tys. odszkodowania ze Skarbu Państwa, czyli z moich podatków? Niedawno dostałem odpowiedź, że za straty moralne i utratę więzi rodzinnych ze zmarłymi. Pytam się więc dalej, dlaczego po 250 tys. nie dostał każdy członek rodziny kierowcy, który niedługo po katastrofie zabił 18 osób wiezionych w niewielkim busie do pracy? Że co? Że powinno być 8 osób, że był winny? Co z tego? Błasik też był winny i dowódca też. Pytam dalej. Dlaczego każdy członek rodziny kierowcy, który zabił czterdzieści parę osób pod Grenoble, nie dostał po 250 tys.? To co, że zignorował znak drogowy? Załoga zignorowała tyle „znaków”, że uniesposób ich w dziesięciu zdaniach wymienić.

Tak się zastanawiam, czy odszkodowania dla pasażerów (przynajmniej części z nich) powinien płacić Skarb Państwa, czy np. kancelaria prezydenta. To kancelaria prezydenta ułożyła listę pasażerów. Nie tylko nie płaci odszkodowań, ale jeszcze członkowie ich rodzin dostali moje pieniądze, za to, że spowodowali niebezpieczeństwo paraliżu Polskiej Armii i najważniejszych Polskich Urzędów Państwowych (np. NBP), poprzez umożliwienie im podróży w jednym samolocie. Że co? Że nie było procedur? A głowy, że zapytam, od czego są, oprócz noszenia beretów? Czy przypadkiem nie od myślenia? Czy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, z definicji wynikającej już chociażby z nazwy tego urzędu, nie powinno taki lot absolutnie zastopować? Czy Rada Bezpieczeństwa Narodowego, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, nie powinna takiego składu pasażerów absolutnie zanegować i absolutnie zakazać? To jest zasrany obowiązek BBN i RBN!!! Czy żyjący pracownicy BBN (np. Błaszczykowski) nie powinni stanąć przed sądem, za niewykonywanie swoich obowiązków – umożliwienia powstania niebezpieczeństwa narodowego. Urzędnicy tego urzędu nie mają prawa NIE MYŚLEĆ, że stanie się coś złego! ONI ZA TO BIORĄ PIENIĄDZE!!! Czy pracownicy kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, z obecnie wołomińskim spadochroniarzem na czele, nie powinni prezydenta „otrzeźwić” zwracając mu uwagę, że to niebezpieczne? Czy prezydent nie powinien dbać o bezpieczeństwo swoich obywateli i bezpieczeństwo państwa? Tym bardziej prezydent pomny złych samolotowych doświadczeń, choćby z Mongolii?

Oczywiście na orzeczenie winy (współwiny) za katastrofę, np. Błasika trzeba poczekać do zakończenia prac prokuratury. Ale jestem przekonany, że kancelaria prezydenta, BBN, nie są w ogóle objęte prokuratorskim śledztwem pod kontem listy pasażerów, nie ma to bowiem bezpośredniego związku z przyczyną wypadku. Czy jednak BBN-em Kaczyńskiego nie powinna się prokuratura zająć? Przecież wynik tej katastrofy, czyli lista ofiar, to jest absolutnie doskonały przykład nieróbstwa, dyletanctwa, bylejakości i brania pieniędzy „za nic” przez urzędników Biura Bezpieczeństwa Narodowego!!!

Mam pytanie do premiera Rzeczpospolitej Donalda Tuska. Czy pan premier, nie ma moralnego dylematu, wypłacając rodzinom osób współwinnym katastrofy potężne pieniądze z kieszeni m.in. rencistów i emerytów, żyjących w skrajnym ubóstwie?

andy lighter

Będzie kolejka po odszkodowania

Trybunał Konstytucyjny uznał za niekonstytucyjny fakt, że byli właściciele kamienic, które po wojnie, na mocy dekretu Bieruta zostały im odebrane, nie otrzymują odszkodowań. I właściwie wszystko się zgadza, gdyby nie… pewne „Ale”. Ja osobiście zawsze byłem sceptyczny wobec „automatycznej” reprywatyzacji, czy nawet reprywatyzacji w ogóle. Powodów jest wiele, więc przytaczając niektóre, nie będę wyliczał: „po pierwsze”, „po drugie”…, bo się pogubię.

Otóż na początek: ustrój. Komuna w Polsce nie zaistniała z powodu zachcianki jakiegoś Bieruta, czy innego Gomułki, albo Jaruzelskiego. Oni, gdyby chcieli, mogliby po wojnie założyć sobie jakąś partyjkę komunistyczną. Komuna w Polsce zaistniała dlatego, że zafundowali nam ją koalicjanci: USA, ZSRR, UK i Francja. To oni usankcjonowali ustrój „socjalistyczny”, uznali PRL, a więc i jego „konstytucję” i prawo. Nie wiem więc, czy lepszym adresatem dla roszczeń nie byłyby rządy tych czterech krajów, albo jakaś organizacja międzynarodowa, ONZ, albo coś w tym rodzaju. Przenosząc odpowiedzialność za ustrój tak naprawdę, bo nacjonalizacja była oczywistą konsekwencją ustroju „socjalistycznego”, który ZSRR mógł swobodnie wprowadzać na terenach pozostających pod jego jurysdykcją, a koalicjanci (zwani aliantami) doskonale o tym wiedzieli i akceptowali w imię wyższych racji. Wiedzieli też, że ZSRR nie tylko może, ale też będzie ten ustrój wprowadzać. Zresztą Austrię chcieli obronić i bronili. Resztę, w tym Polskę „oddali z błogosławieństwem”. Dlatego dziw mnie, ze państwo Polskie, dziś tak bezkrytycznie bierze wszystko na swoje barki, tym bardziej, że obciąża to bogu ducha winnych, ciężko pracujących na rzecz kraju (jaki by on nie był), obywateli. Kraje zachodnie jak zwykle, czyli tak jak w ’39 i ’45, umywają ręce a Polskie sądy i Europejskie Trybunały beztrosko wydają wyroki, obciążające przeciętnego Kowalskiego, a innego Nowaka wyrzucające na bruk.

Inną kwestią jest odbudowanie np. kamienic, np. w Warszawie. Warszawa została zrównana z ziemią i kamień na kamieniu nie pozostał. Dzisiejsi właściciele, rozsypujących się, odzyskanych kamienic płaczą, że nie mają pieniędzy na remonty i dlatego ludzie w nich żyją w skandalicznych warunkach. One się rozsypują, bo remontowane były w latach ’70 i właściciele kamienic nie omieszkują to władzom wypomnieć. Zapominają przy tym dodać, że w ’45 tej kamienicy w ogóle nie było, albo był tylko fragment szkieletu. I Warszawiacy odbudowali ją, albo zbudowali od nowa, często w kształcie (wyglądzie) przedwojennym. I to nie Polska Bieruta zrobiła z niej zgliszcza, tylko Niemcy. Ciekawe, czy taki właściciel, który został po wojnie goły i wesoły, bo ograbiony przez Niemców, bez kamienicy i fabryki, jeśli taką posiadali, też zrównanej z ziemią, by tę kamienicę odbudowali? Za co, że spytam? Polska więc płaci odszkodowania nie tylko za działania Bieruta, ale również Niemiec Hitlerowskich. Ale byłych właścicieli to kompletnie nie obchodzi. Dla nich wojna nie istnieje, nie ma najmniejszego znaczenia, dla nich istnieje tylko dekret Bieruta. Sprawą nie bez znaczenia są też ceny dzisiejszych gruntów, już zabudowanych, których dzisiejsza wartość nie zależy od tego co tam kiedyś było, ale co dziś tam jest zbudowane. Jeśli jest plac zabaw, cena jest inna niż jeśli jest tam centrum handlowe. To czysta spekulacja niemająca nic wspólnego z „wartością utraconego gruntu”.

Inną kwestią, niezwykle delikatną ale jakiś czas temu będącą tajemnicą poliszynela był fakt, że byli właściciele majątków, nieruchomości i przedsiębiorstw byli po uszy zadłużeni. Siedzieli na kredytach, że aż dymiło i płonąca np. Warszawa (z bankami), była dla nich prawdziwym błogosławieństwem. Dziś bowiem cudownie odnajdują się papiery wartościowe i ich ilość wzrasta jak grzyby po deszczu. Nie słyszałem o „odnalezieniu” jakiegoś papieru dłużniczego. Choćby jednego. Dziwne, sami rentierzy żyli w II RP, a kredyty w Polsce w ogóle nie były znane.

Czytając artykuł na ten temat w Gazeta.pl, natknąłem się na bardzo sensowny komentarz, traktujący o sprawie często przeze mnie poruszanej, kiedy pisałem na ten temat kiedyś w serwisach DO. Skąd się wzięły majątki w 39. roku. Otóż gdyby traktować dorabianie się majątków wg dzisiejszych standardów prawnych, standardów praw człowieka, a nie ma powodów, aby takich standardów nie stosować, skoro takie standardy stosują byli właściciele, owi właściciele musieliby płacić potomkom swoich byłych pracowników, czyli nazywając rzecz po imieniu: niewolników, niebotyczne odszkodowania, za łamanie podstawowych praw pracowniczych, praw człowieka i praw każdego możliwego kodeksu. Wystarczy poczytać sobie „Lalkę”, czy „Ziemię obiecaną”, które były fabułą odzwierciedlającą ówczesne realia wielkich, polskich miast. Wie o tym każdy uczeń gimnazjum, czy liceum.

Tak więc każdy kij ma dwa końce, ale u nas tak się dziwnie składa, że każdy kij ma jeden koniec. Zawsze tak było, za komuny też. To w sumie wcale ni byłby taki głupi pomysł, gdyby potomkowie byłych niewolników, pogrzebali w przeszłości swoich przodków i założyli taką grupę roszczeniową. Sytuacja by się wyrównała.

Warszawa, koszy poniesienia wyroku Trybunału Konstytucyjnego, szacuje na 15 mld zł. Roczny budżet stolicy to 13 mld.  „Nic mnie to nie obchodzi, że Warszawa nie ma pieniędzy. 97 % jej powierzchni było w rękach prywatnych. Dziś miasto zachowuje się jak paser” – mówi Mirosław Szypowski, prezes Polskiej Unii Właścicieli Nieruchomości.

A co mnie to obchodzi, panie Szypowski, że pan utracił nieruchomość. Mnie nie było wtedy na świecie, mój ojciec panu tego nie ukradł, wal się chłopie ode mnie!

Jeśli państwo polskie zacznie „spłacać nie mój dług” moimi pieniędzmi, to będąc np. Niemcem, czy Żydem, byłbym głupcem gdybym z tego nie skorzystał. Traktowanie bowiem Polaka inaczej niż Niemca, czy Żyda, to łamanie (piszę w ciemno, ale jestem przekonany, że się nie mylę), praw człowieka. Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, Niemcy i Żydzi powinni mieć otwartą drogę do odzyskiwania swoich nieruchomości i odszkodowań za nie. Będzie wręcz dziwne, nawet głupie gdyby Wrocław (którego zapewne 97 %, panie Szypowski, było w rękach prywatnych), Opole, Kędzierzyn-Koźle czy inne miasta (o wsiach nie ma co wspominać, bo wszystko, co nie jest w rękach autochtonów trafiłoby do Niemców), czy cała Warmia i Mazury, nie wróciłoby do Niemców, Łódź do Żydów i część Warszawy też. I nie ma co się popisywać antysemityzmem, bo wasz antysemityzm (ewentualni oponenci), ma się nijak do prawa. To wcale nie jest sarkazm czy jakiś ukryty żart, w tej kwestii popierałbym Żydów. W takim stanie rzeczy – prawo nie może być wybiórcze, dzielić poszkodowanych na lepszych i gorszych.

Czy przypadkiem ludzie, którzy nie są żadnymi spadkobiercami, czy też nie utracili kamienic, nie powinni się skrzyknąć i bronić? Np. w Strassburgu? Przecież ktoś tu nas okrada!!!

andy lighter

Pieniądze naznaczone… pogardą(?)

Wreszcie w sądzie została zawarta ugoda pomiędzy jedną z rodzin ofiary katastrofy smoleńskiej a Prokuratorią Generalną. Rodzina otrzyma po 250 tyś. zł. Ściślej rzecz biorąc, każdy z członków rodziny otrzyma 250 tyś. Reszta rodzin jeszcze nie zaakceptowała warunków takiej właśnie ugody zaproponowanej w styczniu tego roku przez Prokuratorię. Śmiało można domniemywać, że niektóre z rodzin będą chciały wytargować więcej. Sygnały już mieliśmy więc nie chcę tutaj rzucać nazwiskami, żeby nie wywoływać wilka z lasu.

To bardzo nieetycznie mówić o pieniądzach w obliczu rozpaczy i cierpienia po utracie bliskiej osoby, twierdzą zwolennicy niektórych rodzin, przede wszystkim ci z kręgów zbliżonych do wspierania jednego ugrupowania politycznego. I mają rację. Tyle, że ci sami ludzie nie zająkną się nawet nad moralnym wydźwiękiem  skali tych pieniędzy w porównaniu do członków innych rodzin, którzy stracili bliskich w innych tragicznych wypadkach.

Państwo zresztą, nie pytając o zdanie podatników, a przecież to są pieniądze podatników, potraktowało rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej jak ludzi dla państwa niezbędnych, bez których państwu będzie bardzo, bardzo trudno funkcjonować (pomijam oczywistą prawdę, ze każde życie jest bezcenne, ale mam nadzieję, że czujecie o co mi chodzi), jako osoby dla państwa najistotniejsze. Jeśli takimi osobami z oczywistych powodów był prezydent kraju i jego małżonka, to reszta pasażerów była albo duchownymi, albo oficerami wojska jak tysiące innych, albo załogą samolotu jak załogi wielu samolotów w tym kraju, albo ulubieńcami prezydenta jak niektórzy członkowie opozycji, albo pracownikami instytucji państwowych, wybranymi tylko na kadencję, którzy lecieli tam nie wiadomo po co, jak dyrektor banku wiadomy, jak członkowie rodzin katyńskich, którzy mogli jechać pociągiem, oraz posłami, którymi mogli by tylko na chwilę(!). I na tych ostatnich chciałbym się zatrzymać, chociaż rzecz dotyczy w zasadzie wszystkich innych, ale na ich przykładzie dobrze będzie widoczny mój punkt widzenia w tej kwestii.

Otóż państwo, tzn. premier Tusk potraktował ich jak ludzi, którzy właściwie w tym kraju byli od tworzenia prawa. Bez względu na wiek, staż parlamentarny, zasługi, itd. Oczywiście oni od tego byli, w rzeczy samej, ale oni nie byli od tego na zawsze! Oni w każdej chwili (po kolejnych wyborach) mogli przestać nimi być. Ani jeden (ani jedna) z nich, nie mogli, nie mieli prawa(!) mieć pewności, że będą nimi w następnej kadencji. Takiego prawa nie mogły mieć również ich rodziny. I można sobie tutaj popuścić wodzę fantazji. Gdyby nie było katastrofy smoleńskiej, gdyby oni żyli, mogłaby się wydarzyć np. jakaś  duża afera polityczna. Związana np. z Gruzją, z której prezydentem nasz prezydent robili różne dziwne rzeczy, i Bóg raczy wiedzieć co mogłoby się wydarzy, gdyby Saakaszwilemu z polską bronią strzelił jakiś głupi pomysł do głowy. Notowania PiS-u spadłyby natychmiast w obliczu podanej na tacy przez międzynarodową opinię publiczną prawdziwych, sprawdzonych informacji. Albo gdyby wplątano (np. służby podległe Tuskowi) któregoś z posłów (np. PiS-u) w aferę korupcyjną analogiczną do tej z posłanką Sawicką. Mógłby by nawet Bogu ducha winny, ale zarzuty by poszły z prokuratury, media też rozhulałyby sprawę, potencjalny poseł (winny czy nie) byłby skończony jako poseł. Jakieś wydarzenie, nie chce mi się już tutaj wymyślać,  spowodowałoby drastyczny spadek poparcia określonej partii. To są oczywiście fantazje, ale nikt nie może wykluczyć możliwości zaistnienia podobnych przypadków. Należy pamiętać, że nawet żelazny elektorat, w pewnych bardzo niekorzystnych okolicznościach zwyczajnie rdzewieje i się rozsypuje, nawet przy niechcącym dotknięciu podniesioną przez psa nogą dla siknięcia.

I wtedy taki poseł, który przestałby być posłem. I wielu z nich nie dostało by stołka z jakiejś radzie nadzorczej lokalnej spółki, niektórym niekoniecznie znakomicie szły by założone prywatne biznesy, niektórym znakomicie. Niektórzy zostaliby jakimiś kierownikami, urzędnikami w miastach lub powiatach z pensją  o więcej niż połowę niższą niż poselska i oni, i ich rodziny musieliby sobie poradzić.  I gdyby taki człowiek zginął potrącony przez pijanego kierowcę w styczniu  2014. roku…

Jego dzieci nie dostałyby renty specjalnej w wysokości 2 tyś. do 25. roku życia. Jego rodzina nie dostałaby specjalnej zapomogi 40. tysięcznej państwo na swój koszt nie zorganizowałoby im pogrzebu i nie zapłaciło za pomnik. Kredyty musieliby spłacać sami i do końca, bez względu na swoją sytuację materialną. Reasumując, nie wszystkim wiodłoby się tak, jak przed katastrofą, ale dzisiaj nikt nie  może tego wiedzieć na pewno, również rodziny (zresztą, niektóre z ofiar, szczególnie byli działacze opozycji, nie byli i przed katastrofą majętnymi ludźmi, tylko niezbyt hojnie opłacanymi emerytami). Zginęli w katastrofie i niektóre z posunięć państwa należały się rodzinom jak przysłowiowemu psu micha. Np. wyprawienie pogrzebów, czy jakieś przyzwoite jednorazowe zapomogi. Ale spora cześć z tych (przepraszam za wyrażenie, ale nie mogę znaleźć pasującego słowa) profitów, są po prostu upokarzające dla społeczeństwa, szczególnie dla rodzin tragicznie zmarłych osób. Te osoby, z powodów dla mnie oczywistych, nie pisną słówka na ten temat. Są zbyt dumne, aby tęsknotę za bliskimi, żal i prawdziwe, a nie wirtualne, jak w przypadku niektórych rodzin smoleńskich, wymieniać na kłótnie o pieniądze po stracie. Chociaż kiedy patrzą na ten pożałowania godny spektakl, wyszarpywania przez niektórych, z gardeł podatników, z gardeł znienawidzonego kraju i znienawidzonego rządu pieniędzy zadośćuczynienia, to musi być to dla nich bolesne. Milczą jednaj, bo tak trzeba. Ale tym bardziej społeczeństwo powinno przemówić w ich imieniu, bo wszyscy domyślamy się (a przynajmniej powinniśmy) co oni mogliby mówić , gdyby nie było im wstyd to mówić.

Moja koleżanka i sąsiadka zarazem straciła męża. Poszedł do pracy na nocną zmianę i zanim jeszcze rozsiadł się za biurkiem komputera, rozkładając dokumenty dostał zawału. Chyba za dwie 23., na dwie minuty przed „gwizdkiem” do pracy. Mieli dwóch dorastających synów. Jeden w liceum, drugi w gimnazjum. Młodszy uczył się absolutnie wzorowo, doskonale pamiętam jak pokazał mi świadectwo na klatce schodowej wracając z rozdania świadectw. Zdębiałem, bo wyglądało jak jakiś wzór świadectwa, idealnie doskonałe. Koleżanka mówiła, że dobrze się uczą, ale nigdy nie przypuszczałem, że są absolutnymi prymusami, zresztą nie wyglądali i nie zachowywali się jak prymusi. Koleżanka nie pracowała od lat. Mąż nienajgorzej zarabiał i postanowili, że ona zajmie się domem i dziećmi. Jednak inwestowali w mieszkanie, w zainteresowania synów, siedzieli w kredytach i spłacali raty. Jego śmierć została potraktowana jako zwykła śmierć, nie mająca związku z wykonywaniem pracy. Dostała więc zwykłą rentę. I renty na dzieci. Ich życie z dnia na dzień stało się dramatyczną walką o byt. Pieniądze z odszkodowania i  z odprawy w całości poszły na spłaty części kredytów, sporo jednak zostało do spłacania. W chwili śmierci męża koleżanka miała 53 lata i nie pracowała chyba od lat 17.O znalezieniu więc pracy mogła tylko pomarzyć, chociaż udawało się jej co jakiś czas na jakiś czas, podłapać lewe stróżowanie czy sprzątanie. Na czarno rzecz jasna i za „niby” pieniądze. Nigdy nie zapomnę kiedy jej starszy zdecydował po maturze, że nie wybiera się na studia. Boże mój, trzeba było ją wtedy widzieć, przełykającą łzy przez kilka tygodni. A my nie mogliśmy nic zrobić, nawet nie wiedzieliśmy jak się przy niej zachować. Syn rozpoczął płatne studia zaoczne rok później, jednocześnie pracując gdzieś w biurze. Młodszy syn po śmierci ojca postanowił zostać lekarzem I poprzysięgła sobie, że mu to umożliwi. W zeszłym roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Medycznym. Do dzisiaj jednak życie tej rodziny jest desperacką walką o byt. W jednej chwili spokojne, ustabilizowane materialnie rodzinne życie przewróciło się do góry nogami.

Opisałem dramat koleżanki nie przypadkiem, ale jako moją reakcję na słowa mecenasa Giertycha reprezentującego rodzinę oficera BOR-u, która zgodziła się na ugodę: „Cieszę się, że doszło do tej ugody, bo po tragicznej śmierci męża moja klientka znalazła się w bardzo trudnej sytuacji materialnej”.  A ja się jakoś mniej cieszę. Bo ta ugoda to okazanie pogardy ludziom takim jak np. rodzina mojej sąsiadki. I tę pogardę okazują niekoniecznie (albo, nie tylko) rodziny ofiar. Tę pogardę okazuje państwo. Rzeczpospolita. Okazuje pogardę podatnikom, oraz rodzinom cierpiącym po stracie bliskich, traktując ofiary smoleńskie jak ludzi wyjątkowych.

Tymczasem, być może niektórzy z tych ludzi to byli zwykli nieudacznicy, którzy nie nadając się do niczego innego stali się politycznymi aparatczykami, w konsekwencji trafiając na Wiejską. Niektórzy z tych ludzi okazali się kompletnie nieodpowiedzialnymi, niezasługującymi nie tylko na honory, ale wręcz zasługującymi na potępienie, np. za kompletny brak zdrowego rozsądku, co świadczyło o jakości „uprawianych przez nich pól”. Śmierć niektórych ofiar, nie tylko nie powinna wychodzić poza chwilowe, poprawnie polityczne mowy pożegnalne, ale powinna być przykryta wstydliwą zasłoną milczenia, aby zadośćuczynić słynnemu: „Kończ Waśc, wstydu oszczędź!”.

Prawdą jest, że śmierć to śmierć i nie warto się nad tym rozwodzić, ani dywagować. Ale prawdą jest również, że jakie człowiek wiódł życie, taki ma pogrzeb. Temu ostatniemu, państwo polskie zaprzeczyło. Państwo polskie zakpiło z obywateli tego kraju, okazało pogardę tysiącom wdów, wdowców i osieroconych dzieci.   

Serdeczne życzenia dla wszystkich Pań. Szczególnie gorące dla mojej żony, od której teraz jestem daleko (jakieś trzy tygodnie będzie w sumie) i dla Pań, które zaszczycają mój blog swoją obecnością.