Braun gra rolę

Grzegorz Braun ani myśli zwolnić tempo oskarżeń i haniebnych nawoływań do mordów dziennikarzy. Wręcz przeciwnie, brnie dalej. Dla mnie oczywistym jest, że pisze, a właściwie już napisał scenariusz do roli „więźnia politycznego, zamordystycznego systemu III RP, systemu zwalczającego wolność słowa”. W roli głównej występuje oczywiście Grzegorz Braun.

I tak, komentując swoje własne wystąpienie w Klubie Ronina, uściśla podczas wywiadu dla Polsat News, że nie oszacował liczbę koniecznych do rozstrzelania dziennikarzy Jawnie opowiada o rozstrzeliwaniu tych, którzy działają na zgubę polskiego państwa. Nie wypowiada co prawda słowa „Rozstrzeliwanie”, ale określenie: kiedy wróci Polska, „wymiar sprawiedliwości  postawi ich licznie przed sądami, a niektórych – pod ścianą,mówi chyba sam za siebie i nie da się pod to określenie wstawić czegokolwiek innego. Skarży się też Braun jednemu z tabloidów, że materiał wideo został zmanipulowany, pomimo, że z łatwością można dotrzeć do całego nagrania umieszczonego na YT przez, jak sądzę, zwolennika Brauna.

Braun obśmiewa działania prokuratury, która, jak twierdzi, chce go osądzić bo pomyliła fakty. On nie nawołuje do zbrodni, a do surowego karania zbrodni. Jak widać, Braun nie ma żadnych wątpliwości co do zbrodni smoleńskiej i chyba nie tylko smoleńskiej.

Nie sądzę, żeby Braun symulował chorobę psychiczną nawołując do modlitwy za Tuska. Modlitwy po to, żeby dożył procesu i odpowiedział za zbrodnie, bo wg niego świadkowie zbrodni są eliminowani i grozi to również Tuskowi. Nie do pomyślenia dla niego jest, żeby Tusk nie stanął przed sądem, a potem jak mniemam, pod ścianą.

Jak wspomniałem na początku, odgrywa rolę „męczennika” w III RP. Jest dla mnie jasne, że znajdzie całkiem sporą liczbę obrońców. Kto wie, może kiedyś kawałeczki jego szczątków będą relikwiami. Strasznie nam się rozszerza lista potencjalnych świętych. Po Annie Solidarnej, Lech Kaczyński, dale Braun, a gdzie tam jeszcze Rydzyk. Będzie czym wiernych obdzielać.

 

andy lighter

Z Gdańska do Łodzi

Prokurator Generalny Andrzej Seremet postanowił przenieść z Gdańska do Łodzi dwa śledztwa. Pierwsze w sprawie Amber Gold i drugie, w sprawie Michała Tuska.

I jeśli pierwsze śledztwo jest mi zupełnie obojętne, to drugie już nie za bardzo. Tzn. nie za bardzo jest mi obojętne rozpatrywanie sprawy syna premiera z PO przez łódzką prokuraturę.

Łódzka prokuratura jest bowiem, w moim oczywiście odczuciu, specyficzna. Bardzo ciekawe decyzje tam zapadają, szczególnie jedna utkwiła mi w pamięci. Jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie w Łodzi nastąpiło umorzenie pamiętnej sprawy o zacieranie śladów przez ABW, dotyczących śmierci Barbary Blidy.

Łódzka prokuratura orzekła, że „całokształt zebranych dowodów nie dostarczył podstaw do stwierdzenia, by po śmierci Barbary Blidy zacierane były ślady i dowody związane ze zdarzeniem”. Tak więc podmiana kurtki agentki, umycie przez nią rąk, wyczyszczenie broni z odcisków palców, czy wielokrotna podmiana telefonów komórkowych, że o nienagraniu się filmu, mimo filmowania nie wspomnę, nie było zacieraniem śladów i wszystko było cacy.

Jak widać, bardzo rzetelnie podeszli do sprawy i bardzo sprawiedliwy wydali werdykt. W końcu to tylko dowody, w dodatku niezniszczone, nie mające wpływu na przebieg śledztwa, bez dowodów też można dojść prawy!

Tak więc, na miejscu Michała Tuska już zacząłbym się bać, chociaż byłbym niewinny jak wykąpane niemowlę. Decyzja łódzkiej prokuratury jest bowiem bardzo… nieprzewidywalna. A może powinienem napisać, że wynik tego śledztwa jest niemal oczywisty! Przecież obiektywizm (bezstronność) tego łódzkiego towarzystwa jest…

 

andy lighter

Wkalkulowany błąd ludzki

„Błąd ludzki jest wkalkulowany w działalność prokuratury” – oświadczył w czwartek z mównicy sejmowej Prokurator Generalny Andrzej Seremet, podczas debaty na temat „afery Amber Gold”.

No to mamy jasność: prokurator też człowiek i może popełniać błędy. Przecież kierowca może się pomylić i wjechać nie tą ulicę, co trzeba, listonosz wrzucić korespondencję do skrzynki pocztowej innego adresata, ba, nawet dziennikarz może wstawić „ó”, zamiast „u” w swoim felietonie.

No bo przecież „nie da się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobić tyle, żeby wszyscy prokuratorzy wydawali orzeczenia wyłącznie słuszne i wyłącznie zgodne z prawem” – zauważył szef prokuratorów. I słusznie zauważył: nie da się przecież za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawić, że analfabeta nagle zacznie wprawnie posługiwać się pismem, albo, że ktoś, kto nigdy nie uczył się żadnego obcego języka, nagle zacznie płynnie mówić po niemiecku. Bo tego się trzeba nauczyć, np. w szkole.

Z tego co wiem, prokuratorem nie staje się człowiek, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko po ukończeniu niełatwych studiów wyższych i spełnieniu jeszcze innych, wymagających sporej wiedzy i umiejętności warunków.

Prawnik, np. sędzia czy prokurator są zawodami szczególnymi i „pomyłki” powinny być tu ograniczone do minimum, tym bardziej, że służy temu wieloinstancyjność, możliwości odwoławcze, czyli możliwości, o których saper, albo elektryk pracujący pod napięciem może tylko pomarzyć.

Mało jest takich zawodów, które mają tak decydujący wpływ na życie człowieka jak zawód sędziego, czy prokuratora. Lekarz, adwokat, sędzia, prokurator, mogą to życie zniszczyć. I nie jest dla mnie do przyjęcia powód „błędu ludzkiego”.

Jeśli człowiek jest nieuleczalnie chory, jeśli popełnia przestępstwo, życie to niszczy zły los, Pan Bóg, siła wyższa, jakkolwiek by to nazwać, albo sam beneficjent tego życia. Nie ma prawa decydent czyjegoś losu, tłumaczyć się błędem ludzkim, złym dniem, niewiedzą. Tym bardziej, że w wielu sprawach (np. w sprawie Amber Gold”), przypadłość „błąd ludzki” dotknęła wyjątkowo sporą liczbę prokuratorów, sędziów i urzędników skarbowych – prawdziwa gdańska epidemia „błędu ludzkiego”.

Dobrze chociaż, że prokurator Seremet, mimo obarczenia swoich podwładnych chorobę „błąd ludzki”, chce wystąpić o dymisję jednego z szefów gdańskiej Prokuratury Rejonowej (Gdańsk-Wrzeszcz). Tyle, że jego wniosek, o dymisję prokuratora, muszą zatwierdzić… prokuratorzy (z Krajowej Rady Prokuratury).

Ciekawy jestem, co z tego wyniknie. Przecież skoro Prokurator Generalny mówi o ludzkiej przypadłości, czyli będzie ludzkim, to dlaczego ci biedni prokuratorzy mieli by wychodzić przed szereg i karać swojego kolegę za zwykły błąd, czy kilka błędów?

Zwykły, ludzki błąd…

andy lighter

Obrona honoru i… haniebne pieniądze

Pułkownik, prokurator Przybył, ten, co w obronie honoru „ludzi, których znał”, próbował popełnić samobójstwo i nie trafił tam, gdzie powinien (z odległości kilku centymetrów), został przez Krajową Radę Prokuratorów przeniesiony w stan spoczynku.

I tak oto, ten czterdziesto jedno letni, jeśli dobrze pamiętam, prokurator i żołnierz Wojska Polskiego, będzie do śmierci brał uposażenia w wysokości (na dzisiaj) ok. 8 tys. PLN. Przeniesienia dokonano na wniosek samego zainteresowanego, drugi wniosek, bo po pierwszym KRP nie chciała go „wypuścić”. Wniosek podparty został oczywiście orzeczeniem lekarza orzecznika.

I ja się pytam: a gdzie jest zwolnienie dyscyplinarne? Za nieuzasadnione użycie broni, np. A gdzie jest degradacja? Za splamienie munduru Wojska Polskiego (honorowy żołnierz nie strzela do siebie nawet w obliczu pewnych tortur w niewoli wroga).

Działania nadzorowane przez pułkownika prokuratora uznane zostały przez dwa sądy za niezgodne z prawem, a dokładnie za „omijające prawo”. W sprawie „próby samobójstwa” (koń by się śmiał z takiej próby) grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności, śledztwo trwa.

Czy żołnierzom Wojska Polskiego nie jest wstyd, że ktoś taki jak pan pułkownik nosi mundur? I bierze pieniądze podatników za nic?

Czy rządzącym nie daje do myślenia to, z jaką łatwością każdy prokurator może sam spowodować wysłanie siebie w stan spoczynku? Możliwości przecież ma masę. I zaczyna za darmo zubażać budżet. Czy rządzącym nie wstyd, zapewniać nierobom i nieudacznikom kosmiczne dla przeciętnego zjadacza chleba wynagrodzenia za nic, przy jednoczesnym forsowaniu granicy 67?

Czy rządzący nie widzą, że to jest chore? Rażąco niesprawiedliwe?

Czy wojsko w obronie honoru i godności żołnierza polskiego, zażąda zdjęcia przez tego pana munduru?

Przecież cały ten jego cyrk i te pieniądze, są po prostu haniebne.

 

andy lighter

Aneks do „Magda, Rutkowski i służby kryminalne”

Jak już wielokrotnie przedstawiałem to w artykule, do którego jest owo cdn., Rutkowski z mojej bajki nie jest. Zdyskredytowałem jednak, za pomocą jego działań (bo one posłużyły mi jako świetne narzędzia do tej dyskredytacji) działania służb państwowych: policji, prokuratury, mediów (tu akurat niepaństwowych).

I komu tu wierzyć, w obliczu kolejnej konferencji Rutkowskiego, tym razem z bohaterami dramatu. Oczywiste jest, że chciałoby się wierzyć państwu. Ale…

Dowiadujemy się, że policjanci wykonali eksperyment i okazuje się, że matka nie mogła być w miejscach o których mówiła, logowanie komórki temu przeczy.  Parę godzin później słyszymy, że matka miała półtorej godziny na „wykonanie drogi” tam i z powrotem i mogła to zrobić spokojnie, bo czas minimalny to ok. czterdziestu paru minut. Coś się nie zgadza, nie wspólgra w dochodzeniu państwowych służb.

Prokuratura wysyła wniosek do aresztu, o złym stanie psychicznym podejrzanej i o potrzebie szczególnej uwagi, a służba więzienna (czy ja oni się tam nazywają w aresztach) umieszcza ją w celi bez monitoringu. Znów coś się nie zgadza, nie współgra w relacjach służb.

Rodzina zaprzecza słowom, zapewnieniom Komendanta Głównego Policji, jakoby funkcjonariusze chcieli być obecni w domu rodzinnym, gdzi odbywała się cała sprawa. Jestem akurat pewien, że rodzina nie kłamie, ponieważ komendant nie powiedział tego wprost, tylko wyciągnęła to od niego…, wydusiła, moja „ulubiona” Pochanke. Znów coś się nie zgadza, nie współgra.

Jasne jest dla mnie, że Rutkowski ma parcie na szkło, reklamę robi, chce „załatwić” odebranie licencji w oczach opinii publicznej. Jasne, że korzysta z plusów u rodziny Bartka, ojca Magdy i załatwia swoje sprawy, jest to obrzydliwe i godne potępienia. Absolutnie gardzę takim gwiazdorstwem. Jasne jest jednak dla mnie też, że ma rację sygnalizując „zapaść” policji, kompletnie… nie wiem czy nieuzasadnione, ale zbyt częste i zbyt jakieś… niezrozumiale roszady, przeniesienia, brak komunikacji i synchronizacji, itp., itd., w służbach państwowych pt. policja – prokuratura – pokrewne (np. służba więzienna).

Chyba nikt o rozsądnych zmysłach nie powie dzisiaj, że w tej konkretnej sprawie, Rutkowski jest „chcę być w »Pudelku«, jestem celebry tą”, a policja „Robimy wszystko ja trzeba, tylko się nie chwalimy”. Rutkowski wali prosto z mostu, mówi co ma do powiedzenia, obojętnie czy sobie to przedtem przygotował na kartce i wykuł, czy nie. Policja i prokuraturta…, mijają się, czasem zaprzeczają, czasem korzystają z podpowiedzi dziennikarzy, żeby się uwiarygodnić, czasem kłamią. Najczęściej jakiś rozmówca mówi co innego niż rozmówca z tej samej, lub współzależnej (lub współpracującej) służby dziesięć minut wcześniej – nie uzgodnili.

Rutkowski może mieć rację: nasza policja jest w zapaści. Przypadkiem tak jak wojsko (wojsko to moja własna „konfabulacja” – oczywiście). I inne służby mundurowe, które więźnia w szczególnie trudnym stanie psychicznym, jakby nigdy nic, wsadzają do zwykłej celi.

Tylko kilka „niewspółgrań” i „niezgadzań” przytoczyłem, a było ich znacznie więcej. Komu więc wierzyć: Rutkowskiemu – szui, który ma parcie na szkło, ale wali argumenty bez zająknięcia, wspierany przez rodzinę Madzi, czy służbom, którym się wszystko nie zgadza i w których każdy mówi co innego?

Oceńcie sami. Moim skromnym zdaniem coś się nie zgadza, coś nie współgra.

A już tak całkiem na marginesie: media mają pretensje do Rutkowskiego, że robi sobie show. Jestem tego samego zdania, ale…

Ten facet (z mediów przecież) za plecami matki Bartka, w ciągu kilkunastu sekund wymienił obiektyw ze zwykłego, na cztery razy większy, żeby…  dobrze, szczegółowo uchwycić profil Bartka W.

Himalaje hipokryzji, czy… to nie my, to Rutkowski.

andy lighter

Absolutna prawda

Wszyscy już, ja również, rzygają tematem „Katastrofa Smoleńska”. Miałem nadzieję, że nie poruszę już tego tematu, przynajmniej do czasu kolejnych rewelacji prokuratury. Proszę Was jednak, mimo wszystko o spróbowanie przeczytania tego tekstu, mimo przesytu tematem. Chcę bowiem spróbować, jeszcze raz zwrócić uwagę na to, nad czym wszyscy, gremialnie przechodzą do porządku dziennego. Sprowokowała mnie do tego dalsza „obróbka tematu przez media (np. „Siódmy dzień tygodnia” w Radio Zet).

Prokuratura stwierdziła, że jedynym miarodajnym dowodem dla prokuratury, w kwestii odczytów rozmów w kabinie pilotów jest ekspertyza krakowskiego Instytutu Sehna.

I wszyscy politycy, jak jeden mąż próbują przejść nad tym do porządku dziennego, a jedyne co stwierdzają to niepodważenie owej ekspertyzy, a brak sprzeczności między ekspertyzą Instytutu Sehna, a policyjnego laboratorium policyjnego. To mnie zadziwia.

W normalnej sprawie sądowej, adwokat ma niezbywalne prawo zakwestionowania dowodu przedstawionego przez prokuraturę. Chociażby przez przeciwstawienie temu dowodowi innego dowodu. W przypadku „Smoleńska”, adwokata nie ma(!!!) Nikt nie ma odwagi „podważyć” ekspertyzy krakowskiej. Oczywistym jest więc, że to woda na młyn śledczego Macierewicza. Jestem ogromnie ciekawy, jakim prawem (pewnie takie prawo ma, choć tego nie pojmuję) prokuratura „z urzędu” odrzuca ekspertyzę policyjną. W ekspertyzie komisji Millera „uczestniczyli” ludzie, którzy doskonale znali gen. Błasika, zwierzchnika sił zbrojnych i znali jego głos jak zna się głos kolegi z pracy, kierownika, przełożonego. Eksperci z „Sehna” mieli do pomocy parę nagrań z głosami potencjalnych „mówiących”. Czyja więc ocena jest bardziej… wiarygodna? Dla mnie odpowiedź jest oczywista.

Zwolennicy ekspertyzy Instytutu Sehna, czyli wszyscy politycy (przynajmniej oficjalnie) i dziennikarze, podpierają się argumentem dłuższego czasu, jakim dysponował Instytut Sehna. Dla mnie jednak ten argument jest wręcz kontrargumentem. Na zasadzie: „Im dłużej kombinujesz, tym pewniej przekombinujesz”. Kolejnym argumentem na „lepszość” ekspertyzy krakowskiej jest fakt, że nikt nie chce przyznać się do rozpoznania głosu generała. Nikt jednak nie chce zauważyć, że członkowie komisji nie są „samobójcami” i nie chcą się wychylać. Najpewniej przecież nic by to nie zmieniło w kwestii jedynego słusznego dowodu prokuratury, a ów nieszczęśnik nie miałby życia, nagabywany, pytany i męczony przez media i kaczyńskich (jak się okazuje nie tylko kaczyńskich, ale wszystkich) polityków.

Prokuratura, która bierze jeden dowód i odrzuca inny „bo ich jest prawdziwszy”, nie może budzić mojego zaufania. Tym bardziej, że rozbieżności między dwoma polskimi ekspertyzami są znaczące. Na korzyść ekspertyzy komisji Millera, która jest „bogatsza”, pełniejsza, a Instytut Sehna nie tylko nie odczytał tego, co odczytali policjanci, ale w tych miejscach, w których policjanci „coś” usłyszeli, krakowianie nie usłyszeli żadnych dźwięków, nawet niezidentyfikowanych. Czyżby policjantom te słowa „dźwięki” się śniły?

Zgadzam się po części z Markiem Siwcem, który w Radio Zet, u Moniki Olejnik powiedział, że „(…) Prokratura sieje zamęt, Anie zaprowadza porządek”. Dlaczego tylko w części się z nim zgadzam? Dlatego, że podobnie jak wszyscy inni, nie ma odwagi zakwestionować ekspertyzy prokuratorskie.

Prokuratura prowadzi śledztwo pod Kaczyńskiego i pod rodziny smoleńskie. To jest dla mnie jasne, więc Jane jest też, że obiektywna prawda, nie ujrzy światła dziennego. Już mi się nawet nie chce o trzynastu ciałach w sektorze pierwszym, w tym Błasika (czyli w okolicach kokpitu), bo to też wina Tuska i Putina, że o Komoruskim nie wspomnę.   

andy lighter

Trzecie czytanie

… stenogramów oczywiście, czyli „Nic nie widać”.

Przebrnęliśmy więc, przez stenogramy z kabiny pilotów prezydenckiej tutki, która rozbiła się pod Smoleńskiem, po raz trzeci (były w sumie cztery stenogramy, ale czytania zdaje się trzy i na tym poprzestańmy, póki co). Pierwszy raz czytaliśmy je z MAK-iem, drugi raz z komisją Millera, a teraz z prokuraturą wojskową.

I wszystkie trzy czytania, różnią się od siebie. Nie byłoby w tym nic aż takiego niezwykłego, gdyby nie jeden mały szczegół: oto, właśnie to „trzecie czytanie”, sporządzone przez Instytut Ekspertyz Sądowych Sehna w Krakowie, i tylko ono, będzie miało dla prokuratury wartość dowodową. Tymczasem te stenogramy, od dwóch poprzednich znacząco się różnią. Ponieważ znacząco się różnią… mam do tego akurat trzeciego czytania… najmniejsze zaufanie.

Dlaczego? Powody są, co najmniej dwa, a może i nawet trzy.

Po pierwsze.

W stenogramach Instytutu Sehna, w cudowny sposób wyparowało całe zdanie: „Nic nie widać” (nasunęła mi się analogia w pojawieniu się w trzecim czytaniu „… lub czasopisma” – a więc to nie pierwszy w Polsce przypadek pojawiania się i znikania zdań). I nie tylko, że to zdanie wyparowało, to jeszcze nie ma w tym miejscu żadnego „niezidentyfikowanego odgłosu”, których to odgłosów pełno jest w tym czytaniu. Nic, tylko „Pull up” i ani oddechu. To oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że specjalistom z laboratorium policyjnego, o ile dobrze pamiętam, które przeprowadzało ekspertyzy dla komisji Millera, to zdanie się po prostu przyśniło. Gdyby się nie przyśniło, tylko błędnie to zdanie odczytali, byłoby tam, co innego. Jakieś niezrozumiałe słowo/słowa, jaki8ś „niezidentyfikowany dźwięk”, cokolwiek. A tu nic – oprócz „Pul lup” cisza, jak makiem zasiał. To mi nie gra!!!!!!!!!!! Nie wierzę, żeby ktoś wsadził sobie z powietrza w nagranie, jakieś nieistniejące zdanie, lub nieistniejące odgłosy.

Dziennikarze porównali stenogramy Komisji Millera i prokuratury. Jedno zdanie wyparowało.

I chociażby z powodu tak zasadniczych rozbieżności, prokuratura, moim zdaniem, nie może powiedzieć: „Ten dowód bierzemy, tamten wyrzucamy do kosza” (a tak, w uproszczeniu, to zostało powiedziane). Musi być skonfrontowanie tych dwóch odczytów i wyjaśnienie różnicy – braku jednego zdania, np. kolejna ekspertyza. W przeciwnym wypadku, wiele miesięcy pracy krakowskiego instytutu, można z czystym sumieniem uznać za gigantyczną fuszerę.

Po drugie.

Instytut Sehna, odczytywanie wysokości przypisał drugiemu pilotowi. Nie chce mi się wierzyć, aby laboratorium policyjne nie rozpoznało głowu drugiego pilota, który przez całe ponad pół godziny nagrania gada jak najęty. Można się było aż nadto nasłuchać głosu drugiego pilota i nie do wiary jest, moim zdaniem, aby dwa słowa (wysokości), specjaliści przypisali innej osobie niż drugi pilot, nawet jeśli mówiłby je „zmienionym głosem”, ponieważ paleta barw głosu drugiego pilota w całym nagraniu jest zapewne bardzo obszerna. Oczywiście nie musi to znaczyć, że głos ten należał d gen. Błasika, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że należał do „drugiego”.

Po trzecie.

Przypominam sobie krzyk o kasę Instytutu Sehna w trakcie prac nad taśmami. Nastapił swojego rodzaju szantaż: musimy dostać pieniądze, bo inaczej prace nad taśmami staną. I bynajmniej, z tego co pamiętam, nie była to kasa na lepsz, czulszy, nowszy sprzęt, tylko na funkcjonowanie Instytutu. Ciekawe, czy, gdyby nie taśmy Tupolewa, Instytutowi groził paraliż egzystencjalny. Bo z tego co wiem (a wiem), krople do uszu milionów nie kosztują. Ale może się mylę, może rzeczywiście kupiono nowy sprzęt – nic o tym nie „słyszałem”. Ten fakt już wtedy podważył moje zaufanie do krakowskiej placówki. Przy okazji swoich „pięciu minut”, postanowili załatwić własny interes. Jest to w moim odczuciu postępowanie wielce nieetyczne, dlaczego miałbym wierzyć w rzetelną robotę?

Po czwarte.

Zostawiam już Instytut i wracam do prokuratury.  Prokuratura, podobnie zresztą jak komisja Millera, moim zdaniem robi wszystko, aby „wilk był syty i owca cała”. Dotyczy to rzecz jasna strony polskiej i chodzi o to, aby nie wskazać winnych ani po stronie rządowej, ani przede wszystkim, po stronie kancelarii prezydenta, nie wspominając już o obecnych na pokładzie.

Komisja Millera jednak delikatnie, ale wskazywała na błędy pilotów, możliwy (ale tylko możliwy – prawdopodobny) nacisk gen. Błasika na załogę, itp. Prokuratura „jedzie po całości”, nie zostawia złudzeń, że prezydent i „cały samolot” byli święci.

Na marginesie: zadziwiają mnie domysły śledczego Macierewicza. Gdyby 10. Kwietnie 2010. Pobiegł, poszedł, lub pojechał taksówką na lotnisko Smoleńsk Siewiernyj, razem z uprawnionym Jackiem Sasinem, wiceszefem kancelarii Lecha Kaczyńskiego, miałby wszystko jak na dłoni. Obydwaj nigdy, tak naprawdę nie wytłumaczyli się ze swojej bezczynności.

Po piąte.

Redaktor Gmyz dotarł do informacji z prokuratury kilka dni wcześniej, przed opublikowaniem stenogramów Instytutu Sehna. Wiadomo, że przecieki to specjalność naszych prokuratur, zarówno wojskowej, jak i cywilnej. I pies z kulawą nogą nie pochylił się, póki co, nad tym przeciekiem. I…, jak znam życie, nie pochyli się. I to znów jest powód mojego zaufania do prokuratury w tej sprawie. Nie wiem, czy nie mijam się z prawdą, ale nie przypominam siobie aby tak zasadnicze informacje wyciekały z komisji Millera.

Nie podobają mi się „wszystkie trzy czytania”. Jednak największy brak zaufania mam wobec tego ostatniego niestety. Tego, które ma być materiałem dowodowym!

 

_____

Ostatnia sprawa dotyczy mojej oceny wczorajszej części konferencji prokuratorów, zadawania pytań przez dziennikarzy. Zadawali się (chyba) wyłącznie dziennikarze „polscy” (prawdziwie rzecz jasna, a nie polskojęzyczni) i polskojęzyczni, choć coraz bardziej prawdziwie polscy z TVN24. Wielokrotnie ci pierwsi, zadając pytania robili wstawki typu: „skoro wiadomo, że gen. Błasika w kokpicie nie było…”, „skoro w raporcie Anodiny znajdują się oczywiste kłamstwa w sprawie Błasika…”, itp., żaden z prokuratorów nie zająknął się słowem, nie zareagował na oczywiste dziennikarskie nadużycia. A szanujący prokurator, wg mnie, powinien zareagować natychmiast.  Dopiero w ostatnim pytaniu któryś z TVN24 zapytał, czy na pewno Błasika nie było w kokpicie. Dopiero wtedy, niemal w ostatnim słowie, prokurator Ireneusz Szeląg, niejako przyciśnięty do ściany, stwierdził, że „nie ma dowodu, że generał był w kokpicie, ale też nie ma dowodu, że go tam nie było”. Z raportu Millera wynika, ze bardzo prawdopodobne jest, ze tam był, ale o to mniejsza. Nie można na tej podstawie twierdzić, ze był, ale nie można kategorycznie zarzucać kłamstwa tym, którzy przypuszczają, że mógł tam być.

andy lighter