Uciśnieni pracownicy

Kilka dni temu Szymon Majewski, któremu spaliło się mieszkanie, zwrócił się z apelem do społeczeństwa na Facebooku. Bardzo emocjonalnym apelem, piętnującym „wchodzenie w butach” paparazzi i dziennikarskimi hienami tabloidów. Wspomniał też o tym, że parokrotnie wysiadły mu nerwy i wdał się z nimi w bójkę.

Ów apel Majewskiego nie pozostał bez odpowiedzi wywołanych do tablicy paparazzi’ch. Jeden z nich odpowiedział Majewskiemu, nie szczędząc mu krytyki za niewłaściwe zachowanie. Piotr Gocał, bo on zabrał głos w obronie paparazzi’ch, swoich kolegów po fachu, stwierdził, że Majewski nie miał prawa się tak zachować!

Przyznam, że na same takie słowa wychodzące z ust hien z aparatami (dokładnie tak ich postrzegam, jeśli chodzi o „sensacyjne” zdjęcia do tabloidów), można się zdenerwować, a co dopiero na łażenie krok w krok za człowiekiem jakiegoś dupków z aparatem, pstrykających wszystko co popadnie, jak popadnie i kiedy popadnie.

Pan paparazzi twierdzi ponadto, że fotografowanie takiego pogorzeliska to pryszcz, w porównaniu z o wiele bardziej szokującymi zdjęciami robionymi dla tabloidów, np. dzieci w trumnie.

„Oczywiście, na pewno jest to tragedia człowieka, ale paparazzi też pracować musi” – twierdzi pan fotograf, a mnie, czytającego te słowa krew się w żyłach gotuje. Każdy musi pracować. Ubecy też musieli pracować w PRL-u, komunistyczni sędziowie i prokuratorzy też, więc może skończmy się ich czepiać. Oni pracowali, przecież każdy chciał mieć pracę. Pan fotograf twierdzi, że w pracy paparazzi’ch nie ma żadnych zasad ani kodeksów. A to dla mnie oznacza jedno: jeśli w pracy paparazzi’ch nie ma żadnych zasad, to to jest rynsztok, a nie praca i tak jak rynsztok, trzeba tę pracę i tych pracowników traktować.

Ciężką robotę mają paparazzi. Przegania ich się, bije, niszczy sprzęt, a oni przecież tylko pracują. Oni tylko wchodzą bez pukania do domu, pod kołdrę, nawet „do łazienki”, a tu ktoś ich bezprawnie bije. Tak być nie może. Powinni zaprosić ich do domu, wpuścić grzecznie pod kołdrę, „łazienkę” pokazać i zawartość szafy. „Zresztą, cokolwiek by nie zrobili (paparazzi), żaden człowiek nie ma prawa podchodzić, bić i niszczyć sprzętu” – twierdzi pan paparazzi. Bardzo oryginalny, jak na mój gust, punkt widzenia: „My podchodzimy, wchodzimy i pstrykamy, wy nie macie prawa nas tknąć”.

I nie przemawia do mnie to, że Szymon Majewski jest osobą publiczną. Kiedy w obliczy osobistego dramatu chce zostać sam, musi mieć do tego prawo. To nie jest to samo, co wywołanie jakiegoś skandalu, czy skandaliku, obecność na imprezie z nową panienką, czy prowadzenie auta pod wpływem.Jeśli nie zechce, sam was zaprosi panowie paparazzi.

W takich sytuacjach zawsze przypomina mi się dramat syna prezydenta Ronalda Reagana, gdy ten został postrzelony. Jakiś kompletnie debilny (bo inaczej tego nazwać nie można) dziennikarz, których cześć traktuję na równi rynsztokowo jak paparazzi’ch, jeden z wielu kotłujących się pod domem Reaganów, zapytał go, gdy ten wbiegał do mieszkania: „Co pan teraz czuje, panie Reagan?”. Jakim trzeba być idiotą, żeby zadać tak błyskotliwe pytanie, kiedy ojciec tego człowieka walczy o życie, pozostawiam bez komentarza. Wpychanie się do domu pełnego tragedii z obiektywem, mikrofonem lub długopisem uważam za ta samo durne. Nie chce mi się wierzyć, że ci ludzi uważają się często za inteligentów, są wykształceni i od lat uprawiają swój zawód. Zawód, który sprowadzają do rynsztoka.

andy lighter

Nauczyciele się buntują

Usłyszałem przed chwilą w telewizorni z ust jakiegoś autorytetu d.s. „nauczycielstwa” o nauczycielskim niezadowoleniu. A ma to związek z raportem opublikowanym przez OECD, z którego wynika, że nasi nauczyciele w szkołach podstawowych spędzają „przy tablicy” 2,5 godziny dziennie (3 godziny lekcyjne). Najmniej spośród najlepiej rozwiniętych krajów na świecie. Rocznie, przepracowują ok. 500 godzin (502).

Wg przepisów nauczyciel powinien pracować polskiej szkole podstawowej 540 godzin, czyli mniej więcej połowę z tego, ile wynosi średnia w krajach UE.

Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, kiedy słyszę od Broniarza Sławomira, szefa ZNP, stwierdzenia, że nauczyciele prowadzą zajęcia wychowawcze, a poza tym zebrania i przygotowania do lekcji sprawiają, że nauczyciel pracuje 40 godzin tygodniowo. Ba, mało tego, są tacy, którzy twierdzą, że nauczyciele pracują „na okrągło” (pewnie również wtedy, kiedy zmywają naczynia).

Panie Broniarz, czy pan naprawdę uważa, że ludzie to idioci? I że wciśnie im pan ten kit? Przecież dobrze pan wie, że nikt, z panem włącznie, nie wierzy w pańskie kretyńskie tłumaczenia.

Najbardziej wkurza mnie argument czasochłonności przygotowania do zajęć. Zupełnie tak, jakby nauczyciel zaczynał od zera, musiał przyswoić sobie (albo raczej systematycznie – jak uczeń – przyswajać sobie) nową wiedzę – uczy się o krok przed uczniem, dlatego jest mądrzejszy od niego i „sprzedawał” tę wiedzę swoim uczniom. To bzdura, nauczyciel wie (sam o tym decyduje), jakie podręczniki będą mieli uczniowie i materiał ma przez lata przyswojony. Raz w roku robi sobie konspekt (albo dostaje gotowy skrypt) i tyle. Na trzy roczniki… 5 godzin? 8? Rocznie?

Podobnie wygląda pozostała praca nauczyciela „w domu”. Gdzie koronnym argumentem jest sprawdzanie klasówek. Ile taki nauczyciel dajmy na to z fizyki, albo z chemii, robi klasówek tygodniowo? Dwie? Trzy? Na dwa lub trzy roczniki po jednej? I ile on ma tego sprawdzania? Pod warunkiem, że nie są to testy, które sprawdza się za pomocą przyłożonego szablonika z wybranymi okienkami? Dwie godziny? Trzy? O „zebraniach” pisał nie będę, bo… szkoda klawiszy.

Pracę wychowawczą (po lekcjach) wykonują, owszem, ale głównie nauczyciele wychowania fizycznego, albo opiekunowie drużyn harcerskich. Tak więc wszystkie te tłumaczenia pana Broniarza i buntujących się nauczycieli należy między bajki włożyć. Dobrze by było, żeby uświadomili to sobie rodzice, którzy jak niepodległości bronią szkółki, do której uczęszcza ich pociecha i pięćdziesięcioro innych dzieci, zatrudniającej ok. 10. nauczycieli, dwie sprzątaczki, kilka księgowych, woźnego, zaopatrzeniowca – intendentkę i oczywiście dyrektora. Szkółkę trzeba też ogrzać, oświetlić, wyremontować itd. A remont drogi, albo chodnika we wsi by się przydał.

Za „moich czasów” nauczyciele „przy tablicy” pracowali o połowę dłużej niż dzisiejsi. Klasy liczyły sobie często 40 uczniów, klasówki to były całkiem spore prace, a kartkówki były na porządku dziennym. Wtedy nauczyciel od pracy w domu się nie wymigał, choćby pękł, bo o testach (z szablonikami), słyszeliśmy tylko w telewizji i na kursach prawa jazdy. A klasówki musiały być rzetelnie sprawdzone i opisane czerwonym długopisem w szczegółach. Nauczyciele mieli takie „kapowniki”, w których rozpisywali sobie wszystkie uwagi. Rozdając klasówki, przy całej klasie (zerknąwszy do kapownika), wrzucił kilka słów, co w danej pracy było nie tak, co się podobało i na co uczeń ma zwrócić uwagę. Wyobrażacie sobie dzisiaj, żeby nauczyciel skomentował „na żywo” czterdzieści prac? W dziesięć, dwanaście minut, bo dalej trzeba było przerobić materiał? Ja sobie nie wyobrażam. Praca maturalna (opisowa) z języka polskiego „za moich czasów”, polegała na kilku(nastu) stronach A4, kilka stron matury z matematyki, gdzie każde działanie wymagało opisu (logicznego uzasadnienia), itd. Wszystko sprawdzane przez jednego nauczyciela prowadzącego przedmiot. Moja nauczycielka matematyki miała dwie klasy maturalne (pięćdziesiąt parę prac), podobnie polonistka. Wynagrodzenie? Jakaś ekstra premia („ekstra” oznacza okoliczność, a nie wysokość).

Kolejnym „słowem kluczem”, którym wymachują nauczyciele (i nie tylko oni) jest wytrych pt. „konieczność stałego dokształcania się”.

Krew się we mnie gotuje, jak słyszę takie słowa z ust nauczycieli, lekarzy, itd. No bo kto się dzisiaj, że spytam, nie musi „stale dokształcać”? Kierowca mus bo przepisy się zmieniają, a i samochody też, sprzątaczki muszą, bo co chwila jakaś nowa maszyna sprzątająca wchodzi do użytkowania, o informatyku nie wspomnę, bo ledwo nadąży – tu się dopiero zmienia technologia, inżynier, z tych samych powodów, księgowy, brukarz – ciągle nowe technologie i materiałów i wykonawstwa, itd. Itd., itd. Ośmielę się postawić tezę, że niewielu nauczycieli musi się dokształcać. Nauczyciel historii? Języka polskiego…, albo angielskiego? A może religii? Przecież tam się nic (albo niewiele) zmienia. Jest jeszcze kwestia przywilejów emerytalnych, ale już mi się nie chce tego podnosić.

Ostatni wreszcie argument obrony nauczycieli, nie do obrony to również ulubiony przez inne grupy zawodowe hasło: „nasi koledzy w UE zarabiają o wiele więcej niż my”. To prawda, ale niech mi szanowni nauczyciele pokażą polską grupę zawodową w Polsce, która zarabia tyle samo, co „ich koledzy z UE”.

Nie wskażą, bo nie ma takiej!

Nauczyciele, inteligentni, mądrzy ludzie, a populizmem i niechęcią do pracy aż… cuchnie. Mam pretensje o to, jakich żałosnych argumentów używają i o to, że bronią faktów nie do obrony. I nie potrafią zobaczyć oczywistej prawdy: pracują mało – za mało i jest ich dużo – za dużo.

andy lighter

Pan Prezydent się myli

Tzn. Pan Prezydent Wałęsa. Darzę Pana Wałęsę należnym, najwyższym szacunkiem. Niezwykle go cenię i bardzo lubię, chylę czoła przed jego niezwykłym „instynktem politycznym”, którego pozazdrościć mu powinni niemal wszyscy politycy w tym kraju. Z reguły też zgadzam się z jego poglądami i wygłaszanymi tezami, opiniami i analizą naszej (i nie tylko naszej) rzeczywistości. Jednak w kwestii wydłużenia wieku emerytalnego mam pogląd odmienny niż Pan Prezydent. Uważam, że w swojej argumentacji poszedł On trochę (sporo „trochę”) na skróty.

Otóż Pan Prezydent nie jest zwolennikiem wydłużania wieku emerytalnego, jeśli dobrze rozumiem. I ma dla poparcia swojego zdania prostą argumentację. Oto przytacza przykład koparki, której zastosowanie, spowodowało zastąpienie pracy pięćdziesięciu ludzi, których to ludzi wysłaliśmy na renty (emerytury) i wystarczyło. Otóż, to nie całkiem tak, Panie Prezydencie.

Zastosowanie koparki, rzeczywiście spowodowało zastąpienie pracy pięćdziesięciu ludzi. Ale wcale nie wysłaliśmy ich na renty (emerytury), tylko daliśmy im inną pracę. Kaparka nie tylko zastąpiła tych pięćdziesięciu ludzi, ale też znacznie przyspieszyła pracę. I polepszyła, stwarzając nowe możliwości. Koparki zaczęły kopać, aby tych pięćdziesięciu ludzi, zamiast kopać, budowało na tych wykopanych dziurach drogi, fabryki i domy. Koparka pracowała tak szybko, że tych pięćdziesięciu ludzi musiało „budować” równie ciężko, jak przy kopaniu. Koparka więc przesunęła tych ludzi na inne „fronty robót”.

Pan Prezydent Wałęsa stawia na automatyzację, robotyzację, które to nowoczesne technologie będą pracować na nasze emerytury. Ma rację Pan Wałęsa, tyle tylko, że w przeciwieństwie do jego oczekiwać, moim zdaniem nie stanie się to w najbliższych dwudziestu, czy nawet czterdziestu latach. To jeszcze dość daleka przyszłość, chociaż oczywiście rozumiem, że postęp technologiczny dokonuje się w zawrotnym tempie.

Można by pomyśleć, że „kombinacje” Pana Prezydenta mają sens. Jednak ja uważam, że roboty nie powinny pracować na nasze emerytury jako takie, ale powinny stanowić możliwość podwyższania niskich, ale w miarę przyzwoitych, wypracowanych emerytur.

Wbrew pozorom informatyzacja, automatyzacja i robotyzacja wcale nie będzie domeną ludzi specjalnie wykształconych i ludzie wykształceni zupełnie przeciętnie (mniemam, ze wyższe wykształcenie będzie zdecydowanie powszechne) będą mogli się tym zajmować. Już dziś ludzie niewykształceni ale pasjonaci robią na komputerach takie rzeczy, że przeciętny zjadacz chleba dostałby od tego zawrotu głowy. Są hakerami, „nie znają” żadnych barier w przestrzeni Internetu i tajnikach możliwości komputera, czy najbardziej nawet skomplikowanych programów. Przewiduję więc, że zarobki w tych branżach będą nie najwyższe, również dlatego, że chętnych do tej pracy będzie bardzo wielu (choć pracy brakować nie będzie. O wiele wyższe będą zarobki tzw. pracowników fizycznych, z jednego, bardzo prostego powodu: nie będzie chętnych do wykonywania tych prac. Jeśli każdy (zdecydowana większość) będzie mogła pracować przy komputerze, automacie, itp., to komu będzie się chciało pracować fizycznie. Np. w sklepie, czy w magazynie. A przecież ci ludzie już dzisiaj też muszą znać się na nowoczesnych wagach, kasach, komputerach, i innych sprzętach pomagających w pracy. Już dziś praca sprzątaczek np. coraz częściej wymaga niezłej umiejętności rozumienia i obsługi sprzętów tzw. AGD

Pracy dla ludzi naprawdę „nieczytanych, niepisanych z różnych powodów” będzie naprawdę niewiele. I dlatego istnienie ośrodków pomocy społecznej jest niezagrożone, niezagrożone więc musi być ich finansowanie. Nie może to jednak stanowić normalnego zastąpienia emerytury, bo to po prostu nie fair.

Jestem więc zwolennikiem podwyższenia wieku emerytalnego. Wszelkie dane i prognozy, będące raczej pewnym, oczywistym i logicznym spojrzeniem w przyszłość, pokazują jasno, że rąk do pracy będzie ubywać, ludzie będą coraz starsi i będą żyć coraz dłużej. Prędzej czy później trzeba będzie to zrobić a im później, tym „drastyczniej”, czyli boleśniej.

I nie ma tu co dyskutować, spierać się, słuchać tych, którzy albo chcą ten system maksymalnie podziurawić, albo pozostawić obecne status quo, bo ich argumenty są absurdalne, tylko tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć, że inaczej się nie da.  

andy lighter

Niech odchodzą, przyjdą kolejni

Znowu dym w polskim lotnictwie mamy. Ok. 50. żołnierzy z Bazy Lotnictwa w Mińsku Mazowieckim zagroziło zwolnieniem. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o kasę, albo o „Precz z komuną, komuna tylko dla nas!” Jak słyszę takie newsy, przyznaję, że krew mnie chce zalać jaśnista. Lubicie górniczych oponiarzy? Albo stoczniowych? Ja też nie, a to jest dokładnie ten sam schemat. Jak zwykle pod koniec maja, w wojsku rozchodzi się fama o trudnościach z kasą (nie mylić z CASĄ), najczęściej fama wzięta z sufitu. I jak zwykle, rok temu też tak było, i dwa lata temu chyba też, to kompletna bzdura. Ale najgorsze jest to, że żołnierze, który powinien być analitykiem, strategiem i „rozpoznać teren”, łykają populistyczną famę i idą w zagrywkę a’la Lepper, albo inna Solidarność ’80. Czyli, nawet nie strajk, czy ostrzeżenie, ale szantaż.

Wiem jak jest w wojsku. Chociaż nigdy nie służyłem. Ale być może właśnie dlatego, że nie służyłem, a pracowałem jako cywil, wiem lepiej (mimo iż pracowałem krótko, ale napatrzyłem się), niż gdybym służył. Zupełnie różny punkt widzenia, chociaż widok niby podobny. Nie każdy może być żołnierzem, to jasne. Trzeba być zdrowym, „inteligentnym” (w cudzysłowie, bo zdarza się, że mam wątpliwości) i trzeba mieć pasję, inaczej – lubić to po prostu. Dla mnie żołnierz na emeryturze po piętnastu latach służby to kompletna pomyłka, a nawet złodziejstwo. Nie znam wojskowego emeryta (a paru emerytów znam), który przeszedłby na emeryturę po 15. latach służby. A jeśli przeszedł po dwudziestu, albo dwudziestu pięciu, prawie każdy pracuje(!!!). To jest pewnego rodzaju (moralne i usankcjonowane prawem) złodziejstwo. Oto bowiem oficer, czterdziesto paro, pięćdziesięcioletni, idzie do innej roboty, najczęściej nie jako robotnik, bo wykształcenie przecież ma, i dostaje drugą pensję za frajer. Za to, że był żołnierzem.

Jakie są powody, dla których żołnierze mają prawo do przejścia na wcześniejszą emeryturę? Praca w stresie! Niebezpieczna praca! Trudne warunki! Itd… I nic mi się tu nie zgadza.

Praca w stresie… Jak mówiłem, wojsko to pasja, a głównym powodem tej pasji jest stres, adrenalina. Poza tym, ten stres, u dobrego żołnierza jest… oswojony. Jest tak oczywisty (a nawet pożądany), jak znajomość języka angielskiego u tłumacza poezji Schekspeare’a. Stres przyswojony, u żołnierza jest czymś tak normalnym jak potrzeba noszenia okularów u osoby słabowidzącej, czyli żaden problem.  

Niebezpieczna praca… Czy praca w wojsku jest bardziej niebezpieczna niż praca kierowcy TIR-a? Albo dzielnicowego na warszawskiej Pradze, czy łódzkich Bałutach? Śmiem wątpić. Jak już wspomniałem, „widziałem” wojsko, nikły procent naszych żołnierzy służy w Afganistanie, czy na innych misjach. A i ci, co służą, są tam po pól roku, z własnej inicjatywy wielokrotność półrocznych misji. Ale przy tej okazji nie mogę nie przytoczyć tu pewnej historii z życia wziętej o pracy na eksporcie. Otóż pewien facet wyjechał na robotę eksportową do Czechosłowacji. I był tam półtora roku. I w czasie jego pobytu, jego syn, studiujący wówczas był parę razy u niego, żeby ojciec fundnął jakąś kurtkę czy buty. Pracował ten facet w sumie czterdzieści lat, w tym półtora roku w Czechosłowacji, zarabiał tyle co kot napłakał, a w Czechach co półtora kota, i ten facet, mając dzisiaj dobrze po osiemdziesiątce, domaga się okazywania wdzięczności absolutnej od swojego syna, o niczym innym nie mówiąc, tylko o swojej półtorarocznej pracy na eksporcie (swoją drogą nie dorobił się tam nawet przysłowiowego „dobrego roweru”). Zupełnie jakby nic innego w życiu nie robił, tylko pracował na eksporcie (oczywiście uważa, że więcej zarobił niż ci, co pracowali w Libii, Iraku czy w Rosji, bo nie zdaje sobie sprawy, że zarabiał tak mało) Całe więc trzydzieści osiem i pół roku swojej pracy każe zapomnieć, ale pamiętać te półtora roku. Z wojskiem jest tak samo: „Mamy niebezpieczną pracę, bo jeździmy na misję!” Czy coś tu nie pasuje? Kto jeździ i ilu jeździ i na jak długo jeździ? A jeżdżą za trochę więcej pieniążków, niż ich koledzy zostający w kraju. Ci, którzy na misję nie jeżdżą, albo byli i przyjechali, bardziej niebezpiecznej pracy nie mają, niż wspomniany przeze mnie kierowca TIRA-a. Tak więc, całe wojsko ma niebezpieczną pracę, bo niewielki procent żołnierzy jeździ na niebezpieczne misje. Zdaję sobie sprawę, że piszę te słowa w dniu, kiedy zginął nasz kolejny żołnierz, jednak z drugiej strony, żołnierz, który boi się niebezpieczeństwa może powinien pracować jako ochroniarz w Biedronce. Płaca też będzie odpowiednio inna. Zgadzam się natomiast na szczególne traktowanie rannych na misjach żołnierzy, czy w ogóle rencistów wojskowych. Ich renty na skutek odniesienia ran, powinny być rzeczywiście godne, bo i postrzeganie ich przez społeczeństwo jest specjalne: to nasi chłopcy, których wysłali i talibowie ich z ukrycia zaatakowali – tu, pełna zgoda i szacunek.

Trudne warunki… (i po trosze niebezpieczna praca). Ani nie ma wojny w tym kraju, ani alarmów jakichś przeciwlotniczych… Cała generacja, pokolenie wojskowych (oficerów np.) wojny na oczy nie widziało. W czasie mojej bytności w wojsku, postrzegałem je jako… obóz harcerski z punktu widzenia instruktorów. Mają sobie tam „harcerzy w namiotach”, rozpiski na zajęcia i innych parę obowiązków, najczęściej administracyjnych, czy porządkowych i… działają Są w jednostce jak jedna rodzina: lubią się, przyjaźnią, piją gorzałę w kasynach i od czasu do czasu poligon. Także testy sprawnościowe. Ale zauważyłem, że testy sprawnościowe sprawiają oficerom i podoficerom wyjątkową frajdę. Autentycznie to lubili, po takich testach, które rzecz jasna sprawności wymagają, uwielbiali się przekomarzać, dogryzać sobie i odgrażać: „czekaj, czekaj, następnym razem to ja ci pokażę, kto jest lepszy”. Dla człowieka, który lubi wojsko, ta praca to wieczna przygoda, nie można jej nie lubić będąc żołnierzem dzięki pasji. Przykłady sportowców w dyscyplina wytrzymałościowych, a nawet ekstremalnych pokazują, że szczyt ich możliwości przypada na czwartą dekadę, między 30. a 40. rokiem życia.

Mój tekst brzmi tak, jakby był sprzeciwem wobec niesamowitych przywilejów, głownie emerytalnych wobec wojska. I byłoby tak w istocie, gdyby nie pewien drobny szczegół. Z bólem, ale i świadomością praw nabytych akceptuję przywileje wojska. Ale dzisiejsze środowisko w mundurach zachowuje się tak, jakby nie tylko broniło swoich przywilejów, bo bardzo często władze przypominają, że te są niezagrożone. Oni chcą bronić przywilejów swoich, swoich następców, następców następców, „do końca świata i o jeden dzień dłużej”. Czyli: „Precz z komuną! Komuna tylko dla nas”. Czy jest w Polsce jakiś generał (poza generałem Polko), który w okolicach czterdziestki przeszedłby na emeryturę? Chyba nie ma. Dlaczego więc w biednej Polsce ma istnieć grupa zawodowa, której emeryci, w niemal 90. % dostają „dwie wypłaty” za wykonywanie jednej pracy? Nie pojmuję tego. Ni w ząb.

Powinno się pozwolić odejść tym żołnierzom. Przyjdą nowi. A ci, co zamierzają odejść, nie będę porównywał ich doświadczenia i wyszkolenia z doświadczeniami tych, którzy „odeszli” w latach 90. Mogliśmy to obserwować przy okazji tłumaczeń w mediach przyczyn katastrofy smoleńskiej.    

andy lighter

Przegrane pokolenie i „Czasy się zmieniły”

Jak czytam tekst Bartqa24: Przegrane pokolenie,  Romskey’a, który :  ten tekst propaguje, czy wreszcie Michała Zgutka:  o tym samym, to wszystko się we mnie gotuje.

Czasy bowiem zupełnie się zmieniły. Ale tak jak inne nasze narodowe cechy, np. uwielbienie martyrologii narodu, się nie zmieniły, tak szczególnie nie zmieniło się utyskiwanie na szczególnie złe traktowanie, nie troszczenie się i zostawienie samym sobie, różnych grup wiekowych, albo zawodowych, naszych rodaków.  Oto wg Bartqa, właśnie jego pokolenie ma najgorzej. Bo starsi się zdążyli jeszcze załapać na początku transformacji, a oni już nie. I bez znajomości, ani rusz i człowiek kończy studia i nie ma pracy i się marnuje i państwo o nim nie myśli tylko o tych starszych. Boże!!! Nie mogę tego czytać. Niech Bartek i Romskey i Michał idą na uczelnie posłuchac panów profesorów, to się dowiedzą, że najbardziej niedowartościowani są w tym kraju naukowcy. Nich idą na komisariat, to posłuchają, jak to policja i służby mundurowe są są kompletnie ignorowane przez rząd i poprzednie rządy. Niech idą do szkół, posłuchać nauczycieli, do szpitali, nasłuchać się lekarzy i pielęgniarek, na pole rolnika, dowiedzieć się, kto w tym kraju jest najbardziej wykorzystywany. Niech pójdą do apteki i zobaczą emerytów i rencistów, którzy podając receptę pytają najpierw „Ile to będzie kosztowało”, po czym odchodząc wkładając do siatek jedną, czy dwie pozycje z lity przepisanych specyfików (wiem, bo sam tak robię), itd., itd., itd…

Najbardziej na świecie nie cierpię demagogii. A te teksty (szczególnie tekst Bartqa24, którego zresztą lubię czytać i często się z nim zgadzam), bo pozostałe to jedynie wyrazy poparcia i rozpropagowanie, to czysta demagogia. Często czytam w internecie pełne żalu teksty absolwentów wyższych uczelni, którzy to po dwóch fakultetach, ze znajomością trzech języków, nie może znaleźć pracy i zupełnie nie wie, co ma ze sobą zrobić. Jak czytam takie coś, to myślę: „Człowieku, ja ty zrobiłeś te fakultety? Przecież jesteś kompletnym idiotą!”. I to wcale nie jest takie głupie, wiadomo bowiem, że dziś zrobienie studiów jest tym, czym jakiś czas temu, ukończenie miernego technikum. Jak można ocenić człowieka, który po szesnastu i więcej latach nauki nie potrafi zadbać o swój byt? Tylko mi nie mówcie, ze nie uczą w szkole jak znaleźć się na rynku pracy. Tyc „co się jeszcze zdążyli załapać” też nie uczyli, i mnie też nie. Nie znam takiego kraju (nie słyszałem o takim), gdzie każdy absolwent określonego kierunku czy to studiów, czy innej szkoły, ma zagwarantowaną pracę w swoim zawodzie. Śmiem twierdzić, że poza pewnymi wyjątkami (np.. lekarzy, żołnierzy), stosunkowo rzadko bywa tak, żeby dostać pracę w swoim zawodzie.

Owe narzekające, sfrustrowane pokolenie młodych, wykształconych (90 % z nich to historycy, prawnicy, psycholodzy, filolodzy, filozofowie i co tam jeszcze bardziej „nieprzydatnego”), nie jest zbyt „pracowite” w szukaniu pracy, za to wymagania ma (wg mnie) ostro „wypasione”. Szukają pracy na sąsiedniej ulicy, w sąsiedniej dzielnicy, itp. Rzadziej w innym powiecie, o województwie odległym o 600 km już nie wspomnę.

I tak się zastanawiam, co ci ludzie myślą, kiedy słyszą w telewizji hasło: „Tu się spełnia amerykański sen”, oglądając programy o Stanach Zjednoczonych. Myślą oczywiście o wyjeździe. Ale żaden się nie wysili, żeby pomyśleć o twórcach „Atlasa”, „Naszej-Klasy”, czy wielu, wielu innych biznesów, mniej znanych, ale bardzo udanych. Im się tu, w Polsce spełnił „polski sen”. Ale żeby tak się stało, trzeba spełnić parę warunków (ooo, już piszę o warunkach, a to świnia ze mnie. A bez warunków to nie łaska?) W psychologii jest taki slogan: „Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. Przestań gadać i zrób to!”. Bo zacząć trzeba od tego, ze od samego gadania nic się jeszcze samo nie zrobiło.

Że są straszne trudności, żeby założyć własną firmę? Bo biurokracja, i pieniądze, itp. Ano, to prawda. Ale może zamiast przez miesiąc siedzieć przed komputerem i pisać użalające artykuły notki w blogach, poświęcić ten czas na przebrnięcie przez biurokrację? Może zamiast płakać, ze nie ma pieniędzy na działalność, rozglądać się nad ich pozyskaniem? Może zacząć od czegoś malutkiego? Nie od razu przecież Kraków zbudowano. Jest tylko jeden warunek, ale za to warunek konieczny: rusz głową i… dupę i zacznij działać. Reszta wtedy zmieni się w warunki wystarczające. O różnicy tych dwóch warunków młodzi mogą nie wiedzieć, jako matematyczni analfabeci, ale to już nie mój problem – to tak na marginesie. Trzeba mieć marzenia, młodzi je mają. Trzeba chcieć je spełnić, a to już dla naszej młodzieży kosmos. I tu jest pies pogrzebany. Tego niestety nikt nie nauczy. To się albo ma, albo nie, ale można to posiąść, przez determinację, pracę nad charakterem, naukę, czy wreszcie, najzwyczajniejsze w świecie „zdrowe myślenie”.

Tak więc młodzi, zamiast myśleć o „polskim Egipcie” na ulicach, weźcie kartkę papieru, zastanówcie się nad sobą i zacznijcie WRESZCIE coś robić.