Tymoszenko, Euro i bojkot

Prezes Jarosław „Wszystkomogę” Kaczyńki nawołuje polskie władze do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie. Dziwne to trochę zważywszy na jego euforię towarzyszącą przyznaniu organizacji tej imprezy Polsce i Ukrainie właśnie.

Jestem daleki od tego, aby brać w obronę Wiktora Juszczenkę i obecną władzę Ukrainy, a także całe to skazanie Julii Tymoszenko. Jednak potępianie w czambuł prezydenta tego kraju i przypisywanie mu zemsty politycznej, jest moim zdaniem ogromnym nadużyciem. Wychodzi bowiem na to, że jak ktoś wejdzie już w politykę i nie daj boże straci władzę na korzyść kogoś, kto nie pasuje światowym elitom, staje się w oczach świata nietykalny. Bez względu na to co robił wcześniej, albo podczas sprawowania władzy, byłe nie było to niezgodne „ze słuszną linią” tych elit.

Wiadomo powszechnie, ze Julia Tymoszenko robiła rozmaite geszefty zanim doszła do władzy i w czasie pełnienia władzy. Najlepszym dowodem na to są potężne nieporozumienia z „jej” prezydentem, Wiktorem Janukowyczem. Nie była grzeczną dziewczynką, która wzięła się z ulicy i na fali pomarańczowej rewolucji zaistniała, niczym nawiedzona Joanna na Krakowskim Przedmieściu broniąc krzyża, po czym lud wyniósł ją do władzy. Wiadomo, że robiła pieniądze. Nikt nie wie jak, nikt nie wie skąd, wiadomo tylko, że robiła.

Ale przecież została premierem. Więc… wara, gruba krecha i… nietykalność? A co na to ci, którzy atakują Stokłosę, senatora? Albo innego Oleksego za to, że jakieś geszefty były, albo inne niejasności w przeszłości? Może powinni się określić: albo tych, co siedzą (siedzieli) w polityce nie ruszamy, bo ktoś nas tam zbojkotować może, albo jak coś mamy, to bierzemy na tapetę i osądzamy.

Kurcze, przepraszam za głupią sugestię, oni przecież dawno są określeni: nie ruszamy…, naszych, albo „nie ich”, a „ich” osądzamy.

Sprawa z Tymoszenko jest bliźniaczo podobna do sprawy Chodorkowskiego w Rosji. Oto świat od samego początku wydał wyrok. Chopdorkowski, najbogatszy (czterdziesto paroletni zaledwie) człowiek w Rosji jest znakomitym biznesmenem, człowiekiem bez skazy, sumiennie płacącym podatki i pracującym na rzecz demokracji tego ogromnego, opanowanego przez komunistycznych agentów kraju. I jak to słyszę, to myślę, że albo sobie ktoś robi jaja, albo ma w nosie jakieś tam poczucie sprawiedliwości i kieruje się tylko i wyłącznie polityką aktualnie obowiązującą w danym kraju. Te najuczciwszy i najszlachetniejszy najbogatszy Rosjanin chciał po prostu uczciwie skrytykować prezydenta za „utrudnianie robienia jeszcze większych i jeszcze łatwiejszych pieniędzy”. I to właśnie świadczy o jego hiperuczciwości.

Najbardziej w preferowaniu Euro 2012 zdumiewają mnie Niemcy. Niemcy, którzy wiedzą oczywiście, że Tymoszenko jest świętą męczennicą. Ci sami Niemcy, którzy wywalili na zbity pysk swojego prezydenta za wypowiedzenie jednego, niefortunnego zdania (zmuszenie kogoś do ustąpienia też traktuję jako wywalenie na zbyty pysk). Ci samo Niemcy, którzy traktując swoich polityków jak pionki na szachownicy, mają czelność dyktować innym rządom uniewinniające wyroki sądów.

Oczywiście nie mam bladego pojęcia, czy Tymoszenko zasłużyła, czy nie na więzienie i kolonię karną. Ale właśnie dlatego, nie odważył bym się mówić innym „co i jak mają u siebie posprzątać”. Mając u siebie burdel, nie śmiałbym się robić porządków u kogoś.

Proponowałbym politykom, naszym i nie tylko, żeby zajęli się emocjami piłkarskimi w czasie Euro, a nie polityką, a sądzenie zostawić sądom. Prezesowi PiS-u też bym to doradzał. Nie tak dawno głupio się czuł, kiedy musiał odszczekiwać poparcie swojego ugrupowania dla superkibola Starucha. Gdyby się okazało, że Tymoszenko święta jednak nie jest, znów byłoby mu głupio.

andy lighter

„Oburzeni” mają rację

Jeszcze niedawno miałem bardzo sceptyczny (żeby nie nazwać tego „negatywnym”) stosunek do protestujących ludzi w krajach Europy, np. w Hiszpanii. I nie ma co udawać, swój pogląd opierałem głównie na wiadomościach z Grecji. Protesty, strajki i demonstracje Greków uważałem za swojego rodzaju… wygodnictwo tych ludzi. Dzisiaj zresztą też tak uważam, ale uważam tak tylko w odniesieniu do Greków i Grecji. To, co się dzieje w ich kraju, jest wynikiem i kryzysu, i… socjalistycznej pazerności tych ludzi.

Swój punkt widzenia na temat niezadowolenia społeczeństw na całym właściwie świecie (poza Grecją), zmieniłem obserwując demonstracje na Wall Street. Jeden z demonstrujących wypowiedział słowa, które „gnębiły mnie” wcześniej, napisałem nawet o tym artykuł „Templariusz i Doktorzy No”, oczywiście będący wrażeniami kompletnego laika, niesiedzącego w najmniejszym nawet stopniu w temacie pieniędzy, finansów, itp. Jednak ludzie na Wall Street też nie siedzą w temacie. Są zwykłymi ludźmi, którzy tak jak ja, czują, że ich życiem, bytem, samopoczuciem związanym z problemami egzystencjalnymi, steruje, bawi się, gra, ktoś na górze. I bynajmniej nie jest to Bóg.

Kompletnie powaliły mnie słowa prezydenta Obamy sprzed kilkunastu dni. Oto prezydent Stanów Zjednoczonych miał czelność „zwrócić się” do przywódców europejskich, pouczyć ich, napomnieć i… „pogrozić palcem”, że ci ostatni powinni podjąć bardziej zdecydowane działania, w celu zakończenia, a przynajmniej złagodzenia skutków, globalnego kryzysu. Człowiek, który jako przywódca kraju, od którego wszystko się zaczęło, pod którego „skrzydłami” oszuści i nudzący się finansowi bonzowie tego świata, zamiast kajać się przed światem i prosić o wybaczenie wszystkich ludzi, od Portugalczyków, Hiszpanów, poprzez Polaków, Estończyków, na Chińczykach kończąc, bo okazuje się, ze i Chiny nie oparły się światowemu kryzysowi, ma czelność „pouczać” i próbować dyktować jakieś tam warunki.

Jest dla mnie absolutnie jasne, że służby specjalne Stanów, z łatwością zlokalizowałyby i zneutralizowały owych graczy osami świata. Gdyby chciały, albo gdyby mogły, albo gdyby ktoś ich do tego… „przymusił”. Nadzieją na te właśnie „chciały”, „mogłyby”, albo „przymusił”, są właśnie demonstracje „Oburzonych” na całym świecie.

Gdybym miał jakiś wpływ na „dzieje świata”, zresetowałbym światowe finanse. Po prostu, zamiast ludzie spod Wall Street, kraje które straciłyby kupę kasy na zresetowaniu światowych (międzypaństwowych) długów, same stanęłyby na uszach, żeby tych ludzi, których zatracenie się w grze, zachłanności i próżności, zlokalizować i zneutralizować. Zneutralizowanie ich finansów (czyli przejęcie przez… organizację, np. ONZ czy coś w tym stylu) spowodowałoby zresztą spore „zwroty” wierzycielom w postaci państw. Ich „majątki” z całą pewnością, są bowiem, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a nawet dla „najbogatszego człowieka na świecie”, Bill’a Gatesa (jego „najbogatszość” jest śmiechem na sali i igrzyskami dla ubogich).

Oczywiście nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale kto wie? Może „Oburzeni”, dzięki swej determinacji, taki wpływ wypracują. Trzymam kciuki.   

andy lighter

Przyszła polityczna Polska, czyli „Smutno mi Boże”

Bez względu na to, która z największych partii wygra te wybory, możemy niemal z pewnością wskazać nowe tabliczki z nazwiskami, przykręconymi do poselskich ław. I po tych, pewnych przecież nazwiskach, możemy z łatwością przewidzieć główne kierunki polityki PiS, czy to jako partii rządzącej, czy opozycyjnej.

Oto pewna jest obecność w przyszłych ławach poselskich Mariusza Kamińskiego (trochę starszego), byłego szefa CBA, zdeklarowanego wroga, nie konkurenta, nie przeciwnika, ale wroga właśnie, Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego, Radka Sikorskiego i innych członków obecnego rządu. Będzie też posłem Bogdan Święczkowski, były szef ABW, prokurator w stanie spoczynku, który mydli oczy wyborcom, zapewniając o swojej przyszłej, poselskiej niezależności. Już teraz walczy z Tuskiem, wysyłając do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnieniu przestępstwa, w sprawie inwigilacji przez służby specjalne niektórych kandydatów na posłów. Będzie agent Tomek, który pewnie przygotowuje się do „służbowego” uwodzenia posłanek Platformy. Będzie wreszcie Anna Fotyga, poraniona tym, co obecnie wyrabia się w polityce zagranicznej i w ogóle w polityce i brzydząca się wręcz premierem Tuskiem i Radkiem Sikorskim.

Będą różni inni dziwni ludzie, którzy musza się dostać do sejmu z powodu wysokich miejsc na listach, lub ostatnich, które są nie mniej warte niż „jedynki”.

W połączeniu z dotychczasowymi pewniakami, zasiadającymi już w sejmie, jak choćby oderwany od realiów Jarosław Kaczyński, obłąkany Antoni Macierewicz, czy genialnie inteligentna Nelly Rokita, o poziom kultury politycznej, merytoryczność sejmowych debat, a w razie wygranej PiS-u, polowaniu na czarownice, represjach wobec dziś rządzących, kompromitacji na arenie międzynarodowej i utopieniu Rzeczpospolitej w gospodarczym niebycie, możemy być „spokojni”. To pewne, bo nie wyobrażam sobie innego powodu, a przede wszystkim „pożytku”, jaki miałby wyniknąć z obecności tych ludzi w sejmie i w ewentualnej władzy.

Ci ludzie idą do sejmu wyłącznie po to, aby kontynuować swoje w przeszłości wykonywane zadania. Albo w rządzie, albo w ławach opozycji.

Czy przypadkiem nie będziemy tęsknić za krajem, będąc tutaj, w Polsce, ale czując się jak na obczyźnie? Będziemy. Bez względu na wynik tych wyborów? I choć zagłosujemy na PO (bo przecież zagłosujemy, przeważnie), nie polepszy się nasze polityczne reality show, a się pogorszy.

„(…) Jako na matki odejście się żali
Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,
Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali
Ostatnie błyski…
Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,
Smutno mi, Boże! (…)”
     

andy lighter

Przymiarki do powyborczej „wojny”

W ostatnich sondażach PiS zmniejsza dystans do Platformy do 4 %. Dzieje się więc to, co przewidywałem, a co trafnie określił jeden z internautów, używając języka sportowego: „O wyniku może zdecydować fotokomórka”.

Dla mnie staje się coraz bardziej prawdopodobne, że PiS te wybory wygra i lepiej, na wszelki wypadek być przygotowanym na taki scenariusz. Przynajmniej psychicznie i emocjonalnie przygotowanym. Jednak to nie wszystko. Działacze PiS-u, w osobach np. Jarosława Kaczyńskiego, czy Jacka Kurskiego informują, że według sondaży przez nich zleconych, PiS osiąga przewagę nad Platformą i szykuje się do wygrania różnicą nawet 5 – 7 %. I to jednak jeszcze nie wszystko. Kurski przewiduje dwa scenariusze w związku z tym: pierwsza możliwość jest taka, że PO nie będzie potrafiła pogodzić się z przegraną, albo druga, taka, że Platforma jednak wygrywa te wybory, ale w absolutnie nie może to się stać w uczciwy sposób.

Jacek Kurski, zdj.walbrzychfakty.pl

Takie stawianie sprawy nie jest niczym innym, tylko planowaniem strategii na „po wyborach”. Czy tak, czy tak PiS będzie zwycięzcą, bo przecież albo wygra, albo przegra dzięki sfałszowanym wyborom. Wyjątkowo cyniczna, wyjątkowo haniebna, wyjątkowo ohydna gra naczelnego twórcy PiS-owskiej filozofii kłamstwa, obłudy, PiS-owskiego wyrachowania i gry nie fair. Ten człowiek nie zna żadnych hamulców. Swoją drogą dziwię się, jakim cudem temu hipokrycie nie wyrosły jeszcze rogi i ogon.

Oczywistym jest, że po wyborach bez względu na wynik będziemy mieli „wojnę”. Tak „wojnę”, choć niektórzy blogerzy wytykają mi nadużywanie tego słowa. Ja wojnę postrzegam nie tylko poprzez obraz żołnierza z karabinem i wybuchających granatów. Owa „wojna” będzie spowodowana, albo chęcią zemsty takich ludzi jak Kaczyński, czy Macierewicz (czego całkiem słusznie obawia się marszałek Grzegorz Schetyna), na przegranych, którzy doprowadzili do katastrofy smoleńskiej i wywiesili białą flagę, albo pochodami rzeszy wyznawców PiS-u, oskarżających wygraną PO o sfałszowanie wyborów i wyprowadzaniem ludzi na ulice. Jeden z tych scenariuszy jest absolutnie pewny.

Czarno to widzę.

_____

Życzę szybkiego powrotu do zdrowia prezydentowi Kwaśniewskiemu, który przeszedł operację na Szaserów.

A swoją drogą, niezła „ekipa” nam się zebrała w tym szpitalu.

_____

Mają jeszcze celność wysyłać do mnie jakieś śmieci:

andy lighter

PiS jest cool i jazzy

To nowa twarz wizerunkowa PiS-u. PiS jest partia młodych, modnych, wyluzowanych, zadbanych, ambitnych i kompetentnych ludzi. Twarzami tej kampanii mają być młodzi PiS-owcy, m.in. Sylwia Ługowska (zwana pisowską Angeliną Jolie) i jeszcze jakaś tam z biura prasowego pani, której nie kojarzę.

Sylwia Ługowska - Angelina Jolie PiS-u

Hofman ściemnia, że to ściema, że nie ma takiego czegoś. Ale jednocześnie mówi, że „nie może zdradzać taktyki partii”. Na bank więc, coś w trawie piszczy.

I wszystko ładnie. Tylko jak można ogłaszać cool, jazzy, coś, czego szefem jest relikt rodem ze średniowiecza: nieżonaty, niebankowy, niesamochodowy i niekomputerowy.

Zgrzyta coś.

A Poncyliusz zsyła karę Boga na ministra Rostowskiego. Bo Rostowski martwi się o przyszłość Europy. Ja jakoś, w przeciwieństwie do PJN-u też się martwię. I w przeciwieństwie do Greków, którzy ani myślą oszczędzać: „Oto jesteśmy! W Unii! I ma nam być dobrze, a reszta nas nie obchodzi!” – zdają się „mówić” Grecy.

andy lighter

Dziś przedostatni dzień głosowania.

Mantra

Sporo zastrzeżeń można mieć do rządów Donalda Tuska. Ale to, co robi opozycja SLD i PiS, urąga „normalnemu” określeniu słowa „opozycja”. Gdybym ja był opozycją, punktowałbym PO punkt po punkcie. W pewnych sprawach bym nie punktował, ze względu na okoliczności obiektywne, w innych punktowałbym, szczególnie w tych „bezinwestycyjnych” – „niefinansowych”.

Tymczasem posłowie PiS-u, na każde zahaczenie o rządy PO, jak mantrę powtarzają: „Rząd PiS-u zmniejszył podatki, a Platforma zwiększyła!”, albo: „Książki do szkoły są za drogie!”, czy też: „Jak PiS będzie rządził, to społeczeństwo nie będzie narzekać na wyroki sądów!”. I ja się pytam, „co to jest?”. W każdym programie telewizyjnym, w każdej stacji radiowej, w każdej gazecie, to samo.

Argumenty dziennikarzy, że „kryzys”, że PiS rządził w okresie znakomitej koniunktury…, spotykają się z mantrą: „PiS obniżył podatki, a PO zwiększyła”. „PO nie dotrzymała obietnic Tuska!”. A na słowo…, bo krysys: „Ale PiS obniżył podatki, a Platforma…” – mantra… To jest po prostu jakiś obłęd. Pisowcy kompletnie „omijają” kwestię kryzysu, przynajmniej ci, poza prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Ten ostatni przyznaje: „Co prawda jest kryzys, ale to nie oznacza, że nie można się rozwijać”. To chore stwierdzenia ma prawo stwierdzać tylko prezes. Inni członkowie PiS-u słowo „kryzys” usunęli ze swojego słownika. PiS obniżył podatki, a PO zwiększyło. PO obiecało 3×15 a podniosło VAT (ale kryzys! – ale oszukali wyborców!), itd., itd., itp.

Już mi się nie chce pisać o sądach, ale króciutko: „Jak PiS dojdzie do władzy, to społeczeństwo będzie zadowolone z pracy sądów”. „Ale przecież sądy są niezawisłe!”. „Są, ale powinny być jeszcze lepsze”.

Nie chce mi się pisać o SLD, bo gdyby im dać sztabkę złota, najczystszej próby, to dowiedziawszy się, ze jest od PO wyrzucą, twierdząc, że mają sztabki z lepszą próbą.

Nie dziwi mnie, że Platforma hasa sobie w najlepsze. Jak się ma takich durniów w opozycji, to nic, tylko pokazywać ich dureństwo, żeby nie nazwać tego bezradnością.

Jestem pewien, ze tylko kwestią czasu jest stwierdzenie: „Jak PiS rządziło, to nie było powodzi, ani trąb (tak dużo), jak za rządów PO. Jak PiS będzie rządził, żadnej powodzi nie będzie?”. Jestem pewien, że pisowskie oszołomy, prędzej czy później, taką mantrę wypowiedzą i będą powtarzać. Przecież jeszcze mamy półtora miesiąca.

andy lighter

Bylejakościowa gangrena

Znowu urzędnicy państwowi popisali się kompletnym dyletanctwem, rutyną w najgorszym tego słowa znaczeniu i bylejakością. „Znowu”, bo to kolejna urzędnicza kompromitacja w ostatnim czasie. Niedawno mieliśmy zdecydowanie uprawnione zdemaskowanie kompletnej ignorancji wierchuszki naszego lotnictwa, przez komisję Millara.

Oczywistą tajemnicą poliszynela jest fakt, że analogiczna ignorancja, bylejakość, a ja chcę nazwać to wręcz „olewnictwem – byle jakoś utrzymywać się na powierzchni” przez dowództwa, decydentów i kontrolerów, jest w innych rodzajach sił zbrojnych. Coraz głośniej mówią o tym wysocy oficerowie polskiej armii, niestety (czyt.: „jak można się domyśleć”) głownie w stanie spoczynku. Robili to, czyli nie robili nic, bo tak im bardziej pasowało, ludzie, którzy praktycznie niczym innym się nie zajmowali (nie powinni zajmować), tylko tym właśnie: wprowadzaniem nowych, skuteczniejszych procedur, pisanych w ministerstwach, wprowadzaniem w życie ustalanych przez samych siebie procedur bezpieczeństwa (katastrofa CASY), itp.

Obecnie światło dzienne ujrzało kompletne nieróbstwo i „robienie na odp***dol” swojej roboty przez urzędników prokuratury, którzy na tacy podali białoruskiemu reżimowi dokumenty obciążające białoruskiego opozycjonistę. Ci ludzie, poozycjoniści, mają kasę z zagranicy na opozycyjną działalność płynącą od zagranicznych przyjaciół. Mają ją na swoich imiennych kontach, tak jak nasi opozycjoniści w stanie wojennym i po nim, mieli takie pieniądze pochowane na swoich zagranicznych kontach. Nie mogą przecież mieć kont organizacyjnych, „nielegalnych”. Oczywiście pomyłki się zdarzają, bywa, kiedy ktoś zawalony robotą, coś przeoczy, podpisze zamiast stu dwunast dokumentów „hurtem”, sto trzynaście. Ale najgorzej wkurza mnie to, że zrobili to urzędnicy w prokuratorskim Departamencie Współpracy Międzynarodowej. I ci ludzie niczego innego nie robią, a przynajmniej nie powinni (bo z pewnością zajmują się kupą spraw, od których powinni trzymać się z daleka, byle nie tym, co trzeba), tylko tym, żeby sprawdzić co komu mają przekazać, w czyjej sprawie i dlaczego(!!!) Oni są tam praktycznie wyłącznie od tego, żeby „normalnie” wykonać to, co „spieprzyli” – wykonali dokładnie odwrotnie niż powinni byli zrobić. Sprawa ma dodatkowy smaczek o tyle, że negatywną opinię o ewentualnym wydaniu takich informacji, do tego departamentu przesłała prokuratorka z Działu Obrotu Prawnego z Zagranicą w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. Mieli więc gotową „podkładkę” pod to, żeby robić to, co najbardziej lubią, czyli nic. Jeśli urzędnik nie wykonuje tak bardzo podstawowych obowiązków (w tym przypadku chodziło o przeczytaniu opinii innej prokuratorki i niepodejmowanie działań), to ja nie będę się dziwił, jeśli kierowcy autobusów miejskich zaczną jeździć po naszych miastach lewą stroną jezdni – pod prąd, zamiast prawą stroną, do czego każdy kierujący jest zobowiązany i jest to jego absolutnie główny obowiązek Bo nic już nie jest w stanie mnie zdziwić.

W każdej gazecie, w każdym telewizyjnym programie interwencyjnym, itp. mamy masę, kompletnie irracjonalną ilość bylejakich, dyletanckich, a przez to szkodliwych działań najrozmaitszych urzędników. W każdej praktycznie dziedzinie działalności publicznej. Czy bylejakość, olewnictwo, „byle do przodu”, to nasze narodowe przypadłości? W masie tych działań wydaje się to absolutnie nie do przeskoczenia. Tym bardziej, że nikt specjalnie do tego, aby skutecznie to zwalczyć, się nie pali. Jedyna rada to zmiana mentalności. Tylko jak… to zrobić. Jeśli jednak nic się nie zrobi, bylejakość nas zeżre, zniszczy, przedtem katując, niczym gangrena „kończyny”. 

 

andy lighter