Recesja idzie

Idzie na gorsze i coraz więcej ludzi jest niezadowolonych z takiego stanu rzeczy. Nie ma się czemu dziwić. Ekonomiści wieszczą pogłębianie się kryzysu, recesję gospodarczą, wzrost bezrobocia i o czasach zielonej wyspy można, a nawet trzeba zapomnieć. Jednak zadziwiające jest to, że powiększająca się część społeczeństwa uważa, że zmiana władzy, poprzez odsunięcie od niej Platformy Obywatelskiej uzdrowi sytuację w naszym kraju.

Platforma Obywatelska popełniła (i popełnia nadal) wiele błędów. Głównym i niewybaczalnym z nich jest, moim zdaniem, zwiększenie liczby urzedników w administracji rządowej i samorządowej. Jednak przypisywanie winy za kryzys i za to, co nas czeka, głównie przez przerost administracji jest przesadzone. Choć wpływ ma, a i nie podoba się, całkiem słusznie, Polakom tracącym pracę.

Jednak wiara ludzi w to, że dojście do władzy innej partii uzdrowi nasz kraj, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. PiS i SLD prześcigają się w wysuwaniu populistycznych haseł, działających jak słodki miód na zgorzkniałe nastroje coraz większej części obywateli. PSL, będące zresztą głównym beneficjentem urzędniczego zmolochizowania samorządów w terenie, jak zwykle jest za, a nawet przeciw przyglądając się i przygotowując do uczestnictwa w przyszłej, jakiejkolwiek koalicji rządowej.

Oczywistym jest, że żaden rząd nie tylko nie zlikwiduje kryzysu, ale i nie polepszy bytu niezadowolonego społeczeństwa. Recesja jest przecież zjawiskiem globalnym i w wyniku powiązania gospodarczego Polski z gospodarkami innych krajów, np. Niemiec, bez poprawy sytuacji w tym kraju, o poprawie u nas nie ma co marzyć. Jedyne, co mogą w przyszłości robić przyszłe rządy dzisiejszych opozycyjnych partii, to zwalać winę za swoje pewne niedotrzymywanie dzisiejszych obietnic na „były rząd” Donalda Tuska i Platformy. I choć będzie to nieuczciwe, ci dzisiaj niezadowoleni to kupią. Co by nie mówić, PiS ma o wiele większą siłę przekonywania swoich zwolenników do swoich racji i argumentów, niż PO swoich.

Premier Tusk ma na przełomie września i października przedstawić „nowe otwarcie” rządu. Cóż to może oznaczać, jeśli nie m.in. dalsze cięcia w budżecie i jeszcze ciaśniejsze zaciskanie pasa? A to się Polakom nie spodoba. Całkiem możliwy jest więc scenariusz kreślony przez posła Palikota o wcześniejszych wyborach. Społeczeństwo może to wymusić, nie można tego wykluczyć.

fot. Ł. Szczepański /REPORTER

I co dalej? Ostatnio Polacy reagują z powodów egzystencjalnych, ale będą działać (wybierać) na populistyczne hasła podparte ideologią. Pewnego rodzaju paradoks, który nie wróży nic dobrego. Znaleźliśmy się w swoistym pacie. Obecna władza się wyczerpała, działacze partyjni wikłają się w niejasne układy biznesowo-towarzyskie, a zmiana władzy nic nam nie da, może nawet być gorzej nie tylko z powodu kryzysu, ale i z powodu braku wykwalifikowanej kadry fachowców po tamtej stronie sceny politycznej.

Sondaże falują jak sinusoida, ale jakby nie patrzeć, lepie nie będzie, bo nie może być. Jednak jaki powód, „usprawiedliwienie” wybrać sobie dla przyszłego zła: władzę, która wchodzi w „kłopotliwe” interesy z dziwnymi ludźmi, i coraz bardziej traci kontrolę nad tym co się dzieje, czyli tą dzisiejszą, czy też kompletne dyletanctwo przyszłej, nowej władzy? To jest (będzie) dylemat.

Pożyjemy, zobaczymy. Tak, czy inaczej, lekko nie będzie.

andy lighter