Błądzenie Millera

Leszek Miller jasno zapowiedział, ze wyklucza wspólne działania wyborcze (i nie tylko) z Ruchem Palikota. A po wystąpieniu Aleksandra Kwaśniewskiego, który wręcz apeluje, namawia do jedności lewicy, ustami jakiegoś przedstawiciela SLD praktycznie zrywa współpracę, wspólne plany, z byłym prezydentem.

To wg mnie kardynalny błąd. Mógłbym oczywiście postarać się zrozumieć intencje Millera, który trochę boi się zdominowania lewej strony przez „polikotowców” kosztem SLD. Sądzę, że niesłusznie. Palikot mimo wszystko docenia rolę Leszka Millera w polskiej polityce po ’89. roku. Sądzę, że nie nie poszedłby na noże z szefem SLD o „dominację”.

Leszek Miller wysunął przeciw Januszowi Palikotowi ciężką armatę, stwierdzając, że nie będzie podejmował współpracy z „lewicą niesocjalną”. Przyznam, że kompletnie tego nie pojmuję, pamiętając doskonale, jedyne możliwe i absolutnie konieczne decyzje, które podejmował będąc premierem. Decyzje, które z socjalnością nie tylko nie miały nic wspólnego, ale były wręcz antysocjalne.

Rząd SLD skrócił urlopy macierzyńskie. Utrzymał w mocy brak systematycznej rewaloryzacji rent i emerytur. Dokonał wielu innych bardzo antysocjalnych ruchów, ale ja uznaję to za jego zasługi, a nie błędy. Podejmował niepopularne decyzje z pełną świadomością, wiedząc, że nie ma szans w kolejnych wyborach. Mało tego, mógł (musiał) się liczyć z nieprzekroczeniem progu wyborczego w kolejnych wyborach. Jednak robił swoje. Dlaczego? Dlatego, ze sytuacja gospodarczo-polityczna w Polsce tego wówczas wymagała.

Leszek Miller Fot /AKPA

Leszek Miller Fot /AKPA

Miller wyznaczył sobie cel: „zakopać dziurę budżetową Bałca”. I dokonał tego, (w raz ze swoim następcą, Markiem Belką), mimo protestów, pewności przegranych wyborów, wyśmiewania i piętnowania. Interes Polski był wtedy dla niego absolutnym priorytetem, nawet za cenę sprzeniewierzenia się własnej ideologii.

Dziś ten sam Leszek Miller „gardzi” niesocjalną opozycją. Panie Miller, czy pan ma sklerozę? Dziś sytuacja gospodarczo-polityczna jest jeszcze gorsza niż w latach 2001 – 2005. Przez globalny kryzys finansowo-gospodarczy. Krytykuje pan, np. głosowanie Palikota za wydłużeniem wieku emerytalnego. Uważam, że choć w mniejszym stopniu niż PiS, to jednak posługuje się pan demagogią i populizmem. I uważam, że doskonale pan o tym wie, nie wyskoczył pan przecież sroce spod ogona. Doskonale pan wie, ze skoro dożyje pan osiemdziesiątki, pańska wnuczka będzie żyła „lekko” do stu kilkunastu lat. I doskonale pan wie, że nie da się składkami i podatkami sfinansować jej siedemdziesięciu lat życia, przy czterdziestoletnim czasie pracy. To jest po prostu fizycznie niemożliwe. To się po prostu nie da i nic, żadna lewica tego nie zaczaruje. Nie da się, po prostu. A mówienie o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych, jak pan doskonale wie, jest bzdurą. Bo to akurat możliwe do zrobienia nie jest.

Dlatego pański szlaban dla Palikota uważam za sprawę ambicjonalną – prywatę, postrzeganie zagrożenia (zamiast szansy na współpracę), a nie jakieś naprędce wymyślane przez pana „dobro lewicy”.

I jeszcze chwilę chciałbym poświęcić palikotowemu „ku***twu w polityce” i „chęci bycia zgwałconą przez Nowicką”. Jestem człowiekiem dość emocjonalnym i kiedy się denerwowałem, albo kiedy za dużo wypiłem zdarzało mi się używać „k***y”, albo „pier****nia”, jako przerywników. Takich prostackich przecinków werbalnych. Staram się tego rzecz jasna nie robić, a politykowi tego nie wolno i to jest jasne. Ale, ja nie słyszałem Palikota, który by sobie zaklął. Ja słyszałem Palikota, który użył słowa uznawanego za wulgarne w celu „wytłuszczenia” niegodności haniebnych procederów, zachowań, osób, uznawanych przez wyborców osoby zaufania publicznego. Słowo wulgarne w bluzgu, nie zawsze jest dla mnie słowem wulgarnym w opisie jakiegoś zjawiska. Za to bywa dosadnym, celnym, kiedy trzeba dosadności.

Jeśli na Sali sejmowej jakaś posłanka krzyczy do posła: „Spierdalaj!”, jest to wulgaryzm w najczystszej postaci. I choćby wykonywać nie wiadomo jakie figury intelektualne, nie da się tego wulgaryzmu przetłumaczyć na nic innego.

Jeśli Janusz Palikot zamiast słów „Nie ma naszej zgody na k***stwo w polityce”, powiedział… „Nooo, bo nie powinno być ta, żeby posłowie obiecali coś innym, a potem nie dotrzymywali słowa” i wygłosił półgodzinny wykład w tym tonie, pies z kulawą nogą by się nad tym nie pochylił. Bo zachowanie pani poseł było haniebne (niedotrzymanie obietnicy itd.) i trzeba było nadać temu złu „mocy”.

Nie mogę pojąć, dlaczego media (politykom się specjalnie nie dziwię, bo czepianie się cudzych słówek to ich specjalność), zamiast zając się merytoryczną stroną przekazu Palikota skupili się na „brzydkim słowie”. Chyba wszyscy rozumieją, że Palikot nie mówił o oddawaniu się polityczki politykowi w łóżku za pieniądze, tylko o wyjątkowo niecnym, niegodnym zachowaniu pani poseł. Chyba nikt, słuchając o ty „że pani Nowicka chciała by być zgwałcona”, nie myślał i nie myśli o tym, ze Palikot uważa, ze pani Nowicka chciała by, żeby przyszedł jakiś facet, przyłożył jej nóż do gardła i grożąc, odbył z nią stosunek płciowy.

Trzeba naprawdę wykazać kupę złej woli, żeby oskarżyć Palikota o seksizm, czy coś tam.

Achaaa, że w stosunku do kobiety, że kobiety nie wolno obrażać… Rozumiem, kiedyś już to przećwiczyliśmy. Pamięta jak pani Kempa pojechała sobie po premierze na komisji śledczej „Pan kłamie! Słyszałam! Słuch mam bardzo dobry! A kiedy premier Tusk powiedział „sprawdzam” i okazało się, że posłanka kłamała, wkładając w usta Tuska słowa, których nie powiedział, ktoś to tak określił. „Kempa kłamała”. Pamiętam jakie rozpętało się piekło, że ktoś odważył się powiedzieć „kłamała”. Że kobieta, że miała prawo, że „w stosunku do kobiet…”, itd. Stanęło więc na tym, że baba, która plunęła w twarz premierowi rządu fałszywym oskarżeniem, „minęła się z prawdą”. No bo przecież skrajną nieprzyzwoitością jest, seksizmem i w ogóle haniebnym zachowaniem mężczyzny, jeśli w stosunku do kobiety powie, że „kłamała”. To się przecież nie godzi! Ludzie! Wytłumaczcie mi, gdzie my kurwa żyjemy!? O co tu chodzi!? Poseł (mój) wyleciał z partii i parlamentu za to m.in. – miało to ogromny wpływ), że ośmielił się pośmiać z czerwonej sukienki posłanki. Posłanki, która jechała po bandzie (i do dzisiaj „jedzie”) tak, ze starczyło by za kilku Niesiołowskich. No, ale to kobieta – ćććććććććć…cho!

Może powinniśmy pogrzebać w kodeksie karnym? Kara dożywocia dla kobiety? W ogóle…, kara więzienia? Przecież to kobieta! To się nie godzi w stosunku do kobiet! To seksizm!

Wiem, że Leszek Miller, z powodów ambicjonalnych odcina się od poczynań Palikota. Jednak dziwię się. Sam znany jest z ciętego języka i sam doskonale wie, jak łatwo wielu ludziom wypaczyć jego własne słowa (nie tak znowu dawno sam był posądzony o werbalny seksizm, w stosunku do bodajże pro. Senyszyn (jeśli dobrze pamiętam).

Niech więc brnie dalej. Niech słowo „spierdalaj” skierowane przez kobietę do mężczyzny będą mijaniem się z prawdą, a „kurestwo w polityce” niech będzie prymitywnym wulgaryzmem, skierowanym przez ordynarnego buhaja do słabej płci kobiecej.

Gratuluję obiektywizmu. I, a raczej przede wszystkim, zdrowego rozsądku i zwykłej, ludzkiej uczciwości. W ocenie naszej „szarej” rzeczywistości.

_____

W kabinie pilotów Tu 154-M pod Smoleńskiem wybrzmiało ostatnie, rozpaczliwe słowo-krzyk: „Kuuuurwaaaaaaa!”. Jakimś cudem, bo cuda się przecież zdarzają, zamieniło się w inne, „prawdziwe” słowo-krzyk poległych bohaterów: ”Jeeeeezzuuuuuuuuu!”. Przecież bohaterowie nie używają brzydkich wyrazów.

Czy Palikot nie mógł powiedzieć „Jezustwo…”, zamiast „Kurestwo… w polityce?

andy lighter

Festiwal populiznu, czyli referendum

Nie chodzi mi bynajmniej o referendum w sprawie ACTA, ale o referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego. Chociaż oba pomysły uważam za skrajnie nieodpowiedzialne i niepotrzebne. Opozycja (w kwestii emerytur jest to SLD) jednak jest innego zdania i próbując stroić miny bardzo zatroskanych o los swoich wyborców, polityków, rozwodzi się nad potrzebą sięgnięcia po tę formę demokracji bezpośredniej.

Powołują się przy tym na sondaże, które pokazują, że aż 85% naszego społeczeństwa jest przeciwnych podwyższeniu wieku emerytalnego i szukają „zamienników”, alternatywnych rozwiązań dla utrzymania obecnego wieku przechodzenia na emeryturę. SLD chce, aby o przejściu na emeryturę decydował nie wiek, ale staż pracy: 40 lat dla mężczyzn i 35 dla kobiet. To nia ma dzisiaj najmniejszego sensu. Dość wspomnieć, że wg statystyków, długość życia w naszym kraju, od roku 1988 do 2011 wydłużyła się o 5 lat. W związku z tym, gdzieś wyczytałem komentarz, że być może, co drugi dzisiejszy noworodek dożyje stu lat, albo bardzo niewiele mu zabraknie. Może być więc tak, że stuletnie emerytka w przyszłości, będzie musiała żyć ze składek gromadzonych jedynie przez 1/3 życia. Nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby to się zrównoważyło, nawet przez odsetki. Oczywiście zrównoważone nie będzie nigdy, ale przepaść w wychodach i przychodach ZUS-u będzie coraz większa.

PSL ma pomysł, aby skracać wiek emerytalny kobiet o 3 lata za każde urodzone dziecko. Skracanie wieku za każde urodzenie dziecka też jest „dziwne”, bo matka trójki dzieci przechodziłaby na emeryturę wcześniej niż dziś. A wydłużenie okresu pracy ma na celu wydłużenie okresu płacenia składek, a a co za tym idzie wyższych świadczeń. Jak znam życie, kryją się pewnie za tym jakieś tajemnicze logarytmy, przeliczniki i inne „czary mary”, których nie znamy, aby to obniżenie świadczenia zniwelować. Czyli znów inni składkowicze płaciliby na rzecz jakiejś grupy. Idzie o to (a przynajmniej powinno o to chodzić), aby dopłacanie jednych na drugich ograniczać, a nie jeszcze powiększać rzeszę tych „drugich”. Jednym z powodów niedopinania się ZUS-u jest przecież właśnie ogromna rzesza niepłacących składki, lub uprzywilejowanych np. w kwestii wczesnego przechodzenia na emeryturę, którym jednak ZUS świadczenia musi wypłacać.

Spodobał mi się wpis na temat obaw przed wydłużeniem wieku emerytalnego, blogera Kominka, sprzed paru miesięcy. Było tam, m.in.: „(…) jeśli ktoś, będąc jeszcze młodym wiekiem, przejmuje się tym, ile lat będzie musiał pracować, to jest zarówno idiotą jak i nieudacznikiem (…)”. Ja się z tym akurat zgadzam. Jeśli człowiek „na starcie” martwi się o to, co będzie mógł kupić z emerytury płaconej mu przez ZUS i OFE za 50 lat, to jest… naprawdę śmieszny.

PiS-owi podoba się pomysł PSL. A dodatkowym argumentem przeciwko podwyższaniu wieku emerytalnego jest: „Dziadkowie muszą pomagać wychowywać wnuki, a nie pracować”. To jest haniebny argument panowie Błaszczak, Hofman i Girzyński, bo dziadkowie na emeryturze mają odpoczywać, zwiedzać, jeździć na wycieczki i zajmować się swoimi pasjami, albo zainteresowaniami, na które nie mieli czasu pracując. Albo po prostu zbijać bąki.

Propozycje referendów w sprawie ACTA i w sprawie emerytur to „Himalaje populizmu”. Wyniki bowiem takich referendów będą oczywiste, ale to nie znaczy, że władze powinny temu ulegać. „Społeczeństwo nie zawsze ma rację”. To są słowa zresztą któregoś z braci Kaczyńskich, wypowiedziane przy okazji żądania jakiegoś referendum w czasie ich rządzenia. Nie pamiętam czy chodziło wtedy o referendum w sprawie tarczy, czy wojsk w Afganistanie, czy w jeszcze innej. Czy trudno jest przewidzieć wynik referendum z pytaniem: „Czy chciałbyś zarabiać co najmniej pięć tysięcy złotych”. Albo: „Czy chciałbyś aby podatek od dochodów wynosił 10%”.

Domaganie się referendów w sprawach, w których oczywisty jest opór społeczny bez względu na koszty, jakich by załatwienie ich po myśli pytanych wymagały, jest zwyczajnie haniebne.

Racją jest, że aby w pełni wprowadzić reformę potrzeba spełnić szereg warunków: powszechny dostęp do żłobków i przedszkoli, ale i do domu starców i domów opieki, to tylko przykład. Ale też reforma rozciągnięta jest w czasie.

W Szwecji wiek emerytalny wynosi 70 lat.  

andy lighter

Zgniłe, ale za darmo!

Zaczęła się kampania wyborcza, a co za tym idzie, przedstawiane są obietnice wyborcze. W miniony weekend dwie partie opozycyjne zasypały nas już pierwszymi obietnicami. Poczęstowano nas pierwszymi wizjami lepszego jutra.

Ale próbując się delektować tymi wizjami, przypomniał mi się taki stary dowcip:

 – Liudi! Kartoszki priwiezli!
– Uraaaaa!!!
– Ale gniłe!
– Ueeeee!
– Ale za darmo!
– Uraaaaa!!!

No bo jak tu się nie zastanowić, słuchając takich obietnic. Oto prezes Jarosław Kaczyński, w sobotę na konwencji wyborczej PiS, kiedy udało mu się wtrącić zdanie między owacjami obecnych na sali gości, powiedział m.in.:

„Kryzys światowy jest faktem! (…)”. A za chwilę: „My nie wierzymy w to, żeby nie znalazły się środki na budowę żłobków, przedszkoli szkół, mieszkań dla młodych, środki dla rodzin, środki na budowę dróg, środki na budowę kolei. Te środki są! Trzeba je znaleźć i trzeba je umieć wydać w sposób właściwy!”.

„Uraaaaa!”. Ale zaraz, jeśli ktoś tyle obiecuje, to powinien wiedzieć gdzie one są (jeśli są), a nie dopiero szukać po wygraniu wyborów. Bo potem po dwóch latach znów się okaże, że rząd jeszcze nie zdążył nic zrobić, tak jak w latach 2005 – 2007. Właśnie po dwóch latach, już miał wszystko w papierach, czyli w planach. Tylko cholera, akurat władzę musiał oddać.

Nie gorszy od prezesa był w niedzielę (i w poniedziałek) przewodniczący Grzegorz Napieralski. Oj, ten też się naobiecywał:

„Podwyższymy płacę minimalną! Podniesiemy wysokość świadczeń emerytom i rencistom, (ooo! już zacieram ręce, bo mam potworne tyły) zwiększymy dostęp do pomocy społecznej. Wiemy gdzie znaleźć na to środki, to jest w naszym programie!”. „Uraaaaa!!!”, chociaż…, ja tego programu nie czytałem, ale też wiem, z podatków najbogatszych, bo Napieralski to taki Janosik dzisiejszy jest. Zresztą w poniedziałek, prezentując pokaźną książkę z programem SLD, wysyłanym do szefów trzech parlamentarnych partii, dołożył do tego jeszcze „Komputery za darmo dla dzieci” (zdaje mi się, ze to o dzieci chodziło, nie słuchałem zbyt dokładnie). Na pytanie dziennikarki „Skąd weźmie na to pieniądze, odpowiada: „Z budżetu państwa, proszę panią”.

Za darmo nam rozdają te kartofle (niektórzy nazywają to kiełbasą), ale same zgniłki, jak widzę.

andy lighter

Państwowe wspomaganie sprytniejszych

O tym, że w naszym kraju są równi i równiejsi przekonywać chyba nikogo nie trzeba. Oczywistym też jest, że równi i równiejsi będą też w przyszłości, o czym przekonujemy się niemal bez przerwy. Dziś właśnie jest czas, kiedy wszyscy politycy, z ogromna troską pochylają się nad trudnym losem kredytobiorców w walucie szwajcarskiej. Bardzo im się bowiem ostatnio pogorszyło i wszyscy ścigają się w wymyślaniu sposobów ulżenia ich cierpieniom.

Marek Wikliński z SLD pokazywał dziś jak bardzo poszkodowani są „Frankowscy”, w stosunku np. do „Złotopolskich” (bardzo mi się podobają określenia „Frankowscy” i „Złotopolscy”, obrazujące „skrót myślowy” – kredytobiorców złotówkowych i we frankach szwajcarskich, dlatego pozwolę sobie używać tych określeń w swoim tekście). Otóż pan Wikliński pokazał, jak to Frankowscy, biorąc kredyt np. rok temu, czy wcześniej, mogli najzwyczajniej w świecie „dymać” Złotopolskich, spłacając te kredyty.

Przy wysokości raty np. 600 zł z groszami, Frankowski „dymał” Złotopolskiego o jakieś 160 zł co miesiąc wysokością spłacanej kwoty. Złotopolski co miesiąc płacił 160 zł więcej za porównywalny kredyt. Co prawda Frankowski nie zabierał Złotopolskiemu jakiejś kasy z budżetu, nikogo nie okradał, nie jest to więc dymanie w sensie jakiegoś tam przestępstwa, jednak pokazuje, jak bardzo różnie przeliczniki walutowe pozwalają traktować kredytobiorców. Dlaczego więc to jest dymanie, skoro nie jest przestępstwem?

Z bardzo prostego powodu. Kredyty we frankach są z reguły kredytami hipotecznymi. W grę wchodzą spore kwoty, np. 300 tys. zł i wyższe. Oczywistym jest, że takie kredyty, w większości na zakup mieszkania czy budowę domu biorą ludzie zamożni. Są to albo biznesmeni, albo ludzie na dobrze płatnych stanowiskach w mocnych, pewnych na rynku firmach, często związanych z finansami. Jeśli kredytobiorcą jest pracobiorca w takiej firmie, z reguły dobrze zarabia i jego pozycja w firmie jest stabilna. Nie sądzę, żeby człowiek zarabiający w okolicy średniej krajowej, mający dwójkę dzieci i żonę, opiekującą się nimi, był beneficjentem takiego kredytu, gdy miesięczna jego rata wynosi powyżej 600 zł. To mało prawdopodobne. Zakładam więc z pełnym przekonaniem, że Frankowscy są ludźmi majętnymi, dobrze „osadzoną” klasą średnią i wyżej. Muszą być takimi, bo takie kredyty są bardzo długoterminowe. I ci Frankowscy, przed decyzja o wzięciu kredytu biorą kalkulator i liczą: „Acha…, biorąc kredyt we frankach, »wydymam taki sam kredyt Złotopolski«, czyli wycwanię się w stosunku do złotówki o…, np. 160 złotych. Wchodzę w to!”. Jak napisałem, nie ma w tym nic złego, nikt nie łamie prawa, szuka jedynie lepszej możliwości. „Wycwania się” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jednak nikt, nigdy, nie obiecał Frankowskiemu, że tak będzie zawsze, a że Frankowski (przeciętny) w finansach„ siedzi”, z pewnością zna pojęcie „ryzyko finansowe”.

Kredyty w złotówkach, są jedyną chyba, a nawet jeśli nie, to nie słyszałem, żeby ktoś komuś inną opcję pokazał, możliwością Złotopolskiego. A kto to jest Złotopolski? Złotopolski to nie kredytobiorca hipoteczny w przytłaczającej większości. I kwoty spłat nie są oszałamiające i czas ich spłacania nie jest porównywalna z Frankowskimi. Złotopolscy to przede wszystkim nabywcy telewizora, pralki czy spółdzielczego mieszkania na własność. Jest z reguły człowiekiem biednym, którego nie stać na kupno telewizora z wypłaty. I tu widać paradoks Frankowsko – Złotopolski. Biedny Złotopolski, np. emeryt, płaci swoją ratę, zminimalizowaną jak skala na mapie, ale proporcjonalną, o ok. 160 zł (zmniejszone o wielkość skali) większą niż majętny Frankowski. Jestem takim Złotopolskim i choć to w tej sprawie nieistotne, sądzę, że ważną sprawą jest to iż jestem – ja Złotopolski, tak jak cała masa innych Złotopolskich stereotypem: niemal wszystkie sprzęty, które posiadam w domu są wzięte poprzez możliwość zakupu „kredytowego”. Czyli przeciętny Złotopolski, spłaca kredyty na okrągło, po telewizorze, spłaca meble, potem komputer, itd., itd. Nie sądzę więc, że spłacanie kredytów zbytnio odbiega czasowo od Frankowskich, choć ci ostatni spłacają ciągle jeden i ten sam. I na okrągło Złotopolscy spłacają więcej o „przykładowe 160 zł” (zeskalowane), niż Frankowscy.

Dziś sytuacja się odwróciła. Z powodów widma bankructwa Grecji i trudności w innych krajach, np. we Włoszech, frank szwajcarski bije rekordy wartości w stosunku do innych walut, w tym do złotówki. Frankowscy zaczęli „dymać Złotopolskich stopniowo o 120 zł, potem o 90, wreszcie dymają bardzo nieznacznie, albo wcale nie dymają, albo zaczęli być dymani przez Złotopolskich. I podniosło się larum: „To niesprawiedliwe, żeby Frankowscy nie mogli dymach Złotopolskich! Trzeba coś z tym zrobić! Trzeba ratować Frankowskich, żeby dalej mogli dymać”. I zaczęły się pomysły. Platforma wymyśliła, żeby umożliwić możliwość spłaty frankami „zdobytymi samodzielnie”, a nie przez bank, w którym kredyt spłacamy. To może Frankowskim pomóc, choć nie musi, ja traktuję to bardziej, jako psychologiczne danie Frankowskiemu możliwości wyboru formy spłaty.

SLD idzie dalej, chce uniemożliwić bankom manipulacji spreadami, czyli zyskiem banku, wynikającą z różnicy między ceną skupu i sprzedaży waluty obcej, w tym przypadku franka szwajcarskiego. Jednym słowem, SLD chce aby banki zrezygnowały z części zysków, na rzecz dymających Frankowskich. Jak Frankowscy dymają Złotopolskich, to dobrze, jak nie dymają, to źle.

Czy ktoś, kiedyś słyszał o pochyleniu się polityków nad spłacającymi kredyty Złotopolskimi? Przepłacającymi kredyty Frankowskich o „160 zł”?  Ja, przyznam szczerze, nie słyszałem.

Ps.

W powyższym tekście  słowo „dymanie” nie jest inwekstywą. To przenośnia obrazująca „spryt”, „cwaność” i nie oznacza nic złego. A użyłem go dlatego, żeby pokazać, że tak jak dymanie jest czymś niedobrym, tak spryt może przynieść „przecwaniakowanie”.

 

andy lighter

Twarz, czyli honor, czyli… nieprawdopodobne

Pewnie niektórzy się zdziwią, ale zamierzam pochwalić „postkomunistę”.

Wiesław Martyniuk pokazał charakter i zrezygnował z ubiegania się o mandat posła. Oczywiście dorabia do tego filozofię, ze już nic nie może zrobić, że co mógł to zrobił, itd. Oczywiste jest, że człowiek z charakterem, nie powie otwarcie co jest grane. Bo człowiek z charakterem swoje własne pretensje, w dodatku związane ze swoim własnym podwórkiem, zostawia u siebie.

Mówi się, że jego rezygnacja z polityki ma związek z usunięciem go z władz partii, konkretnie ze stanowiska sekretarza SLD. On, jak przystało na charakternego faceta, zaprzecza. W końcu Grzesiek Grześkiem, ale swój honor trzeba mieć: nie kablować i zachować przekonania.

Nie lubię posła Martyniuka, nigdy nie lubiłem. Jednak postawiłbym go jako przykład dla tych, którzy… „nie chodzi o poglądy, chodzi o mandat posła”.

Panie Martyniuk, nie jest Pan z mojej bajki co prawda, ale czapka z głowy.

Grzegorz woli umieszczać na listach gwiazdki celebrytki („Jakubowska nie jest dla mnie wzorem” – numer trzy w Warszawie). Piepszony Miller jest niepopularny w stosunku do rozdawania jabłek, ale bez Millerów Grzesiek zdechnie. I nie będę płakał, tym bardziej, ze nie będzie Martyniuków niedługo, Kaliszów a przyjdą inne celebrytki – „blondynki” „tępe jak karpia ryj”. Ale „na chwilę” procentowe.  

andy lighter

Kwaśniewski ma rację

„Jeśli dzisiaj oglądamy propagandowe obrazki, w których nie ma momentu podpisania traktatu akcesyjnego przez Leszka Millera, to znaczy że ktoś chce nas, lewicę, z tego »wygumkować«, usunąć. Jest to nieuczciwe i nie fair”, stwierdził Aleksander Kwaśniewski na konferencji prasowej SLD. Zdecydowanie się z nim zgadzam.

Nikomu nie może przejść przez gardło, że to właśnie Miller i jego rząd sfinalizował negocjacje. Pamiętam nerwy jakie towarzyszyły i jemu i premierowi Danii podczas ostatnich rozmów. Ten ostatni niemal wychodził ze skóry ze zdenerwowania.

Musimy tez pamiętać o tym, że to Millerowi zawdzięczamy niezłe w sumie (może poza rolnictwem) wyniki tych negocjacji. A rolnictwo właśnie, na przystąpieniu do Unii skorzystało najwięcej, przy największym sceptycyzmie i sprzeciwie tej właśnie grupy społecznej.

Ogólnikowe i w pewnym sensie „poprawne politycznie” wspominanie o zasługach wszystkich rządów w procesie zbliżającym nas do członkostwa w Unii jest niby prawdą, ale nie całkiem. Wkład jednych był większy, a innych mniejszy i nie ma co ściemniać, że było inaczej. A wygłaszanie grzecznościowych formułek o zasługach wszystkich, czy to przez prezydenta, marszałków czy rządzących jest zwyczajnie nieuczciwe.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego zasługi rządu Millera są większe i to znacząc, niż innych. Wielokrotnie o tym pisałem, ale nigdy w kontekście przystąpienia do Unii, po prostu przez… (wstyd przyznać), zapomnienie, żeby nie nazwać tego nierzetelnością. Wolę, ponieważ piszę teraz o sobie [:-)], nazwać to niedokładnością. Otóż Miller, a po nim Belka, jako lewicowy rząd postawił wszystko, absolutnie wszystko łącznie ze swoją utratą władzy, na jedną kartę, podporządkowując całą politykę wejściu do Unii. Mimo iż reprezentuje lewicę, wprowadził najbardziej chyba drastyczne w historii III RP (może poza pierwszym Balcerowiczem, ale Balcerowicz nie miał wyboru, Miller miał), cięcia oszczędnościowe. W ręcz samobójcze dla swojej ekipy i ugrupowania, jednak się nie zawahał. Przypomnę parę: likwidacja waloryzacji emerytur, skrócenie urlopów macierzyńskich, itp.  W obliczu pozostawionego mu przez Buzka państwa w stanie zapaści, musiał błyskawicznie odbudować dynamikę gospodarki, a co za tym idzie wiarygodność Polski i jej dobrą pozycję w negocjacjach. I wykonał to razem ze swoim następcą Belką.

Nie należę do miłośników ani Millera, ani lewicy. Ale uważam, że sprawiedliwość im się należy. Jestem przekonany, że nikomu nie sparszywiałby język, gdyby przy tak wyjątkowej okazji jaką jest objęcie prezydencji w Unii, podziękować i Millerowi i Kwaśniewskiemu i Cimoszewiczowi i Kalinowskiemu i innym ludziom, którzy się nie tylko do wejścia do Unii najbardziej znacząco przyczynili, ale w dodatku wydarli Unii z gardła najlepsze, możliwe warunki (oczywiście oprócz Kaczyńskiego, bo gdyby on…, to rolnicy mieliby trzysta procent dopłat). Sam Kułakowski, negocjator z ramienia rządu Buzka (przy całym szacunku rzecz jasna), niczego by nie zdziałał, nawet gdyby pękł. Mało tego, Kułakowski nie mógł negocjować tego, co sobie tam w swojej głowie wymyślił, tylko to, co mu Buzek wytyczył.

Wstyd panie prezydencie Komorowski, wstyd panie marszałku Schetyna, wstyd inni panowie i panie, którzy np. pokazujecie obrazki i zdjęcia, albo nagrania. 

andy lighter

Udany połów

Idą wybory. Rząd i Platforma ma problemy, a i politycy szukają swojego miejsca, zwiększającego ich szansę w jesiennych wyborach. Premier Tusk przeszedł samego siebie, upolowawszy Bartosza Arłukowicza. Uważam, że to świetny ruch premiera. Zresztą, Arłukowicza też.

Żeby było jasne, nie podobają mi się jakieś tam roszady personalne, przechodzenie z partii do partii, punktatorstwo i „załatwianie stołków”. Jednak w obliczu takiej właśnie rzeczywistości, z którą póki co mamy do czynienia, czy nam się to podoba, czy nie, posunięcie obu panów uważam za najlepsze z możliwych. Premier Tusk zaproponował Arłukowiczowi stanowisko pełnomocnika d.s. kontaktu z ludźmi wykluczonymi. I choć nie wierzę, w cudotwórcze działania Arłukowicza, na wszystko przecież brakuje pieniędzy, a zgodnie z dotychczasową, sprawdzoną praktyką najłatwiej i najskuteczniej oszczędza się na wykluczonych właśnie, pozostaje mi wierzyć, że pełnomocnik coś jednak poruszy.

Nie podobała mi się postawa Arłukowicza podczas prac komisji hazardowej. Promował siebie i głównie temu służyła jego praca w tej komisji. Jednak trzeba oddać sprawiedliwość i przyznać, ze promował się skutecznie. Dość dobrze go przy tej okazji poznaliśmy. Nie można mu odmówić wrażliwości, nie można mu odmówić inteligencji, nie można mu odmówić determinacji w pokazywaniu troski o ludzi. Szczególnie tych biedniejszych właśnie i dzieci np.

Nie bez wpływu na decyzję posła ze Szczecina okazują się niesamowite, kompletnie niezrozumiałe ruchy personalne i działania sejmowe liderów SLD, z którymi poseł był związany. Napieralski zachowuje się co najmniej dziwnie. Marginalizuje najbardziej wartościowych polityków swojej partii, swojego klubu parlamentarnego, bojąc się chyba ich zbyt dużej popularności, zbyt dużego wpływu na oblicze partii.  A co za tym idzie, boi się, że przy nich okaże się zbyt miałki, zbyt mało wyrazisty. Stąd komp0letna marginalizacja Wojciecha Olejniczaka, trzymanie języka na wodzy przez Ryszarda Kalisza, itd. Powoduje więc Napieralski, podziały we własnym ugrupowaniu, jakieś obozy i tarcia. Nie zdziwiłoby mnie odejście Kalisza, który co prawda deklaruje swoją dozgonną lewicowość, ale… idą wybory. „Pod Napieralskim”, może mu więc być, a nawet powinno, za duszno. Podobnie z Olejniczakiem, ale i innymi, starszymi wyjadaczami.

Śmieszy mnie wiara posła (Boże chroń Polskę) Hofmana, że ten ruch spowoduje takie zwycięstwo PiS-u, które zapewni zwycięstwo i samodzielne rządzenie. Uważam, że będzie odwrotnie.

Przy całej obrzydliwości politycznych gierek, ruch Tuska i Arłukowicza uważam za znakomity. To jest, jak wszyscy wiemy, gra. A gra polega nie tylko na mistrzowskiej formie, ale też na chytrości i przebiegłości grających.

To, co ostatecznie spowodowanie zwrot Bartosza Arłukowicza w stronę PO, to „Zmuszanie go do głosowania tak, jak PiS”. Widzimy bowiem od dłuższego czasu, że Napieralski zachowuje się dokładnie tak samo jak prezes Kaczyński: nakazuje głosować przeciw rządowi, bez względu na to o co chodzi. Czyli: „nie, bo nie!”

Poseł nie wykluczył wstąpienie do klubu Platformy. Oczywiste więc będzie miejsce na platformerskiej liście w jesiennych wyborach.

andy lighter