Związki partnerskie a status quo PO

Na posiedzeniu zarządu Platformy, sprawa ustawy o związkach partnerskich ma odegrać niepoślednią rolę. Tusk trwa przy swoim zdaniu, Gowin… nie bardzo wiadomo, ale Żałek, czy Godson już zdecydowanie przy swoim, zdecydowanie przeciwnym do zdania premiera.

Słuchałem dziś posłanki Joanny Kluzik-Rostkowskiej i aż przecierałem oczy ze zdziwienia. Ze zdziwienia, bo trafiła w samo sedno problemu, jaki mają ze sobą platformerscy konserwatyści.  Ujęła to w sposób znakomity i pozwolę sobie zrobić „z niej” ściągawkę, bo moje zdanie jest identyczne, albo nawet dalej idące, ale jej wywód i tak bardzo mi pasuje.

Problem z Jarosławem Gowinem jest taki, że zajmuje się nie do końca tym, czym powinien zajmować się minister sprawiedliwości. Wg pani poseł (i wg mnie) ministrowi pomyliły się… role. Minister od sprawiedliwości jest (powinien być) od tego, żeby reformować, pilnować wymiar sprawiedliwości. Tymczasem pan minister Gowin rozstrzyga, co jest dobre, a co złe. Co jest zgodne z prawem, a co nie, co konstytucyjne, a co nie. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby pan Gowin był sędzią i rozstrzygał w sądach. Z takimi „sprecyzowanymi” poglądami, mielibyśmy Katotaliban, jak nic.

I drugie, kapitalne spostrzeżenie pani poseł, Kluzik-Rostkowskiej, które „wyjęła mi spod klawiatury”. Rzecz dotyczy zasłaniania się posłów konserwatywnych „wolnością sumienia”. Ich rozumienie „wolności sumienia sprowadza się do tego, że jako katolicy (chrześcijanie), usiłują narzucić zgodność ze swoim własnym sumieniem, całemu społeczeństwu.

Tymczasem kompletnie pomyliły im się rolę zgodności z własnym sumieniem z rolą „nawracania” niewiernych. Jak to świetnie określiła pani posłanka: sumienie (katolickie) posłów jest od tego, żeby pilnować, aby prawo nie ograniczało praw ludzi, mających podobne do nich przekonania, a nie od tego, żeby wprowadzać w kraju prawo kanoniczne. Oni muszą wiedzieć i to uznać, że w tym kraju żyją nie tylko katolicy i nie tylko chrześcijanie. Tymczasem dzisiaj dbają nie tyle o to, aby „chronić” prawa katolików, ale aby je zwiększać, poszerzać, ograniczając nieznaczące dla nich samych (nie dotyczące ich) prawa, wolność i wolę „innych”, czyli nazwijmy rzecz po imieniu: „niewiernych”.

I jeśli nie dziwię się do końca Gowinowi, który z łatwością odnajdzie się (w razie czego) w PiS-ie, gdzie rozpływaniem się nad jego uczciwością, patriotyzmem i piewcą polskiej tradycji nie ma końca, albo Żałkowi, którego uważam za młodego, głośnego karierowicza, chcącego się kretyńsko wyróżnić w masie PO przez „pokazanie” swojej ortodoksji, to nie mogę pojąć postawy np. posła Johna Godsona.

Konserwatysta PO i "reformator" Kościoła. John Godson.

Konserwatysta PO i „reformator” Kościoła. John Godson. Okazuję się dziwne „połączenie” pojęć. Ale…

John Godson, zanim podjął się działalności politycznej był pastorem Kościoła Zielonoświątkowców (chyba). Nie znam się, co prawda do końca na rozłamach i podziałach Kościoła Katolickiego, ale z tego co wiem Kościoły które z Rzymsko-Katolickiego kościoła się wyodrębniały, począwszy od Protestantów, poprzez Anglikanów, Baptystów, aż do nowszych, Zielonoświątkowców właśnie, czy Adwentystów Dnia Siódmego, odłączyły się z jednego powodu. Z powodu skostniałości, niereformowalności Kościoła Katolickiego. Tymczasem John Godson jawi się jako obrońca zgniłego, katolicyzmu watykańskiego. Na wskroś ortodoksyjnego, a nawet ekstremistycznego. I mam takie poczucie… „małego oszustwa”. Czy te kościoły odłączyły się od Rzymskiego Katolicyzmu dla swoich „nowocześniejszych” wiernych, czy dla własnej, przewodników – nauczycieli – pastorów pazerności. Po pośle Godsonie np. widać, że jest Rzymsko-Katolickim ekstremistą. Z jednym wyjątkiem: ma żonę i dzieci. Czyli, wszystko jest tak, jak mówi papież, tylko że… ja mam żonę.

Może by tak pastorze Godson nazwać w końcu rzeczy po imieniu?

Mało mnie obchodzi, co się stanie w Platformie, choć z racji „gierek i podchodów” wcale mi nie zależy, żeby była „przewodnią siłą narodu”. Zależy mi, żeby PiS nie doszedł do władzy, ale jeśli jedynym tego warunkiem ma być głosowanie na skłóconą, kompletnie nieposkładaną ideologicznie (tę wartość Platformy ze względu na różnorodność włóżmy między bajki – mieliśmy Kaczyńskiego z Lepperem, połączmy z nim Palikota – prawda, że się nie da?) partię, to ja przepraszam, ale niech idą gdzie indziej szukać frajerów.

andy lighter

Recesja idzie

Idzie na gorsze i coraz więcej ludzi jest niezadowolonych z takiego stanu rzeczy. Nie ma się czemu dziwić. Ekonomiści wieszczą pogłębianie się kryzysu, recesję gospodarczą, wzrost bezrobocia i o czasach zielonej wyspy można, a nawet trzeba zapomnieć. Jednak zadziwiające jest to, że powiększająca się część społeczeństwa uważa, że zmiana władzy, poprzez odsunięcie od niej Platformy Obywatelskiej uzdrowi sytuację w naszym kraju.

Platforma Obywatelska popełniła (i popełnia nadal) wiele błędów. Głównym i niewybaczalnym z nich jest, moim zdaniem, zwiększenie liczby urzedników w administracji rządowej i samorządowej. Jednak przypisywanie winy za kryzys i za to, co nas czeka, głównie przez przerost administracji jest przesadzone. Choć wpływ ma, a i nie podoba się, całkiem słusznie, Polakom tracącym pracę.

Jednak wiara ludzi w to, że dojście do władzy innej partii uzdrowi nasz kraj, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. PiS i SLD prześcigają się w wysuwaniu populistycznych haseł, działających jak słodki miód na zgorzkniałe nastroje coraz większej części obywateli. PSL, będące zresztą głównym beneficjentem urzędniczego zmolochizowania samorządów w terenie, jak zwykle jest za, a nawet przeciw przyglądając się i przygotowując do uczestnictwa w przyszłej, jakiejkolwiek koalicji rządowej.

Oczywistym jest, że żaden rząd nie tylko nie zlikwiduje kryzysu, ale i nie polepszy bytu niezadowolonego społeczeństwa. Recesja jest przecież zjawiskiem globalnym i w wyniku powiązania gospodarczego Polski z gospodarkami innych krajów, np. Niemiec, bez poprawy sytuacji w tym kraju, o poprawie u nas nie ma co marzyć. Jedyne, co mogą w przyszłości robić przyszłe rządy dzisiejszych opozycyjnych partii, to zwalać winę za swoje pewne niedotrzymywanie dzisiejszych obietnic na „były rząd” Donalda Tuska i Platformy. I choć będzie to nieuczciwe, ci dzisiaj niezadowoleni to kupią. Co by nie mówić, PiS ma o wiele większą siłę przekonywania swoich zwolenników do swoich racji i argumentów, niż PO swoich.

Premier Tusk ma na przełomie września i października przedstawić „nowe otwarcie” rządu. Cóż to może oznaczać, jeśli nie m.in. dalsze cięcia w budżecie i jeszcze ciaśniejsze zaciskanie pasa? A to się Polakom nie spodoba. Całkiem możliwy jest więc scenariusz kreślony przez posła Palikota o wcześniejszych wyborach. Społeczeństwo może to wymusić, nie można tego wykluczyć.

fot. Ł. Szczepański /REPORTER

I co dalej? Ostatnio Polacy reagują z powodów egzystencjalnych, ale będą działać (wybierać) na populistyczne hasła podparte ideologią. Pewnego rodzaju paradoks, który nie wróży nic dobrego. Znaleźliśmy się w swoistym pacie. Obecna władza się wyczerpała, działacze partyjni wikłają się w niejasne układy biznesowo-towarzyskie, a zmiana władzy nic nam nie da, może nawet być gorzej nie tylko z powodu kryzysu, ale i z powodu braku wykwalifikowanej kadry fachowców po tamtej stronie sceny politycznej.

Sondaże falują jak sinusoida, ale jakby nie patrzeć, lepie nie będzie, bo nie może być. Jednak jaki powód, „usprawiedliwienie” wybrać sobie dla przyszłego zła: władzę, która wchodzi w „kłopotliwe” interesy z dziwnymi ludźmi, i coraz bardziej traci kontrolę nad tym co się dzieje, czyli tą dzisiejszą, czy też kompletne dyletanctwo przyszłej, nowej władzy? To jest (będzie) dylemat.

Pożyjemy, zobaczymy. Tak, czy inaczej, lekko nie będzie.

andy lighter

Uczciwe postawienie sprawy

Media wieszczą wielki konflikt w Platformie i mielą ten temat na okrągło, jak zwykle napuszczając wszystkich na wszystkich. Oczywiście między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną. Konflikt zapewne jakiś jest, a może bardziej próba sił za sprawą Schetyny, mnie jednak podobało się uczciwe postawienie sprawy przez premiera.

Idzie trudny czas dla Polski (i dla Europy, a nawet świata, o czym świadczą „problemy” chińskiej potęgi) i jak najbardziej rozsądne jest odsunięcie Schetyny z bardzo silnej pozycji, jaką miał i miałby, będąc marszałkiem sejmu. Schetyna kreujący się, być może słusznie, choć ja go liderem nie widzę, na lidera PO, może dysponować projektami ustaw. Jedne odłożyć do zamrażarki, inne przekładać z tygodnia na tydzień, pokazując członkom swojej partii swoją niezależność, siłę i… „nie boję się nikogo”.  Musi to robić i to mnie nie dziwi, w końcu trzeba będzie o władzę w Platformie zawalczyć. Ale nie dziwi mnie też wobec trudnych wyzwań potrzeba dobrej współpracy na linii rząd – marszałek sejmu. Schetyna w oczywisty sposób (i nie jest to zarzut), jako rywal, mógłby chcieć, czy chociażby móc, rzucać kłody, albo mniejsze kłodki, pod nogi premierowi. A nie jest na to czas.

Również dziwi mnie wrzawa wokół powołania nowego rządu. A że premier nie dotrzymał słowa, a że mówił o potrzebie rekonstrukcji rządu, a że słabi ministrowie, itp. Premier mówił rzeczywiście o potrzebie rekonstrukcji rządu i o tym, że ze starej ekipy pozostanie jedynie kilku. Jednak ja nie słyszałem (być może źle słuchałem – to możliwe, bo ostatnio mam problemy z byciem na bieżąco), żeby mówił, że powoła nowy rząd tydzień, albo trzy tygodnie po wyborach, czyli „na gwałt”. Konstytucyjne terminy sprawiają, że nowy rząd mógłby zostać powołany do 6. grudnia, czy jakoś tak. A więc cztery tygodnie przed zakończeniem prezydencji Polski w UE. Ciekawy jestem co by się stało, gdyby prezydent poszedł Tuskowi na rękę i zaprzysiągł na ten czas, np. czterech tygodni, „stary” rząd? W UE pracuje cała masa zespołów branżowych i powoływanie nowego ministra np. na dwa ostatnie posiedzenia jakichś tam zespołów jest idiotyzmem. Nowy minister może się tam czuć jak pingwin na Saharze. Nic by się nie stało. To oczywiste. No…, ale, co media powiedzą (manipulujące „treścią” obietnicy) i opozycja, no i wyborcy co powiedzą…!

_____

O tym, że Kaczyński jest kłamcą, wiadomo od dawna. I wiadomo o tym, że jest chory. Już dawno pisałem gdzieś (chyba na którymś z serwisów dziennikarskich) o pasującej do niego jak ulał paranoi politycznej. Oto znów nie dotrzymał słowa, że po kolejnych przegranych wyborach ustąpi z funkcji prezesa i powierzy kierowanie partiom komuś młodszemu. Tym razem jednak ma ku temu niedotrzymaniu ważny powód: musi zbawić Prawdziwych Polaków. Bo okazało się, że prawdziwi Polacy, nie chcą słyszeć o odejściu Jarosława Kaczyńskiego i widząc w nim pomazańca bożego skandują „Jarosław! Zbaw nas!”. Ma więc zadanie do spełnienia, misję niczym sam Jezus Chrystus. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten człowiek paranoją polityczną jest obarczony, ale nie mam tez wątpliwości, na szczęście, że w przeciwieństwie do społeczeństw, które uległy głoszonym hasłom, innych dotkniętych tą przypadłością przywódców, nasze społeczeństwo w większości, jego obciążenia psychicznego jest świadome. I oprócz uprzykrzania życia nieprawdziwym Polakom i opozycji nic więcej nie jest w stanie w tym kraju osiągnąć. Szkoda tylko tych jego wyznawców, szczególnie młodszych. Jak oni kiedyś spojrzą w oczy swoim wnukom, przyznając się, żewielbili Zbawiciela Jarosława?

andy lighter

Palikot w natarciu

Niemal wszyscy daliśmy się zwieść (aż wstyd przyznać) wieszczeniu plajty inicjatywy „Ruch Poparcia Palikota”. I jeśli nam, komentatorom – amatorom, blogerom, można to „wybaczyć”, o tyle dziwić musi stawianie krzyżyka na uczestnictwie Janusza Palikota i jego zwolenników w „wielkiej polityce”. A Janusz Palikot, konsekwentnie robił swoje. I wszystko wskazuje na to, że „się dorobi”. I politolodzy, i socjolodzy i specjaliści od PR-u i marketingu politycznego najwyższych lotów dali plamę. Panowie i panie, jesteście do… niczego.

Podczas dyskredytowania wszyscy jednak uznawaliśmy Janusza Palikota jako osobę wyjątkowo inteligentną, choć ekstrawagancką, ale bez wyczucia politycznego. I wydaje się, że ową inteligencję i polityczne wyczucie dziś nam Janusz Palikot udowadnia. Wszystko wydaje się być albo bardzo przemyślane, od początku do końca, łącznie z „wielkim dołem” w sondażach jeszcze nie tak dawno, albo ten polityk kapitalnie i szybko wyciąga wnioski ze swoich błędnych działań i ucząc się na błędach, działa coraz skuteczniej.

Jednym z głównych powodów jego początkowych niepowodzeń upatrywaliśmy w zbytnim antyklerykalizmie i oparciu swojej bytności w polityce wyłącznie na tym temacie. Dziś można śmiało powiedzieć, że Palikot wiedział co robi. Antyklerykalizm jest w Polsce dość powszechny, ale jednocześnie jest (a właściwie był) tematem tabu. Napisałem „był”, bo dzięki Palikotowi właśnie, przestaje być czasem przeszłym i coraz bardziej „jest”. To wyłącznie zasługa Palikota, bo lewica w swoim antyklerykalizmie zawsze była niewiarygodna. Antyklerykalizm Palikota ma znaczenie nie tylko polityczne, ale również finansowe, bo nieopodatkowanie Kościoła Katolickiego w Polsce „boli” wielu Polaków, np. mnie. Kościół Katolicki, oprócz prania mózgów swoim wiernym i wtrącania się do polityki, nie mają wobec tego kraju żadnych obowiązków. Są wyłącznie biorcami, opływając jednocześnie w materialne dobra doczesne. Zwrócenie na to uwagi Palikota było strzałem w dziesiątkę. Po co więc robił happeningi z biblia, kiełbasą i wódką? Po to, żeby być w mediach. A mógł być tylko dzięki szokowaniu, ekstrawagancji, bezczelności, mówieniu o tym. Powoli, stopniowo, coraz częściej, oprócz tematu „antyklerykalizm i odsunięcie duchownych od życia politycznego”, pokazywał też inne tematy, program polityczny, gospodarczy i społeczny. Cały czas, z różnym skutkiem, ale im dalej tym skuteczniej, dbał o to, aby media o nim nie zapomniały. I nie zapomniały.

Zdj. PAP/Tomasz Wojtasik

Ludziom cholernie się to podoba: przełamanie tematu tabu i uczynienie z kwestii miejsca Kościoła w Polsce ogólnonarodowej dyskusji, i „nowi ludzie”(!!!). Ludzie Janusza Palikota są kompletnie nowi. To są „nasi sąsiedzi”, zwyczajni „przechodnie” mijani przez nas na ulicach naszych miast. I podobnie jak my, często są to ludzie bardzo doświadczeni życiem, z wieloma problemami, „schodami nie do przejścia”, które jednak „przeszli”. Dyskredytowanie tych ludzi przez innych polityków jest zaprzeczeniem, głoszonej przez nich właśnie i hołubionej wizji społeczeństwa obywatelskiego. Oni marzą o tym, aby politykę zostawić im, a obywatelom zostawić co najwyżej organizacje pozarządowe. I prawie m się udało, gdyby nie… sondaże. Sondaże spowodowały zachęcenie zwolenników RP do „ujawnienia” swoich preferencji. Już nie myślą o zmarnowanym głosie, już nie muszą wybierać mniejszego zła.

Janusz Palikot i wejście jego ugrupowania do sejmu może okazać się impulsem dla innych, realnym, a nie pozornym początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Palikot może okazać się prekursorem wprowadzania tej idei w życie.

Nie mogę się nadziwić niechęci polityków Platformy Obywatelskiej do Ruchu Palikota. Straszeniu ludzi, porównaniem głosu na RP z głosem na PiS. Wypieraniu się możliwości koalicji z RP. To jest najgłupsze działanie polityków, którzy chcą wygrać wybory. Jasne jest, że Palikot odbiera głosy nie tylko SLD, ale też Platformie. Jasne jest też, ze Platforma, jeśli wygra (a nawet jeśli minimalnie przegra), będzie musiała wejść w koalicję. Bardzo prawdopodobne jest, że koalicja z PSL-em może nie wystarczyć. Dyskredytacja więc RP, obrażanie kandydatów na posłów z tej partii jest durne. Bo kiedy będą musieli „poprosić” Janusza Palikota o współpracę, będzie zwyczajnie głupio.

Politycy i media zarzucają Palikotowi plotkarstwo, opisywanie w swojej książce prywatnych rozmów i niepublicznych, „nieeleganckich” zachowań dawnych kolegów. Nie jest to rzeczywiście zbyt dobrze widziane. Ale wiadomo od zawsze, że celebry ci pisząc książki, oprócz własnych przeżyć, doświadczeń, myśli i wizji, piszą głównie o innych. Najczęściej o ludziach „ze swojego podwórka”. Politycy o innych politykach, piosenkarze o innych piosenkarzach, aktorzy o innych aktorach, itd. To jest zresztą główny powód popularności ich dzieł. Jeśli się nie mylę, Donald Tusk też wydał książkę przed którymiś tam wyborami i też tam (chyba, bo nie czytałem) opisywał kuluary życia politycznego w szerokim tego słowa znaczeniu.

Koalicja, w której mieściłby się Ruch Palikota byłaby z punktu widzenia społeczeństwa niezwykle cenna. Jego „upierdliwość” jest powszechnie znana i jest pewne, że nawet jeśli nie załatwi się szybko kwestii realnego oddzielenia Kościoła Katolickiego od państwa (bo przewiduję, ze nie załatw się szybko), to pewne jest, że temat nie zniknie, nie zostanie zapomniany, a to jest, moim zdaniem bezcenne. Tak samo jak bezcenne są inne kwestie, opodatkowanie KK, in vitro, ułatwienia dla przedsiębiorców, itd., itd. Jest też znany jako liberał, nie ma więc powodu, aby w koalicji z PO nie był.

Osobiście nie będę głosował na Ruch Palikota, bo ju ż wczesniej dokonałem wyboru. Jestem jednak winien temu politykowi szacunek. Dokonał rzeczy wielkiej, przez większość opinii publicznej uznawanej za niemożliwą. Skruszył beton!

Ps. Postanowiłem dokleić spot Palikota. Moim zdaniem najlepszy spot spośród wszystkich spotów, wszystkich partii w tej kampanii.

andy lighter

Tuskobus, kibole, „jak żyć” i Kukiz

Podróży tuskobusa po kraju niemal codziennie towarzyszą nasi kibice, sami siebie nazywający kibolami. Zwraca to uwagę mediów i opinii publicznej, co mnie, muszę przyznać, zdumiewa i złości. Oto niewielka liczba, nazwijmy ją „grupą społeczną”, skupia na sobie sporą cześć uwagi, która powinna być skupiona na zupełnie innych problemach.

Kibiców w Polsce jest dziesiątki, może setki tysięcy, ale ci, którzy witają tuskobus, czyli „szalikowcy” jest zapewne kilka tysięcy. Wśród nich z kolei jest niewielka ilość „kiboli”. Zdumiewa mnie fakt, że owi szalikowcy sami siebie nazywają kibolami, jednocześnie zarzucając premierowi, że wrzuca wszystkich do jednego wora. Skoro szalikowcy sami siebie nazywają „kibole”, to nikt nie ma powodu, aby ich, jako kiboli nie traktować. Jeszcze by się panowie obrazili.

Mają żal, jak już wspomniałem, że traktuje się ich wszystkich, jak niewielką część zadymiarzy. Nie mogę pojąć jak wielka grupa kibiców, nie może sobie poradzić z niewielką grupą zadymiarzy. Powinni i mogliby z łatwością „nakryć ich czapkami”, bo to w ich interesie jest. Chyba że są właśnie kibolami, tyle, że bez kominiarek. Jakoś dziwnie takie mam podejrzenia. Tym bardziej, że poza jednym wyjątkiem (we Wrześni chyba), wyłącznie wyją, nie chcąc i nie potrafiąc rozmawiać, kiedy premier chce do nich podejść.

Ot, tacy z nich „Paprykarze”: jak są wśród swoich, to krzyczą, grożą, wyzywają, a na neutralnym gruncie, bez wsparcia, łagodnieją jak baranki, niczym „Paprykarz” w studio telewizyjnym TVN24, zupełnie „zmieniając zeznania”. Wracając „na swoje boisko” (ugoszczenie Kaczyńskiego), powracają do wojennej retoryki. Zdumiewająca sytuacja miała miejsce na podwórku „Paprykarza” Kowalczyka. Oto prezes Kaczyński, określając premiera: Donald „Nicniemogę” Tusk, przeciwstawiony został jakiemuś nietamtejszemu wójtowi „Wszystkomogę” jakiemuś tam. I sam sobie strzelił wg mnie w kolano. No bo skoro jakiś wójt może załatwić bez premiera Tuska kilkaset kilogramów folii, to dlaczego nie potrafi tego załatwić tamtejszy wójt? Jednemu wójtowi premier nie jest do tego potrzebny, więc dlaczego premier ma wykonywać robotę drugiego? Chciałoby się powiedzieć: „Paprykarzu, zmień sobie wójta”, ale to nie jest takie proste. Okazuje się bowiem, że z tego Paprykarza to niezły numer jest. Dziennikarze poszperali i podpytali mieszkańców o Kowalczyka, a z ich opowieści wyłania się niezbyt pozytywny obraz pana Kowalczyka. Uchodzi za pieniacza, człowieka konfliktowego, kiedy był przewodniczącym Rady Gminy, postępował według własnego uznania, nie licząc się z regulaminami, statutami, itp. Jednym słowem, pasuje do PiS-u jak mało kto. Wpisuje się w tę jego charakterystykę pytanie „Jak żyć panie premierze” fakt, że osiąga dochody rzędu 100 tys. rocznie. Nie są to kokosy, ale nijak nie uprawniają do zadania takiego pytania, gdyż nie należy do większości w tym kraju, która o takich dochodach nawet nie śni.

Problem ludzkiej niewiedzy, a przede wszystkim nieporadności, ukochanej przez nasz naród cechy, nabytej w PRL-u, powraca wraz z każdym przystankiem tuskobusa. Oto dzisiaj, w jednej wsi, wystąpił człowiek, któremu nie podobało się brak dobrego dostępu do jeziora. Skarżył się, że wójt nic nie robi, sołtys nic nie robi i apelował o interwencję premiera. Ludzie nie rozumieją, że to nie premier wybiera im wójtów, czy sołtysów, że nie może tak po prostu iść do sołtysa i powiedzieć: „Gościu, ty mi nie pasujesz! Wymieniam Cię na kogoś innego”, bo to właśnie powinien zrobić ten człowiek, jeśli przekona do tego sąsiadów. A z tym może być problem, bo tuż po malkontencie wystąpił jego sąsiad, który lokalną władzę sobie chwalił. I bądź tu mądry człowieku. Chociaż to zdarzenie miało miejsce w Zachodniopomorskim, celują w tym zwłaszcza obywatele terenów zdominowanych przez zwolenników PiS. A przyczyna jest bardzo prosta: prezes Kaczyński zwyczajnie ich w tej niewiedzy, możliwości interwencji „na górze” utwierdza. To jest szkodliwe działanie, bez względu na to kto w danym momencie dzierży władzę, ale krótkowzroczność prezesa jest ponad to.

Nie tylko prezesowi Kaczyńskiemu nie podoba się władza premiera Tuska. Również pan Paweł Kukiz nie zostawia na premierze i rządach PO suchej nitki. I jeśli z wieloma „zarzutami” Kukiza można się zgodzić, niektóre wydają się kompletnie urojone, albo świadczące o podobieństwie Kukiza do tego gościa, co to ma trudny dostęp do jeziora. Wokalista i najbardziej popularny nosiciel „glanów” w Polsce (sam się tym wielokrotnie chwalił), zarzuca Platformie, że ta nie dotrzymuje słowa. Fakt, nie dotrzymuje, głównie dlatego, że jest globalny kryzys, choć (i tu zgoda) nie tylko. Jednak pan Kukiz wyciągnął argument, który do niedotrzymywania słowa pasuje jak pieść do nosa: „Miałem przesłanki, by zaufać PO, bo właśnie ona przed 2007 rokiem zbierała podpisy pod petycją w sprawie wprowadzenia jednomandatowych okręgów. No i okazuje się, że to wszystko spełzło na niczym. Listy z 700 tys. podpisów zostały zniszczone i… cicho sza” – skarży się piosenkarz. Piosenkarz zdaje się zapomniał, a może nie wie, więc spieszę z wyjaśnieniem: żeby zmienić ordynację wyborczą, potrzeba zebrać w sejmie wystarczającą większość. Doskonale wszyscy wiemy, a pan Kukiz, jak mniemam, interesuje się polityką, więc też powinien wiedzieć, że posłowie natychmiast po wyborach zakochują się w ławach poselskich na zabój i nic, żaden rozsądek i żadne tłumaczenie im, że to jest błąd, nie jest w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Miłość jak wiadomo, ślepa jest. I żaden „zakochany” poseł, dobrowolnie tej ławy nie opuści, ani nie zrobi nic, co mogłoby go z nią rozłączyć. I to jest wina Platformy w mniemaniu pana Kukiza.

Nie będę już się rozwodził nad porównaniem PO do PZPR bo to jest porównanie haniebne. No, ale cóż, kiedy normalni Polacy zmagali się z PRl-em pan Kukiz sobie muzykował, co nie przeszkodziło mu zresztą później, być narratorem, frontmanem w programie telewizyjnym pokazującym ciemne karty PRL-u. Od tamtego zresztą czas pan Kukiz jawi się jako ekspert od polityki. Jak większości (mnie też), nie podoba mu się dług publiczny. Proponuję panu przeprowadzkę do bogatych Włoch. Tam dług sięga 2. bilionów €, można się więc „dowiedzieć jasności” co to jest dług. Muszę przyznać, że wkurza mnie takie „po prostu” niezadowolenie, bo nie. Nasza władza ma sporo za uszami, bez dwóch zań, ale do cholery, gdzie indziej to są dopiero problemy, przy których nasze problemy to pikuś.  

Kukiz deklaruje, że odda nieważny głos, a tak w ogóle zastanawia się, czy wziąć udział w wyborach. Ja przyznam, że do wczoraj też miałem zamiar oddać nieważny głos, o czym wielokrotnie pisałem. Dziś, po lekturze „relacji” z wywiadu z Pawłem Kukizem, obserwacji zadym wokół podróży Tuska, oraz niepokojących wieści sondażowych jestem zdecydowany. Jestem przekonany, że PiS wygra te wybory, ale ja będę miał czyste sumienie.

andy lighter

Transfery PO nie tylko „na górze”

Wszyscy obserwatorzy sceny politycznej na różne sposoby komentują ostatnie transfery głównych partii politycznych. W zasadzie transfery Platformy i PSL-u. Szepta się też, choć to szepty ostatnio coraz głośniejsze, o transferach PJN. Sama wice szefowa Elżbieta Jakubiak mówi o zapotrzebowaniu na kandydatów z powodu ubycia części członków. Ale wszyscy emocjonujemy się transferami „na górze”, transferami powszechnie znanych twarzy i znanych nazwisk. Tymczasem „na dole” też sporo się dzieje, Platforma szuka „nowych”, ale za to sprawdzonych ludzi, zapewniających jej dobry wynik wyborczy. Opiszę tu przypadek z prowincji, który niekoniecznie może czytelników interesować, ale moim zdaniem jest ważny, bo może oznaczać zmiany w obrazie przyszłego/przyszłych raczej parlamentów. Jakościowe zmiany.

Tak też się dzieje np. w Kędzierzynie-Koźlu, drugiej co do wielkości aglomeracji na Opolszczyźnie. Jest to wbrew pozorom ważny punkt na mapie regionu, ponieważ miasto jest prężnym ośrodkiem przemysłowym, przede wszystkim jeśli idzie o przemysł chemiczny, a poza tym, po wyrzuceniu z PO Roberta Węgrzyna, posła właśnie z tego miasta, została pustka. Nie martwił się tym co prawda szef opolskiej PO Leszek Korzeniowski, który ułożył już listy Opolszczyzny, ale widać, „wyżej” Korzeniowskim (na całe szczęście) nie bardzo się przejmują.

Na celowniku Platformy znalazła się była wiceprezydent miasta Brygida Kolęda-Łabuś. Przez dwie kadencje, w latach 2002 – 2010, była ona prawą ręką SLD-owskiego prezydenta miasta i była postrzegana jako matka chrzestna inwestycji w mieście. Sporo inwestycji, w ciągu jej urzędowania udało się zrealizować, miasto dobrze się rozwijało, chociaż rządząca Radą Miasta np. w ostatniej kadencji Platforma robiła wszystko, aby paraliżować, niweczyć działania urzędników. Zachowywała się kompletnie irracjonalnie, byliśmy np. ewenementem w skali kraju jeśli chodzi o budownictwo komunalne. W Kędzierzynie-Koźlu, w latach 2006 – 2010 budownictwo komunalne zamarło, z powodu… sprzeciwu Rady Miejskiej. Argument PO był tylko jeden: „Nie będą ułatwiać rządzenia Prezydentowi z SLD!!!”. Nie uszło to uwadze i… krytyce samych członków Platformy „na górze”: posłów i europosłów, ale dopiero w trakcie kampanii wyborczej ‘2010. Wcześniej „nikomu na górze” to nie przeszkadzało.

O wartości pani wiceprezydent może świadczyć fakt, że nowy prezydent miasta, niezależny i otaczający się ludźmi z różnych środowisk (doradza mu w sprawach gospodarczych ważny działacz PiS), poprosił urzędniczką o kontynuowanie pracy na dotychczasowym stanowisku, czyli jako wiceprezydent. Bo nikt w tym mieście jej zasług i kompetencji nie kwestionuje, kwestionować zwyczajnie nie może.

Sama zainteresowana przyznaje, że otrzymała propozycję z Platformy i że przyjmie ją pod dwoma warunkami. Po pierwsze, chce pozostać bezpartyjna, co mnie nie dziwi, bo nigdy nie jawiła się (przynajmniej ja nic o tym nie wiem) jako ideowo czerwona, czarna czy inna niebieska. Drugi warunek, który szczególnie przypadł mi do gustu to odpowiednie do rangi miasta w regionie, miejsce na liście. Oczywistym jest dla mnie, że chodzi o co najmniej dwójkę. Najbardziej jednak śmieszy mnie i cieszy, że Leszek Korzeniowski, poseł o którym nigdy bym nie słyszał, gdyby nie „sprawa Węgrzyna” (taki cichy głosowacz, któremu wystarcza kacykowanie w regionie i cichy stołek na Wiejskiej – szczerze nie lubię takich „działaczy”) i szef PO w regionie o niczym nie wie: „Pani Kolenda-Łabuś do Sejmu? W ogóle nie rozważałem takiego wariantu. Być może zaproponujemy jej kandydowanie do Senatu, ale tylko jeśli Trybunał Konstytucyjny nie uchyli większościowej ordynacji wyborczej”. Pan Korzeniowski robi dobrą minę do złej gry, bo na pewno nie jest mu w smak, że z kandydatką rozmawia ktoś (to pewne) z władz krajowych. Nie przewiduję dla tego działacza „wiecznego” stołka na czele regionu.

Również SLD złożyła propozycję pani wiceprezydent, co dodatkowo świadczy o jej wartości. Warto tu zaznaczyć, że nigdy nie była posłem.

Tyle wiem, skoro tak jest „u nas” sądzę, że w innych mniejszych ośrodkach, podobne targi o ludzi też mają miejsce. Wypada mieć nadzieję, że będą to ludzie (kandydaci?) równie wartościowi jak opisana przeze mnie urzędniczka samorządowa. Tacy ludzie, nie ideowcy ale kompetentni  praktycy, byliby w parlamencie bezcenni.  

andy lighter

Wyścig szczurów

Kiedy premier Tusk, kilka miesięcy temu, na temat zbliżających się wyborów do parlamentu oświadczał: „Platforma Obywatelska nie ma z kim przegrać, ale można przegrać z samym sobą”, mało kto przypuszczał, że słowa te mogą okazać się prorocze. A mogą się takimi okazać, co wynika z ostatnich wydarzeń jakie mają miejsce wewnątrz Platformy.

Światło dzienne ujrzały platfotmerskie listy wyborcze. I zaczął się istny kocioł. Oto pierwszoplanowi, albo bardzo popularni parlamentarzyści, nierzadko doświadczeni, dostali miejsca nieco, albo bardziej nieco, niżej niż się spodziewali i niż wynikałoby to ze zdrowego rozsądku. Okazuje się, że w Platformie Obywatelskiej walka o miejsce na liście wyborczej to nic innego, jak zwykły wyścig szczurów. Tyle, że szczury „ścigają się” do śmietnika, a działacze do „poselskiego koryta”.

Nie można bowiem dyskredytacje na listach posłanki Muchy w Lubelskiem, posła Gowina w Małopolsce, posła Mężydło w Kujawsko-Pomorskiem, albo pominięcie w ogóle posła Węgrzyna na Opolszczyźnie, nazwać inaczej niż klasyczne już, choć o ironio pisowskie: „Teraz kurwa my!”. Ta partia miłości, jest bowiem wypełniona po brzegi ludźmi, którzy gotowi są „poderznąć gardło bratu”, byleby tylko być ważniejszym, wyższym i bardziej błyszczeć niż tenże „brat”.

Łatwo dojść do takiego wniosku, jeśli np. zobaczyć co się stało z Robertem Węgrzynem. Od dość dawna nie pałają do siebie miłością Węgrzyn i Korzeniowski, poseł i jednocześnie szef Platformy na Opolszczyźnie. Kiedyś Węgrzyn próbował zawalczyć o przywództwo z dotychczasowym liderem, działaczem z Praszki, posłem Leszkiem Korzeniowskim. Bezskutecznie, ale animozje pozostały a poseł Korzeniowski pamiętliwy jest. I chyba strachliwy, po postanowił Węgrzyna nie tylko ustawić w szeregu, ale zneutralizować.  Okazja nadarzyła się po wygłoszeniu przez posła z Kędzierzyna-Koźla autorskiej anegdotki o lesbijkach i gejach. Durny był ten „żart”, ze aż głowa boli, ale…

Posłowie na okrągło, każdego dnia, prześcigają się w wygłaszaniu tak idiotycznych, tak głupich i prymitywnych „złotych myśli”, że żart Węgrzyna to przy nich prawdziwa mądrość jest. Posłanka Rokita jak się odezwie, to nie wiadomo jest, czy to jeszcze Sejm, czy już wariatkowo jest. Albo poseł Brudziński, że o Hofmanie czy Błaszczaku nie wspomnę. Pamiętamy też wypowiedź posła Andrzeja Halickiego z PO, o premierze otoczonym lizusami (swoją drogą, wychodzi na to, ze mówił prawdę, chociaż musiał się z tych słów wycofać), marszałka Niesiołowskiego ze swym ciętym językiem, itd., itp. Przykładów jest cała masa. Ale najlepszym przykładem jest popis posła Leszka Korzeniowskiego, który tak oto „wyrzucał” Węgrzyna z PO w TVN24:Trzeba być, kurwa, totalnym kretynem. I jeszcze się z tego głupek śmiał” . Co by nie powiedzieć o Węgrzynie, nigdy nie dyskredytował publicznie żadnego swojego partyjnego kolegi. Tymczasem atak Korzeniowskiego był ściśle personalny i wręcz haniebnie prymitywny. Ale rozumiem to, bo wyraźnie Kozeniowskiemu ulżyło. Potem była już formalność: lincz na d posłem Węgrzynem przez towarzystwo wzajemnej adoracji Korzeniowskiego, pod nazwą „Regionalny Sąd Partyjny”.

poseł Robert Węgrzyn

Za swoje słowa Korzeniowski też miał stanąć przez tym samym sądem, ale ponieważ nigdzie nie mogę znaleźć, jak się sprawa potoczyła, myślę, że włos mu z głowy nie spadł. Sądzę, że lokalni kacykowie PO, tacy jak Korzeniowski, „będą szli po trupach, byle utrzymać się przy władzy”. Ale jednak tak się stało, muszą forsować „swoich” ludzi, czy to na listach wyborczych, czy to we własnym partyjnym otoczeniu. Popularność ludzi od nich niezależnych, a nie daj boże ich prywatnych wrogów jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem i dlatego robią to, co robią.

Swoją miałkością, brakiem dokonań (np. w Sejmie, patrz: poseł Korzeniowski), wreszcie zazdrością o „ważność”, nie są w stanie pokonać konkurentów, uciekają się więc do „sposobów”: manipulacjami na listach, wyrzucaniem lub zawieszaniem ich w członkostwie za byle co, czy zakładaniem „spółdzielni” a’la tzw. „Spółdzielnia Grabarczyka”. Bo o tym, że takie towarzystwa wzajemnej adoracji istnieją i że istnieją prawdziwe, zajadłe „walki psów” w partii, przekonywać nikogo nie trzeba. Samo to mówią. Np. poseł Biernat o czterdziestu kilku działaczach w Łódzkiem, którzy odeszli do PJN-u powiedział: „To są nieważni działacze Platformy. Jeśli mówi to dziennikarz, wyborca czy przeciwnik polityczny, to rozumiem, ale jeśli mówi to poseł tej partii i to z okręgu łódzkiego, to ja winszuję Platformie i premierowi dobrego samopoczucia.

Właściwie można by te zmiany na listach odczytywać jako dobry znak: „nowe twarze, nareszcie zastąpią starych wyjadaczy”. Ale nic z tego, te lokalne „nowe” jedynki i dwójki, to starzy lokalni wyjadacze z nierzadko większym doświadczeniem politycznym niż dzisiejsi, dyskryminowani posłowie, albo ich lojalni „wysłannicy”, którymi dowolnie mogą kierować.

Jeśli dalej będą się działy w Platformie takie rzeczy, słowa Tuska o przegranej z samym sobą, mogą się spełnić. Bo póki co, nasi politycy, ci z Platformy politycy, robią wszystko, żeby albo do siebie zrazić wyborców, albo zohydzić ludziom wybory. Czarno to widzę i… jakoś zupełnie mi nie żal.

andy lighter