Życie nie jest bezcenne

Wszyscy znamy slogany, wielu uważa(ło), że słuszne, prawdziwe: „życie nie ma ceny”, „życie jest bezcenne”, „żadne pieniądze nie zwrócą życia bliskiej osoby”. Nic z tego. Są tacy, którzy wyceniają sobie życie, swoich bliskich i swoje własne, a tym kimś są oczywiście rodziny ofiar smoleńskich.

Rusza właśnie lawina wniosków rodzin ofiar o odszkodowania. Do MON i bezpośrednio do sądów. I odszkodowania te nie mają nic wspólnego z otrzymanymi już (wynegocjowanymi) od państwa odszkodowaniami w wysokości 250 tys. zł, w ilości 270 ugód. Były to bowiem „zadośćuczynienia za krzywdy niemajątkowe”, czyli, kolokwialnie pisząc „straty moralne”. Państwo, czyli mnie i Ciebie, kosztowało to prawie 68 mln zł.

Tym razem chodzi o zadośćuczynienia za straty materialne. Czyli inaczej, za pogorszenie się sytuacji materialnej rodzin ofiar katastrofy. I w tym miejscu, przyznam, mnie ruszyło. Dochodzą słuchy, że niektóre osoby chcą odszkodowań w wysokości nawet do półtora miliona zł(!)

Nietrudno pomyśleć, że niektóre, np. żony (to tylko ewentualny przykład, nie żadna wiadomość), „policzyły” sobie ewentualny dochód męża (np. męża), aż do emerytury i później, do „przewidywanej” daty naturalnej śmierci. Świetny sposób na wyliczenie sobie wysokości emerytury – będę musiał nad tym popracować i wysłać do ZUS-u propozycję mojego dochodu, aż do ewentualnej śmierci.

„Rodziny smoleńskie”, a przynajmniej spora ich część, postanowiły ukarać państwo, czyli obywateli, za to, że zginęli ich bliscy.

A więc ja domagam się od państwa, żeby te rodziny mnie nie karały.

  • Domagam się, żeby ukarały pilotów, za ich ewidentny błąd w sztuce, a raczej serię błędów.
  • Domagam się, aby ukarały gen Błasika, który jako pierwszy, będąc przełożonym pilotów, powinien stanąć w obronie życia prezydenta i zakazać (nawet z użyciem broni – choć sam jej nie miał, mógł zażądać od młodszych oficerów BOR – ja bym tak zrobił, desperacko broniąc życia głowy państwa, to obowiązek oficera) lądowania.
  • Domagam się, aby ukarały kancelarię byłego prezydenta i samego Lecha Kaczyńskiego za to, że na pokładzie prezydenckiego samolotu znalazło się tyle niebędących związanymi z wykonywaniem przez prezydenta obowiązków, osób, które „nie miały prawa” (z punktu widzenia logicznego i odpowiedzialnego myślenia), się tam znaleźć.

Inaczej rzecz nazywając, domagam się od prokuratury r z e t e l n e g o(!!!)  i prawdziwego, a nie pozorowanego śledztwa, dziś bowiem wiadomo, że prawdziwi winni, jako, że nie żyją, nie będą wskazani jako winni (bo nie wypada winić zmarłych), o ukaraniu nie wspominając. Całe więc to śledztwo prokuratury, jest warte funta kłaków, od początku do końca.

Zapłacę, jako państwo, hienom ich odszkodowania. Pod warunkiem. Jeśli prawdziwi winni katastrofy smoleńskiej, zostaną wskazani i ukarani. Prawdziwi winni nie „dostarczą swoim bliskim zabezpieczenia do końca życia. Tak jak kierowca, świadomie i z premedytacją pchający się pod koła ciężarówki, spowodowawszy wypadek z ofiarami śmiertelnymi, nie zabezpiecza bytu swoim bliskim, jako winny śmierci innych ludzi.

A swoją drogą, ciekawy jestem dlaczego samolot rządowy nie był ubezpieczony? To chyba kolejny, typowo polski wynalazek, żeby nie ubezpieczać samolotu VIP-ów. A niech by „szarak” nie wykupił OC na samochód, dowiedziałby się jasności przy pierwszym „napotkanym” patrolu drogowym.

Wiem, wiem. Jestem świnia, bo o umarłych źle się nie mówi, a poza tym oni stracili bliskich i im się należy. A niech im się należy! A niech się nie mówi! Tylko niech to niemówienie nie oznacza zamykanie ich ust moimi, Twoimi, naszymi  pieniędzmi. Bo nie kto inni, tylko oni będą za chwilę najgłośniej krzyczeć o niedożywionych dzieciach i o tym, że to wina Tuska.

andy lighter

Pytania posłów i… ja też pytam

Posłowie zadają pytania w związku z „aferą” Amber Gold.. Różne, lepsze gorsze, mądre i (najczęściej) głupie. Jak zwykle.

Ja też mam parę pytań. Do Prokuratora Generalnego, Ministra Sprawiedliwości i premiera Tuska.

  1. Panie Prokuratorze. Czy to prawda, że jeśli prokuratorzy, którzy pozwolili na prowadzenie działalności finansowej firmie (i jej szefowi) „naznaczonymi” „wilczym biletem” przez KNF, poddani zostaną sankcjom dyscyplinarnym? Czy owe sankcje nie sprowadzają się do tego, że zostaną oni przeniesieni w stan „wiecznego” spoczynku i otrzymywać będą dożywotnie wynagrodzenia prokuratorskie (coś około 75 % ostatniej pensji czy coś koło tego (oczywiście sukcesywnie rewaloryzowane, tak jak wszystkie świadczenia)?
  2. Czy jeśli nawet jakimś cudem otrzymali by wyrok (za np. ewentualne branie łapówek od ludzi z Amber Gold), dożywotnie wynagrodzenie (jw.) jest im przypisane „z automatu”, bez względu na.., …, …, wszystko?
  3. Panie ministrze Gowin. Czy jeśli pod pytanie 1. lub 2. „podpiąć sędziów sądów rejonowych, zasada otrzymywania wynagrodzenia jest identyczna? Nawet, jeśli się ich „wyrzuci” z roboty, z powodów jw.?
  4. Panie premierze, jeżeli odpowiedzi na powyższe trzy pytania jest twierdząca, dlaczego tak jest i jak długo tak będzie?
  5. Panie premierze, pytanie 4. zadałem dlatego, żeby się dowiedzieć, czy nie przeszkadza panu, że sędzia, albo prokurator, nawet jeśli okaże się łapówkarzem, złodziejem, członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, czy po prostu bandytą, zważywszy na przychody ze skarbu państwa wpływające co miesiąc na jego konto bankowe, będzie do śmierci bogatym darmozjadem, będącym pod względem ekonomicznym ponad prawem?

Być może moje pytania od 2. do 5. są błędne i wynikają z niewiedzy, jeśli tak, to proszę mnie poprawić, a natychmiast usunę tekst, jako bezzasadny. W ostatnich latach nigdy jednak nie słyszałem o pozbawieniu jakiegoś prokuratora czy sędziego jego finansowych „przyrodzonych” przywilejów. A wyroków niesprawiedliwych, głupich i podejrzanych, była cała masa!!!

„Jedzie mi tu czołg” – chciałoby się zapytać, oczekując na odpowiedzi na zadane pytania od adresatów. Ale…, może zdarzy się cud?

 

andy lighter

Obrona honoru i… haniebne pieniądze

Pułkownik, prokurator Przybył, ten, co w obronie honoru „ludzi, których znał”, próbował popełnić samobójstwo i nie trafił tam, gdzie powinien (z odległości kilku centymetrów), został przez Krajową Radę Prokuratorów przeniesiony w stan spoczynku.

I tak oto, ten czterdziesto jedno letni, jeśli dobrze pamiętam, prokurator i żołnierz Wojska Polskiego, będzie do śmierci brał uposażenia w wysokości (na dzisiaj) ok. 8 tys. PLN. Przeniesienia dokonano na wniosek samego zainteresowanego, drugi wniosek, bo po pierwszym KRP nie chciała go „wypuścić”. Wniosek podparty został oczywiście orzeczeniem lekarza orzecznika.

I ja się pytam: a gdzie jest zwolnienie dyscyplinarne? Za nieuzasadnione użycie broni, np. A gdzie jest degradacja? Za splamienie munduru Wojska Polskiego (honorowy żołnierz nie strzela do siebie nawet w obliczu pewnych tortur w niewoli wroga).

Działania nadzorowane przez pułkownika prokuratora uznane zostały przez dwa sądy za niezgodne z prawem, a dokładnie za „omijające prawo”. W sprawie „próby samobójstwa” (koń by się śmiał z takiej próby) grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności, śledztwo trwa.

Czy żołnierzom Wojska Polskiego nie jest wstyd, że ktoś taki jak pan pułkownik nosi mundur? I bierze pieniądze podatników za nic?

Czy rządzącym nie daje do myślenia to, z jaką łatwością każdy prokurator może sam spowodować wysłanie siebie w stan spoczynku? Możliwości przecież ma masę. I zaczyna za darmo zubażać budżet. Czy rządzącym nie wstyd, zapewniać nierobom i nieudacznikom kosmiczne dla przeciętnego zjadacza chleba wynagrodzenia za nic, przy jednoczesnym forsowaniu granicy 67?

Czy rządzący nie widzą, że to jest chore? Rażąco niesprawiedliwe?

Czy wojsko w obronie honoru i godności żołnierza polskiego, zażąda zdjęcia przez tego pana munduru?

Przecież cały ten jego cyrk i te pieniądze, są po prostu haniebne.

 

andy lighter

Machiny, które zabijają… nadzieję

Niedawno przyszło mi się zmierzyć z państwową machiną polskiej opieki zdrowotnej. Urzędniczą machiną, chociaż reprezentowaną przez ludzi w fartuchach, mieniących się tymi, którzy służą pacjentom. I to, że zachowują się jak bezduszne urzędasy, do nich nie dociera: „To nie my, to oni!”, chociaż nawet po stosunku do bliskich pacjenta, widać, że jednak tak lubią. To było koszmarne doświadczenie, a raczej seria doświadczeń, jednak to był początek „beznadziejnych” doświadczeń. Zostawię, póki co te lekarsko-pielęgniarsko-pogotowioratunkowe doświadczenia – są zbyt świeże, jeszcze bolą i potrzeba dużo, dużo miejsca, żeby je opowiedzieć.

Później nastąpiło opróżnianie mieszkania po zmarłym ojcu i kolejne lekcje cierpliwości wobec urzędniczej machiny. O urzędnikach „państwowych” wszyscy wiemy, natomiast tę lekcję cierpliwości i bezradności dały mi instytucje, którym (jak sądziłem) powinno zależeć na jak najszybszym załatwieniu sprawy. Choćby prywatna firma wywożąca śmieci na wysypisko. Podstawili potężny kontener, wielki jak pół domu. Kiedy rozpoczynałem wyrzucanie zawartości mieszkania, podjechał do mnie gość, pracownik owej firmy, prosząc o pośpiech, bo firma potrzebuje kontenera gdzie indziej. Z wyraźnym zadowoleniem umówiliśmy się za osiem godzin. Uwijałem się jak w ukropie, pomagali mi znajomi i koledzy. Dość powiedzieć, że „na fajrant” byłem potwornie skonany, ledwo mogłem chodzić. Nigdy, od piętnastu lat, od kiedy jestem na rencie, tak się nie umordowałem. Moje poczynania obserwowała mama, która ze względu na stan zdrowia mieszka już gdzie indziej, ale na czas pogrzebu i spotkań z bliskimi, postanowiła zostać parę dni. Cały czas płakała. Każda rzecz, każdy mebel, garnek, czy firanka, każdy przedmiot stojący na półce, wywoływał jej wspomnienia, wyrzeczenia, pożyczki, kredyty, smutki i radości, które z tymi rzeczami się wiązały.

Nikt nie odebrał zapełnionego meblami i całym dobytkiem kontenera tego dnia. Nikt nie odebrał go nazajutrz. Mama, cztery kolejne poranki i popołudnia, zbliżając się do okna w kuchni, miała przed sobą dorobek całego swojego życia, połamany i powrzucany na stertę w kontenerze. Przerzucany jeszcze przez poszukujących skarbów złomiarzy i zbieraczy.  Po czterech dniach i licznych interwencjach, ktoś łaskawie wywiózł kontener. O tym, co ona czuła przez te dni, taki bezduszny „biznesmen” zapewne nie ma najmniejszego pojęcia.

Podobną filozofię: „Mamy czas” zastosowane zostały przez gazownię i zakład energetyczny. Liczniki wisiały i wisiały, mimo próśb i wezwań (chociaż remont mieszkania trwał w najlepsze, a gaz i prąd szły na „moje” konto. Energii do dziś nie mam rozliczonej.  

Jest taki stereotyp, który pokazuje, że państwo jest od tego, żeby wycyckać obywatela, a obywatel, swoich spraw musi dochodzić latami. Bo w tym drugim przypadku „obowiązują procedury”. Zawsze na korzyść państwa, nigdy na korzyść obywatela. I tego właśnie doświadczyłem dzisiaj. Jakby ostatnich doświadczeń było dla mnie nie dość, los znów postanowił pokazać mi miejsce w szeregu.

2. kwietnia, po miesięcznym oczekiwaniu na decyzję ZUS, uprawomocniającą przedłużenie mi renty inwalidzkiej, zauważyłem pewną niezgodność w obliczeniach. Mój staż pracy, okresów składkowych i nieskładkowych nie zgadzał się o prawie pięć lat. Pomyślałem sobie, że pewnie „po drodze te lata wyparowały”, jakiś urzędnik coś przeoczył, albo źle wbił cyferkę w komputer. Z ciekawości jednak i z powodu oczywistej chęci odwołania się, sprawdziłem, że te prawie pięć lat rzeczywiście wyparowało, ale… piętnaście lat temu. Od pierwszego dnia pobierania przeze mnie renty inwalidzkiej, nie zgadzało się w rachunkach niemal pięć lat. 2. kwietnia poszedłem więc do ZUS-u i razem z panią z okienka napisaliśmy odpowiedni wniosek, prośbę o wyrównanie, wypłacenie należnych mi pieniędzy. Najpierw się spociła, poleciała do góry i wróciwszy po kilkunastu minutach stwierdziła, że jakaś urzędniczka, piętnaście lat temu pomyliła moją datę urodzenia, podczas robienia obliczeń. No a potem to już kalka, sztampa, kto by tam sobie głowę zawracał rzeczą, która dobrego urzędnika natychmiast powinna zakłuć w oczy.

Miesiąc i… nic. Półtora i… nic. Mimo innych spraw związanych z walką z wiatrakami pod nazwą „urzędnicza machina Rzeczpospolitej”, znalazłem czas na przypomnienie o sobie. Wreszcie po dwóch miesiącach (bez trzech dni) dostałem oczekiwaną odpowiedź. Zakład Ubezpieczeń Społecznych wypłaci mi nienaliczone należności za okres ostatnich trzech lat !!! To oznacza, że przez dwanaście lat moje własne państwo okradało mnie bezkarnie, a wszelkie dochodzenie roszczeń z mojej strony jest niezgodne z prawem.

Rozumiecie? Dochodzenie sprawiedliwości jest niezgodne z przepisami. Przez dwanaście lat byłem jak najbardziej legalnie okradany.

I w tym miejscu chcę skierować swój apel. Potrzebuję pomocy. W tej chwili co prawda jestem sfrustrowany, zły i odarty z nadziei, jednak zamierzam nie odpuszczać. Nie może tak być, że państwo zawsze, może może wyrzucić mnie na bruk, wbić w nędzę, lub zabrać mi, co uzna za stosowne, wskutek jakich moich błędów, nieświadomości, nieumiejętności, nieznajomości przepisów, samo chroniąc się jakimiś „trzyletnimi szlabanami”, albo innymi barierami, dla obywatela nie do przejścia. Potrzebuję podpowiedzi: co robić, gdzie uderzyć, co napisać, itp. Wielu z Was z pewnością się na tym zna. Lub ma jakieś doświadczenia.

Państwo co i rusz przemawia do nas słowami: „Wszyscy są równi wobec prawa”. Szkoda tylko, że to państwo, ma na myśli wszystkich, oprócz siebie i swoich własnych instytucji.

Zróbmy tak, żeby słowo „wszyscy”, rzeczywiście oznaczało wszystkich, a nie tylko nas – urzędniczych petentów.

Ja nigdy nie odmawiałem pomocy. A państwo…, to chytre, chciwe bydle.

andy lighter

Płacić za Afganistan?

Wobec wcześniejszych ustaleń państw należących do NATO, o wyjściu z Afganistanu do końca 2014. roku, Amerykanie wymyślili nowy plan. Oto państwa NATO i ich sojusznicy (można się domyśleć, że kraje, z których żołnierze biorą udział w tej wojnie, czyli ok. 40. państw) będą płacić daninę na siły bezpieczeństwa Afganistanu po wyjściu „agresorów”.

Miały by te państwa płacić ok. półtora miliarda dolarów rocznie na utrzymanie afgańskich sił bezpieczeństwa i wojska. Na Polskę ma przypadać ok. 20 mln dolarów. Powinniśmy się cieszyć, jak wynika z wyliczeń, bo jest to kwota o 10 razy mniejsza niż wynoszą obecne koszty naszego udziału w tej wojnie – namawia nas min. Sikorski. A ja się jakoś nie cieszę.

11 lat temu Amerykanie nie pytali (przynajmniej Polski), czy mają rozpocząć tę wojnę, czy nie. Postawili państwa NATO w pewnym sensie przed faktem dokonanym, podobnie zresztą jak w przypadku wojny w Iraku, z tym, że w tamtym przypadku posłużono się oszustwem – kłamstwem po prostu. Państwa NATO „musiały” wesprzeć USA, jako sojusznicy, a nie trzeba wielkiego bystrzaka, żeby zrozumieć przystąpienie do sojuszu przeciw Talibom (a w zasadzie dołączenie do Amerykanów), krajów spoza NATO.

Można więc używając pewnego skrótu myślowego stwierdzić, że USA na siłę wciągnęło świat w tę wojnę. A teraz jeszcze żądają współfinansowania?

Amerykańskie zarozumialstwo nie ma sobie równych na świecie (Rosjanie np. do pięt im nie dorastają). Wspominałem o tym kilkakrotnie, m.in. przy okazji „obsztorcowania” Europy za nieudolne zwalczanie kryzysu, przez prezydenta Obamę. Kryzysu, którego twórcami byli Amerykanie, jakby ktoś zapomniał.

20 mln dolarów to niby niedużo w skali budżetu. To fakt. Jednak zastanawia mnie pewna prawidłowość. Jeśli człowiek ma niewiele pieniędzy, zewsząd słyszy rady: „Oszczędzaj! Zastanów się dwa razy, zanim coś kupisz! Zanim wydasz złotówkę, obejrzyj ją z każdej strony!”, itd., itp. Jednak jeśli rząd chce wydać jakieś pieniądze, albo rząda się jakich pieniędzy od rządu, zaczyna rozbrzmiewać prawdziwa hiperkakofonia, chór na tysiące gardeł rozmaitych potrzeb, zobowiązań, pomysłów, roszczeń itp.: „To tylko kilka (…naście, …dzissiąt, … set milionów! Żaden wydatek w budżecie! itp.).

A więc trzeba ciąć wydatki. Jakie…, pozostawiam bez komentarza.

Osobną sprawą jest to, że prezydent Komorowski obiecał wyjście z Afganistanu z końcem tego roku, a jeszcze inną, niemoralny według wielu Polaków, charakter udziału Polaków w tej wojnie, od samego początku.

A na wizy możemy poczekać. Nam się nigdzie nie spieszy, my przyzwyczajeni jesteśmy przecież do dymania. Litwa, Ukraina, Gruzja, Rosja, to tylko przykłady. Dlaczego USA mają być gorsze?

andy lighter

Odszkodowanie za własną winę

Bezstresowe wychowanie dzieci bardzo podoba się dzisiejszym rodzicom. Moim skromnym zdaniem powód jest jeden: rodzice w ogóle nie muszą wychowywać swoich pociech. Przecież nie można krzyczeć na dziecko, bo przeżyje stres. Nie można dać dziecku klapsa, bo to znęcanie się. Nic nie można, więc…, wychowanie pozostawia się paniom przedszkolankom, nauczycielkom i nauczycielom.

Rok temu głośna stała się sprawa dziecka, które połknęło w supermarkecie żrący środek do przetykania rur. I dzisiaj rodzice domagają się od producenta „Kreta” odszkodowania. 100 tys., a może być jeszcze wyższe, jak spodziewa się pełnomocnik rodziców, dwu i pół letniego wówczas dziecka. Zarzucali bowiem, wystawianie niebezpiecznych artykułów w łatwo dostępnym miejscu. I tutaj dostrzegam wywrócenie całej sprawy do góry nogami, albo, jak kto woli, odwrócenie kota ogonem. Supermarket, kiedy sprawa ujrzała światło dzienne w mediach, stał się kozłem ofiarnym, na którym suche nitki nie zostawiała opinia publiczna i wszelkiego rodzaju dziennikarza, a nawet fachowcy. Razem z supermarketem atakowano producenta.

Wszyscy zgodnie twierdzili, że takie niebezpieczne artykuły chemiczne, substancje żrące np., powinny być wystawione w trudno dostępnych miejscach, najlepiej na najwyższych półkach. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. Takie artykuły powinny być wystawiane jak najniżej, najlepiej na posadzce, a to z bardzo prostego powodu. Jeśli jakiś roztargniony, albo z innego powodu nieuważny klient, ściągając ów żrący środek z górnej półki, spowoduje spadnięcie więcej niż by sobie życzył opakowań, może to przynieść opłakane skutki. Mogą te opakowania spadać na głowę innych klientów, a nawet dzieci. O tym, jaki to może mieć wpływ na zdrowie klientów, na ich odzież, inne produkty w koszach, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dlatego uważam, ze takie artykuły powinny być ustawiane na ziemi, w celu zminimalizowania ewentualnych, spowodowanych nieprzewidzianymi okolicznościami, zdarzeń, typu nieszczelne zamknięcie, lub przewrócenie się jakiegoś opakowania. Przewrócenie się, niczym nie skutkuje, spadnięcie z dwóch metrów… trudno przewidzieć.

Rodzice więc, chłopczyka, który nałykał się jakiegoś przetykacza rur, żądają zadośćuczynienia, bo leczenie wciąż trwa. 100. tys. złotych, albo więcej. Nikt, bo to nie wypada, nie zapyta jednak tych rodziców, gdzie oni byli, kiedy dziecko „piło” ten napój. Taki mały dzieciaczek potrzebuje trochę czasu, aby taką plastikową butelkę wyciągnąć, odkręcić zakrętkę i wreszcie się napić. Co wtedy robili rodzice? Pochłonięci byli zakupami. Akurat dziecko w tym momencie „nie istniało”, bo coś fajnego trzeba dotknąć, sprawdzić, przejrzeć, potrzymać w ręku i stoczyć walkę: „kupić, nie kupić”. Rodzice bardzo szybko „kupili” metodę bezstresowego wychowania dziecka. I okazuje się, ze wychowywać ma nie tylko przedszkole i szkoła, ale również supermarket, a nawet producent. Jako że od sklepu jednak nic nie wskórają, przyczepili się producenta.

Ponieważ rodzice poprzegrywali procesy, zarówno ze sklepem, jak i z producentem, wytoczyli proces cywilny. Nie można wykluczyć, ze jakiś klient, godzinę wcześniej, albo dwie, chciał się przekonać jak ten środek pachnie, albo wygląda. Odkręcił więc być może, obydwie (bo są dwie) zakrętki i niestarannie zamknął. Taka możliwość istnieje. I trudno za to obwiniać producenta. Sam, wielokrotnie się przekonałem (nawet wczoraj wieczorem), ile towarów w supermarkecie jest pootwieranych, uszkodzonych, czy wręcz zniszczonych przez klientów, którzy „dla niepoznaki” odkładają towar na półkę.

Jestem daleki od propagowania bicia dzieci – swoje przeżyłem i znam ten ból. Jednak nie wyobrażam sobie, aby wychowywać dziecko bez respektu dla rodziców, innych osób starszych, czy bez respektu dla pewnych zachowań. Dziecko musi odczuwać groźbę kary (nie cielesnej, ale w ogóle kary), za niesubordynację, łamanie zakazów, brak szacunku. Dziecko musi być nieustannie pod okiem rodziców, szczególnie w miejscach publicznych, takich jak sklepy właśnie, ulica, czy trotuar.

Rodzice zatrutego chłopczyka tymczasem, nie mają sobie nic do zarzucenia: przyszli na zakupy – reszta to sprawa supermarketu i producentów towarów. Niech więc supermarket, ewentualnie producent płaci.

Gdyby to ode mnie zależało, ci rodzice nie tylko nie dostaliby odszkodowania, ale nie zobaczyliby więcej swojego synka na oczy. Choć jestem zdecydowanym przeciwnikiem odbierania rodzicom dzieci, w tym akurat przypadku butę rodziców przydałoby się ukarać. Zamiast bowiem siedzieć cicho, żeby ich „ignorancja wychowawcza” nie ujrzała światła dziennego, jeszcze bezczelnie wyciągają rękę po pieniądze, za swoją własną głupotę, za swoją własną nieumiejętność posiadania dzieci.

andy lighter

„Oburzeni” mają rację

Jeszcze niedawno miałem bardzo sceptyczny (żeby nie nazwać tego „negatywnym”) stosunek do protestujących ludzi w krajach Europy, np. w Hiszpanii. I nie ma co udawać, swój pogląd opierałem głównie na wiadomościach z Grecji. Protesty, strajki i demonstracje Greków uważałem za swojego rodzaju… wygodnictwo tych ludzi. Dzisiaj zresztą też tak uważam, ale uważam tak tylko w odniesieniu do Greków i Grecji. To, co się dzieje w ich kraju, jest wynikiem i kryzysu, i… socjalistycznej pazerności tych ludzi.

Swój punkt widzenia na temat niezadowolenia społeczeństw na całym właściwie świecie (poza Grecją), zmieniłem obserwując demonstracje na Wall Street. Jeden z demonstrujących wypowiedział słowa, które „gnębiły mnie” wcześniej, napisałem nawet o tym artykuł „Templariusz i Doktorzy No”, oczywiście będący wrażeniami kompletnego laika, niesiedzącego w najmniejszym nawet stopniu w temacie pieniędzy, finansów, itp. Jednak ludzie na Wall Street też nie siedzą w temacie. Są zwykłymi ludźmi, którzy tak jak ja, czują, że ich życiem, bytem, samopoczuciem związanym z problemami egzystencjalnymi, steruje, bawi się, gra, ktoś na górze. I bynajmniej nie jest to Bóg.

Kompletnie powaliły mnie słowa prezydenta Obamy sprzed kilkunastu dni. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych miał czelność „zwrócić się” do przywódców europejskich, pouczyć ich, napomnieć i… „pogrozić palcem”, że ci ostatni powinni podjąć bardziej zdecydowane działania, w celu zakończenia, a przynajmniej złagodzenia skutków, globalnego kryzysu. Człowiek, który jako przywódca kraju, od którego wszystko się zaczęło, pod którego „skrzydłami” oszuści i nudzący się finansowi bonzowie tego świata, zamiast kajać się przed światem i prosić o wybaczenie wszystkich ludzi, od Portugalczyków, Hiszpanów, poprzez Polaków, Estończyków, na Chińczykach kończąc, bo okazuje się, ze i Chiny nie oparły się światowemu kryzysowi, ma czelność „pouczać” i próbować dyktować jakieś tam warunki.

Jest dla mnie absolutnie jasne, że służby specjalne Stanów, z łatwością zlokalizowałyby i zneutralizowały owych graczy osami świata. Gdyby chciały, albo gdyby mogły, albo gdyby ktoś ich do tego… „przymusił”. Nadzieją na te właśnie „chciały”, „mogłyby”, albo „przymusił”, są właśnie demonstracje „Oburzonych” na całym świecie.

Gdybym miał jakiś wpływ na „dzieje świata”, zresetowałbym światowe finanse. Po prostu, zamiast ludzie spod Wall Street, kraje które straciłyby kupę kasy na zresetowaniu światowych (międzypaństwowych) długów, same stanęłyby na uszach, żeby tych ludzi, których zatracenie się w grze, zachłanności i próżności, zlokalizować i zneutralizować. Zneutralizowanie ich finansów (czyli przejęcie przez… organizację, np. ONZ czy coś w tym stylu) spowodowałoby zresztą spore „zwroty” wierzycielom w postaci państw. Ich „majątki” z całą pewnością, są bowiem, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a nawet dla „najbogatszego człowieka na świecie”, Bill’a Gatesa (jego „najbogatszość” jest śmiechem na sali i igrzyskami dla ubogich).

Oczywiście nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale kto wie? Może „Oburzeni”, dzięki swej determinacji, taki wpływ wypracują. Trzymam kciuki.   

andy lighter