Oburzeni i… co dalej

Jakoś wcale mnie nie dziwi, że skrzyknęli się ludzie niezadowoleni z rządów PO-PSL. Trzeba być naprawdę zatwardziałym platformersem, albo ślepcem nie doświadczającym tu i teraz, żeby być zadowolonym.

Zapewne wyniki makroekonomiczne, nasza sytuacja na tle Grecji, pozycja w unijnych słupkach i wykresach wyglądają nieźle, ale ma się to do sytuacji przeciętnego obywatela naszego kraju jak pięść do nosa. Tyle tylko, że Platforma Oburzonych nie tylko niczego nie załatwi, ale jeśli spełnić ich żądania, sytuacja Grecji była by dla nas niedościgłą tęsknotą.

Przypadkowość i sprzeczność interesów grup zebranych w stoczniowej, historycznej sali BHP jest tak szeroka, że nikt, absolutnie nikt nie jest w stanie stworzyć z tego jakiegoś sensownego ruchu. No, chyba, że celem samym w sobie jest obalenie rządu. Cel ten nie jest wbrew pozorom, przy takiej sile, mogącej bez większego problemu ulec wzmocnieniu, trudny do osiągnięcia.

Tylko co potem, Panie Kukiz? Dudy nie pytam, bo jego odpowiedź jest dla mnie oczywista: „PiS do rządzenia, Kaczyński na premiera!”. Zdaje się jednak, że Pawłowi Kukizowi o to nie chodzi. Miałem kiedyś przyjemność (była to ogromna przyjemność i znakomite doświadczenie) dyskutować z Pawłem Kukizem na tym blogu, jeśli mnie pamięć nie myli, to przy okazji słynnego śniadania z Tuskiem u Marcina Mellera. „Rozmawialiśmy” przez dwie doby, a Paweł Kukiz okazał się niezwykle merytorycznym, kulturalnym i rzeczowym „rozmówcą”. Nie będę krył, że było to dla mnie, choć niezwykle pozytywne, to jednak zaskoczenie. Stereotyp Kukiza, jako awanturnika medialnego jest więc, i tu mogę napisać: „wiem to z własnego doświadczenia”, daleko nieprawdziwy.

Paweł Kukiz powołał do życia inicjatywę pod nazwą „Zmieleni”, chcąc skupić wokół siebie ludzi sprzeciwiających się obecnej ordynacji wyborczej. Głównym hasłem tej inicjatywy jest zmiana obecnie obowiązującej ordynacji na ordynację Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Jestem za, ale pod wieloma warunkami. Nie może to być taka ordynacja JOW, jaka obowiązuje w wyborach do senatu. Nie można się opierać na żadnych zagranicznych doświadczeniach, tylko napisać swoją własną, od nowa „wymyślną” ideę JOW-ów. Wszystkie kraje, które próbują wprowadzać u siebie już istniejące gdzieś indziej modele JOW-ów, szybko się z tego wycofują, bo to się po prostu nie sprawdza. Na „wyrzeźbienie” nowej idei JOW-ów potrzeba lat. Inną sprawą jest fakt, że kiedy w 2007. Tusk wspomniał tylko o JOW-ach w sejmie, inne partie zareagowały na to, jak na niebezpieczeństwo rozprzestrzenienia się dżumy i cholery razem wziętych. Podobnie zresztą jak na niefinansowanie partii politycznych.

Niemal natychmiast przekonałem się, że ideę Kukiza zaczęli zawłaszczać nie tyle przeciwnicy obecnej całej klasy politycznej (poza Hofmanem, bo on siebie do żadnej klasy nie zalicza – słusznie, nie nadaje się nawet do tak słabej klasy jak ta, polityczna), ale przeciwni Tuskowi zwolennicy Kaczyńskiego. A potem było już tylko gorzej. W spotkaniach „Zmielonych” organizowanych w różnych miastach, brało udział po kilkadziesiąt osób, szybko okazało się, że wbrew zainteresowaniu na Facebooku, w rzeczywistości liczy się tylko: „Jesteś z Tuskiem, albo z Kaczyńskim? Nic innego nas nie interesuje”.

Paweł Kukiz nie chcąc, aby idea JOW-ów umarła, zwrócił się o wsparcie do Solidarności Piotra Dudy. No i spotkali się w Sali BHP. Tyle tylko, że Duda sprowadził do Sali nie tylko Kukiza, pozwalając mu na „tytuł” współorganizatora, ale też związki lekarskie – te same, które wolą zabić człowieka, sprowadzając karetkę „spoza gór i rzek”, niż mieć jakiś drobny problem do wyjaśnienia z NFZ-em, nacjonalistów bojących się niechybnej wojny, wobec oczywistej wkrótce okupacji niemiecko-angielskiej a w konsekwencji rosyjskiej, inne „bratnie” związki zawodowe, podobnie jak Solidarność broniące jak niepodległości ultra komunistycznych przywilejów rozmaitych grup zawodowych. I tak dalej, i tym podobnych, a raczej kompletnie niepodobnych jednych do drugich.

Kilka dni przed spotkanie gdańskim Piotr Duda spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim, wspierając go w dążeniu PiS-u do obalenia Donalda Tuska i jego rządu. Ciekawe, co myśli Paweł Kukiz? Czy zdaje sobie sprawę, że jeśli przy jego pomocy, Dudzie udałoby się obalić rząd Tuska, dziękując mu za pomoc, Duda „postawi” na czele rządu Kaczyńskiego? Albo nie, albo zdaje sobie sprawę, tylko…, no właśnie, tylko co? Ciekawy jestem, co powiedziałby Paweł Kukiz wtedy zwolennikom „Zmielonych”.

Jest kilka postulatów niby rzeczowych, ale nierealnych, albo, póki co, nierozsądnych. O nieprzygotowanych, a właściwie niewymyślonych od nowa JOW-ach już pisałem. Innym jest obowiązkowe referendum, jeśli tylko uzyska się odpowiednią ilość podpisów. Nie wolno jednak zapominać o tym, że taka możliwość niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwa. Związek zawodowy z łatwością może bronić wszystkiego, zbierając „dobrowolne” podpisy swoich członków. Bronić ultra komunistycznych, skrajnie niesprawiedliwych przywilejów, wymyślać (a co za tym idzie – wprowadzać) wciąż nowe. Może też wprowadzać „decyzje” absurdalne: minimalna płaca w wysokości 50% średniej krajowej, żądać pytanie w referendum: „Czy chciałbyś zarabiać pięć tysięcy?”. Itd., itp. Niemożliwe? Jeszcze jak możliwe – wystarczy poczekać na okres zbliżania się końców kadencji działaczy związkowych. Radio Maryja z łatwością może umieścić się ponad prawem, przy okazji wprowadzając nasz kraj na drogę konstytucyjnej, ustrojowej wyznaniowości. Itd., a więc idea referendum, pod jedynym warunkiem – zebrania odpowiedniej ilości podpisów, nie jest taka cudowna, za jaką mogła by uchodzić, więc nie da się racjonalnie obronić. Co nie znaczy, że dobre jest zwyczajne ignorowanie takich akcji podpisowych przez rządzących i wrzucanie ich, na ogół „z automatu”, do kosza.

Co więc powinien robić Paweł Kukiz, niezadowolony, jak najbardziej słusznie, z rządów Platformy? Powinien „dusić” Tuska, nękać go, zmuszać do tłumaczeń, tak, jak to robił na sławetnym śniadaniu u Melera. Że co? Że to nic nie dało? To trzeba go zmusić do następnego spotkania. I do następnego i następnego. I jeszcze raz i znów. Podczas spotkania Tusk, Kukiz, Hołdys, Lipiński i Meller, ten pierwszy nieźle się napocił. I trzeba było to kontynuować, a skoro nie miało to miejsca, zacząć od nowa. Rząd, premier, musi czuć oddech niezadowolonego społeczeństwa na plecach, a jeszcze lepiej na twarzy.

Pod warunkiem, że to niezadowolenie będzie racjonalne, mądre, a nie spowodowane niespełnieniem jakichś idiotycznych, albo ultra interesownych, niesprawiedliwych żądań.

Wiele innych postulatów, rozsądnych, które zostały postawione przez oburzonych, da się załatwić, właśnie naciskając na Tuska choćby przez publiczne dyskusje z nim, bez potrzeby obalania rządu. W przeciwnym razie Duda, organizując „zamach” rękami m.in. Kukiza, zamelduje Kaczyńskiemu „wykonanie zadania” i zostawi Pana Pawła z „zamienioną przez stryjka siekierką na kijka”.

andy lighter

Emerytalna zadyma

Sam, na własne uszy słyszałem, bo z racji tego, że polityką interesuję się od ładnych paru lat, jak prezydent Lech Kaczyński mówił o tym, że Polacy powinni pracować dłużej.

Rzeczywiście mówiąc o Hitlerze, Jarosław Kaczyński zwracał się do Ruchu Palikota, bo patrzył nie przed siebie (na posłów PO), nie na premiera, na ławy rządowe (podejrzewam, że ma prawostronne skurcze mięśni szyi, kiedy stoi na mównicy), nie na SLD, z którego liderem wyszedł do związkowych zadymiarzy, więc…

Porównując więc Palikota (jego Ruch) do Hitlera, musiał wkurzyć posłów tej partii. I żadne jazgoty Kemp, Dornów i innych, twierdzących, że Palikot nie powinien w sejmie zasiadać. W najbliższych wyborach Dorn razem z Kempą dowiedzą się kto powinien, a kto nie, w sejmie zasiadać.

Marzę o tym (chociaż wiem, ze będę płakał, ale i tak marzę), aby PiS doszedł do władzy i aby PO przez długie lata do władzy nie wróciła. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu: za dziesięć, dwanaście lat, to Kaczyński, może na spółkę z „agentem 007” Kłopotkiem(bo oni w koalicji zawsze się odnajdują) będzie podnosił wiek emerytalny. Będzie musiał!!! Byłbym zdziwiony, gdyby przez najbliższe 10, 15 lat PO, czy Ruch Palikota walczyli o władzę. Niechby PiS, na spółkę z SLD (i doczepką chorągiewkowego PSL-u), przełykali tę ustrojową, jak by nie było, żabę.

Solidaruchy (nigdy bym tak nie nazwał siebie i „moich kolegów” z roku ’80, ’81), zablokują wyjście posłów z sejmu. Gdybym był posłem, wyszedłbym i szedł przed siebie („Przepraszam, chcę przejść”). Jasne jest, że zostałbym dotkliwie pobity. Ciekawe, co by wtedy było? To, co wyczynia Silidarność jest ograniczeniem wolności. Przedstawiciele niecałego miliona ludzi (członków związku), narzucają wolę wybrańcom 37 milionów. To jest numer.

Blokujący – widziałem w telewizji, to w ogromnej liczbie starcy. Już na emeryturze, albo emeryci za pół roku. Działacze tak im mieszają w głowach, ze ci, skołowani, a poza tym i tak niekoniecznie rozgarnięci (takimi najłatwiej manipulować) wołają o „pracy do śmierci”.

Wczoraj na własne uszy słyszałem 55-latkę, oczywiście solidarnościowę przed sejmem, która z troską i pisowską zapalczywością zapewniała, że do 67. roku życia nie da rady pracować. Nie ma zielonego pojęcia, że będzie pracować o kilka miesięcy dłużej ponad sześćdziesiątkę, reforma bowiem jest rozciągnięta, bo związkowcy zadbali o to, aby ludzie się o tym nie dowiedzieli. Kobiety (szczególnie należące do związków) 59-letnie, SA przekonane, że będą pracować do 67.

Potężną w tym zasługa rządu, ale to już inny temat.

A Palikot? Palikot ma rację. Wszystko co powiedział, a potem powtórzył i rozwinął na konferencji prasowej, się zgadza. Lech Kaczyński, prezydent Polski, bez Jarosława, Lech był kompletnie bezradny. Każdy, kto obserwował w latach 2005 – 2010 scenę polityczną, musi to wiedzieć. No, chyba, że jest prawdziwym Polakiem . Znamienne są słowa w związku z telefonem prezydenta ze Smoleńska: „Lech Kaczyński nie rozstawał się ze swoim telefonem”. Ja w to wierzę, nie mógł, bo musiał słuchać instrukcji, w każdej sprawie. Instrukcji Jarosława rzecz jasna. On był liderem tego duetu. Zauważyliście, Że zawsze Lech był wysyłany „do pracy”? Jarosław pozostawał… w cieniu.

andy lighter

Zbawiciela marzenie o potędze

Marsz niepodległości, o dziwo przebiegał spokojnie. Jak zwykle więc „Jarosław Polskę zbaw”, haniebne transparenty, itp. Można by przejść nad tym do porządku, gdyby nie jeden, śmieszny w sumie moment. A właściwie i śmieszny i smutny zarazem.

Marsz Niepodległości, fot. P. Kula/PAP

Oto Jarosław Zbawiciel wygłosił przemówienie. I to przemówienie właśnie, było i śmieszne i kosmicznie głupie, ale jego odbiór był smutny.

„Trzeba być głupim, żeby wierzyć, że ci więksi, ci silniejsi, będą dbać o nasze interesy. Oni będą dbać wyłącznie o własne interesy” (cyt. z pamięci).

Ze słów Zbawiciela wynika więc, że dwadzieścia pięć, może dwadzieścia trzy kraje Europy są nieustannie ogrywane przez Niemcy i Francję. Ciekawy jestem, co na to powiedziałyby takie kraje jak Luxemburg, Holandia, Finlandia, czy Estonia. Te kraje mają zaledwie po parę głosów i dają sobie radę, nie czując się ogrywanymi. Znakomitym przykładem jest tu Estonia, która nie oglądając się na innych, zacisnęła zęby i bardzo skutecznie, konsekwentnie, podnosi się z potężnego dołu, w jakim się znalazła. I jakoś nie narzeka na ogrywanie, chociaż musi ratować „bogatszą” Grecję. Spokojnie, Grecja „zbiednieje”, bo nie ma innego wyboru, albo z Unią, albo, tym gorzej dla Grecji, bez Unii.

A teraz o kosmosie.

Przyzwyczailiśmy się już do bredni wygadywanych przez tego sponiewieranego przez swoje własne, chore ambicje, człowieka. Jednak te sponiewieranie powoduje zdecydowanie zaostrzenie się objawów głupoty.

„Mogliśmy, powinniśmy być tak silni jak Chiny, powinniśmy być najsilniejsi, najbogatsi w Europie” – czy jakoś tak to leciało. Jezuuuu!

No, ale już mniejsza o prezesa, po nim, jak wspomniałem, mogliśmy i będziemy mogli coraz częściej, się takich bredni spodziewać. Smutne jest jednak to, że z nieskrywanym zachwytem odbierają to wyznawcy Jarosława Zbawiciela. Oni najzwyczajniej w świecie, szczerze w te brednie wierzą. I to jest przerażające. Głupota w tym kraju, za sprawa wiary w jednego człowieka, jest tak mocno zakorzeniona, że aż przeraża.

Gdyby ci ludzie wiedzieli jak buduje się bogactwo Chin, włos zjeżyłby im się na głowie. Ale nie wiedzą, choć jest to wiedza powszechna, powszechnie dostępna. Już widzę związkowca Guzikiewicza, pracującego w chińskiej fabryce komputerów, za kilka dolarów dziennie, kilka tysięcy kilometrów od domu, mieszkającego w kilkunastu, w małym pokoiku „hotelu” robotniczego. Na pewno założyłby „Solidarność” i wyprowadził lud chiński na ulice, zapewniając mu greckie przywileje i zarobki i krajowe, chińskie bogactwo jednocześnie.

Żal mi tych ludzi, ale jednocześnie wzdrygam się na myśl o ich kompletnej głupocie, zapatrzeniu, zamknięciu w pisowskim kanale – wizji chorego człowieka.

andy lighter

Kompleksowa utylizacja

Sporo się ostatnio pisze i w ogóle dzieje, w związku z zadymami na prawicy, na lewicy, w Europie i w obliczu nadchodzącej rocznicy 13. grudnia.

Czytam tu i ówdzie, jak to było za tej koszmarnej komuny. I sobie przypominam. Czas… komuny i nowy czas – czas „demokracji”. O czasie komuny za chwilę, ale najpierw o czasie demokracji. A czas demokracji to „prawie” piana z ust wychodzącego ze skóry Romaszewskiego w studio telewizyjnym (ten człowiek jest ewidentnie chory – znam takie objawy), to Gwiazda, który pomstuje na okrągły stół, bo komunistów trzeba było, jak na Węgrzech, kiedyś… wcześniej, to inni, co jeden to lepszy. Np. Jarosław Kaczyński.

Człowiek, który stan wojenny „rozpoznał” późnym popołudniem, bo w niedzielę 13. spał do południa. Rany! Albo zachlał jak świnia, albo nic kompletnie go nie ruszało wokół, bo 90 % społeczeństwa, rano, a najdalej koło południa, wiedziało już co się dzieje. A w domu Kaczyńskich (mamy, taty i Jarosława) nikt nic nie wiedział – unikatowy ewenement – unikat na dzień 13 grudnia ‘81!!! Za tę nieświadomość, rodzina powinna dostać medal, bo to naprawdę było unikalne, no może gdzieś na wiosce zabitej dechami, ktoś do południa nie wiedział, poza tym, w kraju wrzało – płacz, strach, sąsiedzi, znajomi, nieznajomi nagabywani – roznosiło się lotem błyskawicy. Ja sam, po szóstej, usłyszawszy wystąpienie generała, wracając do domu (jakieś trzysta metrów), powiedziałem o tym chyba z trzydziestu osobom, a oni… kolejnym (widziałem).Ale co tam, Solidarność nosi go na rękach (dzisiaj), a on – absolutna ikona „Polskiego Opozycjonizmu”, organizował będzie demonstrację rocznicową 13 grudnia. Boże! Ten człowiek jest ostatnią osobą, która ma do tego prawo! On był kompletnym unikalnym marginesem, który do popołudnia nie wiedział, co się stało.

Ale czy można się dziwić, ze nie wiedział? Suwerenny człowiek z tego prezesa jest. Właśnie toczy bój o suwerenność, „stawiając” Sikorskiego Radka przed Trybunał Stanu. Bo suwerenny, trzeba przyznać, to on był. W piaskownicy na podwórku się nie bawił będąc dzieckiem, bo go gonili stamtąd – takie kondominium tam było (koledzy się jakoś dogadywali między sobą i wszyscy mogli babki robić) i on się do kondominium nie mieszał, miał nianię – suwerenną, czyli po ichniemu, taka służąca znaczy się trochę. Potem poszedł do roboty „na plecach”, czyli po znajomości (tak wyczytałem z jego własnych wspomnień – więc to nie ściema), na uczelni gdzieś, czy w bibliotece (szczerze pisząc nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam, że z jego jakich wywiadów, czy jego zapisków to wyczytałem). A potem był Wałęsa, którego teraz tępi, jak wściekłe zwierze. Zapomniał biedak, że gdyby nie Wałęsa, nie było by dziś Jarosława, ani prezydenta Lecha, ani PiS-u, ale co tam, poszedł na suwerenność wtedy, której to suwerenności do dzisiaj jest wierny. A że mieszkanie na Żoliborzu za komuny, służenie Panu Wałęsie, to tylko takie szczególiki – wypadki przy pracy.

A ja tam od dziecka wybierałem częściową utratę suwerenności. I nigdy nie traciłem. Jak byłem mały, albo średni, to aby być zaakceptowany, godziłem się na pewne „warunki”. Ale bez problemu dostrzegałem, ze warunki są obustronne: nie mogłem kolegi posypać wiaderkiem piasku, bo by mnie zlał, ale było absolutnie oczywiste, że też nie będę obsypany. Jak byłem młody, ale już „stary”, pijąc ja bola w bramie też godziłem się na utraty suwerenności. Solidarnie dokładałem się do ściepy i choć wiedziałem, ze nie mogę wychylić całego ja bola, nie zostanę pominięty, a i kolejny się znajdzie i ja też tam będę. A potem była praca. I Solidarnoość  tworzenie „nowego”. I wtedy nie tylko godziłem się na utratę częściową suwerenności, ale wręcz oddawałem się całym sobą innym. Dla sprawy. Dla idei. Dla lepszego jutra.

Tak więc wywala się dzisiaj komunę w całości do śmietnika. Utylizuje się kompleksowo – całość. I robią to albo osoby zdecydowanie zwichrowane emocjonalnie (Macierewicz, Romaszewski…), albo nic wtedy nie znaczące – popychadła, zapchajdziury wykonujące jakieś… (wcale nie znaczące, jakby chciał pan Jarosław) roboty dla związku czy ruchu, jak Kaczyński Jarosław właśnie, albo młodzi, którzy „komuny” od tego Kaczyńskiego się uczą, i znają ją wyłącznie z jego i Rydzka (np.) kłamliwych opowiadań.

 

A ja ze łzami w oczach wspominam tamten czas. Nie było słodko, jak młodemu Niemcowi np., albo Francuzowi. Ale taki Niemiec, czy Francuz, mój rówieśnik, nie ma bladego pojęcie co to jest szczęście. Bo co on w życiu widział? Czy on ma pojęcie np., co to jest guma Donald z obrazkiem, kupiona na „czarnym rynku”? Czy on ma pojęcie, jak ona wtedy smakuje? Ile szczęścia doświadcza jej posiadacz? Czy taki Niemiec ma pojęcie, co to jest kupić sobie w każdą niedzielę(!!!) ’76 do ‘78, dużego loda Carpigiani za siedem dwadzieścia (zjadłem miliony takich lodów, ale takich jak wtedy, nie jadłem nigdy później, bo tylko tamte były prawdziwe – na włoskich maszynach, na „prawdziwej” śmietanie z „prawdziwym” kakao – Jezu, na samo wspomnienie ślina mi cieknie i dreszcze przechodzą)? Czy taki Francus wie, co to jest kupić sobie na niedzielę paczkę „Guluazów” z filtrem, po dwie dychy (kupa forsy – Sporty kosztowały 3,50)? Nie wiedzą! Anii ten Niemiec, i Francuz, ani inny Anglik. A szkoda. Biedni są Ci Francuzi i inni Niemcy, bo my, nieszczęśliwi w sumie ludzie (jakby nie patrzeć), doznawaliśmy szczęścia. Lodem, Guluazem, Donaldem, płytą długogrającą…

Jak można być szczęśliwym pławiąc się w mannie z nieba? Nie można. Kiedy ona spada, gdy człowiek ma już dość i „dalej nie może”, to jest szczęście!

Byłem wtedy bardzo nieszczęśliwy. Ale jednocześnie był to najszczęśliwszy, najpiękniejszy, zdecydowanie cudowny czas mojego życia. Bo cud nie trwał, nie spowszechniał, ale pojawiał się, jak… najcudowniejsza kochanka w nocy, jak ulga po wyrwaniu bolącego tydzień zęba. I znikał. I znów się pojawiał. I przynosił… najcudowniejsze na świecie chwile… szczęścia.

Nie żałuję ani sekundy z tamtych dni.  I niech mnie ten cały Kaczyński, ze swoją demonstracją, a nawet z Ziobrem razem, pocałują…

andy lighter

Krzesełka zamiast opon

Zgodnie z obietnicą przywódców „Solidarności”, podczas demonstracji w Warszawie przeddzień objęcia przez Polskę unijnej prezydencji, nie płonęły na ulicach opony. Natomiast zamiast opon płonęło 460 krzesełek, symbolizujących posłów z Wiejskiej, ale… tego przyrzeczenie związku nie zakazywało. Wszystko więc jest w porządku.

Plastikowe krzesełka zamiast opon

fot.PAP/Bartłomiej Zborowski

Przed rozpoczęciem marszu związkowców rozgrzewał Paweł Kukiz, który nie tylko śpiewał, ale też uświadamiał związkowców, jakie to świnie w sejmie urzędują. Co prawda Kukiz mówił o świniach z czterech partii, co się wielu związkowcom nie podobało i skwitowali to gwizdami, ale w końcu panowie się dogadali. Pan Kukiz poszedł dalej, apelując (niby w żartach rzecz jasna), aby rządzące i partyjno-sejmowe świnie dopuściły do koryta nowe świnie i świetnie się przy tym bawił. Jednak zbyt oryginalny pan Kukiz nie był. Już to kiedyś słyszeliśmy panie Kukiz. Od pana Leppera: „Oni już rządzili! Teraz my, bo my wiemy jak to zrobić lepiej”.

Pan Kukiz zresztą w ogóle nie ma wyczucia politycznego. „Solidarność jest jedyną realną siłą, która może przeciwstawić się tej partiokracji” – powiedział wokalista. Słaby analityk ten Kukiz. Po pierwsze, Solidarność już kiedyś się „przeciwstawiła” tej partiokracji, a część tych, co się „przeciwstawili” to te dzisiejsze „partiokratyczne świnie” – pozostałość po AWS-ie rozpierzchnięta po różnych partiach. A po drugie, znaczna część tego związku zawodowego, to wyznawcy sekty PiS, po ostatnich wyborach związkowych zmieniła się tylko najwyższa władza, reszta, przynajmniej mentalnie, pozostała bez zmian.

Znamienną sytuację zobaczyłem w telewizorze. Jeden z protestujących związkowców mówił: „Nie chcemy, aby spotkało nas to, co Greków”, a jego koledzy nieśli transparenty z napisami: „Żądamy podwyższenia minimalnych wynagrodzeń” (do połowy średniej krajowej – przyp. autor), „Przecz z bezrobociem”. Inne postulaty podnoszone, jak zawsze zresztą, przez związkowców to m.in. obniżenie akcyzy na paliwo (kiedyś Miller to zrobił, a skutkiem był wyłącznie zwiększony zysk dla firm dystrybucyjnych), zwiększenie liczby osób uprawnionych do korzystania ze świadczeń pomocy społecznej i koniecznie: podwyższenie świadczeń społecznych, itd. Rzeczywiście panowie związkowcy. Po spełnieniu waszych postulatów, rzeczywiście zdecydowanie oddalimy się od zagrożenia sytuacją, jaka spotkała Grecję. Szczyt ekonomicznego, a nawet zwykłego, obywatelskiego dyletanctwa, jeśli zestawić ze sobą demonstrowane słowa troski o kraj i demonstrowane postulaty.

andy lighter

„Solidarność” i „nieludzka polityka rządu”

„Solidarność”, czyli bojówka PiS-u, wyprodukowała spot reklamowy. Spot ma zachęcać społeczeństwo do wzięcia udziału w demonstracjach, organizowanych 25. maja. Demonstracje mają odbywać się we wszystkich województwach, a związek zapowiada udział nawet 100 tyś. uczestników.

„Drożyzna, ubóstwo, bezrobocie. Powiedz »stop« nieludzkiej polityce rządu” – brzmi zdanie wypowiadane w spocie, który jest emitowany w całym kraju w radio i telewizji. Jednak publiczne Radio Wrocław wstrzymało emisję spotu, choć ukazuje się on we wrocławskiej telewizji. A poszło o słowo „nieludzka”. Jeden z dyrektorów radia stwierdził, że ich prawnicy uznali, iż słowo „nieludzka” (sądzę, ze chodzi o zwrot „nieludzka polityka rządu”), może naruszać przepisy ustawy o radiofonii i telewizji, ale także kodeksu cywilnego i prawa prasowego.

No i zaczęło się pokazywanie palcem winnego. Dyrektor oświadczył, że proponowano „S” zamianę spornego słowa i że „S” się na to zgodziła. I że nie jest to nic nadzwyczajnego, bo często się dogadują z klientami w sprawie wątpliwej dla prawników treści. Jarosław Krauze z dolnośląskiej „S”, twierdzi z kolei, że nie dostał niczego na piśmie i tak naprawdę nie wie, dlaczego Radio odmówiło emisji. »Solidarność« tyle lat walczyła o wolność słowa, a tutaj wchodzi cenzura. Podejrzewamy, że sprawa może mieć związek z toczącym się konkursem na władze spółki. Być może ktoś nie chce podpaść rządzącym, w końcu to publiczna spółka” – mówi Krauze.

I chociaż szefostwo Radia Wrocław zaprzecza, mnie akurat jest to kompletnie obojętne. Wiadomo bowiem, że po pierwsze, związkowi kacykowie też walczą o utrzymanie intratnych, związkowych stołków, a po drugie, są propagandowo-wyborczymi tubami tych, którym się zaprzedali, czyli PiS-u, znaczy Jarosława Kaczyńskiego. I dlatego nie kupuję argumentacji „S”, bo jest stricte polityczna.

Wiadomo, że dziś, w dobie kryzysu, drożyzna, ubóstwo i bezrobocie to problemy globalne, niekoniecznie zależne od rządu, a gdyby rząd zaczął spełniać żądania socjalne…, strach nawet pomyśleć gdzie byśmy byli.

Równie nierealne są żądania „S”, obniżenia akcyzy na paliwo. Kiedyś już była taka obniżka akcyzy, za rządów SLD i… ceny paliwa nie spadły. Rząd nie może przecież nakazać sprzedającym obniżenia ceny, a ci, tak jak wtedy, podwyższą je i już. Żądanie podwyższenia płacy minimalnej może w oczywisty sposób zwiększyć bezrobocie. „S” doskonale o tym wszystkim wie, ale jak zawsze, „co ich to obchodzi”.

Tak więc, sezon demonstracji razem z sezonem wyborczym… startuje. A tak na marginesie: PiS troszczy się za wczasu o swoją przyszłość. Będą w przyszłości znakomici PiS-owscy posłowie i… posłanki też.

andy lighter