Zakłamane media i głupota polityków

Oczywistą prawdą dla wielu Polaków jest fakt, maksymalnej manipulacji mediów opinią publiczną. Podobnie myślimy o politykach. I o ile, codziennie niemal utwierdzam się w przekonaniu, dziennikarskiego zakłamania, o tyle coraz bardziej jestem przekonany, że politycy w większej mierze niż manipulację, pokazują swoją głupotę.

Weźmy chociażby sprawę ACTA. Minister Zdrojewski wysłał w sprawie ACTA zapytania, czy tam prośby o opinie rozmaite środowiska przedstawicieli kultury, traktując to, jako konsultacje. W tych para konsultacjach wzięły udział m.in. telewizje Polsat, TVP i TVN. „Wzięły udział” to właściwie za dużo powiedziane, raczej powinno być: „nie wniosły do projektu umowy żadnych zastrzeżeń”. I to mnie akurat nie dziwi, w końcu ów projekt miał na celu m.in., albo głównie, ochronę praw autorskich również tych telewizji.

Nie jest moim zamiarem wypowiadać się na temat słuszności, czy niesłuszności ACTA, ale zachowań mediów w czasie „konsultacji”, w czasie protestów internautów i po przyznaniu się Tuska do błędu.

Otóż jeżeli media nie wniosły żadnych zastrzeżeń do umowy na etapie zapytania ministra, to czym, jeśli nie manipulacją jest głośny krzyk wszystkich wymienionych mediów (dziennikarzy je reprezentujących) w obronie protestujących internautów? Dlaczegóż to owe media nie napisały do ministra: „Panie ministrze, umowa jest zła, bo w żaden sposób nie chroni wolności internautów”? Nie przeszkadzał owym telewizjom brak konsultacji ze społeczeństwem, w czasie „konsultacji” z nimi. Jaką w takim razie legitymację owe media mają do krytyki (gremialnej) rządu w sprawie nie tylko braku konsultacji społecznych, ale i rażących błędów w samej umowie? Przecież kiedy można było te błędy zauważyć, z punktu widzenia TVN, czy Polsatu, wszystko było w porządku. Dziś rozmaici Rymanowscy, czy inne panie dziennikarki nie zostawiają suchej nitki na ACTA, braku konsultacji, a jakby tego było mało, drwią z wycofania się Tuska z umowy. Znaczy to, że honorowo by było brnąć dalej w tę chorą umowę, bo przyznanie się do błędu, szanującemu się politykowi nie uchodzi.

Owe telewizjie i inni przedstawiciele twórców, którzy nie zareagowały, kiedy był na to czas, a dzisiaj biją pianę, nakręcając opinię publiczną i podsuwają jej rząd do zlinczowania, powinny na pasku ekranu telewizyjnego, video clipu albo w headlin, tuż pod tytułem gazety, ustawić na długi czas napis: „Przepraszamy za ACTA”. Bo wina rządu jest oczywista, ale owe media, środowiska, itd., są ostatnimi, które powinny teraz kamienować rząd, o swojej „roli” nie wspominając słówkiem, jakby mówili o badaniach kosmosu, o których usłyszeli w agencjach prasowych, bo przecież mają się do kosmosu, jak pięść do nosa. O ACTA mogły i powinny były mówić. Wtedy, kiedy powinny!

Pamiętacie Krakowiaka, znanego dawno temu bandytę, który przychodził na salę sądową z kartką, na której wypisane było: „Telewizja kłamie!”? To było jeszcze za komuny. Otóż od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Może oprócz ilości tych zakłamanych telewizji. Pisząc „kłamie”, mam dziś na myśli również przemilczanie ważnych kwestii i własnego w nich udziału.

Kończąc już ten temat i wchodząc zarazem w drugi, warto przypomnieć sobie, peany na temat umowy wygłaszane przez pisowca, przewodniczącego komisji sejmowej jakiejś tam. I żadne głupie „Poseł się pomylił”, wygłaszane przez zbawcę narodu, tych peanów nie przekreślą. Pochylanie się więc z troską nad skrzywdzonymi internautami jest mega manipulacją. Zwykłym, prostackim szwindlem.

Głupota jednak polityków (rządzących) polega na tym, że nie wykorzystują tych peanów dostatecznie. Coś tam bąkną, coś powiedzą, ale w obliczu zagłuszenia przez PiS na spółkę z Ziobrystami, odpuszczają i „jadą dalej”. I wcale mi ich nie szkoda, bo tak gra przeciwnik, jak drużyna pozwala.

A pozwala tyle, że „O ho ho!”, albo jeszcze więcej. Chociażby w sprawie emerytur. Jaki jest zamiar rządu w tej sprawie wszyscy wiemy. Wiemy tez jakie jest zdanie w tej sprawie opozycji. I aż się prosi, żeby najzwyczajniej w świecie wyłuszczyć w kilku prostych zdaniach, argumenty za i argumenty przeciw propozycjom opozycji. Tyle, że powinna to zrobić jedna osoba, jasno wykładając (pięć, siedem minut w zupełności wystaczy), dlaczego zdanie rządu jest właśnie takie. Odnoszę wrażenie, że politycy PO zwyczajnie nie umieją tego zrobić. Są za głupi na ułożenie jednej kartki A4 i przeczytanie jej.

Pomijając już moje prywatne zdanie na ten temat, doskonale rozumiem powody, którymi kieruje się Tusk, tzn. z łatwością mógłbym je wytłumaczyć. A co dopiero człowiek siedzący w temacie.

Głównym nieporozumieniem, jakim szafuje, karmi opinię publiczną opozycja jest to, że przyszły wiek przechodzenia na emeryturę kobiet, przykłada się do teraźniejszych warunków, w jakich kobiety pracują. To jest nieuprawnione i opinia publiczna, co nie może dziwić, tego nie pojmuje. Nie może dziwić, bo nikt nie jest w stanie im tego prosto wytłumaczyć. Nasi politycy są za głupi. To mocne słowa, ale innych nie znajduję w obliczu nie podjęcia tak oczywistego działania. Łatwo przecież wytłumaczyć ludziom, że z roku na rok, a już na pewno z dekady na dekadę, warunki pracy są/powinny być (trzeba to po prostu egzekwować) coraz lepsze, praca coraz mniej uciążliwa. Wystarczy przytoczyć przykład Biedronki, gdzie jedna zadyma wystarczyła, aby warunki pracy w tej firmie diametralnie się poprawiły.

To tylko jeden przykład argumentów i jeden przykład łatwości jego przytoczenia. Ten argument zresztą jest nie do obalenia, podobnie jak pozostałe. O ile łatwiej później spierać się o szczegóły i niektóre z nich uwzględniać, a inne obalać.

Ale rządzący tego nie robią. Skoro nie manipulują (w tej sprawie na manipulację pozwolić sobie nie można, najwyżej odłożyć temat ad acta), to jakie jest inne wytłumaczenie jeśli nie głupota? Ja nie znajduję. Tłumaczą coś „naokoło”, kluczą, jąkają się przeskakują z punktu do punktu… Opozycja więc atakuje radośnie rządzących, bo dlaczego by miała nie atakować? Tym bardziej, że duża część polityków opozycji nie manipuluje, ale też nie ogarnia umysłem „przyszłości” wieku i „przyszłości”, a nie „teraźniejszości” warunków pracy (np.). Bo też są za głupi.

A wystarczyłaby kartka papieru, wypisanie Kiku punktów i krótkich, celnych i zwięzłych wyjaśnień przy każdym z nich.

andy lighter

Palikot w natarciu

Niemal wszyscy daliśmy się zwieść (aż wstyd przyznać) wieszczeniu plajty inicjatywy „Ruch Poparcia Palikota”. I jeśli nam, komentatorom – amatorom, blogerom, można to „wybaczyć”, o tyle dziwić musi stawianie krzyżyka na uczestnictwie Janusza Palikota i jego zwolenników w „wielkiej polityce”. A Janusz Palikot, konsekwentnie robił swoje. I wszystko wskazuje na to, że „się dorobi”. I politolodzy, i socjolodzy i specjaliści od PR-u i marketingu politycznego najwyższych lotów dali plamę. Panowie i panie, jesteście do… niczego.

Podczas dyskredytowania wszyscy jednak uznawaliśmy Janusza Palikota jako osobę wyjątkowo inteligentną, choć ekstrawagancką, ale bez wyczucia politycznego. I wydaje się, że ową inteligencję i polityczne wyczucie dziś nam Janusz Palikot udowadnia. Wszystko wydaje się być albo bardzo przemyślane, od początku do końca, łącznie z „wielkim dołem” w sondażach jeszcze nie tak dawno, albo ten polityk kapitalnie i szybko wyciąga wnioski ze swoich błędnych działań i ucząc się na błędach, działa coraz skuteczniej.

Jednym z głównych powodów jego początkowych niepowodzeń upatrywaliśmy w zbytnim antyklerykalizmie i oparciu swojej bytności w polityce wyłącznie na tym temacie. Dziś można śmiało powiedzieć, że Palikot wiedział co robi. Antyklerykalizm jest w Polsce dość powszechny, ale jednocześnie jest (a właściwie był) tematem tabu. Napisałem „był”, bo dzięki Palikotowi właśnie, przestaje być czasem przeszłym i coraz bardziej „jest”. To wyłącznie zasługa Palikota, bo lewica w swoim antyklerykalizmie zawsze była niewiarygodna. Antyklerykalizm Palikota ma znaczenie nie tylko polityczne, ale również finansowe, bo nieopodatkowanie Kościoła Katolickiego w Polsce „boli” wielu Polaków, np. mnie. Kościół Katolicki, oprócz prania mózgów swoim wiernym i wtrącania się do polityki, nie mają wobec tego kraju żadnych obowiązków. Są wyłącznie biorcami, opływając jednocześnie w materialne dobra doczesne. Zwrócenie na to uwagi Palikota było strzałem w dziesiątkę. Po co więc robił happeningi z biblia, kiełbasą i wódką? Po to, żeby być w mediach. A mógł być tylko dzięki szokowaniu, ekstrawagancji, bezczelności, mówieniu o tym. Powoli, stopniowo, coraz częściej, oprócz tematu „antyklerykalizm i odsunięcie duchownych od życia politycznego”, pokazywał też inne tematy, program polityczny, gospodarczy i społeczny. Cały czas, z różnym skutkiem, ale im dalej tym skuteczniej, dbał o to, aby media o nim nie zapomniały. I nie zapomniały.

Zdj. PAP/Tomasz Wojtasik

Ludziom cholernie się to podoba: przełamanie tematu tabu i uczynienie z kwestii miejsca Kościoła w Polsce ogólnonarodowej dyskusji, i „nowi ludzie”(!!!). Ludzie Janusza Palikota są kompletnie nowi. To są „nasi sąsiedzi”, zwyczajni „przechodnie” mijani przez nas na ulicach naszych miast. I podobnie jak my, często są to ludzie bardzo doświadczeni życiem, z wieloma problemami, „schodami nie do przejścia”, które jednak „przeszli”. Dyskredytowanie tych ludzi przez innych polityków jest zaprzeczeniem, głoszonej przez nich właśnie i hołubionej wizji społeczeństwa obywatelskiego. Oni marzą o tym, aby politykę zostawić im, a obywatelom zostawić co najwyżej organizacje pozarządowe. I prawie m się udało, gdyby nie… sondaże. Sondaże spowodowały zachęcenie zwolenników RP do „ujawnienia” swoich preferencji. Już nie myślą o zmarnowanym głosie, już nie muszą wybierać mniejszego zła.

Janusz Palikot i wejście jego ugrupowania do sejmu może okazać się impulsem dla innych, realnym, a nie pozornym początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Palikot może okazać się prekursorem wprowadzania tej idei w życie.

Nie mogę się nadziwić niechęci polityków Platformy Obywatelskiej do Ruchu Palikota. Straszeniu ludzi, porównaniem głosu na RP z głosem na PiS. Wypieraniu się możliwości koalicji z RP. To jest najgłupsze działanie polityków, którzy chcą wygrać wybory. Jasne jest, że Palikot odbiera głosy nie tylko SLD, ale też Platformie. Jasne jest też, ze Platforma, jeśli wygra (a nawet jeśli minimalnie przegra), będzie musiała wejść w koalicję. Bardzo prawdopodobne jest, że koalicja z PSL-em może nie wystarczyć. Dyskredytacja więc RP, obrażanie kandydatów na posłów z tej partii jest durne. Bo kiedy będą musieli „poprosić” Janusza Palikota o współpracę, będzie zwyczajnie głupio.

Politycy i media zarzucają Palikotowi plotkarstwo, opisywanie w swojej książce prywatnych rozmów i niepublicznych, „nieeleganckich” zachowań dawnych kolegów. Nie jest to rzeczywiście zbyt dobrze widziane. Ale wiadomo od zawsze, że celebry ci pisząc książki, oprócz własnych przeżyć, doświadczeń, myśli i wizji, piszą głównie o innych. Najczęściej o ludziach „ze swojego podwórka”. Politycy o innych politykach, piosenkarze o innych piosenkarzach, aktorzy o innych aktorach, itd. To jest zresztą główny powód popularności ich dzieł. Jeśli się nie mylę, Donald Tusk też wydał książkę przed którymiś tam wyborami i też tam (chyba, bo nie czytałem) opisywał kuluary życia politycznego w szerokim tego słowa znaczeniu.

Koalicja, w której mieściłby się Ruch Palikota byłaby z punktu widzenia społeczeństwa niezwykle cenna. Jego „upierdliwość” jest powszechnie znana i jest pewne, że nawet jeśli nie załatwi się szybko kwestii realnego oddzielenia Kościoła Katolickiego od państwa (bo przewiduję, ze nie załatw się szybko), to pewne jest, że temat nie zniknie, nie zostanie zapomniany, a to jest, moim zdaniem bezcenne. Tak samo jak bezcenne są inne kwestie, opodatkowanie KK, in vitro, ułatwienia dla przedsiębiorców, itd., itd. Jest też znany jako liberał, nie ma więc powodu, aby w koalicji z PO nie był.

Osobiście nie będę głosował na Ruch Palikota, bo ju ż wczesniej dokonałem wyboru. Jestem jednak winien temu politykowi szacunek. Dokonał rzeczy wielkiej, przez większość opinii publicznej uznawanej za niemożliwą. Skruszył beton!

Ps. Postanowiłem dokleić spot Palikota. Moim zdaniem najlepszy spot spośród wszystkich spotów, wszystkich partii w tej kampanii.

andy lighter

Wolność słowa. Czy jest granica?

Potężna burza przetoczyła się przez media i toczy się nadal, niby wstrząsy wtórne po trzęsieniu ziemi, w związku ze zbyt rygorystycznym potraktowaniem przez sądy studenta, zabijającego prezydenta w swojej grze i kiboli, krzyczących o obaleniu rządu Tuska.

Obrońcy rzeczonego studenta i gnębionych kiboli powołują się na wywalczoną wolność słowa, jako jedną z najważniejszych zdobyczy demokracji. I jestem za, ale… nawet przeciw. Deklarację bowiem o chęci usunięcia z kodeksów zapisu o karaniu osób obrażających legalną władzę, uważam za zbyt daleko idącą. Jak zwykle opowiadam się za zachowaniem zdrowego rozsądku.

Mam w pamięci instalację pewnej artystki , przedstawiającą papieża Jana Pawła II przygniecionego kamieniem. Miała ta kobieta poważne kłopoty, uraziła bowiem uczucia religijne katolików. Inaczej jednak rzecz się ma, jeśli idzie o nasze władze. Ich można obrażać i nie ma to prawa naruszać czyichkolwiek uczuć, bo przecież wolność słowa (wyrażania uczuć) i demokracja. Skorzystał z tej wolności „znakomity artysta” Paweł Rascheja, mieszkający w Niemczech, prezentując w Galerii Sztuki Współczesnej w Zbąszyniu wystawę pod niemieckim tytułem (w tłumaczeniu na polski): „Szata czyni człowieka”. Ale najlepsze było jego „co autor miał na myśli”, uzasadniające wystawę.

Kanclerz Merkel

„Chodziło mi głównie o »rozbrojenie«ikony politycznej i zdegradowanie jej do zwykłego obywatela” – stwierdza artysta. Zobaczyć można więc, polityków zupełnie nago, „chwalących się” swoimi przyrodzeniami i atrybutami. Komorowskiego, Putina, Obamę a nawet kanclerz Merkel. Trochę mnie to dziwi, bo choć „zdegradowany” (czyli zwykły obywatel), niespecjalnie by mi się podobało oglądanie swojej osoby nago, na jakiejś wystawie. Nie słyszałem też, aby „zwykły obywatel” Paweł Rascheja „rozbrajał się” w internecie do pozowania nago, albo „rozbrajał” swoją rodzinę: żonę, dzieci, albo innych teściów, na jakichś wystawach, choć w tej kwestii mogę się mylić – zboków wszak, nie tylko w Polsce, nie brakuje.

Nic zdrożnego w wystawie nie widzi też pani dyrektor Zbąszyńskiego Centrum Kultury, Katarzyna Kutzmann-Solarek: „Nagle widzimy ich nago i jesteśmy tym lekko wszyscy przerażeni. Nagość – tym, którzy chcą to zrozumieć – pozwala na chwilę spojrzeć na wielkich polityków, jak na zwykłych ludzi. W końcu każdy z nas ma ciało”. I tak się zastanawiam, czy pani dyrektor nie powinna „obsługiwać” tej wystawy nago? W końcu nagość pozwalałaby spojrzeć na dyrektorów, a tym bardziej na dyrektorki, jak na zwykłych ludzi. W końcu dyrektorki też mają ciało. Nie mam pojęcia jak wygląda pani dyrektor, ale być może swoją nagością, spowodowałaby wielkość tej wystawy, albo… jej kompletną klapę.

Szanujące się galerie nie mają pojęcia kim jest „artysta” Paweł Rascheja, nigdy o nim nie słyszeli. Może znalazł właśnie sposób na swoją autoreklamę.

Choć wystawa wzbudziła mieszane odczucia zwiedzających, nie słyszałem też, aby jacyś katolicy skarżyli się na obrazę uczuć religijnych. Jestem gotów nawet wysnuć tezę, że moherowe katole nieźle (by?)się bawiły.

andy lighter

Honor „pani kapitan”

Nie mogę zrozumieć zdecydowanej i jednostronnej, jednocześnie jednak bardzo spłyconej, a więc prostackiej nagonki na Joannę Kluzik-Rostkowską za opuszczenie PJN-u. Nie mogę, ponieważ moim zdaniem jest kompletnie niesprawiedliwa i przez media (niech żyje TVN24 i jej dziennikarskie geniusze!) zmanipulowana.

„Uciekła z tonącego okrętu, a przecież jako kapitan powinna odejść jako ostatnia!”, „Okłamywała społeczeństwo, kreując nieprawdziwą twarz Jarosława Kaczyńskiego w czasie kampanii prezydenckiej!”, i inne tego typu głosy słyszy się wśród krytyków (dodajmy zaciekłych krytyków, bo krytyków racjonalnych jest jak na lekarstwo). Czy aby na pewno taka krytyka jest uprawniona? Nasze media potrzebują bomby, wrzaskliwego newsa, żeby podkręcać atmosferę, więc to mnie nie dziwi. Dziwią mnie natomiast krytyczne głosy wśród racjonalnie myślących komentatorów którzy, podejrzewam, nie wysilili się zbytnio na stworzenie rozsądnej opinii.

„Uciekła z tonącego okrętu”. Rzeczywiście uciekła, ale czy okręt był tonący, czy wybuchł na nim bunt?  Przejęcie przez buntowników steru i objęcie kursu na obóz wroga w celu dobrowolnego oddania się w niewolę, oznaczającą ciągłe (a przynajmniej bardzo długie) i bardzo brutalne upokarzanie tych, którzy raz już zostali wypędzeni ze wspólnych szeregów? Zostało ich dwoje na pokładzie, przeciwników buntu. PJN powstała dlatego właśnie, że Jarosław Kaczyński wyrzucił ich (część z nich) za wydumaną zdradę. Dlatego, że oskarżał ich o wszelkie porażki (swoje). Dlaczego pozostali PJN-owcy poszli za Kluzik-Rostkowską? Dlatego, że widzieli niesprawiedliwość prezesa. Że widzieli nieprawdziwe oskarżenia i że podzielali jej opinię o obłudzie prezesa, uległości wobec podpowiedzi Kurskiego i Ziobry, o „zawłaszczeniu spuścizny Lecha Kaczyńskiego”, wreszcie dlatego, że widzieli niebezpieczne zapędy Kaczyńskiego czy to pod pałacem, czy to w sprawie zespołu Macierewicza, itd., itp. Wszyscy, którzy poszli na Kluzik-Rostkowską, może poza Jakubiak, w pełni podzielali, przyrównanej przez Kaczyńskiego do buta, poglądy. Podzielali jej pomysł na partię i tworzony przez nią program. A jednym z pomysłów było: „Uwaga – Jarosław Kaczyński jest niebezpieczny”

Kto więc zachował się tu niehonorowo – zdradził? Przewodnicząca, Libicki, czy buntownicy? Uważam, że ci drudzy. Nie miała szans, tylko z Libickim wyrwać steru stęsknionym nagle do powrotu w jasyr buntownikom. Wsiadła więc do szalupy i odpłynęła na bezpieczne wody. Na wody, do których zmierzała od początku PJN. Skoro jednak sama na bezkresnych wodach nie przeżyje, dokonała wyboru: wracać do ciemiężyciela czy wybrać kwitnący ląd, niedawnego przeciwnika. Wybór chyba jest oczywisty. Nie bez znaczenia jest też fakt, skrzętnie przez wszystkich „pomijany”, że JKR nigdy nie była w stosunku do PO przesadnie agresywna. Krytykowała Platformę, a jakże, ale nigdy nie była zajadłą, polującą żmiją, przy każdej nadarzającej się okazji wtryskują jad w ciało wroga. Tego zarzucić jej po prostu nie sposób.

„Kreowała nieprawdziwego prezesa”. Rzeczywiście kreowała. Tyle, że nie wyobrażam sobie, Kluzik-Rostkowskie mówiącej: „Słuchaj Jarek, zrobimy ich wszystkich w durnia. Teraz będziesz grzeczny i dobry, a jak wygrasz wybory, znowu będziesz jechał z tymi durniami tak jak to zawsze robiłeś. A nawet bardziej, bo przecież brata Ci zabili”. Czy ktoś, kto obserwował JKR na scenie politycznej, zanim została szefową kampanii, może sobie ją z tymi słowami wyobrazić? Nie sądzę. Jestem przekonany, że ona nie wymyśliła nowego, „pokojowego” wizerunku prezesa na okoliczność wyborów – na chwilę. Wymyśliła trwałą zmianę wizerunku prezesa. Jeszcze w wieczór wyborczy prezes z najwyższym uznaniem całował ją po rękach.

Bo wcześniej nie miał okazji rozmawiać z Ziobro i Kurskim. Wtedy wszystko wróciło „do normy” i właśnie Kluzik-Rostkowska krytykowała prezesa za powrót do starej retoryki.Można by jej zarzucić oczywiście to, że z powodu buntu nie wycofała się z polityki. Można by, ale widzę bardzo wielu polityków w tym sejmie, których z nieporównywalnie większą chęcią, już bym nie oglądał. A poza tym, czy nie byłoby to „dobrowolne poddanie się karze”, jaką zasądził jej Jarosław Kaczyński? Karze przecież niesprawiedliwej, nieuprawnionej, bo nikt przed nią takiego wyniku mu nie stworzył. Można by jej zarzucić, że poszła do PO. Można by. Ale gdzie miała iść, do SLD? Do PSL? Przecież to potencjalni koalicjanci, a więc poddani prezesa.

Myślę, że zamiast cztero, czy sześciolinijkowych, „pustych” słów potępienia pod adresem Joanny Kluzik-Rostkowskiej, warto by się trochę wysilić w ocenie. Chociaż, jak chodzi o media, to walenie głową w mur, nie do przejścia.

andy lighter

Jan Rokita – polityk kontrowersyjny

Jan Maria Rokita, po tygodniowym pobycie w klinice w Neapolu, znalazł się w klinice Gemelli w Rzymie. Jego stan jest stabilny, a spowodowany jest prawdopodobnie problemami z trzustką. J.M. Rokita jest jedną z czołowych postaci polskiej polityki po 89. roku i jest postacią… tragiczną. W czasie swojego udziału w życiu politycznym (i po nim zresztą też), był jednym z najbardziej kontrowersyjnych i charakterystycznych polityków III RP. Przeżywał bowiem wzloty i upadki, tyle, że te drugie były o wiele bardziej znamienne. Może warto sobie o niektórych faktach przypomnąć.

Brał udział w obradach krągłego stołu, po stronie oczywiście solidarnościowo-opozycyjnej i w wyborach czerwcowych, 22 lata temu uzyskał mandat do sejmu kontraktowego. Został wiceprzewodniczącym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Od 90. roku był członkiem Unii Demokratycznej, a w 92. w rządzie Hanny Suchockiej, pełnił urząd szefa URM-u.  W maju 93., na skutek przegłosowania w sejmie wotum nieufności wobec rządu Suchockiej, prezydent Wałęsa rozwiązał parlament, rząd, do października pracował więc bez nadzoru i kontroli parlamentarnej. Owocem tej niekontrolowanej przez sejm pracy było podpisanie Konkordatu z Watykanem.

Jan Maria Rokita od 89. roku do 2007. nieprzerwanie pełnił mandat poselski. W sejmie pełnił wiele ważnych funkcji, szefował ważnym komisjom sejmowym, był gwiazdą w tzw. „Komisji Rywina”, podejmował wiele kontrowersyjnych inicjatyw, np. „Inicjatywa ¾” (95 rok), mająca na celu niedopuszczenie do zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich, nawoływanie do obrony traktatu nicejskiego (Słynne „Nicea, albo śmierć” w 2003.), czy sprzeciw wobec kandydaturze Mariana Krzaklewskiego w wyborach prezydenckich 2000. W 2003. został przewodniczącym klubu parlamentarnego PO.

W 2005. był głównym negocjatorem ze strony PO w sprawie osiągnięcia koalicji PiS-PO, tzw. „Popisu” i to głownie jego „zasługą” jest niepowstanie takiej koalicji. Jednak w styczniu 2007, kiedy jako „szef gabinetu cieni” zaczął głosić dorobek prac tego „gabinetu” zaczęło się ostre iskrzenie na szczytach tej partii. Nie konsultował bowiem swoich działań, wspólnych przecież wielu ludzi, głosząc jej dorobek i stawiając się jako twórca.

To były w większości karty w życiorysie, kiedy był „na wozie”, były jednak i takie, gdy był „pod wozem”.

W 2006 roku Jarosław Kaczyński oskarżył go o udział w inwigilacji prawicy. Co prawda później nie kontynuował tego oskarżenia (np. przed sądem), niemniej jednak, przynajmniej wedle mojej wiedzy, nie przeprosił. Poza tym to oskarżenie było oskarżeniem najwyższego kalibru: „Jan Rokita popełnił bardzo ciężkie przestępstwo przeciwko demokracji. Poza mordami to jest najcięższe przestępstwo, jakie w ogóle można popełnić”. Pamiętam jak piorunujące wrażenie zrobiły na mnie te słowa, wypowiedziane, jak pamiętam, na pokładzie samolotu do dziennikarzy. Jednak Jan Rokita nieodgadnionym jest człowiekiem. Już miesiąc później, w drugiej turze wyborów prezydenckich miasta Krakowa, bez zgody władz partii poparł kandydata PiS-u na to stanowisko, wykorzystując do tego celu logo Platformy Obywatelskiej. W PO zawrzało. Rok później kolejna gorzka pigułka do przełknięcia, a właściwie dwie. Przegrane procesy z Wieczerzakiem i Kornatowskim. Największy jednak numer wykręcili mu znów bracia Kaczyńscy. We wrześniu 2007. roku prezydent Lech Kaczyński zaproponował żonie Jana Marii Rokity, Nelly stanowisko doradcy ds. kobiet w swoje kancelarii. Nelly ochoczo „rzuciła się w ramiona PiS-u”, co zaskutkowało odejściem Jana Rokity z polityki. Jego żona zaś jawiła się jako zajadła przeciwniczka Platformy Obywatelskiej, a w szczególności Donalda Tuska.

Mimo zgrzytów między Janem Rokitą a władzami Platformy, jego pozycja w partii była niewzruszona i niezwykle mocna i jeśli w tamtym okresie Tusk miałby się kogoś obawiać, to tym kimś mógł być tylko i wyłącznie Jan Maria Rokita. Niedawny „konflikt” między Tuskiem i Schetyną, to dla Donalda Tuska z pewnością pikuś w porównaniu z ewentualnym wcześniejszym konfliktem z Rokitą.

Jan Maria Rokita zawsze był „solistą”. Zresztą, trudno było zrozumieć jego „ruchy”, ponieważ logicznie czasem wytłumaczyć się tego nie da. Jednak inteligencji odmówić mu nie sposób, więc na pewno jakiś cel miał. A może zamiast celu kierował się wyłącznie światopoglądem? To szlachetne, ale czy mądre? Jeśli jego potencjalni sprzymierzeńcy kopią go w podbrzusze?

 

Po wyborach Rokita próbował różnych rzeczy. A to pojawiał sę w programach publicystycznych (i satyrycznych), współtworzył portal internetowy, pisał komentarze polityczne dla „Dziennika”, ale, co dla mnie jest oczywiste, nigdzie się nie sprawdził. Niczego bowiem innego, niż bycie politykiem, zresztą niezwykłym politykiem, Jan Maria Rokita nie potrafi. Jego żona powinna o tym wiedzieć, a mimo to, bez skrupułów odesłała go na „emeryturę”.

Życzę szybkiego powrotu do zdrowia panie Janie.

 

P.S.

Jednym z głównych powodów problemów z trzustką jest permanentny stres. Jednak czy można żyć spokojnie, gdy nie ma się tego, co kocha się najbardziej?

andy lighter

Koniec PJN? Prawdopodobne

Nie sposób przejść obojętnie obok oceny PJN-u przez (jeszcze) członka tego ugrupowania Jana Filipa Libickiego. Nie sposób dlatego, że jego ocena obecnej sytuacji tego środowiska jest taka, jak ja to widzę, tylko dosadniej przedstawiona – nazwana.

„Syndrom Fritzla” to doskonałe określenie, którym posłużył się poseł Libicki: „Nie ma już piwnicy, krat i oprawcy, my jednak wciąż do owej sytuacji i owej osoby tęsknimy”. Nie można było trafniej tego zobrazować. Jeśli oprawca, jakim niewątpliwie był Kaczyński, oskarżając osobę, która niemal wyniosła go na prezydenturę, o zdradę i jeszcze inne, niecne wyczyny, porównuje ją do butów np., i ludzie z nią związani wybierają opcję: „Prosimy o przebaczenie, będziemy milczeć jak grób”, to jest to zwykłe, „zaoczne” poddaństwo. Szczególnie dziwi takie stwierdzenie w ustach np. „ornitologa” Migalskiego, który jak pamiętamy, pierwszy podniósł głowę. Zdrowy rozum podpowiadałby, że Migalski jako pierwszy będzie bronić Joanny  Kluzik-Rostkowskiej. On pierwszy skrytykował linię prezesa, a teraz jawi się jako główny piewca nowej linii ugrupowania, np. w mediach niczym rzecznik prasowy.

 Joanna Kluzik-Rostkowska jawi się dziś jako „uciekinierka”, usiłująca zdjąć z siebie odpowiedzialność za osoby, które za sobą pociągnęła, decydując się na rezygnację z szefowania PJN. Dokładnie tak to odbierałem, dopóki nie poznałem oceny Libickiego. Bo jakże można być szefem niebieskich, jeśli większość niebieskich, wypina się na szefa i nagle decydują się być czarnymi? Obawiam się, że Joanna Kluzik-Rostkowska nie miała wyboru. Wybierając honor, wycofała się.

W obecnej sytuacji byłbym zdziwiony, gdyby Kluzik-Rostkowska pozostała w PJN. To nie ona zdradziła PJN, To PJN ja zdradził! Można było ulec wrażeniu, że JKR widząc marne wyniki sondażowe, zdecydowała się opuścić klub pod byle jakim pretekstem i szukać szansy w PO, która stoi dla niej otworem i nawet zaprasza. Prawda jest jednak inna. Nie wszystkich zaprasza, więc inni, przestraszeni, postanowili „wiosłować w stronę PiS-u, a upokorzenie Bielana spływało po nich jak po kaczkach. W końcu nie takie przeszkody warto pokonać „dla chleba”. Kluzik-Rostkowska tymczasem, póki co, nigdzie się nie wybierała. Teraz z pewnością ma otwartą drogę.

Jedyne czym jestem zdziwiony w obecnej sytuacji PJN to to, że szefem został Paweł Kowal. Myślę, że ze względu na media, bo choć jest propisowski, a szczególnie proprezesowy i proLechowy, to potrafi powściągnąć język. Najbardziej wyrazistą miłością do prezesa, przy czym nigdy się z tym nie kryła, również w PJN, jest Elżbieta Jakubiak. Ona kompletnie nie pasowała do linii Joanny Kluzik-Rostkowskiej, z pasją, przy każdej okazji broniąc Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Sądzę, że odegrała niepoślednią rolę w całej sprawie zmiany opcji PJN.

Szkoda mi Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Nie będę miał najmniejszych obiekcji, jeśli trafi na listy PO. Nie miałbym też do Poncyliusza, ale będę miał, jeśli to nastąpi. Bardzo długo Poncyliusz zwlekał z opuszczeniem PiS-u, kalkulując, badając, licząc… Teraz będzie podobnie? To chłodny, wyrachowany zawodnik.     

andy lghter

List otwarty do TVN24 (TVN zresztą też)

Dlaczego uważacie swoich widzów za idiotów? Nie sądzę, żeby ktoś dał wam do tego prawo. Zapraszając do swoich programów „kulturalne” bydło, uwłaczacie godności polskiego społeczeństwa.

„Kawa na ławę” – 5/o6/2011. Kalisz zachowuje się jak małpa, w dodatku kompletnie pijana, wydająca małpie skrzeczenie, przez kilka minut uniemożliwiając prowadzenie jakiejkolwiek rozmowy. Zresztą rechocząc później, podskakując na swoim krzesełku, jak rzeczona małpa wygląda. To w tym programie norma. Zawsze jest podobnie. Już pal licho oglądanie tego gościa, choć do tego jest telewizja, ale od słuchania też jest. Jak widz będzie chciał posłuchać jazgotu to włączy sobie coś innego i na pewno nie będzie to telewizja.

Co chwila chwalicie się nagrodami dla swoich dziennikarzy, zapominając przy tym, że te nagrody są przydzielane sobie nawzajem przez towarzystwo wzajemnej adoracji, kąpiące się w tym samym szambie. Albo przez czytelników gazetek telewizyjnych o których poziomie inteligencji wypowiadać się nie zamierzam., w każdym razie są to czytelnicy ściśle określeni.

Jak już wspomniałem, Rymanowski świetnie się bawi z savoirvivre’owym prymitywem w swoim programie. Tylko czy studio telewizyjne jest do tego dobrym miejscem? Może wyślijcie ich na 45 minut do knajpy, koniecznie z gorzałą, mogą być nawet kamery, ale po co puszczać to na antenie? Puszczanie 45 minutowego programu, w którym 35 minut to kompletnie nieartykułowany jazgot, a 10 minut albo mniej, jako takiego werbalnego przekazu, to plucie w twarz telewidzowi.

Zapraszanie do programu M. Olejnik Kempy, która przejmuje prowadzenie programu, a pani Olejnik jej tylko nieśmiało usiłuje przeszkadzać, to plucie w twarz telewidzowi. Zapraszanie gościa do „Faktów po Faktach”, podczas kiedy prowadzącą jest Justyna Pochanke to plucie twarz telewidzowi, przecież ona jest superekspertem absolutnie od wszystkiego i gość , często jakiś „nieudolny” ekspert (bo przy pani Pochanke tylko tacy mogą być eksperci), t tylko niepotrzebny dodatek, o niepotrzebnie wydanych waszych pieniądzach nie wspomnę. Zapraszanie kilku pań do programu „Babilon”, kiedy jedną z zaproszonych jest Janina Jankowska, to plucie w twarz telewidzowi i pozostałym obecnym paniom, bo przecież ona sama zagada „Babilonów” dziesięć i to emitowanych jednocześnie. Zresztą prowadzący P.Marciniak też baaardzo lubi brać baaaaardzo czynny udział w dyskusji. Nie lepiej więc zrobić program Jankowska – Marciniak?

Często zastanawiam się, po co istnieją wasze publicystyczne programy telewizyjne. Normalnie rzecz biorąc, w normalnej telewizji istnieją po to, aby dać widzom przekaz, pokazać co myślą i mówią zaproszeni goście. Poza tym, dla zwiększania oglądalności, co się wiąże z ceną reklam. Czyli wreszcie dla kasy. To normalnie, a u was? U was wyłącznie dla kasy, bo nie sądzę, żebyście byli idiotami i nie wiedzieli, że tych programów oglądać, a przede wszystkim słuchać się nie da, nie mogą więc być dla widzów.

Jeśli jednak zależałoby wam na telewidzach, mogę wam podsunąć kilka rad. Jeśli wasi dziennikarze (jakich macie, to już wasza sprawa) nie mogą poradzić sobie z zaproszonymi gośćmi, czyli nie potrafią do chama, czy chamów stanowczo wrzasnąć: „Cisza!!!”, to może powinni być wyposażeni w wyłączniki mikrofonów i w ten sposób prowadzić dyskusję. A jeśli i to nie pomoże, bo jak mniemam, Kempa czy Kalisz spokojnie mogą przekrzyczeć wyłączone mikrofony, to trzeba pozamykać ich w oddzielnych kabinach, wyposażyć w słuchawki i przełączniki dla prowadzącego. Tak kiedyś, ze czterdzieści lat temu prowadziło się „Wielką grę”. Służyło to co prawda temu, żeby zawodnicy się nie podsłuchiwali, ale równie dobrze może służyć temu, żeby się nie przekrzykiwali. Ale Wasza młoda telewizja pewnie tego nie wie.

Nie wiem czy w swoim samozadowoleniu, w końcu kosicie nagrody jak kosiarka elektryczna trawę, zauważacie, że wasza popularność wśród telewidzów spada. Np. na korzyść Superstacji. Ja również od dziś nie mam najmniejszego zamiaru oglądać więcej wielu waszych żałosnych programów i rozejrzę się u konkurencji. Jeśli zmieni się wasze nastawienie do widza, możecie spróbować dać mi znać.

andy lighter