Wisła i złodzieje

Spory skandal wybuchł podczas pucharu Świata w skokach narciarskich, organizowanych w Wiśle – rodzinnym mieście arcymistrza Adama Małysza. Okradzeni zostali trenerzy ekipy Norwegów i Czechów.

Czyli ciąg dalszy umacniania się w Europie stereotypu Polaka-złodzieja jest pewny i w dodatku uzasadniony. Ale złodzieje złodziejami, ja mam inne niż sam fakt kradzieży, wątpliwości. Interesuje mnie organizacja zabezpieczenia bezpieczeństwa uczestnikom zawodów.

Konkursy skoków narciarskich w Wiśle i Zakopanem są największą sportową impreza masową w naszym kraju. Celowo pomijam imprezę Euro 2012 z prostego powodu: Euro było raz i (chyba) więcej nie będzie, skoki są w Polsce cyklicznie, co roku. Od wielu lat w Zakopanem, od lat dwóch, jeśli się nie mylę, w Wiśle. To ogromna impreza, tymczasem jej ochrona, jak się okazuje, być może jest podobna do ochrony kibiców i zawodników podczas meczu piłki nożnej w lidze okręgowej.

Nie mieści mi się w głowie jak można nie zapewnić najlepszej jak to możliwe, ochrony dla najlepszych skoczków świata ich mienia i ekip towarzyszących. I to nie tylko w czasie konkursów, ale w czasie całego ich pobytu w naszym kraju. Pamiętamy przecież ochronę europejskich piłkarzy na meczach, ale głównie w miejscach ich pobytu. Hotele i miejsca treningów to były istne twierdze – mysz nie miała prawa się prześlizgnąć bez ich zgody. Tymczasem skoczkowie…, co tam jacyś skoczkowie.

Gdzie była ochrona hotelu, gdzie był monitoring, bóg raczy wiedzieć. Zapewne jacyś ochroniarze bywa, ale jak to na portierniach bywa, dziadkowie i babcie na emeryturze, albo inwalidzi z trzecią grupą, dorabiający na pół etatu do głodowego świadczenia.

Spodziewam się, ze to jednak nie emeryci, tylko firma ochroniarska z prawdziwego zdarzenia, ale jak się okazało hasło „z prawdziwego zdarzenia” oznacza u nas tyle samo, co „lotnisko z prawdziwego zdarzenia”, czy „autostrady z prawdziwego zdarzenia z bramkami opłat z prawdziwego zdarzenia”. Czyli „byle jakie”.

Wcale nie chcę przesądzać o Polakach-złodziejach. Być może okaże się, ze to nasi bracia Czesi, wypuszczeni masowo z kryminałów przez dobrodusznego ichniego prezydenta Klausa, przyjechali do Polski na gościnne występy.

Ale nawet gdyby tak się okazało, to jesli nie nasze złodziejstwo, ale nasza ochrona.

Eeech, ta nasza Polska, „legendarna” solidność. Taka „znana”, a taki wstyd.

Ryby, żaby i raki

Ryby, żaby i raki
Raz wpadły na pomysł taki,
Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem
I zacząć zarabiać śpiewem.
No, ale cóż, kiedy ryby
Śpiewały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Karp wydął żałośnie skrzele:
„Słuchajcie mnie przyjaciele,
Mam sposób zupełnie prosty –
Zacznijmy budować mosty!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Budowały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Rak tedy rzecze: „Rodacy,
Musimy się wziąć do pracy,
Mam pomysł zupełnie nowy –
Zacznijmy kuć podkowy!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Kuły tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Odezwie się więc ropucha:
„Straszna u nas posucha,
Coś zróbmy, coś zaróbmy,
Trochę żywności kupmy!
Jest sposób, ja wam mówię,
Zacznijmy szyć obuwie!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Szyły tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Lin wreszcie tak powiada:
„Czeka nas tu zagłada,
Opuściliśmy staw przeciw prawu –
Musimy wrócić do stawu.”
I poszły. Lecz na ich szkodę
Ludzie spuścili wodę.
Ryby w płacz, reszta też, lecz czy łzami
Zapełni się staw? Zważcie sami,
Zwłaszcza, że przecież ryby
Płakały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

_____

Kradzieże, oprócz Norwegów i Czechów zgłosili też inni. M.in. Simon Amman i Martin Schmitt.

andy lighter

Armstrong – upolowana czarownica

Nigdy nie przepadałem za Lance’em Armstrongiem, wielkim kolarzem, siedmiokrotnym triumfatorem największego wyścigu świata.. Uważałem bowiem i uważam, że dołożył swoją cegiełkę, udoskonalił ideę ścigania drużynowego, zabijającą możliwość swobodnego rozwijania talentów i karier wielu znakomitym kolarzom.

 Jednak ostatnią decyzję Amerykańskiej Agencji Antydopingowej, pozbawiającą Armstronga wszystkich tytułów i dyskredytujących jego dokonania, począwszy od 1998. roku, uważam za haniebne i skrajnie nieuczciwe. Wreszcie mogą odetchnąć, dopadli czarownicę, na którą polowali od 11. lat.

Już w 1993. roku, w wieku 22. lat został mistrzem świata ze startu wspólnego. Odnosił wiele sukcesów i jego kariera znakomicie się rozwijała. Aż do roku 1996., kiedy wykryto u niego raka jądra. Po roku „straconym” na leczenie powrócił w 1998., a roku później, jego gwiazda świeciła już pełnym blaskiem – wygrał Tour de France. Po raz pierwszy, bo wygrywał jeszcze sześciokrotnie, rok po roku. Nikt przed nim tego nie dokonał i nie widać na horyzoncie nikogo, kto mógłby się do tego wyniku zbliżyć.

Niemal od razu po powrocie do ścigania, w wyniku osiąganych sukcesów znalazło się wielu, którzy nie wierzyli w to, że wyniki, jakie osiąga, są wynikiem ciężkiej pracy i niebywałego talentu. Stawali się jego zajadłymi wrogami, którzy postawili sobie jeden cel: zniszczyć Armstronga. Pewien amerykański dziennikarz, który postawił sobie taki właśnie cel, prowadził przeciw niemu nieustającą krucjatę. Nie ustawał w wysiłkach, aby go złapać na dopingu.

I tak, w 2004. Roku wykryto pochodne zabronionego środka EPO w próbce krwi kolarza, ale próbce z ’99. roku. Nie było w tym nic dziwnego, z dwóch powodów. Po pierwsze, Armstrong otrzymywał dawki EPO w dwa lata wcześniej, w związku z chorobą, a po drugie, EPO zostało wpisane na listę środków niedozwolonych w 2001. roku. Musiało minąc sporo czasu, zanim organizm człowieka oczyścił się z tego specyfiku. Armstrong więc, co nie powinno nikogo dziwić, został oczyszczony z podejrzeń o doping i… wygrał kolejny (6.) Tour de France.

Od kilkunastu lat jestem namiętnym oglądaczem francuskiego wyścigu i byłem świadkiem (przed telewizorem rzecz jasna) wszystkich zwycięstw Lance’a w Tour de France. Niesamowite były jego pojedynki z Janem Ullrichem, znakomitym kolarzem niemieckim, dla którego Amerykanin był przeszkodą nie do przejścia. Tylko raz wygrał wielki tour, wtedy, kiedy Armstrong był nieobecny, w ’97.(właściwie był drugi, ale zwycięzcę zdyskwalifikowano za doping).

Jak wspomniałem na wstępie, nie przepadałem za Armstrongiem. W wielkim turze widac było jak pracuje na niego drużyna, jak ustawia się zawodnikom ich „miejsce w szeregu” i to wielu miłośnikom kolarstwa (w tym mnie) niezbyt się podoba. Jednak mimo to, jego wielkość była niezaprzeczalna, niekwestionowana. Często jadąc z innym kolarzem, spoglądając mu w oczy i dając znak ręką, odjeżdżał, zupełnie tak, jakby nagle włączył się w jego rowerze napęd odrzutowy, zostawiając rywala przecierającego oczy ze zdziwienia. Przeciętny kolarz tego nie dokona i takich obrazków się po prostu nie zapomina, bo wyjątkowo rzadko się zdarzają. Rzadko, nie licząc przypadków Armstronga.

Kolarstwo uważane jest za najbardziej skażoną dopingem dyscyplinę sportu. Masa zawodników i działaczy (głównie lekarzy i menadżerów) oskarża się i udowadnia stosowanie dopingu. Cała masa zawodników ma w swoje karierze „przerwę w życiorysie” w postaci czasowej dyskwalifikacji za doping. Niektórzy nie mogą się z tym pogodzić i postanawiają pociągnąć za sobą innych, lub pomówić ich, nie dopuszczając możliwości, aby ktoś, nie stosując dopingu był lepszym kolarzem od nich. Jednym z takich zawodników był Francuz Simmeoni. Posądził on lekarza ekipy, w której startował o aplikowanie zawodnikom dopingu, co doprowadziło do skazania lekarza, bliskiego współpracownika Armstronga. Armstrong wkrótce jednak mógł poczuć smak zemsty.

Podczas jednego z etapów w wielkim turze francuskim Simmeoni, niezagrażający nikomu z czołówki klasyfikacji generalnej mógł wygrać etap. Amerykanin mu jednak na to nie pozwolił. Zupełnie, zdawałoby się bez sensu i bez potrzeby zaangażował całą swoją drużynę, a co za tym idzie resztę peletonu, w pościg za francuzem. Oczywiście nie tylko go dogonili, ale zostawili daleko w tyle. Amerykanin miał później powiedzieć, że dopóki on będzie w peletonie, Simmeoni nigdy nie odniesie sukcesu. Jak powiedział, tak zrobił, zresztą Francus, którego nienawiść do Lance’a jeszcze wzrosła, nawet specjalnie nie próbował.

Ściśle przestrzegał też Lance Armstrong pewnych niepisanych reguł panujących w peletonie kolarskim. Czegoś w rodzaju kodeksu honorowego. Otóż jeśli któremuś z najgroźniejszych jego rywali przydarzyła się jakaś kraksa, czy awaria roweru, natychmiast zarządzał zwolnienie tempa i „czekanie” na pechowca. Podobnie zresztą postępowali inni, np. Jan Ullrich.

Żaden inny kolarz nie był tak gnębiony, zaskakiwany i kontrolowany jak Lance Armstron. Wchodzono do jego pokoju hotelowego z pobudką na kontrolę w czasie Tur de France nawet o 4. w nocy. Nigdy nie wykryto w jego organizmie niedozwolonego środka, a wszelkie oskarżenia oparte są na pomówieniach innych kolarzy, z których wszyscy mieli „w papierach” dyskwalifikacje da doping.

Nie można było dopaść Armstronga podczas trwania blasku jego kariery, ale to nie oznaczało końca polowania myśliwych. Armstrong wydał ponad 2 mln dolarów na udowadnianie, że jest niewinny. Jego ukaranie więc spowodowanie jest wyłącznie na podstawie pomówień, zwierzeń i zeznań innych kolarzy, którym w przeszłości doping udowodniono. Na tej podstawie, naz podstawie zawiści, zazdrości, chęci pomniejszenia własnej winy, zniszczono legendę.

Sportowca, który swoją walką na szosie i w salach szpitalnych, zapisał niepowtarzalne karty w historii sportu. Karty, które inni, gorsi sportowcy i żądni sensacji dziennikarze chcą opluć, zamazać, a najlepiej wyrwać z księgi zapisanej historią sportu.

Lance Armstrong nie ma siły już walczyć. Zrezygnował, a hieny odtańcują taniec zwycięstwa, wyjąc z zachwytu nad dorwanym rannym zwierzęciem, delektując się smakiem jego krwi.

andy lighter

Sportowe, „chore” głowy

Jestem zagorzałym kibicem piłki siatkowej. To nie może dziwić, bo po pierwsze, moje miasto siatkówką stoi, a poza tym moi krewni oraz znajomi, w przeszłości, w owym staniu siatkówką mojego miasta odegrali niepoślednią rolę. Siatkówkę więc mam we krwi, choć sam nie grałem i nie gram.

Ponieważ jestem (i będę) z naszymi siatkarzami na dobre i na złe, przyznaję sobie prawo do, również, krytycznego spojrzenia na grę naszych zawodników. Nie można bowiem udawać, że nic się nie stało, po obejrzeniu olimpijskiego pojedynku Polski i Australii w tej dyscyplinie.

To, co pokazali nasi siatkarze „grając” z Australijczykami woła o pomstę do nieba (cudzysłów nie jest przypadkowy). Wyszli na boisko i zachowywali się tak, jakby byli na kacu gigacie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nasi siatkarze zapewne nie popili, jednak zachowanie „na potężnym kacu” było faktem. I żadnym usprawiedliwieniem nie jest to, że Australijczycy zagrali swój mecz życia, bo gra się tak, jak przeciwenik pozwala, a my pozwalaliśmy im na wszystko.

Blok? „A co to jest blok?”, pewnie powinniśmy usłyszeć od naszych zawodników, bo np. w pierwszych dwóch setach postawili dwa bloki. Bloki, którymi nasi zawodnicy zazwyczaj zniechęcają rywali do gry w siatkówkę. Za to bloki Australijczyków były na kapitalnym poziomie i one własnie zdawały się pogłębiać polskiego kaca giganta na boisku.

Nowakowski poruszał się jakby był cały w gipsie i musiał ostrożnie, powolutku stąpać po ziemi, Bartman zwichrował swój celownik, a Winiarski kompletnie zapomniało swojego „profesorskiego” rzemiosła. Bartosz Kurek „klepał piłkę zamiast w nią uderzać, itd., itd., itd. O „obronie każdej piłki” nasi zawodnicy zdawali się gdy nie słyszeć, w przeciwieństwie do Australijczyków, którzy bronili wszystko. Nie może dziwić, że bronili, bo „ataki” były cherlawe, klepanie bardziej niż uderzane, a takie udane akcje tylko motywują i pomagają bronić piłki rzeczywiście nie do obrony. Australijczykom więc pomagały i bronili praktycznie „wszystko”.

Andre Anastasi się wściekł, wcale się nie dziwię. Ja się wściekłem i zapewne tysiące kibiców. Nic dziwnego, skoro nasi zawodnicy zaprezentowali się jak juniorzy młodsi, wobec grającej swoje – nic wielkiego – Australii.

Andrea Anastasi fot. Adam Ciereszko/PAP

Kocham tę grę i dalej będę z naszymi chłopakami, trzmającv kciuki i mocno przeżywając następne spotkanie. Nie myślę jednak, wzorem kibiców futbolu, „śpiewać” im „Nic się nie stało. Polacy nic się nie stało…”, bo stało się: daliśmy plamę na całej linii. Tak nie można podchodzić do swojego zawodu, jeśli myśli się o zdobyciu medalu.

I moim zdaniem, w tym medalu jest pies pogrzebany. Nasi zawodnicy, jak sądzę, już przyznali sobie jeden z medali i wbili sobie te medale do głów. Skoro więc „mają już te medale”, to nie trzeba już nic robić. Takie stawianie sprawy oznacza, że te głowy są chore. Pewnośc siebie jest w sporcie bardzo ważna, ale pewnością siebie, samą, nie zdobywa się medali. Trzeba jeszcze podeprzeć tę pewność pracą na pełnych obrotach, najlepiej na 110 % swoich możliwości, o czym wie każdy sportowiec, poza (chyba) naszymi…, nie tylko siatkarzami.

Panowie, albo weźcie się do roboty, albo… czym prędzej kończcie, wstydu oszczędżcie i wracajcie do domu. Przegrana, nawet z Australią czy z kimkolwiek innym, to nic złego. Ale przegrywać też trzeba z klasą, tym bardziej na olimpijskich igrzyskach. Wam, zdaje się, już nie chce się grać, przeciez medale i tak się „wam należą”, więc po co te całe zawody?

_____

Nasza drużyna przegrała z Australią na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie 3:1. Grę w ćwierćfinale mieli już zapewnioną, ale stracili pierwsze miejsce w grupie, co nie napawa optymizmem. Przyjdzie im się zmierzyć z Rosją, Brazylią, albo USA.

andy lighter

Smuda czyni cuda, a badyci…

Chociaż ja nie o tym, to nie można nie dostrzec cudu Franciszka Smudy. Dokonała się metamorfoza polskiego zespołu, fantastyczna przemiana.

Ale nie zabrakło prymitywów, głównie polskich, chociaż nie tylko. Nasi durnie jednak, jak to mają w zwyczaju, dominowali nad Rosjanami. I przynajmniej ci, mogą ogłosić swoje zwycięstwo. Bo oni cudów nie uznają, robią po prostu swoje, jak maszyny (jak to maszyny – nie myślą).

 Już przed meczem amatorskie kamery zarejestrowały polskich kiboli, wszczynających zadymy. Aż nie chciałoby się napisać „A nie mówiłem”: https://slizewski.wordpress.com/2012/06/09/polscy-kibole-zaczeli-swoja-gre/

Rosjanie zrezygnowali z marszu na rzecz „przejścia na mecz”, ale nasi bandyci nigdy nie rezygnują. Z niczego – w końcu Polak nigdy się nie cofa. Bardzo żal mi tych ludzi. Młodzi chłopcy, kompletnie prymitywni, bez wyobraźni, planów, marzeń, wykształcenia, którym ktoś podszepnął, że są polskimi partiotami (większość z nich zapewne nie wie, co oznacza to słowo i traktuje je, jako hasło do swojego rodzaju „powstania” – jakiego, to już dla nich za trudne). Co będzie z nimi za jakiś czas? Skoro myślenie jest dla nich czarną magią, wstąpią na drogę przestępczą, zasilając kryminały w  Białołęce, Strzelcach Opolskich, albo innych Wronkach. Albo założą rodziny (kobiety, które się z nimi zwiążą, też nie będą grzeszyły inteligencją), pójdą do jakiejś fizycznej, najprostszej roboty i będą palić opony w solidarnościowych demonstracjach „pokrzywdzonych przez rządzących”.

Przy wspaniałym meczu, około meczowy bilans to 184. zatrzymanych, w tym ponad 150. Polaków, kilkudziesięciu poszkodowanych w szpitalach i relacje z bandyckich ekscesów w zagranicznych mediach. Potrzebny był gaz pieprzowy a nawet broń gładko lufowa.

Denerwuje mnie uparte nazywanie tych ludzi „chuliganami”. Chuligan to jest chłopak, który przestawia sąsiadce rower pod klatką schodową, żeby zrobić jej na złość, albo puka do drzwi i ucieka, czy trafia śnieżką w czyjeś okno. Ci przed, na i po meczach to najzwyczajniejsi w świecie bandyci. Dlaczego nie nazywać rzeczy po imieniu?

A nie lepiej być dumnym z naszych graczy? Tak jak ja jestem? 

  

andy lighter