Gospodarz Polski i jego orędzie

„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja, zawsze dziewica” – rozpoczął swój cotygodniowy felieton z cyklu „Glos Polski” w TV „Trwam”, Antoni Macierewicz. To już samo w sobie jest śmieszne, bo wiadomo, ze Jezus miał sporo młodszego rodzeństwa, a o ich niepokalanym poczęciu nic nie wiadomo. Pewniejsze i to znacznie jest to, że Jarosław zawsze dziewicą jest. Wszak to katolik pełną gębą, a jak wiadomo katolik, to przed ślubem absolutnie „nie dopuści”. Ale to tak na marginesie.

Z felietonu, wygłoszonego na pięć dni przed Nowym Rokiem wyszło raczej orędzie noworoczne szefa smoleńskiego zespołu parlamentarnego i obywatela Rzeczpospolitej Kaczyńskiej. Chyba coś mu się pomyliło, bo nazywa siebie i swoich zwolenników – katolickich ekstremistów, gospodarzami Polski.

Czarno widzi mijający rok pan poseł. Co mnie szczególnie dziwi, nie tylko pogorszył się los polskich obywateli, ale również jego. „(…) Zastanawiamy się, czy jeszcze do pierwszego znajdziemy pieniądze dla dzieci, dla naszego wyżywienia, dla realizacji samych podstawowych potrzeb, jakie każdy człowiek posiada, (…) To wszystko musi napawać olbrzymim niepokojem (…)”.

Rozumiem, że niepokoi to wielu naszych obywateli, ale nie miałem pojęcia, ze również poseł nie może „znaleźć pieniędzy”. Słyszałem wprawdzie o wypłacanych w sejmie bezzwrotnych zapomogach dla  najbardziej potrzebujących posłów, takie coś w rodzaju Sejmowego Ośrodka Pomocy Społecznej, ale to mnie dziwi, jeśli zważyć, że polscy parlamentarzyści, jeśli porównać ich zarobki ze średnimi krajowymi w poszczególnych państwach, to istni krezusi. Na łeb biją bogatych Niemców i Francuzów, np. O wiele uczciwiej byłoby więc powiedzieć: „… Zastanawiacie się państwo, czy jeszcze…”, albo: „… od pierwszego znajdą państwo…”. Ale cóż, to pewno taki skrót myślowy, no chyba, że apel do posłów o… podwyżkę, co wcale by mnie nie zdziwiło. Słyszałe głosy, że gdyby niektórzy posłowie nie byli posłami, to zarabiali by trzy razy więcej i mieli spokojniejsze życie.

Ale wracając do orędzia. Widzowie telewizji Trwam dowiadują się, ze trwa właśnie apokalipsa. Oto Tusk wpycha Polskę do konfederacji, Wielkiej Rzeszy  Niemieckiej. No i wreszcie… wiarą. Trwa bezpardonowy atak na naszą wiarę. „(…) Słyszymy o In vitro, słyszymy o tzw. związkach partnerskich, która mają zastąpić, albo być równoległe do rodziny, do małżeństw, słyszymy o coraz dalszych atakach na chrześcijan i chrześcijaństwo. Słyszymy wreszcie o bezczeszczeniu krzyża, obrazu Madonny, komunii świętej. (…) Wraz z rządem Donalda Tuska i ostatnimi zmianami nasila się wszystko to, co przybiera kształt jakiegoś apokaliptycznego ataku na samo człowieczeństwo.

Ale dalej jest nadzieja. „Setki tysięcy” ludzi wychodzą na ulicę, skupionych wokół telewizji Trwam, Solidarności i PiS. I w pewnym momencie mnie Macierewicz „rozwalił”, bo to wszystko co wcześniej, to już widzieliśmy, słyszeliśmy i to nie raz, ale to, że „(…) Tak jesteśmy katolikami i jako katolicy CHCEMY MIEĆ RÓWNE PRAWA W NASZEJ OJCZYŹNIE”. Przyznam, że mało nie spadłem z fotela, jak to usłyszałem. Macierewicz ma żal, że rządzi mniejszość.

Jasne też stało się dla mnie, dlaczego oni są „prawdziwymi Polakami”, a my nie. Otóż Macierewicz głosi: To my jesteśmy tutaj gospodarzami. Ten obraz Polski powstającej z kolan, jest także obrazem dającym nam wielką nadzieję”.

Macierewicz! Zaprzańcu! Społeczeństwo polskie nigdy nie dopuści do tego, żeby katolicka, rydzykowi ekstrema, stanowiąca margines nie tylko wśród polaków, ale i wśród katolików, była tutaj gospodarzem! Im szybciej wbijesz to sobie do swojego obłąkanego łba, tym lepiej dla tej biednej, zindoktrynowanej ekstremy.

Dalej Smoleńsk, zamach i wybuchy trotylu i nadzieja, że w 2013. roku problem katastrofy zostanie rozwiązany. Wyraża też Macierewicz nadzieję, że „Polacy nie dadzą robić z siebie durni i nie nie dadzą sprawić, byśmy byli czymś, na kształt państwa niewolniczego”. I tu się z panem zgadzam panie Macierewicz.

Nie jesteśmy durni i nie będziemy waszymi niewolnikami. Ma pan to jak w banku!

I w ten oto sposób, z nadzieją Macierewicz tak im, widzom telewizji Trwam, właśnie życzy na 2013. rok.

Ja też mam życzenie. Chciałbym aby Macierewicz pozostał, tak jak ostatnio, „w ukryciu jak najdłużej, a jedynym miejscem jego „felietonów” pozostały telewizja Trwam i Rado Maryja.

A dla cierpliwych, w oryginale:

andy lighter

 

Nieodrodny „syn” ojca Rydzyka

Miałem nie pisać, przynajmniej na razie, o Kościele, o duchowieństwie, ale…, jak to zwykle bywa, rzeczywistość zweryfikowała moje zamiary i „podrzuciła mi” informację o działalności internetowej (i duszpasterskiej „na żywo”), pewnego młodego księdza, wikarego z małej parafii w Nowej Rudzie.

Okazuje się, że mimo „zapewnień” i „chęci” hierarchów kościelnych do „pojednania” Polaków, nieużywania języka nienawiści i niewykorzystywania wiary dla celów politycznych, te wartości w Kościele mają się dobrze.

Oto ksiądz wikary, trzydziestoletni Maciej Sroczyński zajął się przed wigilią opluwaniem i dyskredytowaniem, za pomocą kłamstw oczywiście, bo bez nich jest to niewykonalne, niemożliwe, dzieła Jerzego Owsiaka „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”. Posłużył się też w swoim duszpasterskim opluwaniu obrzydliwymi, haniebnymi i niegodnymi nie tylko księdza, insynuacjami.

Stwierdził m.in., oczywiście kłamiąc, że Owsiak organizuje „Przystanek Woodstock”:  „Z pieniędzy, które ofiarujemy do puszki z – ohydnym – czerwonym – serduszkiem, utrzymywana i finansowana jest najbardziej demoralizująca impreza w Polsce!”.  Żeby jeszcze bardziej zohydzić postać Owsiaka, wikary „bada” jego… pochodzenie. Rezultaty okazały się piorunujące dla Owsiaka i odbierają mu prawo do organizowania jakichkolwiek akcji charytatywnych. Owsiak po prostu nie może się na tym znać, bo ksiądz sprawdził, że jego ojciec był milicjantem, a matka nie wierzyła w Boga.

„Czy ktoś, kto ma korzenie lewicowe i niereligijne, może stać się raptem ekspertem od fundacji charytatywnych”? – retorycznie pyta ksiądz swoich wiernych na parafialnej stronie internetowej. Retorycznie, bo przecież to on ich naucza, a nie odwrotnie, a nauczyciel „ucznia” nie pyta, tylko uświadamia. Oczywiście, że nie może, przecież w Biblii jest napisane, ze za grzechy ojców, będzie odpowiadać ich potomstwo do siódmego (chyba) pokolenia. Co prawda dla mnie bycie milicjantem, albo osobą niewierzącą grzechem nie jest, ale co ja tam mogę wiedzieć. Swoje wiadomości na temat Owsiaka i jego rodziny, nawiedzony klecha zaczerpnął z książki wybitnego sługi Rydzka Jerzego Roberta Nowaka pt. „Czerwone dynastie”.

Po publikacji materiału o wpisie przez Gazetę Wyborczą i prośbie dziennikarza o ustosunkowanie się do niego Kurii Biskupiej w Świdnicy, jednostki nadrzędnej parafii wikarego, ta zażądała od księdza usunięcia wpisu, co też uczynił.

Ksiądz wikary nie ma swojej własnej strony (ach, te ubóstwo księży – to jest dopiero wyrzeczenie), więc na stronie parafialnej publikuje swoje „osobiste przekonania”, wśród nich jest wpis, który dotknął mnie osobiście do żywego.

Bycie Polakiem

Dotyczy tego, kto jest Polakiem, a kto nie. Ten trzydziestoletni „młokos” ma czelność pisać o mnie, moich bliskich i znajomych, że nie jesteśmy Polakami:

Ponadto wielu ludzi nazywa się Polakami, a z Polską mają wspólny jedynie język. Na miłość boską, Polak to nie ten, który mówi po polsku, ale ten, który codziennymi swoimi decyzjami oddaje życie za Polskę.
Bo czy może nazywać się Polakiem ktoś, kto sprzedaje polską ziemię, na której widać jeszcze czerwone ślady niezastygłej krwi walczących o wolność Ojczyzny? Niewyschnięte ślady krwi obrońców Westerplatte, Getta Warszawskiego i innych?
Czy może nazywać się Polakiem ten, kto jedynej prawdziwie polskiej telewizji, jaką jest TV Trwam, odmawia nadawania w systemie XXI wieku?
Czy może nazywać się Polakiem ten, kto w kościele trzyma zaszczytne sztandary i nosi feretrony maryjne, a przynależy do komunistycznych struktur samorządowych, walczących w swojej istocie z Narodem i Kościołem?
Czy może wreszcie nazywać się Polakiem ten, kto popiera aborcję, eutanazję zaznaczając na listach wyborczych bandytów, morderców, neokomunistów i karierowiczów?
A Europa patrzy na nasz naród z wielką nadzieją, że nasza pobożność maryjna pomoże im odnaleźć to, co zagubiła w swoim przepychu. To jest Polska misja w dzisiejszej Europie, bo po to Maryja została ogłoszona Królową Polski, aby dać współczesnej pogańskiej i zlaicyzowanej Europie szansę na powrót do Jezusa. Czy dasz świadectwo swojej narodowej dumie i maryjności, czy też spoganiejesz i odejdziesz od Boga? Czy nie po to są narodowe barwy biało czerwone, aby nimi dekorować nasze domy, balkony, okna a przede wszystkim serca”
.

Nie miałem zamiaru nikogo obrzucać inwektywami, ale nóż ni się w kieszeni otwiera na słowa tego smarkatego „duszpasterza”, a nie jestem człowiekiem, który nadstawia drugi policzek. Z doświadczenia bowiem wiem doskonale, że taki nawiedzeniec skorzysta z okazji i walnie mi w niego z ochotą, po czym dla pewności poprawi pięścią w nos. I może jeszcze skopie leżącego. To przecież takie katolickie, że nie wymaga chyba tłumaczenia – widzimy to wszak na co dzień.

Zbieranie plonów z sianego od roku 91. przez Rydzyka ziarna nienawiści trwa nie tylko wśród polskiego społeczeństwa. Również, a może przede wszystkim w łonie samego Kościoła Katolickiego. I przykładem takiego plonu jest ksiądz wikary Sroczyński – nieodrodny „syn” Rydzyka, cała masa innych księży (to już nie jest margines, to już nie jest mniejszość, jak chcieliby „tłumaczyć” niektórzy katolicy, również blogerzy) i większość (na moje oko jest ich większość, szczególnie wśród tych co bardziej znaczących) kościelnych hierarchów.

Hierarchowie Kościoła upatrują oddalanie się społeczeństwa od Kościoła w laicyzacji Europy. Widzą drzazgę w cudzym oku, zupełnie nie dostrzegając belki we własnym. Im szybciej ją dostrzegą, tym dla nich lepiej. Inaczej Kościół się niechybnie rozsypie, albo podporządkuje woli, warunkom i kanonom głoszonym przez coraz bardziej wpływowego wśród polskich wiernych zakonnika.

A to było by zabójcze i dla Kościoła i dla Polski i dla Polaków przede wszystkim.

andy lighter

Młoda dziewczyna i gospodarka

 Z zapartym tchem czekaliśmy na tekę wicepremiera z PSL. Czy będzie „gospodarzem”, czy tylko „politrukiem”.

Okazało się, że będzie „gospodarzem”, ale tylko i wyłącznie z powodu „na chybił trafił” wypowiedzianego przez córkę pana Piechocińskiego. Czyli los naszej gospodarki okazał się zależny od… prośby córki wicepremiera.

No to fajnie. Wszystkie wróble na wszystkich europejskich (i nie tylko) drzewach, ćwierkają, że czeka Polskę potwornie trudny czas. Bo „zielone” się kończy i trzeba naprawdę kogoś „z jajami”, żeby jakoś tam było. A tu… kuku: minister gospodarki z rekomendacją młodej dziewczyny, która mówi: „Papciu, no, skoro cie wybrali to weź to ministerstwo”. Bo te 4, albo 6 procent więcej na ciebie nie zagłosuje i wygra ten cholerny Pawlak, i znów będzie prezesem”.

Jakkolwiek Pawlaka nie lubię, bo medialnie jest… żałosny, to  jako „gospodarz” sprawdzał się jak nikt. To on zrobił to, co musiał, czyli podpisał haniebną umowę  na dostawę gazu z Rosją, ale jednocześnie to on sprawił, że „Podpisałem, bo nie miałem wyjścia, ale i tak postawię na swoim”, i dziś mamy cenę gazu zupełnie przyzwoitą. A poza tym, Rosjanie musza nam oddać „nadwyżkę” zapłaconą od półtora roku. Znał się Pawlak na rzeczy, bo i się znał i chciał. Piechociński się zna, na infrastrukturze, a więc na gospodarce też, ale… nie chciał. Jakoś mu nie zależało, a teraz córka go poprosiła i zacznie mu zależeć.

Nie podoba mi się to, szczególnie, że czas jest (będzie) trudny. Dziwię się też premierowi Tuskowi, który widząc przecież co się dzieje, powinien powiedzieć: „Janusz, nie chcesz, to masz tu »bez teki«, byłeś się nie wpieprzał, bo jest trudny czas”.  Premier postanowił inaczej, zupełnie jakby mu… na gospodarce nie zależało.

Polityka polityką, ale jest jeszcze Polska. Może Tusk powinien powiedzieć Piechocińskiemu, że los państwa od „prośby córki” nie zależy.

andy lighter

Opieprz

Po moim ostatnim tekście o emigracyjnych patriotach, przy okazji pogrzebu drugiego mojego prezydenta, którego tak naprawdę nikt nie wybrał, tylko paru gości w saloniku przy szklaneczce, poszedłem dalej. Utworzyłem na FB stronkę, trochę w temacie https://www.facebook.com/SamPosprzatamWSwoimDomu

„Jak to żółwia do wody ciągnie”, chciałoby się powiedzieć po paru reakcjach. Ten temat gnębi mnie od paru lat i od paru lat boję się go dotykać. Kiedyś o tym napisałem i zostałem wdeptany w ziemię (nie, nie, nikt mnie nie wdeptał, ale tak się poczułem) przez moją przyjaciółkę, mentorkę i nauczycielkę, która mieszkała wówczas w Wielkiej Brytanii. Do dziś nie odbudowaliśmy naszej przyjaźni, chociaż ona od dawna jest w Polsce i… często, gęsto podziela mój punkt widzenia (również na Anglię, chociaż dziś z… dystansu)Odebrała to tak, jakbym ją spoliczkował, chociaż nie jestem przecież (?) głupcem. Dziś z kolei, kiedy myślałem, że już okrzepłem, nabrałem „wyrazu” i ci co mnie znają „czują” co chcę powiedzieć w wierszach i między nimi, jeden z najbardziej wartościowych komentatorów moich wypocin napisał mi: „Ta dyskusja jest poniżej mojej godności, dlatego więcej się tu nie wypowiem”. Nie powiem, Stary Przyjacielu -wiesz jak sprowadza się człowieka do parteru. Przyznaję – bardzo boli, masz satysfakcję. Do tej pory nie mogę ochłonąć, choć nie miałem złych zamiarów. Podle się czuję. Nie dlatego, że coś myślę, ale dlatego, że ktoś myśli, że coś myślę, chociaż ja mam zupełnie co innego na myśli.

Potraktowałem sprawę jako pewien skrót – hasło. Nie jestem idiotą, aby wszystkich, których nie ma a w Polsce wrzucać do jednego worka, a tak właśnie zosłałem potraktowany przez mojego przyjaciela z sieci – dodam – żywiłem do niego i żywię ogromny szacunek. Gość jest wykształcony, oczytany i osłuchany, marzę, żeby „go doścignąć”, tyle, że brak mi cierpliwości.

Ruszyłem temat, chociaż nie jestem głupcem i wiem, że nie da się tego po prostu… przełożyć ot tak. Ale jest temat. I uważam, że trzeba się nad nim pochylić. Moim najlepszym przyjacielem jest Niemiec. Polski Niemiec, który wyjechał stąd prawie trzydzieści lat temu. Jest mi jak brat. Tyle, że on mówi otwarcie: „Andrzeju, nie głosuję. Wybieram TUTAJ Merkelową, albo kogoś innego.

Ale mam też innych znajomych. Kupę. Większość z nich to wspaniali ludzie. Większość z tej większości (o dziwo, ludzie niekoniecznie wykształceni, a może głównie nie oni) mają zdanie podobne do zdania mojego przyjaciela. Są jednak inni. (Chciałem skasować to zdanie, ale… na coś wpadłem), bo poprzednie zdanie uświadomiło mi, że im „wyższy nos”, tym bardziej warto coś powiedzieć. Nie ma ten „nos” bladego pojęcia, co to za kraj, ta Polska, co się tu dzieje, jak się tu żyje, itd. To znacz wie: Z radia Maryja przetransferowanego na rozgłośnię Chicago, albo inny Nowy Jork.

Dreptaku. Przepraszam, że nie zrozumiałeś. Jestem zbyt głupi, cóż… musze z tym żyć. W każdym razie boli, bo nie chciałem… źle Wyobrażasz sobie, żebym chciał odebrać prawa wyborcze np. Laudatemu z Irlandii. Ten człowiek jest bezcennym Polakiem! Czy myślisz, że dalej chcę „przejechać kosiarką”?.

andy lighter

Emigracyjni patrioci – nie przepadam

Cała masa ludzi, emigrantów politycznych, abo uchodźców – to lepiej brzmi została, „zasłużonymi” dla Rzeczypospolitej. Zasłużonymi i zadośćuczynionymi po ’89. Ordery, zaszczyty, nagrody. A ja ich nie lubię. Wszystkich.

Jan Nowak Jeziorański, naczelny patriota Polski. Tylko, że ja, taki „nijaki patriota”, bo za mały, choć robiłem Solidarność, choć zyłem w tym pieprzonym PRL-u, i… co niewiarygodne, nie miałem żadnej teczki, choć „na komendzie bywałem”, zebrać swoje pały, mam się nijak do wielkiego patrioty Jana Józefa Jeziorańskiego.

Co nas różni? To, że ja żyłem sobie i działałem w małej mieścinie. Że pracowałem jako robotnik, po trzysta godzin miesięcznie, żeby wyjść na swoje (i wychodziłem). Pan Jeziorański, siedząc w ciepłym studio radiowym opowiadał mi, co powinienem zrobić, jak powinienem postąpić, kiedy jestem, a kiedy nie, patriotą. Ja zarabiałem, urobiony jak niewolnik parę złotych, pan Jeziorański prał min mózg rozpływając się w niemieckim bogactwie za niemieckie marki.

Z innymi było podobnie: Czesław Miłosz – wielki człowiek, nie splamił się, tak jak Szymborska, peanami na cześć Generalissimusa. Tylko, że… nie musiał. Nikt dzisiaj nie chce o tym pamiętać. A Szymborska pewnie musiała. Po to, żeby żyć. Po to, żeby później napisać to, co napisała. Bo ona była tutaj. Mogła z palcem w nosie być gdzie indziej, ale była tutaj. Albo inni Giedroiće. Willa, gosposia, sekretarka, karwianie i płodzenie –patriotycznych myśli, „nakazów” i  postaw prawdziwych Polaków. Za francuskie pieniądze, na francuskim garnuszku, we francuskiej willi…

Wreszcie… „Prezydent na uchodztwie”. Z całym szacunkiem dla ekshumacji i ponownego pochówku, kto to był? Prezydentem czego, że spytam? Jeziorański, co by nie mówić, po „niepodległości” wrócił do kraju. A pan prezydent? Angielskie pieniądze, angielskie stanowisko, angielskie honory, angielskie nicnierobienie – reprezentacja, za… właśnie, za co? Niech mi ktoś to łaskawie wytłumaczy. Oddał i słusznie, insygnia władzy pierwszemu prezydentowi wolnej Polski. Bardziej po tym widziałbym go jako społecznika, byłego działacza pobierającego angielską emeryturę, niż pouczacza mnie, Polaka, który pięćdziesiąt trzy lata przeżył tutaj. Z całym złym i dobrym dobytkiem inwentarza. On, z całym szacunkiem, podobnie jak Jeziorański, Giedroić, Miłosz, nie mieli bladego pojęcia, co tu jest, jak tu jest i o co tu chodzi. A chodziło o to, żeby żyć. Żeby kupić mleko, żeby iść do pracy i wrócić, żeby zarobić pieniądze, wysłać dzieci do szkół – polskich liceów, wyższych uczelni…

Gotuje się we mnie, kiedy słyszę o „nadludzkim patriotyzmie” wielkich osobowości, np. takich, które wymieniłem. Z przyjemnością, za ich pieniądze, standard życia i „patriotyzm”, będę Wam kadził co tylko chcecie. Czy to w jakiejś niemieckiej radiostacji, czy w podparyskiej willi, czy domu na kalifornijskiej skarpie nad Oceanem Spokojnym.

 Jak łatwo się pieprzy, kiedy „mnie to nie dotyczy”, i w dodatku, za to pieprzenie dostanę pieniądze.

andy lighter

Wuj Sam wiedział, nie powiedział…

a to było tak:

Amerykanie już w 43. roku mieli ogromną wiedzę o mordzie katyńskim. O tym wiedzieliśmy. Natomiast po otwarciu amerykańskich archiwów nabraliśmy pewności, że prezydent Roosevelt ukrywał tę wiedzę z powodu… lojalności wobec generalissimusa Stalina.

Zauważają to i o tym mówią niemal wszystkie media rosyjskie i sporo amerykańskich. I ta lojalność okazana w tamtym czasie mnie specjalne nie dziwi, Amerykanom zależało na dobrej współpracy z Rosją, aby po prostu rozprawić się z Hitlerem. O wiele bardziej dziwi mnie co innego. Mianowicie „zrozumienie” i przejście do porządku, uznanie za usprawiedliwioną taką postawę prezydenta USA przez dziennikarzy i polityków (póki co, amerykańskich). Chodziło przecież o wyższy cel – zapewnienie bezpieczeństwa, zniszczenie faszyzmu, a bez Rosjan by się to mogło nie udać. Cel więc, uświęca(ł) środki.

Ci sami dziennikarze i ci sami politycy, którzy jak przysłowiowe psy gończe, jeszcze tak niedawno i w Stanach i w Polsce wściekle szukały winnych za tajne więzienia CIA w Europie i w Polsce. I nie istnieje dla nich żaden wyższy cel: walka z terroryzmem, czy bezpieczeństwo USA, Polski i innych krajów? Co to ma do rzeczy? Tam torturowano łudź! Wołali jednym chórem niektórzy politycy i dziennikarze, ścigając złoczyńców, morderców, dręczycieli bandytów. „bandyci, nie bandyci, ma być rzecznie, kulturalnie i spokojnie!” zdawali się wtedy krzyczeć nieprzyjmujący argumentów, że bezpieczeństwo kraju jest najważniejsze.

Schizofrenia jest o tyle dziwną przypadłością, że takie same powody, przypadki i sprawy, mogą być kompletnie odmiennie prezentowane, interpretowane i tłumaczone przez dotkniętych tą przypadłością. W zależności od aktualnego „wcielenia” schizofrenika. U tych „dotkniętych” osób wypowiadających się na ten temat owa przypadłość nazywa się „Jesteśmy lojalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych”.

I nie ma żadnej kwestii, w której nie dałoby się wytłumaczyć nielojalności Ameryki. Oto, nie wyczytałem i nie usłyszałem ani jednej krytyki rządów Stanów Zjednoczonych, za zlokalizowane (ewentualne) w naszym kraju tajnych więzień, ze strony znanych dziennikarzy, czy polityków. Bo u nas na czarownice poluje się w domu. To, że USA postawiło polskie władze (ewentualnie postawiło) pod ścianą nie ma najmniejszego znaczenia dla dziennikarzy śledczych i polityków np. z Ruchu Palikota. Znaczenie ma to, ze nasze władze się zgodziły, a jak już się zgodziły to nie napisały listu do Bin Ladena informującego go o tym fakcie.

Zrobiłem tę wrzutę o tajnych więzieniach, bo jest to sprawa analogiczna do amerykańskiej wiedzy o Katyniu. Reakcja zaś dziennikarzy jest zaś do analogicznej przeciwna.

Porażające jest to, do czego mogą posunąć się inteligentni ludzie, aby wpisac się w „naszą” lojalność wobec amerykańskiego sojusznika. Wielu naszych dziennikarzy, niemal cała scena polityczna na jednym z czołowych miejsc w polskim systemie wartości stawia historię, ku przestrodze dla nas i przyszłych pokoleń Polaków. PiS wręcz „historią sto” na przykład, ciągle powtarzając, najczęściej wbrew logice i zaistniałym faktom, że Rosjanom nie można wierzyć, bo oni przecież kłamali, oszukiwali nas, dlaczego teraz miałoby być inaczej.

Ten sam PiS (zresztą nie tylko PiS), jak niedopieszczony kotek mizga się amerykanom i to na wszelkie możliwe sposoby, aby tylko zostać „pogłaskanym” i chociaż „powąchać” jakiegoś kociego smakołyka. A nuż dostanie się jakiś smakowity okruszek. A przecież historia uczy nas, że Amerykanie zawsze traktowali nas instrumentalnie, zawsze robili nas „w balona”, zawsze karmili nadziejami i obiecankami. A nasze władze, jeśli pozostać już przy tej kociej metaforyce, zawsze oblizują się smakiem i czasem, jeśli uda się uszczknąć jakiś kruszek smakołyka, jak kot wierzy, że następnym razem kotek zostanie i wygłaskany i smakowicie nakarmiony. Mruczy więc miłosne serenady do ucha swojego pana, nieustannie, aby nareszcie zostać usłyszanym i zadośćuczynionym.

Stany Zjednoczone Ameryki nie zrobiły w stronę Polski ani jednego gestu, który nie służyłby ich własnemu interesowi. Oddali na efy szesnaste zamiast przeznaczyć je na złom, a to przecież kosztuje. Na dodatek umieścili u nas swoje technologię uzależniając od nich sporą część naszego przemysłu zbrojeniowego. Kompletnie zignorowali nasz wkład w wojnę iracką nie realizując zobowiązań partycypacji w odbudowywaniu gospodarki Iraku. No chyba, że za taką uznać zatrudnianie polskich komandosów (po ich przejściu do cywila), pracujących jako ochroniarze w amerykańskich przedsiębiorstwach na tamtym terenie. Tarczy antyrakietowa nie ma i najprawdopodobniej nie będzie, itd., itd., itd…

A wizy? A co tam wizy, coraz większa rzesza obywateli już w ich zniesienie nie wierzy i na nie nie czeka, coraz więcej polityków stwierdza, że ich nie potrzebujemy, bo i tak nie pojedziemy tam za pracą. Tymczasem Rosjanie już wiz do Stanów nie potrzebują, mimo, że jeszcze w zeszłym tygodniu obowiązywały obywateli obydwu stron. Co prawda nie śledzę rosyjskich mediów, ale nie słyszałem, żeby była to dla Rosja tak ważna sprawa jak dla naszych elit.

Ot, czepią się Amerykanów ci Polacy jak rzep psiego ogona o jakieś pierdoły, zamiast być zadowoleni, że mogą przynosić rzucanego patyka panu, który ma ważniejsze sprawy na głowie.

Cóż jest warta walka części polskich polityków o więcej nauczania historii, mieniących się jej znawcami i krzewicielami, jeśli właśnie oni są kompletnymi dyletantami w tej dziedzinie.

 

andy lighter

Szmata odwrotnie wykręcona

Janusz Korwin-Mikke jest szmatą. Sam napisał, że tak się poczuł po tym, co się działo w związku z jego tekstem o paraolimpiadzie. Nie poczuł się jednak szmatą dlatego, że to coś napisał, ale dlatego, że „zaparł się prawdy” wycofując swój tekst z portalu nowy ekran.pl

Korwin-Mikke nie tyle krytykuje paraolimpijczyków, niepełnosprawnych sportowców, bo jego zdaniem każdy ma prawo organizować „ćwiczenia gimnastyczne”, nie ma to jednak, jak twierdzi, wiele wspólnego ze sportem. Niepełnosprawnych Korwin-Mikke jedynie upokarza, pokazuje im ich miejsce w szeregu, który to szereg nieopatrznie globalni socjaliści wypchnęli do przodu. Wypchnęli przed cywilizację europejską, cywilizację panijącą nad światem. Cywilizację ludzi zdrowych, silnych, pięknych, szybkich, mądrych. Wypchnęliu ją na rzecz cywilizacji zboczeńców, nieudaczników, morderców, słabeuszy i… inwalidów.

Mam nadzieję panie Korwin-Mikke, że podpisana właśnie przez prezydenta Konwencja ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych, spowoduje, na wypadek podobnego pańskiego wyskoku intelektualnego, pańskie gnicie w kryminale, przynajmniej przez jakiś czas. Byłoby to korzystne dla zdrowotności ogółu, nie można przecież zaprzeczyć, że dłuższy odpoczynek od pańskiego bełkotu wyjdzie społeczeństwu na zdrowie, a i kryminalistom się przyda nauka gry w brydża. Zapewniam, że głupców tam nie jest tak wielu jak się panu wydaje.

Był już kiedyś taki jeden, co to zachwycał się cywilizacją ludzi zdrowych, pięknych, silnych i mądrych, a tych drugich, np. z orlimi nosami, ciemniejszą karnacją, albo inwalidów umieszczał w stosownych miejscach… odosobnienia, często wiecznego. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ani ten znany z historii, ani Korwin-Mikke jakoś niekoniecznie pasują do owego wzorca pięknych, silnych, szybkich, wydajnych. A i ich intelektualne wyjątkowe zdolności jakoś bardzo łatwo znajdują swoje miejsce w oparach politycznego i gospodarczego absurdu.

Jeszcze jedna rzecz uderzyła mnie w tekście Korwina-Mikke. Pisze on mianowicie: „ (…) Socjaliści. Ludzie żywiący nienawiść do naszej cywilizacji: do tych najlepszych, najwydajniejszych, najsprawniejszych. Kochający za to nieudaczników wszelkiej maści (…)”. Oto człowiek, który w całym swoim długim już przecież życiu nie skalał się żadną pracą, (o wydajności więc ma pojęcie wyłącznie teoretyczne) i nie chodzi mi tu wyłącznie o pracę fizyczną, bo jego paroletnią pracę naukową w dziedzinie… badań nad informacją i techniką podejmowania decyzji to nic innego jak zżeranie publicznych pieniędzy przez instytucje kompletnie niepotrzebne i pasożytnicze, nad którymi, słusznie tak pastwi się w swojej radosnej twórczości intelektualnej nasz „wybitny” superbrydżysta. Jego książki o tematyce brydżowej też trudno zaliczyć do jakiegoś wybitnego dorobku…, no właśnie, nie wiem jakiego.

Uważa Janusz Korwin-Mikke, że miejsce inwalidów jest w domu, nie powinni oni wychodzić z domów, dla dobra oczywiście cywilizacji zdrowych, silnych i wydajnych panów świata. Obecność taka (inwalidów w społeczeństwie) może oznaczać dla tej cywilizacji równanie w dół, w myśl zasady „z kim przestajesz, takim się stajesz”. Ja wysłałbym to powiedzonko zwolennikom Korwina-Mikke – uważajcie, bo przestając z takim dziwadłem, staniecie się takimi samymi szmatami.

Wiele jeszcze inwektyw pod adresem inwalidów (dziwne schizofreniczne odruchy ma JKM – upokarza inwalidów, w drugiej części zdania, wcześniej ich „dowartościowując” za wysiłek i chęć do życia i bycia), można by jeszcze długo, bo to nie pierwszy przecież raz pokazuje wyższość „rasy panów”, ze użyję tu klasyka, bo choć sam Korwin-Mikke tak swojej cywilizacji nie nazywa, skojarzenia są oczywiste. Ale ja ograniczę się tylko do krótkiego podsumowania tego bełkotu: inwalidzi, którzy uprawiają sport, pracują, uczą się, często są naukowcami i szefami, a jeszcze częściej najbardziej lojalnymi i rzetelnymi pracownikami, to są mocarze, giganci naszych czasów, od których ludzie „normalni” powinni uczyć się pracowitości, zaradności, hartu ducha i siły charakteru, a wielu z nich, pan Janusz Korwin-Mikke nie jest godzien nawet opróżnić napełnionego woreczka z uryną.

Ciekawe co by wydukał z siebie taki Korwin-Mikke, „prawie matematyk”, „prawie socjolog” i „prawie psycholog” stanąwszy przed niepełnosprawnym obliczem takiego dajmy na to Stephena Hawkinsa. Takich zresztą jak on geniuszy intelektualnych, przy niepełnosprawności fizycznej jest znacznie więcej. A i debile panie Korwin-Mikke, bywają świetnymi, bardzo pożytecznymi pracownikami.

Janusz Korwin-Mikke uważa, jest to jeden z jego dogmatów intelektualnych, że nieudacznicy i nieroby zapanują nad świate. I tak się zastanawiam, jak człowieka, który większość życia zakładał partie, występował, wstępował, dzielił je, łączył, zamieniał, przemieniał i startował, startował, startował, startował… zawsze, poza jednym wyjątkiem, przegrywał, nazwać, jeśli nie nieudacznikiem i nierobem właśnie. Pan Korwin-Mikke słusznie zauważył, że jest szmatą. Tyle, że, jak to u nieudaczników bywa, odwrotnie ją wykręca.

Miałem honor kiedyś zetknąć się z Zrzeszeniem Sportowym Osób Niepełnosprawnych. To, czego tam doświadczałem, co przeżyłem i widziałem, nakazuje absolutny szacunek i pokorę wobec niepełnosprawnych. Takiej siły, determinacji, pracowitości, normalni sportowcy, zarabiający” kokosy” często z miernymi wynikami, powinni się od tych ludzi uczyć. Tacy z bożej łaski piłkarze, biegacze, itd., powinni być do nich wysłani po lekcje na temat: „Czym powiem charakteryzować się prawdziwy sportowiec”.

andy lighter