Obrażalski

Prezes (były) Pawlak obraził się na amen. Na Kongres partii chłopskiej, na delegatów, na Piechocińskiego. Bezczelni! Wicepremier, od gospodarki, tyle dobrego zrobił, a tu taka niewdzięczność! W najczarniejszych snach się tego nie spodziewał. Walcie się niewdzięcznicy!

To jest dowód na to, jak bardzo małostkowi są nasi politycy. Jak bardzo własny stołek jest ważniejszy od dobra wyższego.

Z tego co zrozumiałem, Piechociński nie chce zmieniać polskiej polityki. Linii, którą idzie koalicja Po – PSL. Chce zmieniać partię, jej wnętrze, standardy, oblicze. Natomiast politykę, szczególnie gospodarczą, uznaje za dobrą. Renegocjacja umowy koalicyjnej ma zapewne służyć umocnieniu PSL-u, a jeśli się nie powiedzie, to rola tej partii na pewno nie będzie słabsza niż obecnie.

Dlatego nie dziwi mnie dążenie Piechocińskiego, aby pozostawić obecne status quo. Czyli pozostawienie obecnego stanu posiadania w rządzie – również pod względem personalnym. Co by nie mówić, przedstawiciele ludowców mają niemały wpływ na decyzje premiera Tuska. Najlepszy dowód, to postawienie na swoim zmian w reformie emerytalnej i potężny wpływ Kosiniaka-Kamysza na kształt reform prorodzinnych.

Lider partii powinien znaleźć się w rządzie, to jasne. Tylko, że w tym momencie to mogłoby nieść za sobą negatywne skutki. I Piechociński zdaje się to doskonale rozumieć. Sądzę, ze nie ma zamiaru uchylać się odpowiedzialności, ale na miły bóg, nie teraz, kiedy „jedziemy przez ostre zakręty” negocjacyjne. Zresztą, dezercja Pawlaka w tym momencie nie jest niczym inny, jak umyciem rąk. Powiedzenie: „Nie mam nic wspólnego z wynikami negocjacji – kongres wyznaczył kogoś innego!” to ucieczka. Kiedy negocjacje budżetowe Unii są wpół drogi, nie powinno się niczego zmieniać, tym bardziej, że Pawlak jest skutecznym politykiem. Jeśli on nie zdoła postawić na swoim, Bo Brytyjczycy…, to nikt nie potrafi.

Ale Pawlak ma to gdzieś. Obrazili go. Świnie! Niewdzięcznicy! „Kongres postanowił, więc kongres oczekuje, żeby nowy lider wziął na siebie odpowiedzialność”. Postanowił, to prwada, ale postanowił w partii, a nie w państwie. Jak bardzo przypomina się tutaj przedrozbiorowa Rzeczpospolita. Rzeczpospolita? Mam gdzieś Rzeczpospolitą, jeśli na tym stracę (a raczej, nie zyskam)!”.

Wstyd mi za Pawlaka, bo pokazał swoje prawdziwe oblicze: własne ambicje ponad wszystko. A Polska, to tylko taki… dodatek, do tych ambicji.

andy lighter

Ministra, dach narodowy i… burdele

Zawsze mam/miałem mieszane uczucia jak chodzi o „odpowiedzialność polityczną”. Odpowiedzialność polityczna, szczególnie ta, która jest wynikiem niekompetentnych podwładnych, albo co gorsza, zadośćuczynienia opinii publicznej, jest zwyczajnie nieuczciwa. Zawsze może się (kiedyś) zdarzyć sytuacja, kiedy to jakiś magister, albo technik na stanowisku, po usłyszeniu reprymendy od przełożonego ministra, pomyśli sobie: „O, ty bydlaku! Chcesz mnie ukarać? To utoniesz przede mną, bo jesteś odpowiedzialny politycznie”.

Nie wiadomo co się stanie z minister Muchą, bo oddała się do dyspozycji, co oznacza tyle samo co dymisję, premierowi. Popełniła Grześ śmiertelny – nie wcisnęła guzika zamykającego dach nad Narodowym.  Nikt jednak nie zwraca uwagi nad dwoma małymi szczegółami: po pierwsze, odpowiedzialności komisarza UEFA, a po drugie, wszechobecne wycieranie sobie gęby przekonaniem o przewinie NCS-u i Muchy, złą murawą. O dachu praktycznie się przestało mówić, kiedy wyszła kwestia niedostatecznego drenażu murawy.

Niedostateczny drenaż murawy grzechem jest, i nie ma co do tego wątpliwości. Ale… Wiadomo od samego początku poczęcia Stadionu Narodowego, że trudno będzie mu się zbilansować, czyli wyjść na swoje. Jest jednak pewien niewielki, ale zawsze, wytrych – dach. Trawa nie była „the best”, ale też nie był to asfalt goły. Mecz z RPA udowodnił, pomimo „cichych” narzekań, Ze da się na niej grać. Z powodów czysto ekonomicznych, nietrudno wyobrazić sobie taką rozmowę szefów NCS:

„Słuchajcie, cienko przędziemy, musimy oszczędzać, bo rząd tnie wydatki, a szkoda żeby od nowego popadał w ruinę. Trawa nie jest pierwszego sortu, ale przecież, w razie czego jest dach(!), który jakby ostro lalo, się… zamknie”. To oczywiście naganne, ale „wytłumaczalne”.

Tymczasem przyjechał sobie na mecz (o rany, co ja plotę – na wyżerkę, wypitkę i krajoznawczą wyprawę do innego kraju komisarz FIFA. Żaden problem: ubierze korki, przespaceruje się po boisku, poje, popije, pobaluje w jakichś Szeratonach, albo Victoriach, podpisze protokół i w Szwajcarii zgarnie delegację. Bo przecież tak to się dzieje! On nie przyjechał do pracy, on przyjechał złożyć podpis pod protokołem, będącym jednocześnie listą płac FIFA-y. Gdyby przyjechał do pracy, musiał by wiedzieć gdzie jedzie, na jaki stadion, jakie są na nim procedury poszczególnych działań, itd., itp. Jestem pewien o totalnej ignorancji FIFA’owego figuranta, zresztą będącej schematem działania i UEFA i FIFA, czyli „wy organizujecie, my kasujemy i dyktujemy warunki organizacji”. Otóż ów komisarz napisał jakieś tam pismo, czy protokół pomeczowy, na którego podstawie FIFA stwierdziła, że nic się nie stało, bo jakieś tam niesprzyjające okoliczności… FIFA musiała tak napisać, bo gdyby nie napisała, musiała by wyrzucić tego Słoweńca na zbity pysk i zabrać mu nie tylko funkcję, ale i wypłatę, zwrot kosztów itd. To on przecież zignorował sygnały szefostwa NCS-u o obfitych opadach. To on nie zapoznał się z jakim stadionem ma do czynienie, jakie są procedury, itp. Zachował się jak kompletny palant wysłany do Warszawy z łapanki. Pewnie z łapanki nie był, ale komu by tam się chciało czytać jakieś… pierdoły. Przecież wtedy (w poniedziałek) – była fajna pogoda.

Ktoś być może da głowę za durnia z UEFA, o rany, jakżesz to to monstrum jest podobne do PZPN, w każdym szczególe, ale przecież nikt nie powie o tym otwarcie (oprócz Tomaszewskiego), bo przecież nie wypada. Na UEF? A w dodatku na brata Słoweńca? Lepiej u nas zrobić rewolucję.

Od prawie samego początku dostrzegłem, że pani Joanna Mucha nie ogarnie swojego resort. Zgadzam się ze zdaniem pewnego dziennikarza „Piłki Nożnej”, że pani minister „nie czuje sportu” (niegdysiejsze uprawianie karate nie świadczy o „czuciu sportu”). A w tym przypadku, jej wykształcenie menedżerskie i niewątpliwa inteligencja nie są argumentami dopuszczającymi ją do dania sobie radę w tej materii. To trochę tak, jakby ktoś był menedżerem technologii żywienia, a ponieważ jest menedżerem, zostałby powołany na stanowisko szefa agencji atomistyki i jakiejś tam energii atomowej. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, ze jej kontakt ze sportem był podobny do mojego kontaktu z moim parafialnym kościołem – raz do roku, albo dwa jeśli jakiś kolega zmarł i chciałem iśc na pogrzeb.

Dawno więc powinna przestać być ministrą sportu, ale wywalanie jej (a nawet szefa NSC) ze stanowiska z powodu basenu narodowego, uważam za uwłaczające jej godności: owszem, nie jest superministrem, ale w tym akurat przypadku jej niekompetencja  co do dachu, ma się tak, jak pieść do nosa.

Słyszałem dziś takie niesamowite informacje, że o mało co mnie nie powaliło. W obliczu toczącej się od początku istnienie Stadionu Narodowego sprawy braku sponsoringu, sprawiającego samowystarczalność, a nawet rentowność tego obiektu, dziennikarz przytoczył przykłady z innych krajów. Przykłady rentowności, żeby było jasne. I o to w Grecji np., pogrążonej przecież w niewyobrażalnym kryzysie, wielkie stadiony piłkarskie i czołowe drużyny w tym kraju radzą sobie wyśmienicie. Mają bowiem znakomitych sponsorów, dzięki czemu i stadiony i drużyny mają się nieźle. Najlepszymi sponsorami greckiego futbolu okazują się… burdele. Wykupiły na własność nazwy stadionów, drużyny ubrały w burdelowe (różowe np.) stroje, kasują niektóre ważne wejścia na stadiony i wszyscy są zadowoleni. Jedna z drużyn poszła na jeszcze bardziej pewniejszy interes – ich głównym sponsorem jest… zakład pogrzebowy(!) Nie wiem niestety, jakie mają koszulki, ale nie zdziwiłbym się, gdyby ich nazwiska były napisane, skomponowane w klepsydry.

I niby „business is business”, ale zastanawiam się, gdzie zaczyna się, albo kończy, sam już nie wiem, granica dobrego smaku. I jakiegoś tam zdrowego rozsądku.

andy lighter

Ostatni dzwonek

Jeśli chcemy, żeby Jarosław Kaczyński opuścił polską scenę polityczną, jeśli chcemy, żeby odszedł w niesławie, znienawidzony i na zawsze, teraz jest ostatni moment.

Jest ostatni moment, żeby… Donald Tusk oddał władzę, na rzecz Kaczyńskiego i PiS-u. Bredzę? Nie, nie bredzę, spróbuję Wam wyłuszczyć mój pogląd.

Kiedy w 2001. roku Miller obejmował władzę stojąc na czele SLD, Polska była w stanie zapaści. Z całkiem nieźle prosperującego kraju, na skutek schładzania rozpędzonej gospodarki, rozpędzonej, ale ograniczane przecież przez kosztowne słynne cztery reformy, Leszek Balcerowicz „zamroził” ją z chłodniczego rozpędu do stanu stagnacji. Miller, a potem Belka, wspólnie z Kołodką i Hausnerem, sprzeniewierzając się swojej własnej, lewicowej (socjalnej) ideologii, wyciągnęli ten kraj z zapaści. I rozhulali znów świetnie rozwijającą się gospodarkę Przypłacili to niestety sromotną klęską w następnych wyborach i Kaczyński otrzymał w prezencie państwo w największym po 89. roku rozkwicie. Dziś Miller Dziś SLD jest tylko „ozdobnikiem” naszego parlamentu i z pewnością tak zostanie jeszcze długo.

Obecnie może być, niestety, podobnie. Platforma Obywatelska wykrwawi się broniąc kraju przed skutkami kryzysu, podczas gdy Kaczyński i PiS tworzą radosną twórczość i głoszą jej populistyczne owoce na prawo i lewo bez żadnego skrępowania. Bardzo prawdopodobne jest to, że rządy Donalda Tuska skończą się wraz z końcem kryzysu. A wtedy, nawet gdyby nic nie robić, musi być tylko lepiej. Nic nie robić, szczególnie w sferze gospodarczej jest specjalnością Kaczyńskiego. Jednak podobnie jak w 2005., może się okazać, że rozkoszuje się owcami z nie przez siebie zagospodarowanego i przygotowanego do owocobrania, sadu. Już raz tak przecież było. Pożytkował owoce zasadzone przez Millera i Bekę! A i tak nie umiał tego wykorzystać i musiał oddać władzę, lecz tym razem może być ostrożniejszy.

Jest prosty sposób na pozbycie się Kaczyńskiego na długie lata: oddanie mu władzy już, teraz! To jest ostatni moment, w który jeszcze mógłby się na niej „przejechać”. Kiedy oczywiste jest, że zadławi się swoimi własnymi obietnicami wyborczymi. Kiedy stanie przed uwielbiającym go tłumem, jako „nicniemogę Kaczyński”. Bo jeszcze trwa kryzys. Kryzys, który, niestety dla Tuska, stety dla Kaczyńskiego, ma bliżej do końca niż dalej. Oczywiście pisząc „niestety dla Tuska” nie ma na myśli tego, że kryzys jest mu na rękę. Przeciwnie, jako opozycji jest na rękę Kaczyńskiemu, idzie mi o to, że niestety Tusk może oddać władzę z prezentem w postaci obwieszczenia: „koniec kryzysu”.

Wówczas nie tylko nie pozbędziemy się Kaczyńskiego, ale może on się zasiedzieć w rządowych ławach na lata. Kraj będzie rozwijał się wolniej, bo Europa i Świat Kaczyńskiemu już nie ufa, ale będzie się rozwijał. A tabloidowemu społeczeństwu (nie cierpię Miecugowa i się z nim nie zgadzam, ale ziarnko prawdy jest w tym, co mówi) to wystarczy. Nie wierzycie? Zobaczcie co się dzieje w Warszawie.

Że co? Że Kaczyński do władzy nie wróci, i szkoda Polski? A jak wróci? Kryzys robi swoje, w ludzkich głowach też. Wolę stracić jeszcze parę lat (przyzwyczailiśmy się), niż później żałować o wiele dłużej.

Jest jeszcze – ale już się kończy – szansa na to, aby taki sam, albo większy tłum, przybył do Warszawy aby Kaczyńskiego… wygwizdać i przegonić. Za parę lat.

Wiem, wiem, byłaby na to szansa, ale nie tylko Kaczyńscy, wszyscy polscy politycy kochają władzę ponad wszystko.

andy lighter

Zaświećcie wreszcie światło

Nie, nie o elektryczność mi chodzi, ale o deptanie w miejscu wszystkich „wiedzących” o potrzebie wprowadzenia reformy emerytalnej” i kompletnej nieumiejętności odpowiedzenia na najprostsze pytania. Boże drogi, jak ja żałuję, że nie jestem Romskeyem, innym blogerem, który ostatnio pochwalił się, że został przeczytany przez jakąś ważną personę (mam nadzieję, że wybaczy mi, że nie pamiętam, ale czytam wiele blogów), że o Azraelu nie wspomnę. Oni (politycy) błądzą w ciemności, chociaż „wiedzą, że „tu” jest światło”.

Do wściekłości doprowadzają mnie pytania podstarzałych pań, które z wyrzutem zadają pytania premierowi (i wszystkim, którzy mogą coś zmienić), jak one mogą pracować o siedem lat dłużej tak ciężko tyrając. Rozumiem trochę te kobiety, ale bynajmniej nie dlatego, że mają rację, ale dlatego, że częściowo mają klapki na oczach (a przede wszystkim uszach), bo nie słysza spraw oczywistych (o coraz lepszej, dłuzszej kondycji zdrowotnej), ale dlatego, ze nikt nie wytłumaczy im rzeczy podstawowych. Przy tym najprostszych. Jestem pewien, ze panie by to „złapały”. Trudno jest, a znam to doskonale z własnego doświadczenia, zrozumieć coś, co ktoś tłumaczy „niewytłumaczalnie”, chociaż ma szczere intencje.

Ale do białej gorączki doprowadzają mnie pytania dziennikarzy, skierowane do „fachowców”, a właściwie powinienem napisać, do fachowców (bo przecież nimi są), o te najprostsze sprawy. Dlaczego? Dlatego, że i jedni i drudzy sprawiają wrażenie chodzenia we mgle, chociaż i jedni i drudzy chcą dojść w to samo miejsce. Mam rację, bo od kilu programów widzę panią Pochankę wznoszącą oczy i mówiącą: „…I tak sobie pomyślałam”, albo „I tak myślałam o tym i doszłam do wmniosku…”. Od razu wtedy wiem (tym bardziej, kiedy usłyszę co ci dziennikarze sobie wymyślają), że oni nie mają bladego pojęcia. Błądzą, jak te biedne niedoinformowane, albo indoktrynowane przez opozycję kobiety. Tyle, ze od dziennikarzy powinno wymagać się więcej.

Podstawowe pytanie i przestraszonych kobiet i dziennikarzy brzmi: „Jak te biedne, pięćdziesięcioletnie kobiety zgięte w pałąk od ciężkiej pracy, mają wytrzymać w pracy do 67. roku życia?”. Najbardziej durne pytanie jakie można zadać, ale nie ma co się dziwić, skoro odpowiedź jest… równie durna – chodzi mi o to, że kompletnie nieprecyzyjna, nietrafiona i w zasadzie nie na temat.

Przykład? Balcerowicz, na tak zadane pytanie odpowiada, że trzeba być przygotowanym do zmiany zawodów, że w Europie tak jest…, itp. bzdury. Boże! Zmieniać zawód to może menadżer z budowy stadionu na menadżera budowy dróg, albo emerytowany oficer wojskowy na szefa ochrony. Nie trzeba zmieniać zawodów, bo ZAWODY SIĘ ZMIENIAJĄ!

Ile trzeba było sprzątaczek, żeby umyły 20 okien w budynku na 1. maja, 20 lat temu? W jeden dzień rzecz jasna, bo zawsze jest na ostatnią chwilę. Załóżmy, że 10. Trzeba było 10 wiaderek, 10 płynów do mycia okien, kilkadziesiąt szmatek, na mokro, na płyn, na sucho i jeszcze kupa gazet, bo po gazetach najlepiej błyszczały. A 10 pań po robocie niekoniecznie wiedziały jak się nazywają, ze zmęczenia.

A ile trzeba było pań, do tych samych okien na 3. maja 10 lat temu? Myślę, że pięc wystarczyło, o połowę szmatek mniej, wiaderek też, o gazetach już nikt nie pamiętał. A dzisiaj? Dwie panie, i dwa wiaderka spokojnie wystarczą. Żaednej szmatki tylko dwie „myjki” i dobry pryskacz. Jest oczywiste, że panie od okien spokojnie znajdą czas jeszcze na kawę i papieroska.  Że co? Że nie wszędzie? Ale czy to, ze przedsiębiorca jest sknerą, ma zawalać reformę emerytalną? Dinozaury zginą, albo… ewoluują.

A pamiętacie ile i jak ich koleżanki salowe śmigaly szmatami przez 12 godzin? A dziś? Salowych jest połowa mniej, a szmaty zastąpiła… maszyna z kierowcą, prawie jak traktorek.

Inny przykład, z mojej ulubionej Biedronki. Pięć (chyba sześć dokładnie) lat temu, panie z Biedronki pracowały ponad siły. Zdecydowanie i bezdyskusyjnie były traktowane jak niewolnice. Wiele z nich przypłaciło to zdrowiem , a nawet życiem… swoich niedoszłych pociech. To było porażające i wszyscy chyba to pamiętamy. Panie ciągnęły na takich niskich podnośnikach-wózkach pneumatycznych góry towarów.

Dziś ma Biedronkę pod oknem. Nie tylko, ze widzę z okna magazyn i za/rozładunki, ale jestem gościem w sklepie kilka razy dziennie, bo najbliżej, a kolejek w pewnych porach nie ma. Widzę, że panie ciągną już na takich samych co prawda podnośnikach, chociaż nowszych i „naoliwionych”, o połowę mniejsze górki. Widze też, ze mają czas wyjśc przed magazyn zapalić papierosa (nie mam nic przeciwko, sam jestem palaczem i w pracy paliłem). Jestem jednak pewien, ze za pięć lat, wózki-podnośniki będą miały „miększe” kółka, a za dziesięć, pani trzymająca dyszel, po naciśnięciu guzika będzie musiala tylko uważać w którym momencie wziąć zakręt, bo wózek będzie jechał sam. To pewne, musi tak być, więc po pierwsze te dziisjesze pracownice nie muszą się obawiać, bo nie będą dłużej pracować, a panie młodsze, wyobrażające sobie długą pracę na podstawie pracy dzisiejszej, po prostu nie mają racji.

Tylko żaden dziennikarz nie może żadnego fachowca o to zapytać, a żaden fachowiec nie wpadnie na to, żeby w tak prosty (a jednocześnie prawdziwy przecież) sposób, to wyjaśnić.

Innym pytaniem jest kuriozalne pytanie ludzi, obawiających się o pracę po pięćdziesiątce, kiedy zostaną zwolnieni.  Nie zostaną. Nie tylko nie zostaną zwolnieni…

Kiedy ja byłem młody, każdy miał (mógł mieć) pracę. Kiedy ktoś nie pracował, a trochę takich było, nazywani byli „niebieskimi ptakami”, co oznaczało „darmozjad’, „szkodnik”, „lump”. Jestem pewien, że za kilkanaście, dwadzieścia lat, sześćdziesięciolatek, zdrowy, który mógłby pracować, a nie będzie, będzie „niebieskim ptakiem” – „darmozjadem”, bo mimo, że praca czeka, inni muszą będą na niego pracować. Na jego „zasiłek” z opieki („niebieskie ptaki”, kiedy byłem młody, też brały zasiłki z opieki).

Będzie pracy pomimo maszyny zamiast połowy salowych, dwóch sprzątaczek, zamiast dziesięciu, ponieważ zamiast dwóch milionów emigrantów, wpuścimy (jeśli zechcą przyjechać – jeśli Bóg da, żeby na nas pracowali) milion. Bo rzeczywistości nie zaczaruje żaden Ziobro prosząc o rodzenie dzieci, a tym bardziej bezdzietny (a raczej spółka bezdzietnych żoliborsko-toruńskich zbawicieli)… Ludzie (a najważniejsze w tym są panie), chcą żyć inaczej. Mają czas, mają chęć wykorzystać szansę, wykształcenie, wolność… I mają rację. Nie dlatego, że nie rodzą dzieci, ale dlatego, że same decydują. Czy, kiedy i ile.

Dlaczego nikt z polityków nie potrafi mówić prostym, zwięzłym językiem? Dlaczego tak proste wytłumaczenia spotyka się z takimi… idiotycznymi „naokoło” tłumaczeniami? Ludzie! Skserujcie sobie te przykłady, które podałem i jak nie potraficie sami, to je kobietom przeczytajcie! Wyjdźcie z tego pieprzonego mroku!

Kiedyś Prezydent Wałęsa rzucił słowo „robotyzacja”, ale użył je w kompletnie irracjonalnym wyjaśnieniu. Natychmiast zamieniając słowo „robotyzacja” na „postęp technologiczny”, kompletnie odwrotne wnioski NASUWAJĄ SIĘ SAME!!!

andy lighter

Zakłamane media i głupota polityków

Oczywistą prawdą dla wielu Polaków jest fakt, maksymalnej manipulacji mediów opinią publiczną. Podobnie myślimy o politykach. I o ile, codziennie niemal utwierdzam się w przekonaniu, dziennikarskiego zakłamania, o tyle coraz bardziej jestem przekonany, że politycy w większej mierze niż manipulację, pokazują swoją głupotę.

Weźmy chociażby sprawę ACTA. Minister Zdrojewski wysłał w sprawie ACTA zapytania, czy tam prośby o opinie rozmaite środowiska przedstawicieli kultury, traktując to, jako konsultacje. W tych para konsultacjach wzięły udział m.in. telewizje Polsat, TVP i TVN. „Wzięły udział” to właściwie za dużo powiedziane, raczej powinno być: „nie wniosły do projektu umowy żadnych zastrzeżeń”. I to mnie akurat nie dziwi, w końcu ów projekt miał na celu m.in., albo głównie, ochronę praw autorskich również tych telewizji.

Nie jest moim zamiarem wypowiadać się na temat słuszności, czy niesłuszności ACTA, ale zachowań mediów w czasie „konsultacji”, w czasie protestów internautów i po przyznaniu się Tuska do błędu.

Otóż jeżeli media nie wniosły żadnych zastrzeżeń do umowy na etapie zapytania ministra, to czym, jeśli nie manipulacją jest głośny krzyk wszystkich wymienionych mediów (dziennikarzy je reprezentujących) w obronie protestujących internautów? Dlaczegóż to owe media nie napisały do ministra: „Panie ministrze, umowa jest zła, bo w żaden sposób nie chroni wolności internautów”? Nie przeszkadzał owym telewizjom brak konsultacji ze społeczeństwem, w czasie „konsultacji” z nimi. Jaką w takim razie legitymację owe media mają do krytyki (gremialnej) rządu w sprawie nie tylko braku konsultacji społecznych, ale i rażących błędów w samej umowie? Przecież kiedy można było te błędy zauważyć, z punktu widzenia TVN, czy Polsatu, wszystko było w porządku. Dziś rozmaici Rymanowscy, czy inne panie dziennikarki nie zostawiają suchej nitki na ACTA, braku konsultacji, a jakby tego było mało, drwią z wycofania się Tuska z umowy. Znaczy to, że honorowo by było brnąć dalej w tę chorą umowę, bo przyznanie się do błędu, szanującemu się politykowi nie uchodzi.

Owe telewizjie i inni przedstawiciele twórców, którzy nie zareagowały, kiedy był na to czas, a dzisiaj biją pianę, nakręcając opinię publiczną i podsuwają jej rząd do zlinczowania, powinny na pasku ekranu telewizyjnego, video clipu albo w headlin, tuż pod tytułem gazety, ustawić na długi czas napis: „Przepraszamy za ACTA”. Bo wina rządu jest oczywista, ale owe media, środowiska, itd., są ostatnimi, które powinny teraz kamienować rząd, o swojej „roli” nie wspominając słówkiem, jakby mówili o badaniach kosmosu, o których usłyszeli w agencjach prasowych, bo przecież mają się do kosmosu, jak pięść do nosa. O ACTA mogły i powinny były mówić. Wtedy, kiedy powinny!

Pamiętacie Krakowiaka, znanego dawno temu bandytę, który przychodził na salę sądową z kartką, na której wypisane było: „Telewizja kłamie!”? To było jeszcze za komuny. Otóż od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Może oprócz ilości tych zakłamanych telewizji. Pisząc „kłamie”, mam dziś na myśli również przemilczanie ważnych kwestii i własnego w nich udziału.

Kończąc już ten temat i wchodząc zarazem w drugi, warto przypomnieć sobie, peany na temat umowy wygłaszane przez pisowca, przewodniczącego komisji sejmowej jakiejś tam. I żadne głupie „Poseł się pomylił”, wygłaszane przez zbawcę narodu, tych peanów nie przekreślą. Pochylanie się więc z troską nad skrzywdzonymi internautami jest mega manipulacją. Zwykłym, prostackim szwindlem.

Głupota jednak polityków (rządzących) polega na tym, że nie wykorzystują tych peanów dostatecznie. Coś tam bąkną, coś powiedzą, ale w obliczu zagłuszenia przez PiS na spółkę z Ziobrystami, odpuszczają i „jadą dalej”. I wcale mi ich nie szkoda, bo tak gra przeciwnik, jak drużyna pozwala.

A pozwala tyle, że „O ho ho!”, albo jeszcze więcej. Chociażby w sprawie emerytur. Jaki jest zamiar rządu w tej sprawie wszyscy wiemy. Wiemy tez jakie jest zdanie w tej sprawie opozycji. I aż się prosi, żeby najzwyczajniej w świecie wyłuszczyć w kilku prostych zdaniach, argumenty za i argumenty przeciw propozycjom opozycji. Tyle, że powinna to zrobić jedna osoba, jasno wykładając (pięć, siedem minut w zupełności wystaczy), dlaczego zdanie rządu jest właśnie takie. Odnoszę wrażenie, że politycy PO zwyczajnie nie umieją tego zrobić. Są za głupi na ułożenie jednej kartki A4 i przeczytanie jej.

Pomijając już moje prywatne zdanie na ten temat, doskonale rozumiem powody, którymi kieruje się Tusk, tzn. z łatwością mógłbym je wytłumaczyć. A co dopiero człowiek siedzący w temacie.

Głównym nieporozumieniem, jakim szafuje, karmi opinię publiczną opozycja jest to, że przyszły wiek przechodzenia na emeryturę kobiet, przykłada się do teraźniejszych warunków, w jakich kobiety pracują. To jest nieuprawnione i opinia publiczna, co nie może dziwić, tego nie pojmuje. Nie może dziwić, bo nikt nie jest w stanie im tego prosto wytłumaczyć. Nasi politycy są za głupi. To mocne słowa, ale innych nie znajduję w obliczu nie podjęcia tak oczywistego działania. Łatwo przecież wytłumaczyć ludziom, że z roku na rok, a już na pewno z dekady na dekadę, warunki pracy są/powinny być (trzeba to po prostu egzekwować) coraz lepsze, praca coraz mniej uciążliwa. Wystarczy przytoczyć przykład Biedronki, gdzie jedna zadyma wystarczyła, aby warunki pracy w tej firmie diametralnie się poprawiły.

To tylko jeden przykład argumentów i jeden przykład łatwości jego przytoczenia. Ten argument zresztą jest nie do obalenia, podobnie jak pozostałe. O ile łatwiej później spierać się o szczegóły i niektóre z nich uwzględniać, a inne obalać.

Ale rządzący tego nie robią. Skoro nie manipulują (w tej sprawie na manipulację pozwolić sobie nie można, najwyżej odłożyć temat ad acta), to jakie jest inne wytłumaczenie jeśli nie głupota? Ja nie znajduję. Tłumaczą coś „naokoło”, kluczą, jąkają się przeskakują z punktu do punktu… Opozycja więc atakuje radośnie rządzących, bo dlaczego by miała nie atakować? Tym bardziej, że duża część polityków opozycji nie manipuluje, ale też nie ogarnia umysłem „przyszłości” wieku i „przyszłości”, a nie „teraźniejszości” warunków pracy (np.). Bo też są za głupi.

A wystarczyłaby kartka papieru, wypisanie Kiku punktów i krótkich, celnych i zwięzłych wyjaśnień przy każdym z nich.

andy lighter

Początek końca?

Premier wycofał się rakiem z ratyfikacji ACTA, co jest wg wielu prawników iluzoryczne, bo ratyfikacji zawiesić się nie da. Zapowiedział szerokie konsultacje społeczne, co też jest iluzoryczne, bo konsultacje robi się przed podpisaniem umowy, a nie po. Przyjmijmy jednak, że protestujący internauci „częściowo” wygrali, częściowo, bo wprowadzenie ACTA przez UE spowoduje częściowy przynajmniej rykoszet w naszych internautów.

Uległ, żeby nie nazwać tego dosadniej. Ugiął się przed protestem. A to oznacza tylko jedno: nie ma takiej siły, która skłoniłaby przyszłych emerytów, np., do nieprotestowania przeciw podwyższeniu wieku emerytalnego. Jest jeszcze wiele grup, potencjalnych, a raczej niemal pewnych „protestantów”. Czy to kierowcy, czy to rodzice sześciolatków, czy to kibole na Euro, czy to pominięte w podwyżkach płac grupy pracowników budżetówki, beneficjenci KRUS, itd., itp.

I w związku z tymi, bardzo prawdopodobnymi protestami, premier Tusk traci argument nieugięcia się przed „tymi, którzy najgłośniej krzyczą”, dotychczas jeden z jego koronnych haseł, uprawniających i legitymujących jego władzę i poparcie społeczne. Co prawda, ci przyszli protestujący nie mają takich możliwości jak zablokowanie stron rządowych i sejmowych, ale innymi metodami mogą skutecznie sparaliżować państwo, w różnych jego obszarach. Tusk dał im potężny oręż: ulęga wobec siły, determinacji i nieustępliwości.

Czyżby to oznaczało początek końca rządów Tuska? Będzie miał premier Tusk dwie możliwości, a właściwie trzy: albo iść w zaparte i nie ulegać, co może przekształcić się w jakieś Ateny, czy coś podobnego i w rezultacie obalenie tego rządu przez lud, albo podanie się do dymisji i kolejne wybory. Trzecia możliwość to ulęgłość, i wiezienie się przez kolejne cztery lata do terminowych wyborów. Wówczas jednak, dla Polski może to mieć skutki opłakane, choć jak na mój nos, ten trzeci wariant jest prawdopodobny. Wyrzucić do kosza, zapomnieć treść swojego expose i trwać.

Już, mimo mrozu, robi mi się „ciepło” na myśl o gorącym okresie, jaki się przed nami rysuje.

I na koniec jeszcze słówko o ACTA. Jak już kiedyś podkreślałem, nie mam jednoznacznego zdania w sprawie ACTA: „Jestem za, a nawet przeciw”. Zwróciłem jednak uwagę na bardzo ciekawe zdanie, które wypowiedział poseł Halicki. I choć nie lubię gościa, zdanie to, które przechodzi zupełnie bez echa, ma bardzo refleksyjną wymowę. Chodziło mianowcie o to, że dzisiejsi protestujący w sprawie ACTA, mogą być kiedyś „ofiarami” skutków tych protestów. To mogą być „prorocze” słowa.

Wielu z protestujących przecież, będzie kiedyś dziennikarzami i będzie zamieszczać teksty w różnych gazetach. Wielu będzie robić do artykułów swoich kolegów zdjęcia. Niektórzy będą pisać książki. Jeszcze inni będą reżyserami, aktorami i producentami filmowymi. Inni będą grać muzykę i nagrywać piosenki i płyty. Wymyślać programy komputerowe, produkować leki, spodnie, czy inne markowe produkty. I co wtedy… będą myśleć o wolności i prawie internautów (i nie tylko) do dóbr wszelakich bez ograniczeń? Kiedy zobaczą swoje dzieło w wolnym obiegu, zupełnie za darmo, a „swoją pracę” leżącą w księgarni, czy sklepie muzycznym?

andy lighter

Rzecznik odleciał

Ogromne zainteresowanie wzbudził atak hakerów (m.in. grupy „Anonymous”) na strony rządowe i sejmowe. Strony zostały zablokowane, a z niektórych ukradziono prywatne dane. Oczywiście wiadomo powszechnie, że ma to ścisły związek z zamiarem podpisania przez premiera międzynarodowego porozumienia ACTA, według przeciwników zwiastującego cenzurę i inwigilację internautów.

Jednak wszelkie rekordy ignorancji, żeby nie nazwać tego dosadniej, pobił rzecznik rządu Paweł Graś, stwierdzając: Trudno mówić o ataku hakerów, bo żadna z zablokowanych stron nie została naruszona. Bardziej można to porównać do olbrzymiego zainteresowania stronami rządowymi i sejmowymi”. Rzecznik, dla uwiarygodnienia swojej tezy porównuje zablokowanie tych stron z zablokowaniem stron UEFA, podczas rozpoczęcia sprzedaży biletów na Euro 2012. Nie wierzyłem własnym uszom, kiedy tego słuchałem. Tym bardziej, że powtarzał to parokotnie, a jego tezy powtarzał Adam Szejnfeld.

Można by wysnuć trzy wnioski ze słów Pawła Grasia. Albo Paweł Graś wierzy w to, co mówi, albo Paweł Graś kompletnie nie zdaje sobie sprawy z wagi sytuacji, która miała miejsce, albo wreszcie, Paweł Graś ma mnie za idiotę (nas, za idiotów).

Pierwsza i druga możliwość raczej odpada, Paweł Gras w ciemię bity nie jest i nie wierzę w to, aby cechowała go tak kosmiczna infantylność. Tym bardziej, że z tego co mi wiadomo, 21. stycznia, ani w rządzie, ani w Sejmie nie wydarzyło się nic spektakularnego, nie podjęto żadnej ważnej uchwały, nie przegłosowano żadnej epokowej ustawy, aby nagle miało się zdarzyć zmasowane odwiedzanie przez miliony Polaków stron rządowych i sejmowych. W grę wchodzi więc tylko i wyłącznie trzecia możliwość: Paweł Graś uważa, że jestem durniem i to łyknę.

Przyzwyczaiłem się już do tego, że Kaczyński, Macierewicz i Hofman do spółki z Błaszczakiem mają mnie za posiadacza małego rozumku, wzorem posiadaczy rozumków z Krakowskiego Przedmieścia np. Jednak wyciągnięcie przeze mnie wnioku, nasuwającego się samoistnie, że podobnie uważa premier i jego ekipa trochę mnie zasmuciło. Co prawda wiem, że premier nie ma w zwyczaju dzielić się z narodem swoimi planami, motywacją takich a nie innych działań, czy wreszcie przeprowadzania konsultacji społecznych, jednak nie przypuszczałem (raczej nie chciałem tego do siebie dopuścić), że powodem braku takich zwyczajów jest… durne, w mniemaniu ekipy rządzącej, społeczeństwo.

Panie rzeczniku, panie premierze, jeśli dalej tak będziecie postępować i myśleć o społeczeństwie, czarno widzę zakończenie waszej kadencji w ustawowym terminie. Minister Boni zapowiedział konsultacje z zainteresowanymi, czyli internautami i twórcami. Tyle, że po zadymie lekarsko-aptekarsko-refundacyjnej, będą to już kolejne, wymuszone konsultacje.

_____

Nie zabieram głosu na temat słuszności czy niesłuszności ACTA. Zbyt małą mam wiedzę na ten temat, a dostęp do szczegółów jest żaden, aby zająć jednoznaczne stanowisko. „Ze słyszenia”, uważam, że obie strony mają swoje racje i dlatego właśnie, niezbędny jest dialog ze społeczeństwem.

andy lighter