„A Niesiołowski?” – odpowiedź krzywdzonych

Na najmniejszy nawet zarzut o używanie języka nienawiści i pogardy, skierowany w stronę polityków PiS-u, na 100 procent padnie odpowiedź mogąca być pytaniem: „A Niesiołowski?”. I dalej słowotok o potrzebie zachowania proporcji w oskarżeniach, o zabójstwie w Łodzi, itd.

Otóż warto by się zająć wreszcie tymi proporcjami, bo dziennikarze niestety tego nie robią. Im to pasuje. Pasuje im wojna pisowsko-peowska, bo mają się czym zajmować w programach publicystycznych.

Do Niesiołowskiego często dokładany jest Palikot, bo przecież Palikot to taka ściema, tajna platformerska opcja w opozycji – Błaszczak szczególnie lubi podkreślać ten „cwany polityczny przekręt i zasłonę dymną dla naiwnych, wymyślony przez Donalda Tuska”. No i koniecznie Sikorski ze swoim „dożynaniem watach”.

Mamy więc w tej bezpardonowo atakującej Platformie aż cztery zjawiska. Język nienawiści Niesiołowskiego, który ostatnio swój emocjonalny język bardzo złagodził, jednorazowy wyskok (zgoda – nienawiści) Sikorskiego, okazjonalne wyskoki typu Halickiego – nie widzę w tym żadnego języka nienawiści, tylko rozsądne, bardzo niewygodne dla bratanicy prezesa, pytanie i mord łódzki. Jest jeszcze piąte – Palikot, poseł innej partii (ale kiedyś w Platformie). Inni posłowie Platformy, co by nie mówić, jak mogą – a czasem jest to niewyobrażalnie trudne, powściągają swój język.

A z drogie strony… Z drugiej strony mamy Macierewicza, który nigdy nie wypowiedział się „normalnie” o rządzie Tuska i o samym premierze i o prezydencie Komorowskim. Mamy Kaczyńskiego – podobnie jak Macierewicz, Brudzińskiego, który inaczej niż nienawistnie i pogardliwie o rządzących się nie wypowiada, Fotygę, która wręcz od świata żądała potępienia przegonienia rządu Platformy. Mamy Masłowską i Sobecką, którym polski sejm i posłowie pomylili się z siostrami w klasztorze sióstr zakonnych, łamiących śluby czystości, Mamy Artura Górskiego, rasistę i oskarżyciela Polek i Polaków o brak miłości małżeńskiej, ukaranej bezpłodnością, Mariusza Kamińskiego, partyjnego szefa służby specjalnej, czy wreszcie panią doktor habilitowaną Krystynę Pawłowicz, prostaczkę i zwykłą, prymitywną chamkę z tytułem naukowym – bezużyteczną starą, bezdzietną pannę. Tak się jakoś składa, ze o tematach wrażliwych społecznie, typu, aborcja czy związki partnerskie wypowiadają się najdobitniej albo stare baby, którym już „nic nie grozi”, albo nieprzydatne, bezdzietne stare panny, które swoją własną nieprzydatność prokreacyjną, a więc grzesząc przeciw wyżowi demograficznemu, omijają szerokim łukiem.

Zbierając tylko parę osób z tego zestawu: Macierewicz, Kaczyński, Brudziński, osamotniony i w miarę jednak umiarkowany w stosunku do powyższych Niesiołowski, jawi się jak krasnoludek, przywalony potężnym kamieniem, jak w pamiętnej rzeźbie papież Polak, papież jednak był dość duży, a i tak go przywaliło.

Mamy też Zbigniewa Ziobro, super-ministra Kaczyńskiego i tłustą Beatę Kepę, której nie podobają się inne tłuste koty w sejmie – trudniej się przecież wyróżnić w takiej masie tłuszczu, a to niesprawiedliwe. No i Jacka Kurskiego, współtwórcę mowy nienawiści PiS-u. Jego „dziadek z Wermachtu” to już klasyka. Że co? Że oni nie są z Prawa i Sprawiedliwości? Ale byli. Przecież ta cała SP to, mówiąc Błaszczakiem „„cwany polityczny przekręt i zasłonę dymną dla naiwnych, wymyślony przez prezesa Kaczyńskiego”.

Coś więc z tymi proporcjami nie gra. Tym bardzie, że nie wspomniałem o jednorazowych wyskokach Hofmana, Błaszczaka, Zielińskiego, Wiplera i innych.

Jeśli do tego dołożyć pro-pisowskich dziennikarzy, ba całe media, które oprócz języka nienawiści nie zajmują się kompletnie niczym innym, to mamy mniej więcej proporcje. Jeden jest (jak się ktoś uprze) dziennikarz jawnie anty-pisowski, może dwóch. Tomasz Lis, Waldemar Kuczyński i… próżno szukać dalej. Okazjonalnie Jarosław Kuźniar, który wali dookoła zresztą, na odlew.

Tymczasem po pisowskiej stronie mamy całą, długą listę. Od Sakiewicza począwszy, przez Radio Maryja, na Lisickim kończąc, a po drodze są inni, którzy powtarzam, niczym innym się nie zajmują oprócz udoskonalania języka nienawiści. Niektórzy chcą do tego języka podciągnąć Gazetę Wyborczą – nic z tego. Gazeta dyskredytuje działania PiS-u, to prawda, ale języka nienawiści trudno tam uświadczyć. Różnica zaś, między krytyką a językiem nienawiści jest zasadnicza i oczywista.

Kolejnym nieprawdziwym argumentem PiS-u, wysuwanym w obronie przed platformerskim językiem nienawiści jest argument: „kto wywołał tę wojnę?”. I przypominają „dożynanie watah” Sikorskiego i „politycznych karłów” Bartoszewskiego. Nic innego nie mają, więc tu umiejscawiają początek, w nadziei, że „ciemny lud to kupi”.

Warto więc przypomnieć początek, bo był on zupełnie inny. Pierwszym momentem, który ja uznałem za przekroczenie granic przyzwoitości, było „Platforma to takie pokemony polityczne”, wygłoszone przez Michała Kamińskiego w 2005. Roku. Kampania ma swoje prawa i jest ostra, ale tamto mnie poraziło po raz pierwszy. Jaka była reakcja PO? Nie było. Za chwilę był „dziadek z Wermachtu”, tym razem reakcja była mediów i oburzenie polityków, nie tylko PO. Oburzenie – nie język nienawiści. „My jesteśmy tu gdzie chcemy! Oni tam, gdzie stało ZOMO”. To też już klasyka. Czy to nie jest język nienawiści? Później w samolocie oskarżenie Jana Marii Rokity o zbrodnię, bo odważył się oskarżyć ówczesnego szefa policji o prowadzenie jakichś brudnych działań w przeszłości. Wtedy język nienawiści Platformy nie istniał. Nie było go. Jeszcze się nie urodził.

Koronnym argumentem usprawiedliwiającym „język nienawiści Polaków  skierowany do Komorowskiego i Tuska” jest wyśmiewanie i obrażanie prezydenta Kaczyńskiego. Otóż Lech Kaczyński obrażani nie był, a wyśmiewany jak najbardziej. Ale czyż nie mamy wolności słowa, o które tyle mówią politycy PiS, broniąc twórcę strony „Antykomor”? O której tyle mówią, broniąc transparentów z wypisanym językiem pogardy pod adresem najwyższych władz, na transparentach pisowskich zwolenników podczas wszelkich ich demonstracji. Czy wreszcie Lech Kaczyński nie zasłużył na słowa politowania, kłócąc się o krzesło, chcąc być w Brukseli tylko po to, żeby klapnąć Sarkozy’ego po ramieniu? Albo uczestnicząc w scenie z zamachem (przez siebie wyreżyserowanej) na granicy Gruzji. Owszem, mógł zginąć, ale czy nie przez własną głupotę? A z głupoty, oprócz przerażenia, że głupota pełni władzę, należy się śmiać.

Europoseł Ryszard Czarnecki zażądał od posła Roberta Biedronia przeprosin za użycie przez tego ostatniego języka nienawiści i oczywiście znów wyjechał z nierównością proporcji w atakach na PiS. Biedroń bowiem zapytał Czarneckiego, czy przypadkiem czegoś nie wypił przed wejściem do studia telewizyjnego. Jednak, czy można nie zadać takiego pytania, jeśli euro poseł na zadane, proste pytanie: „Czy podobają się panu słowa posłanki Pawłowicz?”, przez trzy minuty odpowiada, że „był poza Polską, a nawet poza Europą”, że „o 10. rano usłyszał komunikat GUS-u o spadku konsumpcji i wzroście bezrobocia 2012. roku”, że „Polacy potrzebują rozwoju…” i tak ok. trzy minuty. No to coś tu nie gra. Albo pijany, albo głuchy, to oczywiste nasuwające się pytania w trosce o zdrowie pana Czarneckiego.

Coś mi się zdaje panie Czarnecki, że z matematyką jest pan na bakier, nie mogąc poradzić sobie z dostrzeżeniem braku proporcji w języku nienawiści i pogardy na polskiej scenie politycznej. Ale na naukę nigdy nie jest za późno.

Świetnie spisała się drużyna PiS-u, szkoląc się na kierunku „zagadywanie, niedopuszczanie do głosu w mediach przeciwników politycznych a nawet dziennikarzy”. Szkolenie z matematyki też może by wam dobrze poszło. Może wam prezes powinien zorganizować, tym bardziej, że chcecie dyskutować o gospodarce i pieniądzach. A tam bez matematyki… nie podchodź. Bo wyjdziesz na durnia. Przy okazji i proporcje w języku nienawiści zaczniecie prawidłowo dostrzegać.

andy lighter

Poza prawem, poza państwem

Osobny byt państwowy stworzony przez PiS, jest faktem od jakiegoś czasu. Od katastrofy smoleńskiej mamy też do czynienia ze stworzonym przez PiS osobnym bytem prawnym, a właściwie pozaprawnym.

I zaczynając od tego drugiego:

Politycy PiS-u nie poczuwają się do potrzeby przestrzegania prawa, które przecież nie jest ich prawem, tylko prawem Tuska. Oni mają swoje prawo, czy może bardziej listę przepisów i norm Tuska i Platformy (to nic, że w większości uchwalonych przez siebie i poprzedników przed laty), których przestrzegać nie zamierzają, bo uniemożliwia to im funkcjonowanie.

I tak, ich prawo pozwala na pozbawienie wolności posłów, rozbijanie namiotów w miejscach publicznych, przez brudnowłose fanki, niestosowanie się do zaleceń sił porządkowych, zabraniających np. przeskakiwanie przez barierki w miejscach publicznych, itd.

Dzisiaj, byliśmy świadkami kolejnej odsłony osobnego, pisowskiego bytu państwowego. To ich premier Polski, niebędący posłem, ani senatorem, w całym majestacie przysługującym szefowi rządu, a nawet parlamentu, na mównicy „zarezerwowanej” dla marszałka sejm, wygłasza opinie na temat „beznadziejnego – jak ekspercko (w końcu to premier!) wystąpienia jakiegoś polityka z poza PiS-u, który nieudolnie rządzi krajem. Na szczęście niepisowskim krajem, ale PiS stara się o to, żeby przejąć jego władzę i podbić niepisowskie państwo przez państwo PiS-u.

Jeździ jak wiadomo państwową służbową limuzyną, zapewne niedługo będzie latał vipowskimi samolotami, jak już Tusk sobie kupi, nie ma więc powodu, żeby rozmawiał z dziennikarzami np. w korytarzu sejmowym, jak prezydent Komorowski, czy premier Rostowski.

Ponieważ, jako się rzekło, PiS jest ponad prawem, fakt, że takie występowanie w nieswoim miejscu jest wysoce niemoralne, a chyba nawet niezgodne z prawem, albo sejmowymi regulaminami, nie ma tui najmniejszego znaczenia. Bo to prawo Tuska przecież, a nie ich.

Trudno się jednak dziwić w owe PiS-owskie oddzielne byty. Skoro nikt im tego, jeśli nie zabrania, to nie wytyka, nie zmusza do podporządkowania się rygorom prawnym i moralnym, to mamy to, co mamy, czyli drugą Polskę, w dużej mierze za państwowe pieniądze.

Jeśli jakiś złodziej w oczywisty sposób kradnie, wszyscy to widzą a ich jedyną reakcją jest najwyżej smutne pokręcenie głową, albo przekonanie, że tak naprawdę, to jego złodziejstwo większej szkody nie przynosi, to dziesięciu psychologów, dwudziestu księży i trzydziestu moralistów, nie będzie w stanie go od złodziejskiego procederu odwieźć.

Właśnie tak jest z PiS-em: tworzy osobne państwo, osobne normy prawne i moralne, a że nikt nie reaguje, nie ma szans na to, żeby przestało to robić.

Ciekawy jestem, kiedy pan premier Gliński zacznie wreszcie urzędować w gmachu Prezesa Urzędu Rady Ministrów? W końcu budynek jest na tyle duży, że znajdzie się tam miejsce i dla Tuska i dla Glińskiego

 

andy lighter

Ostatni dzwonek

Jeśli chcemy, żeby Jarosław Kaczyński opuścił polską scenę polityczną, jeśli chcemy, żeby odszedł w niesławie, znienawidzony i na zawsze, teraz jest ostatni moment.

Jest ostatni moment, żeby… Donald Tusk oddał władzę, na rzecz Kaczyńskiego i PiS-u. Bredzę? Nie, nie bredzę, spróbuję Wam wyłuszczyć mój pogląd.

Kiedy w 2001. roku Miller obejmował władzę stojąc na czele SLD, Polska była w stanie zapaści. Z całkiem nieźle prosperującego kraju, na skutek schładzania rozpędzonej gospodarki, rozpędzonej, ale ograniczane przecież przez kosztowne słynne cztery reformy, Leszek Balcerowicz „zamroził” ją z chłodniczego rozpędu do stanu stagnacji. Miller, a potem Belka, wspólnie z Kołodką i Hausnerem, sprzeniewierzając się swojej własnej, lewicowej (socjalnej) ideologii, wyciągnęli ten kraj z zapaści. I rozhulali znów świetnie rozwijającą się gospodarkę Przypłacili to niestety sromotną klęską w następnych wyborach i Kaczyński otrzymał w prezencie państwo w największym po 89. roku rozkwicie. Dziś Miller Dziś SLD jest tylko „ozdobnikiem” naszego parlamentu i z pewnością tak zostanie jeszcze długo.

Obecnie może być, niestety, podobnie. Platforma Obywatelska wykrwawi się broniąc kraju przed skutkami kryzysu, podczas gdy Kaczyński i PiS tworzą radosną twórczość i głoszą jej populistyczne owoce na prawo i lewo bez żadnego skrępowania. Bardzo prawdopodobne jest to, że rządy Donalda Tuska skończą się wraz z końcem kryzysu. A wtedy, nawet gdyby nic nie robić, musi być tylko lepiej. Nic nie robić, szczególnie w sferze gospodarczej jest specjalnością Kaczyńskiego. Jednak podobnie jak w 2005., może się okazać, że rozkoszuje się owcami z nie przez siebie zagospodarowanego i przygotowanego do owocobrania, sadu. Już raz tak przecież było. Pożytkował owoce zasadzone przez Millera i Bekę! A i tak nie umiał tego wykorzystać i musiał oddać władzę, lecz tym razem może być ostrożniejszy.

Jest prosty sposób na pozbycie się Kaczyńskiego na długie lata: oddanie mu władzy już, teraz! To jest ostatni moment, w który jeszcze mógłby się na niej „przejechać”. Kiedy oczywiste jest, że zadławi się swoimi własnymi obietnicami wyborczymi. Kiedy stanie przed uwielbiającym go tłumem, jako „nicniemogę Kaczyński”. Bo jeszcze trwa kryzys. Kryzys, który, niestety dla Tuska, stety dla Kaczyńskiego, ma bliżej do końca niż dalej. Oczywiście pisząc „niestety dla Tuska” nie ma na myśli tego, że kryzys jest mu na rękę. Przeciwnie, jako opozycji jest na rękę Kaczyńskiemu, idzie mi o to, że niestety Tusk może oddać władzę z prezentem w postaci obwieszczenia: „koniec kryzysu”.

Wówczas nie tylko nie pozbędziemy się Kaczyńskiego, ale może on się zasiedzieć w rządowych ławach na lata. Kraj będzie rozwijał się wolniej, bo Europa i Świat Kaczyńskiemu już nie ufa, ale będzie się rozwijał. A tabloidowemu społeczeństwu (nie cierpię Miecugowa i się z nim nie zgadzam, ale ziarnko prawdy jest w tym, co mówi) to wystarczy. Nie wierzycie? Zobaczcie co się dzieje w Warszawie.

Że co? Że Kaczyński do władzy nie wróci, i szkoda Polski? A jak wróci? Kryzys robi swoje, w ludzkich głowach też. Wolę stracić jeszcze parę lat (przyzwyczailiśmy się), niż później żałować o wiele dłużej.

Jest jeszcze – ale już się kończy – szansa na to, aby taki sam, albo większy tłum, przybył do Warszawy aby Kaczyńskiego… wygwizdać i przegonić. Za parę lat.

Wiem, wiem, byłaby na to szansa, ale nie tylko Kaczyńscy, wszyscy polscy politycy kochają władzę ponad wszystko.

andy lighter

„Tolerancja” oczami tolerancyjnej Pitery

Oglądałem (tak, tak, niesłowny jestem i nie wytrzymałem w bojkocie tvn24) występ Pitera vs. Biedroń. I włos mi się jeży na głowie. Jeży mi się od dawna, ale co na moment opadnie (i da nadzieję, że wszystko się uspokoi), to znów staje dęba. Wczoraj Julia Pitera w wymianie zdań z żółtodziobem, ja by nie było, medialnym – sejmowym, Biedroniem, dała pokaz udowadniania – wkładania łopatą do pedalskiej głowy zboczeńca, definicji i oczywistego pojmowania tolerancji – chrześcijańskiej oczywiście, jak najbardziej.

„Ja jestem tolerancyjna, ale nie zgadzam się z wypowiedziami pani Nowickiej…”, to cytat z pamięci, ale takich było kilka… naście (dziesiąt?), podczas tej kilkunastominutowej audycji. Kobito, nie zgadzaj się, ale bądź tolerancyjna na to, z czym się nie zgadzasz!!! Tolerancja jest tak idiotycznie pojmowana w naszym kraju, że sens tolerancji został kompletnie zatracony, zgubiony. Jest u nas tak, że jestem tolerancyjny, „rozumiem – ma inne zdanie, ale niech spada, bo ja tego nie kupuję”.

Porażką życia jest to, że wczoraj nie zrobiłem zrzutu ekranu szczekościsku, w monecie wypowiadania formułki: "Jestem tolerancyjna".

Jest takie powiedzenie: „Głodnemu chleb na myśli”. Jakie figury inteligentny człowiek musi robić, żeby osobę, bez względu na to co mówi, kojarzyć seksualnie? Jeśli mówi o seksualności, albo wykonuje „posuwiste” gesty, to oczywiste, ale kojarzenie seksualne geja, który kupuje np. gazetę, albo wyprowadza psa, albo mówi na mównicy sejmowej o sprwach wyjątkowo nieseksualnych, śmierdzi mi jakimś zboczeniem. Albo idiotycznym tłumaczeniem, nieprzemyślanym kompletnie, bo Platforma uznała, że myśleć nie musi: frajerzy zagłosowali, frajerzy – nie wpierdalać się!

Bywa że los zadrwi z człowieka, ale dzieje się tak z reguły po czasie, po doświadczeniach jakichś wynikłych źle podjętej decyzji. Tym razem los zadrwił z nas natychmiast post fatum.

Jestem w ogóle kompletnie zdziwiony wypuszczeniem pani Pitery do mediów. Ciekawy jestem, czy pani minister dostanie znowu, jakiś wyjątkowo pożyteczny, a nade wszystko potrzebny resort, gdzie w ciszy gabinetu będzie naprawiać przeżartą korupcją Rzeczpospolitą. Bój się jakiś minister ku, jak kupisz oranżadę za służbowe pieniądze, że o dwóch bułkach z piętnasto dekowym salcesonem nie wspomnę – to już jest kryminał – jak w banku.

Krew mnie zalewa, jak Tuski i Pitery przez kupę czasu rozprawiały, jaką to pożyteczną robotę pani minister robi, ale nie można jej pokazać, bo o efekty chodzi, a nie o… medialność. A dorsz za 8 złotych to efekty były czy medialność, że spytam?

Żądam, żeby pani minister rozliczyła się ze swojej czteroletniej ministerialnej posadki – zgodnie z obiecaną (eee, pewnie zapomniał, ale niniejszym mu przypominam) transparentnością działań swojego rządu!

Przyznaję, że piszę w… emocjach, ale nie sposób, interesując się sprawami bieżącymi, przejść obojętnie nad skrajnie „rasistowską – absolutnie słuszną” postawą minister tego rządu, której za kilka sekund, w zajadłości udowadniania swojej tolerancji pociekłaby piana z ust. Długo nie zapomnę ściśniętych zębów, niemal szczękościsku Julii Pitery w momencie wypowiadania słów: „Ja jestem tolerancyjna panie pośle (Biedroń – mój przypis) i… jej „tolerancyjnej” bezradności. Wszystko idzie w w górę od nowego roku, proponuję więc, aby telewizje poszczególne podniosły ceny za reklamy, ale w zamian za to, dla zaproszonych polityków „na odległość”, wyposażyli ich w jakieś odważniki, żelazne kule, albo inne hantle. Żeby prezentując swoją tolerancję…, ulżyli sobie. Jak jajkiem w prezydenta, tak odważnikiem w monitor studyjny – Biedronia np. Koszty wzrosną w oczywisty sposób, stąd podwyżka cen reklam będzie uzasadniona.

Innemu posłowi, do niedawna bardzo ważnemu, nie podoba się uśmiech Biedronia. Ta się jakoś dziwnie składa, że mnie jego uśmiech tez się nie podoba, kiedy widzę go np. u Rymanowskiego. I gdybym nie wiedział kto zacz, i gdybym nie wiedział, ze ma przed nazwiskiem cztery literki z kropką, miałbym pełne prawo myśleć o „głupowatym uśmiechu”. Może by warto czasem panie pośle i pani posłanko, uśmiechając się, albo szczękościskiem wypowiadając słowo „tolerancja” spojrzeć w lustro – tak dla… sprawdzenia, samokontroli.

Że co? Że buta? Buta. Ze swoją fizjonomią i zupełnie przeciętną inteligencją, daję sobie prawo, do dyskredytowania „tajemniczo – pożytecznej”, szczękościskowo wysławiającej wartości chrześcijańskie posłanki i głupkowato śmiejącego się posła, któremu nie podoba się uśmiech, zupełnie bez wyrazu, innego posła.

Znam kilka osób homo… Często „mam skojarzenia”, to oczywiste. Ale kiedy rozmawiamy o rzeczach poważnych, bo rozmawiamy, to „przypadkiem” ludzie wyjątkowo usytuowani i ukrywający swoją… opcję, nigdy takie skojarzenie mi do głowy nie przyszło. W przeciwieństwie do rechoczącego (chyba mu nawet łzy ze śmiechu poleciały) Tuska i reszty hołoty.

Ps. Podobno są jakieś zarzuty w stosunku do Nowickiej. Nie wnikam, nie opowiadam się za, ani przeciw, ale… wczoraj ich nie było. I niczego „z wczoraj” to nie zmienia, nie może zmieniac. Choć jak znam życie, Niesiołowski wyskoczy: „A nie mówiłem! Wiedziałem!”, bo on to po uśmiechu… posła poznaje.

To już jest koniec możemy iść

Naszedł więc koniec kampanii wyborczej do parlamentu. Jutro będziecie siedzieć cicho (politycznie rzecz jasna), ja będę imprezował w Królewskim Mieście Krakowie. W niedzielę pójdziemy na wybory i będziemy czekać.

W jakiej Polsce obudzimy się w poniedziałek? Kto wygra? Kto z kim wejdzie w koalicję? Kto będzie rządził? Na część tych pytań będziemy mogli z dużym prawdopodobieństwem odpowiedzieć już w poniedziałek. Na część, trochę później, snując wcześniej domysły, prognozy i przedstawiając różne możliwości.

Nie jest tajemnicą, że jeśli wygra PiS, albo jeśli rozkład sił głównych partii będzie taki jak obecnie, będziemy mieli albo gorzej, albo w najlepszym wypadku tak samo jak dziś. Wieczne kłótnie, inwektywy, telewizyjne (i radiowe) jazgoty czterech, albo pięciu jednocześnie mówiących polityków, tematy zastępcze i… kryzys, którego opozycja, z lubością nie dostrzega, żądając więcej, szybciej, hojniej.

Ostatnia konwsncja PiS-u przed ciszą wyborczą

Będę głosował na Platformę Obywatelską, ale… chciałbym żeby przegrała. To wcale, wbrew pozorom nie jest paradoks. PiS, objąwszy rządy musiałoby się zmierzyć z drugą, „mocniejszą” falą kryzysu, który z całą pewnością nadejdzie. Z radością patrzyłbym jak prezes oddaje władzę po roku, półtora rządzenia, wijąc się jak piskorz aby wytłumaczyć „zerwanie koalicji”, z poparciem dla PiS nieprzekraczającym 12, 13 %. To byłoby bardzo bolesne dla kraju, ale myślę, że warto byłoby pocierpieć dla takich wspaniałych doznań. Dla przeżycia uczucia ulgi, kiedy w kolejnej kampanii wyborczej prezes i jego partia walczy w pocie czoła już nie o zwycięstwo, ale o uzyskanie dwucyfrowego wyniku, tak jak dzisiaj walczy SLD.

Ale na razie:

To już jest koniec nie ma już nic,
jesteśmy wolni możemy iść,
to już jest koniec możemy iść,
jesteśmy wolni bo nie ma już nic

andy lighter

Zapowiedź „wybuchu bomby”

Trzeba przyznać, że PiS rozgrywa tę kampanię wyborczą po mistrzowsku. Oprócz wielu wpadek, takich jak otwieranie samootwierających się drzwi, czy „konferencji akademickiej” Zyty Gilowskiej, ostatnie posunięcia spin doktorów PiS-u są mistrzowskie. Najpierw wysłanie kiboli w ślad za tuskobusem, a teraz szerzenie, coraz bardziej nahalne i coraz bardziej głośne, mającego się wydarzyć upublicznienia rozmowy braci Kaczyńskich podczas lotu prezydenta do Smoleńska.

Oczywiście istnieje teoretycznie możliwość, że rząd przetrzymuje to nagranie, aby wyskoczyć z nim 8. października. Nie sądzę jednak, żeby Tusk był głupcem, przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, dobrze wie, że skutek mógłby być odwrotny od zamierzonego, a po drugie, gdyby były takie plany, zostały one „spalone”, odkryte i wyszłaby potężna zadyma. Jednak Kaczyński też wie, że Tusk ułomkiem nie jest, dlatego „przewiduje”, że treść rozmowy zostanie upubliczniona w zagranicznych mediach. Oczywiście (tego już Kaczyński nie mówi, ale to oczywiste), w porozumieniu z polskimi władzami.

Widać kontrwywiad i wywiad, od podstaw utworzony przez ministra Macierewicza działa jak nie przymierzając James Bond, Agent Tomek i Marian Zacharski razem wzięci. Dla swojego twórcy rzecz jasna.

Ja sądzę, że coś jest na rzeczy, a raczej było. Ale że za tym numerem stoi PiS. Nie wiedząc czemu bowiem, prezes Jarosław Kaczyński zdecydowanie ostrzega, że jeśli coś tam będzie w tej rozmowie, znaczy to, że została sfałszowana. To zaiste niebywały ruch, uprzedzenie ewentualnej wiadomości stwierdzeniem, że będzie ona sfałszowana. Czyżby Kaczyński znał treść tych „planowanych” publikacji? Byłoby to doprawdy dziwne.

Nic mnie już nie dziwi w tej kampanii, nie zdziwi mnie też kolejny numer PiS-u, bo że to jest ich bomba, nie mam wątpliwości. Nie wiem tylko, czy to „znaleziony zawczasu niewypał”, czy zgodnie z planem PiS-u wybuchnie, jako kolejny, ostatni krok służący do wysadzenia Platformy z „siodełka” rządowego.

andy lighter

Przymiarki do powyborczej „wojny”

W ostatnich sondażach PiS zmniejsza dystans do Platformy do 4 %. Dzieje się więc to, co przewidywałem, a co trafnie określił jeden z internautów, używając języka sportowego: „O wyniku może zdecydować fotokomórka”.

Dla mnie staje się coraz bardziej prawdopodobne, że PiS te wybory wygra i lepiej, na wszelki wypadek być przygotowanym na taki scenariusz. Przynajmniej psychicznie i emocjonalnie przygotowanym. Jednak to nie wszystko. Działacze PiS-u, w osobach np. Jarosława Kaczyńskiego, czy Jacka Kurskiego informują, że według sondaży przez nich zleconych, PiS osiąga przewagę nad Platformą i szykuje się do wygrania różnicą nawet 5 – 7 %. I to jednak jeszcze nie wszystko. Kurski przewiduje dwa scenariusze w związku z tym: pierwsza możliwość jest taka, że PO nie będzie potrafiła pogodzić się z przegraną, albo druga, taka, że Platforma jednak wygrywa te wybory, ale w absolutnie nie może to się stać w uczciwy sposób.

Jacek Kurski, zdj.walbrzychfakty.pl

Takie stawianie sprawy nie jest niczym innym, tylko planowaniem strategii na „po wyborach”. Czy tak, czy tak PiS będzie zwycięzcą, bo przecież albo wygra, albo przegra dzięki sfałszowanym wyborom. Wyjątkowo cyniczna, wyjątkowo haniebna, wyjątkowo ohydna gra naczelnego twórcy PiS-owskiej filozofii kłamstwa, obłudy, PiS-owskiego wyrachowania i gry nie fair. Ten człowiek nie zna żadnych hamulców. Swoją drogą dziwię się, jakim cudem temu hipokrycie nie wyrosły jeszcze rogi i ogon.

Oczywistym jest, że po wyborach bez względu na wynik będziemy mieli „wojnę”. Tak „wojnę”, choć niektórzy blogerzy wytykają mi nadużywanie tego słowa. Ja wojnę postrzegam nie tylko poprzez obraz żołnierza z karabinem i wybuchających granatów. Owa „wojna” będzie spowodowana, albo chęcią zemsty takich ludzi jak Kaczyński, czy Macierewicz (czego całkiem słusznie obawia się marszałek Grzegorz Schetyna), na przegranych, którzy doprowadzili do katastrofy smoleńskiej i wywiesili białą flagę, albo pochodami rzeszy wyznawców PiS-u, oskarżających wygraną PO o sfałszowanie wyborów i wyprowadzaniem ludzi na ulice. Jeden z tych scenariuszy jest absolutnie pewny.

Czarno to widzę.

_____

Życzę szybkiego powrotu do zdrowia prezydentowi Kwaśniewskiemu, który przeszedł operację na Szaserów.

A swoją drogą, niezła „ekipa” nam się zebrała w tym szpitalu.

_____

Mają jeszcze celność wysyłać do mnie jakieś śmieci:

andy lighter