Lista śmierci

Solidarna Polska, partia pod przewodnictwem Zbigniewa Ziobry opublikowała na swojej stronie internetowej „Listę śmierci systemu zdrowia”. Są tam nazwiska ludzi, które zmarły na skutek błędnych decyzji, pomyłek i niedoróbek naszych lekarzy, szpitali, itd.

Solidarna Polska apeluje do Polaków, aby pisali do nich, dzielili się swoimi doświadczeniami w tym temacie i oferują pomoc, np. prawną.

Lista śmierci

Nie było by w tym nic dziwnego, sam z chęcią dopisałby się do takiej listy po tym, jak lekarze i w ogóle personel szpitalny (ale również lekarka pierwszego kontaktu), potraktowali mojego ojca.

Nie było by, ale jest. Otóż ową inicjatywę firmuje swoim nazwiskiem Zbigniew Ziobro. Ten sam Ziobro, który unicestwił praktycznie polską transplantację, który na skutek donosów niespełnionych doktorków, albo zawiedzionych rodzin zmarłych osób połamał kariery i w ogóle życie zawodowe kilku znakomitym lekarzom.

I tak się zastanawiam, jak daleko zdolni są posunąć się nasi politycy w swojej hipokryzji, bucie i zwykłym świństwie, żeby zdobyć kilka procentowych punkcików w sondażach.

Niemożliwe jest dzisiaj policzenie ilu ludzi zmarło na skutek niedokonanych transplantacji w roku np. 2007. Ilu ludzi na skutek braku takich transplantacji skazanych zostało na przedłużone cierpienia, lęk, niepewność jutra. Niemożliwe jest policzenie ilu ludzi narażonych zostało na zabiegi operacyjne przeprowadzane przez lekarzy nie najwyższej klasy, a które pomocy takich właśnie lekarzy wymagało, ponieważ najwybitniejsi zostali odsunięci od zawodu.

Zbigniew Ziobro jest ostatnią osobą, mającą moralne prawo oceniać pracę lekarzy. Ona bywa bardzo zła, bardzo nieprofesjonalna, ale na Boga, niech tym się zajmie ktoś inny, byle nie Ziobryści.  Ich bowiem wiarygodność w tym temacie jest mniej niż zerowa.

Panie Ziobro, pan się jeszcze pod ziemię nie zapadł?

andy lighter

Usługowa służba zdrowia

Jak wszyscy wiemy, niewydolność oddechowa naszej służby zdrowia spowodowana jest tym, że NFZ nie płaci szpitalom za wykonanie tylu usług, ile mogłyby one wykonać. NFZ tłumaczy się, że nie stać go na zapłacenie za usługi i że płaci tyle ile zostało zakontraktowane.

Tekst może być dość długi (za długi jak na bloga – wiem), ale warto się nad tematem pochylić, namawiam więc do poświęcenia kilku minut.

Od kiedy zaczęły się problemy naszej służby zdrowia? Od kiedy powstały Kasy Chorych, zamienione później na NFZ, które zaczęły wyliczać pieniądze dla jednostek służby zdrowia na zasadzie: ile i po ile zaplanujesz zrobić, na tyle pieniędzy się umówimy.

Zresztą polska służba zdrowia poszła śladem finansowania tego sektora w innych krajach. Tyle, że tam system jest szczelniejszy a środki budżetowe są nieporównywalnie wyższe. Dzięki temu kolejki do lekarzy (szpitali) są krótsze – to nieprawda, że nie ma kolejek, są, ale krótsze. Uważam, że nie wszystko, co przychodzi z Zachodu trzeba kopiować, tym bardziej, kiedy warunki wewnętrzne są inne (kasa i szczelność).

Zawsze zastanawiały mnie rozliczenia szpitali i szpitalne finanse. Ogromna cześć tych finansów jest niezmienna. Warunkowo niezmienna, zakładając, że lekarze i pielęgniarki nie zastrajkują, żądając podwyżek. Mam tu na myśli właśnie fundusz płac i wynegocjowane na dany rok usługi typ: opłaty za energię, sprzątanie, czy catering świadczone przez firmy zewnętrzne. I chcę się zatrzymać na zależności: stała płaca – limitowane wykonywanie usług. Oto lekarz, inny pracownik służby zdrowia (radiolog, fizykoterapeuta, itd.), otrzymuje stałą pensję, bez względu na to, czy wykonuje usługi, czy nie. Często zdarza się, ze nie wykonuje, bo „skończył się limit” przyznanych na tę usługę środków. I nijak nie potrafię tego pojąć.

O co chodzi z tymi limitami? Urządzenie, np. rezonans magnetyczny, „chodzi”. Musi, bo w każdej chwili, mogą przywieźć „pilnego” pacjenta. Jednak nie wykonuje swoje pracy, bo limit się skończył. Niech mi ktoś wytłumaczy, o co w tym chodzi. Dlaczego siedząca bezczynnie obsługa nie może prześwietlać kolejnych pacjentów? Jakie limity? Jakie kolejki? Jedyną troską kontraktowania tych usług powinna być troska o odpowiednią sumę na energię, płytki CD i klisze na zdjęcia. Acha, jeszcze arkuszy papieru A4 i tusz do drukarek. I to SA całe koszty, bo pracownik biorący stałą pensję powinie pracować. Nic o tym nie wiem, żeby lekarze i pielęgniarki, a także technicy medyczni pracowali u nas na akord, czyli zarabiali „od przerobu”, bo gdyby tak było, zarabialiby przez dziesięć, góra jedenaście miesięcy. W grudniu przecież często tylko „są w pracy”. Co NFZ ma (powinien mieć) do ilości prześwietleń rezonansem? Prąd chodzi, pracownicy są i dostają stałą kasę…, o co więc chodzi? Po jaką cholerę negocjować z NFZ jakieś ilości usług? Szpital powinien negocjować tyle, żeby środki pokryły koszty wynagrodzeń, plus koszty energii, cateringu, sprzątania, karetek, leków, środków piorących, gipsu, rękawiczek jednorazowych, strzykawek, itp., itd., a nie ilości wykonywanych usług. To jest dokładnie to samo, co płacenie firmom przewozowym za puste przebiegi.

Inna sprawą są ceny tych usług, w tym „robocizny”. Koszty usług oznacza się punktami. I tak, zabieg, któremu się poddałem dwa lata temu „kosztował” piętnaście punktów, po 51 zł za punkt. Dlaczego piętnaście, a nie trzynaście, albo siedemnaście i dlaczego po 51 zł za punkt, pozostaje nieodgadnioną tajemnicą. Zapewne w tych kosztach ileś punktów to robocizna. Jaka robocizna? „Robocizna” jest dobra jak się oddaje pralkę do naprawy. Bo facet zarobi tyle, ile ma m.in. robocizny. „Robocizna jest wtedy, kiedy płaci się „na akord”. W  szpitalach nie płaci się na akord, ale szpitalom już tak. Ciekawy jestem, czy punktów za zagipsowanie prawej ręki (o, przepraszam, jakiej ręki – kończyny górnej prawej), jest tyle samo co za zagipsowanie lewej no.., tfu, kończyny lewej dolnej), jakby to było głupio – niefachowo i po plebejsku, żeby lekarz rękę „ręką” nazwał, a nogę „nogą”.

Nie da się sprawić, aby pracodawca (szpital) otrzymujący „wynagrodzenie akordowe – w dodatku za prognozowaną ilość usług, od NFZ”, w pełni wykorzystał efektywność zatrudnionych u siebie ludzi i zaprzężonego do pracy sprzętu. To się po prostu z sobą kłóci, wyklucza się wzajemnie. Mamy więc niepracujące urządzenia i ich obsługę, marnowaną energię elektryczną i płacenie całkiem przyzwoitych „postojowych” pracownikom.

Jestem przekonany, ze gdyby NFZ „kontraktował” ze szpitalami w miarę stałe koszty utrzymania (gdyby gipsu, strzykawek, albo rękawiczek zabrakło, ich „dopisanie” do kontraktu nie byłoby problemem, a gdyby gipsu zostało, w przyszłym roku można by zakontraktować trochę mniej), więcej środków można by przeznaczyć na doposażanie szpitali w nowoczesny sprzęt, czy zatrudnianie nowej kadry.

Jeszcze bardziej kuriozalną sprawą są kolejki do lekarzy specjalistów. Sam się o tym przekonałem wielokrotnie. Oto siedzi lekarz w gabinecie, np. okulista i… nie przyjmuje. Bo niezakontraktowane ma. Siedzi więc, kasa, jak mniemam, mu leci i… siedzi. Kiedyś byłem „pod ścianą. Potrzebowałem konsultacji przed wizytą u lekarza orzecznika ZUS-u. ZUS przysyła specjalne formularze do wypełnienia przez lekarzy, na jakieś dwa, trzy tygodnie przed terminem komisji, nie ma więc mowy o zapisaniu się do lekarza „na zapas”. Idę więc do okulisty, w publicznym ośrodku zdrowia, w którym leczyłem się od dziecka, puściutko, rejestratorka: „Proszę spytać lekarza, czy pana przyjmie”. „Co ma nie przyjąć , nikogo nie ma” – myślę i walę do niego jak w dym. Nikogo w poczekalni, na kartce przyczepionej do drzwi kilkanaście nazwisk… Kiedy usłyszałem: „Nie mogę pana przyjąć, bo nie jest pan zapisany, a ja nie mogę sobie ot tak przyjmować” – myślałem, że trafi mnie szlag. Ma więc gościu płaconą dniówkę i nie przyjmuje „niezakontraktowanych” pacjentów. To jakiś istny dom wariatów. Co to jest? Siedzi, to niech przyjmuje. Zakontraktować powinien sobie wkłady do długopisów, albo atrament do piór (ostatnio modne stało się używanie przez lekarzy piór) i ilość druków recept, ewentualnie jakieś krople do oczu, a nie ilość przyjętych pacjentów. Przecież on zarabia pieniądze za nicnierobienie.

Cała ta nasza paranoja i niewydolność służby zdrowia spowodowana jest idiotycznym zbiurokratyzowanie systemu, jakimiś debilnymi odpłatnościami za wykonanie usług itp. I będzie tak dotąd, dopóki zamiast kontraktowane być koszty funkcjonowania szpitala, przychodni, kontraktowane będą jakieś debilne usługi, punkty i inne kretyństwa. Nikt jednak nie myśli o tym, by to zmienić. Ani urzędnicy, ani lekarze.

Kto to wymyślił jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę. Wymyślili to lekarze, narzucając urzędnikom, bo wtedy łatwiej było im walczyć o wyższe zarobki. A potem „akordowe” szpitale i ośrodki zdrowia nie wyrabiały z finansowaniem „dniówkowej” kadry, wykonującej „limitowane” usługi. Kompletny idiotyzm, niezgodność (sprzeczność), „niedomykalność systemu” i wie to doskonale (jak sądzę) każdy menadżer.

Sprawą ostatnią są ceny usług i sprzętu. Tajemnicą poliszynela jest to, że biznes medyczny i farmaceutyczny, jest dziś obok finansowych „czary-mary”, handlu bronią i paliwami, najbardziej na świecie dochodowy biznesem. Mam ciągle w pamięci zbiórkę Jurka Owsiaka i jego „Świątecznej Orkiestry” na pompy insulinowe dla dzieci, który wspomniał, ze cena jednej takie pompy to suma rzędu 15 tys. zł. To jest po prostu… jawne złodziejstwo. Pudełeczko wielkości paczki papierosów, zawierające kilka rurek, trochę elektroniki, jakiś mini dozownik i dwa (chyba) plastikowe wężyki nie byłoby tyle warte nawet, gdyby zrobione było ze złota! Ale cena to nie wartość takiego pudełeczka, ale wartość „wymyślenia tego cudeńka”, wartość tantiem dla twórców i producentów. Tyle tylko, że gdyby takie pudełeczko było o sto razy tańsze, twórcy wyszliby na swoje z łatwością, producenci też, bo sprzedaż, tania, była by powszechna, ogólnie dostępna, a do tego zwiększyliby zatrudnienie przy produkcji.

Kilka lat temu rozpętała się głośna afera spowodowana omijaniem przez Hindusów jakichkolwiek powinności licencyjnych, czy ochron patentowych. Uzyskiwali dostęp do składników i sposobów produkcji kosmicznie drogich leków. Produkowali ich identyczne „zamienniki”, sprzedając je na swoim rynku wewnętrznym po 1 $ (za opakowanie lub za sztukę – nie pamiętam) i im się to opłacało! Nic dziwnego, przy ponad miliardowej populacji z łatwością wychodzili na swoje, mimo, że sprzedawali po dolarze. Nie wiem czy tak jest dzisiaj, czy potężne farmaceutyczne imperium światowe zmusiło ich do zaprzestania tych praktyk. Bez względu na to udowodnili, że to się opłaca. Jednak ze zdrowiem jest dokładnie tak, jak z samochodami. Nie opłaca sę produkować samochodów zanadto bezpiecznych, choć Est to łatwe i tanie a udowodnił to polski konstruktor pasjonat już kilkadziesiąt la temu konstruując zderzaki niepowodujące zniszczeń i „uszkodzeń ludzi w środku przy zderzeniu czołowym, bo za długo by „żyły”. W biznesie medycznym zdrowe społeczeństwo oznacza… ich plajtę.

Dlatego kiedy widzę ogólnoświatową ekscytację nad „za chwilę” wynalezieniem lekarstwa na AIDS, albo skuteczny lek na raka, rosnące nadzieje podnieconych ludzi jeszcze zdrowych lub już chorych, uśmiecham się tylko myśląc: „Ludzie, na co wy czekacie? Przecież takich śmiertelników jak wy, nigdy nie będzie stać na takie lekarstwo, a wynalazcy i szpitale stosujący te specyfiki spowodują, że będziecie kolejnymi internetowymi wołaczami o wpłacanie na numer konta z dopiskiem „dla Ani”, albo „dla Krzysia”, ewentualnie zrobi to za was jakaś fundacja „Nie jesteś sam”, czy inna fundacja „Podaruj dzieciom słońce”. A „wymyślacze” i producenci wyjdą na swoje, nie zawracając sobie głowy jakąś tam masową produkcją”.

andy lighter

Lekarze – analfabeci

Naczelna Rada Lekarska apeluje do medyków o wypisywanie pełnopłatnych recept od 1. lipca. Już dawno pisałem o tym, że jakieś ich tłumaczenia (jeszcze z przełomu roku), że niby nie wiedzą kto jest ubezpieczony, a kto nie, to jedna wielka ściema. A dowodem na to jest żądanie abolicji za błędne recepty.

Lekarze zachowują się jak kompletni analfabeci, chociaż tak naprawdę chodzi o nieróbstwo i pokazanie „kto tu rządzi”. Oto lekarz jawi się jako człowiek nie od pisania, tylko od leczenia, czyli… mówienia. Lekarz mówi co pacjentowi jest (w niekoniecznie częstym przypadku, kiedy rozpozna chorobę), ale żeby miał zniżyć się do wypisywania jakiegoś świstka… niedoczekanie, on jest za bardzo wykształcony na takie pierdoły, którymi powinien zająć się „głupszy” personel.

Lekarze, tak bardzo nienawidzący PRL-u, w którym „byli uciskani i klepali biedę”, najwyraźniej tęsknią za niektórymi rozwiązaniami z tamtego okresu. Wtedy, praktycznie każdy lekarz rejonowy, tak samo jak specjalista, miał przy sobie pielęgniarko-sekretarkę i jego praca polegała na słuchaniu i… mówieniu właśnie. Czyli dyktowaniu pielęgniarko-sekretarce nazw leków, które ta, wpisywała na receptę. I tyle, nie dziwi zatem, że lekarze nie mieli najmniejszego pojęcia o reszcie zawartości recepty i sposobie jej wypełniania. Dziś z dobrodziejstwa pielęgniarko-sekretarki korzysta cześć lekarzy specjalistów, lekarze pierwszego kontaktu, tego „słusznego”, żeby nie powiedzieć „oczywistego” ich zdaniem przywileju, zostali pozbawieni. Czyż to nie potwarz? Czy to nie zhańbienie wybranej profesji spośród wszystkich innych profesji na tym ziemskim padole? Wybranego niczym jeden i tylko jeden naród, spośród wszystkich innych narodów? Nie ma przecież na ziemi człowieka, bardziej wykształconego, mądrego i w dodatku ciągle się kształcącego niż lekarz. Lekarz człowiekiem jest wyjątkowym i tak też powinien być traktowany.

Niektórzy czytelnicy mogą oskarżyć mnie o zbytnią ostrość w ocenie, przesadę i uogólnienie. I rzeczywiście, mój tekst do wszystkich lekarzy skierowany nie jest. Miałem dobre doświadczenia z niektórymi lekarzami specjalistami. Więcej jednak i to w ostatnim czasie, miałem do czyniania z bufonami, nierobami, kłamcami, chciwcami i zwykłymi durniami.

Oto dwa miesiące temu, lekarz specjalista, pewną osobę z mojej rodziny, na „kopa w dupę – spieprzaj dziadu ze szpitala”, wyposażył w receptę na której nie wpisał… miejscowości w której owa osoba mieszka, chociaż wisi to we wszystkich papierach jak wół – zresztą, to to samo miasto, w którym znajduje się szpital. Niech mi więc nie pieprzą lekarze, że idzie o jakieś „nie wiem, czy jest ubezpieczony”. Inny przedstawiciel superzawodu, lekarz (pani) rodzinna, stawała na głowie (i dopięła swego), aby pacjenta nie odwiedzić w domu, choć to jej psi obowiązek wobec kogoś, kto od grubo ponad pięćdziesięciu lat płacił składki i zmarł cztery dni po jej odmowie wizyty. Jej diagnoza (na odległość) była prosta i genialna, wszak to przedstawicielka „wybranych”: „Ten pacjentowi albo nic nie jest, albo już powinien nie żyć, bo perpetum mobile nie istnieje!”, przy czym owa geniuszka nie umie mówić – przywykła do krzyku. Kilka miesięcy temu lekarz, który od wielu lat przepisuje mi receptę na ten sam lek (jestem na ten lek skazany do końca), pomylił jego nazwę, chociaż przepisywał z kartoteki. W obydwu przypadkach recept, nie obyło się bez moich nerwów i biegania tam i powrotem, ale to normalne – moje nogi to przecież zwyczajne nic, w porównaniu ze zhańbionymi piórem (bo ostatnio u lekarzy pióra wieczne modne są) rękami wszechwykształconego geniuszu.

Kwestią czasu jest tylko protest pielęgniarek, wypisujących recepty, bo one od robienia zastrzyków są, albo EKG. I nauczyciele nie powinni pozostać dłużni, wszak oni od uczenia są, a nie od wypisywania ocen, sprawdzania obecności, czy sprawdzania klasówek. Że o policjantach wypisujących mandaty nie wspomnę.

Wkrótce zapewne wejdzie w życie nowy kierunek edukacji, najlepiej studiów wyższych oczywiście: „sekretarka-wypisywaczka” (albo „sekretarz-wypisywacz” – dlaczego nie). Pracy będzie dla nich pod dostatkiem, a bezrobocie stanie się w naszym kraju kompletnie abstrakcyjnym słowem, dla niektórych kojarzonych z mglistą, minioną przeszłością.

A więc… zawodowcy do protestów, a bezrobotni i młodzi do nauki! Rzeczpospolita woła!

andy lighter

Współwina i milczenie

Napiszę to „głośno”, bo chociaż wiele razy o tym krzyczałem, nikt nie słyszał:

Współwinnymi katastrofy smoleńskiej, oprócz bylejakości, „jakoś to będzie”, praktykowanej przez dwadzieścia kolejnych lat przez wszystkie rządy, jest Lech Kaczyński, jego otoczenie (kancelaria) i niektórzy pasażerowie Tupolewa.

Słuchanie bełkotu Kaczyńskiego woła już naprawdę o pomstę do nieba. Beatyfikacja Lecha Kaczyńskiego, bez swojego brata bezradnego niczym niemowlę  w inkubatorze, również.

Wołam już kolejny raz i wzywam ludzi władzy: wyrzućcie wreszcie z siebie oczywiste zdania, zdania, których boicie się wypowiedzieć, jakby były zaszczepieniem zarazy w wasze organizmy.

Lech Kaczyński nie miał prawa wziąć na pokład takiego składu pasażerów. Jeśli był na tyle głupi (bo przecież był na tyle głupi), że tak chciał, jego otoczenie – kancelaria, BOR, powinni albo wybić mu to z głowy, albo zwyczajnie powiedzieć „Nie!”.

Jeśli generał, zobaczył w jednym samolocie sześciu innych generałów, powinien powiedzieć (zresztą każdy z nich): „Stop! Coś tu nie gra! Nie możemy wszyscy razem!”.

Jeśli załoga widzi mleko, zamiast lotniska, powinna zawrócić, lecieć gdzie indziej…, ale absolutnie nie lądować.

Jeśli prokuratura ma do wyboru odczyty z kokpitu, wykonane przez laboratorium kryminalistyczne i wojskowy instytut z Krakowa, nie może ot tak sobie powiedzieć: „Wybieramy to drugie, bo tak nam się podoba. A pierwszy wynik dla nas nie istnieje”. Nie może być tak, że jeśli dwóch biegłych psychiatrów w sądzie przedstawia w sprawie odmienne (różniące się) opinie, sąd bierze jedną z nich, bo tak chce.

I taki kształt i taką objętość powinny mieć raporty wszelkich komisji, milerowskich, MAK-owskich i każdych innych macierewiczowskich.

Wszyscy, nawet rozsądni krytycy i specjaliści boją się wypowiedzieć te oczywiste prawdy, jakby to było jakieś rozpuszczenie broni biologicznej.

Bo nie było procedur, bo to, bo tamto. Nie słyszałem o procedurach, mówiących o tym, że jeśli przez szosę jedzie sznur rozpędzonych samochodów, chcący przejść na drugą stronę powinien zaczekać. To jest oczywiste, że zaczeka, bo tak nakazuje logika i żadne procedury nie są do tego potrzebne.

______

Wczoraj zmarł mój ojciec. Jakim był człowiekiem, takim był, ale nawet on nie zasłużył na cierpienie, upokorzenie, umywanie rąk i haniebne, nieludzkie traktowanie, jakim uraczyła go w ciągu ostatniego miesiąca polska służba zdrowia. Choćbym miał poświęcić na to resztę swoich dni, nie dam spokoju tym ścierwojadom, durniom, hipokrytom i bezdusznym „wykształconym” ludziom (czyt. lekarzom – koń by się uśmiał, część z nich to kompletne prymitywy), którzy dla każdej zarobionej (a raczej nie wydanej na pacjenta) złotówki, są w stanie pokazać swoje najgorsze, pierwotne zbydlęcenie, butę i nieczułość.

andy lighter