Mówią do mnie, a ja im nie ufam

Pasterka w noc wigilijną to taki czas, kiedy księża, biskupi i arcybiskupi mówią do wiernych. Nauczają ich, co powinni, co mogą, a czego nie. A ja im nie ufam. Nie wierzę. Tak, jak nie ufam policjantowi, który wlepia kierowcy mandat za jazdę po pijanemu, po czym wypija szklankę wódki, wsiada do samochodu i odjeżdża w stronę swojego domu.

Jestem człowiekiem wierzącym, ale od Kościoła dzieli mnie przepaść. Jeśli abp Michalik grzmi, pouczając wiernych, że przemoc nie bierze się z religii, to ja się pytam, skąd się bierze przemoc? Czyż religia nie była powodem największej ilości wojen w dziejach ludzkości. Czyż najwięksi oprawcy i mordercy w dziejach Mie mieli na płaszczach, chorągwiach, pasach, czy klapach, a nawet w dłoniach kwintesencji religii: imienia Boga, krzyży, obrazów Jezusa? Jak mogę więc ufać w jego słowa, krytykujące znieważanie krzyża, jeśli sam, on i jego „bracia hierarchowie” w milczeniu przyglądali się jego znieważaniu na Krakowskim Przedmieściu?

Jeśli hierarchowie mówią i żądają obrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, to jak mogę słuchać poleceń abpa Kowalczyka o modlitwę za zołnierzy polskich w Afganistanie? Przecież oni tam zabijają, czyniąc to z błogosławieństwem wojskowych kapelanów – współczesnych oficerów politycznych w naszej armii. Czy w tym przypadku obrona każdego życia(!) już nie obowiązuje? A co na to pierwszy wojownik o wyznaniową Polskę, Terlikowski?

Jeśli kardynał Dziwisz apeluje do polityków, aby „w centrum odwagi było dobro wspólne, a nie dobro danej partii lub ugrupowania politycznego. Aby panowała sprawiedliwość i solidarność, ale także było uszanowanie dla inaczej myślących”, to jak ja mam mu ufać, skoro to ten sam Dziwisz, który najbardziej we współczesnej historii Polski podzielił naród, godząc się na pochówek prezydenta na królewskim Wawelu?

Wiele, wiele tych i innych pouczeń, mądrości i jedynie słusznych wskazówek dla wiernych padło podczas kazań pasterkowych. I nic mnie tak nie złości jak słowa abpa Michalika: My jesteśmy krytyczni wobec księży i biskupów, bo chcemy, żeby byli doskonali. Ja sam chcę być ciągle doskonalszy, ale mi ciągle nie wychodzi. Ale na tym polega chrześcijańska wartość, mądrość, że wiemy którędy idzie droga do doskonałości”. Podpierają się tą własną, księży i biskupów niedoskonałością zarówno hierarchowie jak i ich najzagorzalsi wyznawcy, najbardziej nawiedzeni zazwyczaj, katolicy.

Bo co oznacza „krytyczni wobec księży i biskupów”, jeśli straszy się ekskomuniką posła, czy senatora obserwując „listy głosowań”, a nie ekskomunikuje się homoseksualnego Paetza, całej masy pedofili, malwersantów finansowych, łamiących przykazanie „Nie cudzołusz”, i wszystkich innych przykazań, ludzi Kościoła, którzy mówiąc o nienaruszalności ról kobiety i mężczyzny chronią homoseksualistę i oddają mu pokłony (Paetz)? Mówiąc o uchu igielnym chronią i ukrywają malwersacje finansowe własnych funkcjonariuszy, a nawet instytucji Kościoła jako całości? Przywołując przykazania pozwalając pełnić posługę (nauczać!) ojcom dzieci z z nieprawego łoża?

Jakież to jest wszystko niewiarygodne w ich ustach. W ich naukach. Nie godzę się na to, żeby grzeszący na prawo i lewo ksiądz uczył mnie i nakazywał nie grzeszyć. I to, że „ciągle im nie wychodzi”, bo „są tylko słabymi ludźmi” – koronny argument praktykujących katolików, zupełnie mnie nie przekonuje.

Jeśli to miałby być argument, dlaczego zżymać się na policjanta, który wlepia mandaty i odbiera prawa jazdy za jazdę po pijanemu, po czym wypija szklankę wódki, wsiada w samochód i odjeżdża do domu? To dlaczego nie godzić się na prokuratora, który żąda dla złodziei długoletniego więzienia, po czym wychodzi z sądu i kradnie samochód z pobliskiego parkingu?

Pełniony zawód, czy służba zobowiązują. Nie może być prokuratorem, sędzią złodziej, czy morderca, nie może być policjantem łamiący kodeksy drogowe. Nie może być księdzem, żyjący wbrew nakazom i naukom przez siebie głoszonym. Nie może być historykiem, nieznający historii a matematykiem, matematyki. Bo są niewiarygodni.  

I dlatego, jeśli zechcę uczyć się boskiego prawa, norm i wyborów, sam, bez pomocy homoseksualisty, pedofila, malwersanta, czy „walczącego krzyżem”, przeczytam Biblię, albo Koran, Talmud, Wedy, albo oddam się medytacjom, poszukując buddyjskiego przebudzenia.

Nie toleruję też tłumaczenia, że wielu księży to prawi ludzie, oddani wierze i znakomicie pełniących swoją posługę. Bo tak postrzegam dane środowisko, jak jego część.

Ludzie nie ufają sądom i prokuratorom, choć nie wszystkie działały tak, jak te instytucje w sprawie Amber Gold. Nie ufają CBA, choć nie sami agenci Tomki tam urzędowali. Nie ufają sejmowi, choć nie wszyscy posłowie to walczący Kaczyńscy, Brudzińscy, Hofmani, czy Niesiołowscy. I mają do tego święte prawo. Nie chcą bowiem ufać, że tym razem, w jego sprawie, sędzia, prokurator może będzie uczciwy, że tym razem wybrany poseł może będzie głosował tak, jak chcą jego wyborcy, a nie polityczny interes jego szefa, że tym razem może lekarz, który go leczy ma na względzie jego zdrowie, a nie walkę o własny zysk, itd. Nie stać nas (mnie) na wiarę w ludzi, na chybił trafił.

andy lighter