PiS-owskie aksjomaty

„Gdyby odbyła się debata Gilowska – Rostowski, to pani profesor, by pana ministra rozjechała”. To ostatni z całej masy pewników, którymi przez ostatnie cztery lata, nie inaczej w obecnej kampanii PiS z prezesem Kaczyńskim na czele , raczy polskie społeczeństwo.

„Większość posłów PSL poparło legalizację miękkich narkotyków”, to co prawda niewielka pomyłka, bo prezes miał na myśli to, że ustawa ta może stanowić otwartą drogę do legalizacji miękkich narkotyków. Nie inaczej było jeszcze nie tak dawno ze służą zdrowia. Słowa o prywatyzowaniu służby zdrowia przez PO zostały zastąpione „komercjalizacją, która może być w istocie otwartą drogą do prywatyzacji szpitali”. „Legalizacja związków homoseksualnych to prosta droga do adopcji dzieci przez homoseksualistów”.

To co „może stanowić”, może się stać”, „może mieć miejsce” to w istocie dla prezesa Kaczyńskiego pewnik, że tak właśnie się stanie. I tym karmi, a w praktyce straszy, zupełnie zmanipulowane tymi aksjomatami społeczeństwo. Ciągle też powraca, powtarzane jak mantra „Gdyby rządził PiS, to…”, oznaczające ni mniej ni więcej, tylko: „Polacy byliby bogaci i szczęśliwi, a Polska byłaby silnym, mlekiem  miodem płynącym krajem”.

To dość prymitywna, ale i skuteczna socjotechnika. Przypomina mi do złudzenia „The Trouth Seeker”, czyli „Ruch Poszukiwaczy Prawdy”, którzy gdziekolwiek nie zaglądną, czymkolwiek się nie zainteresują, wszędzie widzą spisek, układ, chęć zniszczenia społeczeństw a nawet ludzkości, itp. Szczególnie ten ruch rozwinął się w Internecie w krajach zachodnich, choć i w Polsce zwolenników tego trendu nie brakuje. A jaką zdobywa sobie popularność, wystarczy zerknąć na blog „kefir2010” i jego rankingi. Oszołomstwo i zagrożenia dla świata jakie z niego wyzierają, mogą naprawdę zjeżyć włos na głowie niespecjalnie interesującemu się poszczególnymi zagadnieniami zjadaczowi chleba. Prezes Kaczyński wydaje się posługiwać podobnym schematem: wystraszyć i zapewniać, że tylko on zna (pozna) całą prawdę i że tylko on „uratuje świat”, tylko jemu na tym zależy. Oczywiście tak jak w przypadku Ruchu i ruchopodobnych internautów, większość z tych prawd okazuje się kretyńskimi „strachami, mającymi wielkie oczy”, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tu i teraz – efekt bieżący, czyli… głosy wyborców, poparcie.

Fragment z bloga "kefir2010". Aż strach się bać.

_____

Nie oglądałem debaty o gospodarce w TVP, ale czytałem opinie. Komentatorzy – ekonomiści są przerażeni „morzem” populizmu jakimi obsypują wyborców przedstawiciele kandydujących partii, głównie opozycyjnych. Nie mają oni żadnych hamulców w przerzucaniu się obietnicami nie do spełnienia.

Myślę, że zbyt mało uwagi społeczeństwo – wyborcy, poświęcają na rozliczenia polityków ze składanych obietnic, których niedotrzymanie (z przyczyn obiektywnych rzecz jasna) niczym nie skutkuje. Nie ma więc sposobu, aby chociaż „przymknąć nieco jadaczkę” jednego, czy drugiego oszołoma.

_____

Podczas konferencji prasowej prezesa Jarosława Kaczyńskiego w otoczeniu dzieci, moderujący ją poseł Hofman bardzo starał się, aby pytania zadawane prezesowi były „poprawne”. Bardzo się zżymał, kiedy dziennikarze prosili prezesa o odniesienie się do oskarżeń PSL-u pod swoim adresem, albo o odniesienie się do oświadczenia prof. Gilowskiej.

Zresztą, PiS nie ma z tym najmniejszego problemu. W sprawie Gilowskiej prezes „myślał o debacie akademickiej”, a w sprawie PSL-u, ucina sprawę tak, jak opisałem na początku: „W istocie ta ustawa może prowadzić do legalizacji…”. A poza tym „(…) do sądu idzie się wtedy, kiedy padają słowa obraźliwe np., a nie z jakiegoś błahego powodu”. Kłamstwo, wierutne zresztą, to według prezesa błahy powód, powód zupełnie bez znaczenia. Jakoś kompletnie mnie to nie dziwi. Człowiek, który z kłamstwa uczynił swój atut wyborczy, musi uważać kłamstwo za nieistotny (dla przeciwnika oczywiście) szczegół.

To samo trochę wcześniej stwierdził zresztą poseł Błaszczak, zarzucając Ludowcom, chęć prowadzenia kampanii, wzorem PO, na sali sądowej

Panowie, a może po prostu wystarczy przestać kłamać? Nikomu wówczas do głowy nie przyjdzie jakaś sala sądowa.

andy lighter