Tragiczny budżet

Zerwałem się nad ranem i już koniec było ze spaniem. Włączyłem tivi, żeby mi jakoś zeszło do świtu. O budżecie było. No i że tam czterysta czterdzieści miliardów Tusk wynegocjował. Największy dla nas budżet, mimo największych w historii cięć europejskich.

– Ciekawe co PiS-owcy na to – sarkastycznie rzuciła moja żona.

– Jak to co? Powiedzą, że miało być więcej i że Tusk przegrał, zaprzedał polskie interesy! – odpaliłem z głupia frant.

Nie minęła godzina, a na ekranie pojawił się euro poseł. Wojciechowski euro poseł. Jakaś powtórka była wieczornego programu.

Janusz Wojciechowski

Ten budżet jest dla Polski tragiczny! – zauważył Wojciechowski Euro poseł, sprzeciwiając się durnemu Rosatiemu – będę miał ogromny kłopot, żeby zagłosować za tym budżetem podczas obrad parlamentu europejskiego.

Wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem, aż sąsiad zastukał mi po kaloryferach.

O rany. Jak ja doskonale znam ten PiS. Jak ja wiem, co oni pomyślą, powiedzą i zrobią. To się nazywa przewidywalne ugrupowanie polityczne. Jak oni bardzo, najbardziej na świecie kochają ten kraj…

Ten budżet jest rozczarowujący dla wszystkich krajów Unii. Dokładnie dla wszystkich, oprócz… Polski. Jesteśmy jedynym krajem, który może dostać więcej, niż z poprzedniego budżetu. Wszyscy inni… tracą.

Czy trzeba chcieć czegoś więcej? Czy można czegoś więcej żądać?

A wystarczyło zagłosować na PiS w ostatnich wyborach. Mielibyśmy pięćset siedemdziesiąt, albo dziewięćset, a nawet bez Kozery bilion dwieście. A tak… Tusk spartolił! Sprawę!

andy lighter

Królik z kapelusza

I tak oto, na tydzień przed budżetową batalią Unii Europejskiej na lata 2014-2020, austriacki Komisarz Unijny d.s. polityki regionalnej Johannes Hahn, obwieścił, że wstrzymuje wypłatę dla Polski 4 mld € na budowę dróg i autostrad. Na mój nos, nie jest to przypadek.

Batalia będzie ostra, co zapowiada nieugięte stanowisko Wielkiej Brytanii, żądającej znaczących cięć budżetowych. A piętnaście krajów najbardziej sprzeciwiających się aż tak głębokim cięciom, to głównie kraje najbardziej zadłużone – z południa Europy i kraje na dorobku, tj. kraje z Europy Środkowej i Wschodniej. Nie ma wśród nich Austrii, będącej, co oczywiste, po drugiej stronie barykady.

Zadziwiające jest wyciągnięcie sprawy zmowy cenowej w procederze przetargowym przy budowie polskich dróg właśnie teraz. Zadziwiające, o Komisja od trzech lat „monitorowała” sprawę. Polskie służby i instytucje wykryły domniemane przestępstwo, w przeciwieństwie do instytucji unijnych, również sprawę „monitorujących”. Skoro więc znając i śledząc sprawę od trzech lat, uznawała kroki podjęte przez polskie służby i instytucje, bo przecież uznawała, inaczej musiała by zareagować, to wyciągnięcie sprawy teraz jest dla mnie jasne: osłabienie pozycji Polski w negocjacjach budżetowych.

Nie przelewa się przecież takich pieniędzy z dnia na dzień. Dlaczego nie poczekano jeszcze tygodnia, kilku tygodni, pozostaje tajemnicą (poliszynela?).

Polska, nie dość, że sama wykryła przestępstwo, zostając stroną poszkodowaną przez chciwych przedsiębiorców (sporo potrwa dopóki pieniądze zostaną odzyskane – jeżeli zostaną), to jeszcze ukarana została przez Unię. I po co było wykrywać, a raczej ujawniać wykrycie)? Niech by sobie firmy zarobiły, kasa na drogi by była, a na przyszłość, wiedza służb spowodowałaby, że państwo byłoby ostrożniejsze. Ot, jak się okazuje uczciwość i transparentność nie popłaca.

Przyjmijmy jednak, bo przecież pewnością tak właśnie było, że państwo działało w dobrej wierze. To musi oznaczać, że Komisarz i jego urzędnicy w dobrej wierze nie działa. Bo albo zatrzymaliby te środki wcześniej, dużo wcześniej, albo nie zatrzymywaliby wcale, albo wiedząc, że Polska wiedzie wiodącą rolę w obozie państw-obrońców sprawiedliwej polityki spójności, zaczekaliby ze wstrzymaniem (ogłoszenie wstrzymania) tych środków.

Mamy więc klasyczny przykład nieuczciwej gry. Gry „nie fair play”. Polska znalazła się w bardzo niekomfortowym położeniu i może przestać być poważnym graczem w grze o budżet.

Gdzieś słyszałem, że Komisja nie mogła zadziałać „nie fair”, bo w przypadku bezzasadności wstrzymania dotacji na drogi straciłaby twarz. To bzdura. Dla kogo by straciła? Dla Polski? Dla Rumuni? Bo nie dla Japonii, czy USA. Jesteśmy dla krajów spoza Unii zbyt mało znaczącym podmiotem, żeby Unia straciła przez swoje nieczyste zagranie twarz. Poza tym mleko będzie już wylane, więc co nam po tym. Takie nieczyste numery znamy z własnego podwórka.

Jakaś afera gruntowa, żeby pozbyć się Leppera, jakiś agent Tomek z posłanką i konferencja szefa CBA, jakieś hasła o „prywatyzacji szpitali”, itd., itp., mogło i z pewnością wpływało na sondażowe słupki i na rozkład sił w parlamencie. I co z tego? Pięć minut rabanu, zgodne potępienie z wielu stron politycznych i czwartej władzy, a potem… wpływ na wybory i decyzje np. wyborców z pewnością pod znaczącym wpływem tych nieczystych zagrań.

Gdyby Komisja wcześniej ujawniła chęć zablokowania środków na budowę drug, Polska mogłaby zdążyć się oczyścić, a wtedy nasza pozycja nie tylko by nie spadła, ale znacząco wzrosła, jak rzetelnego do bólu dysponenta swoją częścią unijnego budżetu.

Mamy więc królika z kapelusza, na tyle późno, by się Polska nie zdążyła oczyścić i na tyle wcześniej, żeby kraje Unii zobaczyły, że duży budżet dla Polski jest szkodliwy dla unijnego podatnika. Brudna, cyniczna, bezwzględna , nieuczciwa polityka.

Ten przykład jasno pokazuje, że Europa albo musi się bardziej skonsolidować, nawet stworzyć konfederację, albo dać sobie spokój, zawsze pozostając kalekim tworem luźno związanych krajów, ciągnących pod siebie ile się da i jak się da, nie licząc się z potrzebami innych, a tym bardziej z jakąś moralnością i solidarnością.

andy lighter

Brukselskie fiasko pierwszej rundy

Nie chcę tu odkrywać Ameryki, a tylko pochylić się nad co ciekawszymi opiniami komentatorów brukselskiego szczytu budżetowego. Wnioski mogą być ciekawe.

Jedno spostrzeżenie narzuca się przed wszystkimi innymi: nie tyle chodzi o pieniądze ile o politykę. Sądzę, że brak komunikacji naszego rządu ze społeczeństwem to choroba nie tylko naszej Platformy Obywatelskiej, ale i innych rządów w krajach europejskich. Również tych bogatych – płatników netto. Tyle, że objawy tej choroby są inne niż u nas. Tam do społeczeństwa się mówi, dużo mówi. Tyle, że mówi się to, co to społeczeństwo chciało by usłyszeć. A jeśli nie można powiedzieć wiele dobrego, bo kryzys i pogłębiająca się recesja, pokazuje się palcem na Unie Europejską.

Społeczeństwa krajów bogatych, w wyniku komunikacji z rządem i informacji medialnych uważają kraje postkomunistyczne, rozwijające się, jako złodziei. Skoro tak dynamicznie się rozwijają, też powinni ponosić koszty kryzysu, też powinni podlegać dotkliwym cięciom budżetowym. One nie rozumieją, ze ten rozwój dzieje się w ogromnej mierze dzięki pieniądzom unijnym i że ten rozwój jest również w ich interesie. Postrzegają to nie jako wspólny interes, ale jako konkurencję. Rozbudowa naszej i infrastruktury, czyli dróg kolei a także przedsiębiorstw postrzegane jest jako zagrożenie, a nie jako kapitalne możliwości współpracy gospodarczej, czyli rozwoju import/eksportu, a więc produkcji.

Wreszcie społeczeństwa zachodnie z całą pewnością nie mają pojęcia o tym, ze owe cięcia stanowią promile, często jednocyfrowe ich narodowych budżetów. Promile niemające znaczenia w tych budżetach. Odbierają te cięcia na rzecz biorców netto, karmieni zresztą rządową, albo opozycyjną propagandą, jako jeden z poważnych powodów recesji i przedłużającego się kryzysu. Tymczasem jest to kompletna bzdura.

Rządy jednak wiedzą, że ich społeczeństwa kupują brną w tę filozofię. Spirala się nakręca: społeczeństwa żądają od przywódców skuteczności w polityce unijnej, rządy boją się narazić swoim obywatelom i rozgrywają politykę, zamiast finanse. To, jak sądzę, na skutek takiej właśnie nakręcającej się spirali społeczeństwo brytyjskie jest zwolennikiem wyjścia z Unii Europejskiej.

Politycy „bogatej” Unii zdają się zresztą nie za bardzo rozumieć sytuacji i potrzeb krajów „rozwijających się”. Tym łatwiej im karmić swoich obywateli frazesami o konieczności głębokich cięć. Dowodem na to są kolejne propozycje poszczególnych szefów rządów, czy Przewodniczącego Rady Europy Hermana Van Rompuy’a, których wynikiem są kolejne cięcia m.in. w środkach dla Polski: duży kraj, najlepiej się rozwija w całej unii, nie ma więc powodów, żeby nie ciąć.

Racje ma Komisarz Janusz Lewandowski wyrażający niewielkie, bo niewielkie, ale jednak obawy w kwestii przesuwania się terminu budżetowego rozstrzygnięcia. Uważa on, a ja się z nim w tej kwestii w stu procentach zgadzam, że im później nastąpi owo rozstrzygnięcia, tym dla nas gorzej. Kryzys trwa, recesja się pogłębia, cięcia mogą więc być większe, a nie mniejsze. Nie wiadomo, co stanie się w poniedziałek, a co dopiero za dwa, trzy miesiące. Gdyby budżet udało się uchwalć wcześniej niż później, sytuacja w krajach europejskich, szczególnie tych najbardziej niezadowolonych, choć starych członków, powinna się uspokoić w obliczu fatów dokonanych. Niezadowolenie społeczeństw wróciłoby z terenu Unii Europejskiej na własne, narodowe podwórka, do własnych, narodowych premierów, ministrów finansów i ministrów pracy.

Dlaczego Angela Merkel zbliżyła się do Davida Camerona? Oczywiście z powodu przyszłorocznych wyborów w Niemczech. I znów, czas działa na naszą niekorzyść, bo coraz trudniej będzie „oderwać” Angelę Merkel od Davida Camerona.

Już nawet nie chodzi, jak zgodnie twierdzą komentatorzy, o parę miliardów w tę, czy w tę stronę. Bo pieniądze (ich w tę, czy w tę… ) to sprawa trochę wtórna. Sprawa rozbija się znów o niewiedzę polityków „zachodu” co do podziału przyznanych ewentualnie środków. Ich podział, dokonywany na krajach „wschodzących” jest tak idiotyczny, tak świadczący o kompletnej „ślepocie” tych przywódców i działanie na kompletnie przypadkowej zasadzie „chybił trafił”. Najprawdopodobniej biorą oni pod uwagę lata przeszłe, co nijak nie jest uprawnione, np. w kwestii rozwoju badań naukowych, czy kwestii pomocy socjalnej. W tej pierwszej sprawie może chodzić o lobbing, strach przed konkurencją, a w drugiej… bóg raczy wiedzieć. Sądzę, że biorąc pod uwagę plany szefów rządów dotyczące wielkości budżetu dla siebie, nie powinni kwestionować planów tych szefów jego rozdziału. Tymczasem uzurpują sobie prawo do przekładania określonych sum z ewentualnie przyznanej puli, z kieszeni do kieszeni nieswojej kurtki. Jeśli nie chcą przyznać np. na badania, powinni to wyartykułować i pokazać cięcie, a nie wspaniałomyślnie „dołożyć” na spójność, wyjmując z innej kieszeni w tej samej kapocie. Zbyt mały jest chyba nacisk kładziony na ten objaw hipokryzji i zbyt cicho jest przedstawiona diagnoza ślepoty, źle widzącemu „pacjentowi”.

Unia Europejska jest słaba i nieprędko, jeśli w ogóle, będzie konkurentem, albo przynajmniej równoprawnym graczem na światowym rynku gospodarczym. Kryzysy sprzyjają bowiem ksenofobii, jak słusznie zauważył Janusz Lewandowski. Bardziej dzielą, zamiast łączyć. Cięcia budżetowe tylko temu sprzyjają, tym bardziej cięcia, dotyczące jak już wspomniałem promili narodowych budżetów, spowodowane własnymi interesami politycznymi, z finansami niemającymi kompletnie nic wspólnego.

Jeśli dołożyć do tego ogromne pieniądze w przejadającej je Grecji, za chwilę w Portugalii i Hiszpanii, krajach od dawna będących w Unii, istnienie tego bardzo podzielonego organizmu staje się naprawdę niepewne

_____

Jedyną dla nas szansą jest dewiza „Umiesz liczyć, to licz na siebie”, czyli samodzielność energetyczna. I choć szybko stalibyśmy się płatnikiem netto, stalibyśmy się jednym z głównych rozgrywających. Z łatwością „przyznającym sobie” podobne brytyjskim, czy niemieckim „rabaty”, np. na ścianę wschodnią. Ale w gazie łupkowym i odkrywanym tu i ówdzie przy okazji złożom „zwykłego” gazu ziemnego, czas bardzo powoli biegnie.

_____

Kilka lat temu widziałem mapkę Polski z naniesionymi na nią terenami bogatymi w źródła energii geotermalnej. Niemal pół Polski (zachód) pokryty był czerwienią oznaczającą obecność gorących wód. I temat umarł.

andy lighter

Kaczyński załatwia nam budżet

Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie budżetu Unii Europejskiej i wszystko już wiadomo. Jeśli budżet unijny będzie dla Polski pomyślny, to oczywistą oczywistością będzie, że stało się tak za sprawą działań prezesa PiS-u i jego europosłów. Jeśli nie uda nam się wywalczyć tego, na co liczy choćby Donald Tusk, to jasne jest, że będzie to wina Tuska.

A tak na marginesie – Kaczyński kilkanaście razy wymieniał nazwisko Donalda Tuska, ani razu nie poprzedzając go tytułem „premier” i żaden z licznej grupy dziennikarzy nie zwrócił mu na to uwagi. Sądzę, że jeśli polityk jawnie ignoruje przysługujący premierowi Tuskowi tytuł, to psim obowiązkiem dziennikarza uważającego się za rzetelnego, jest mu na to zwrócić uwagę.

Czterech europosłów PiS-u miało w zeszłym tygodniu rozmawiać z Davidem Cameronem, premierem UK w sprawie wsparcia dążeń Polski do jak najlepszego dla niej budżetu. Ponieważ doszedł do tego list prezesa PiS do Camerona, ten poparł polskie dążenia i wsparł jak najwyższy fundusz spójności dla naszego kraju. Nie dziwi mnie to, wszyscy przecież wiemy, jaką moc ma Jarosław Kaczyński. Jego brat miał podobną i Rosjanie postawieni pod ścianą musieli go zabić.

To dobrze, że opozycja włącza się w polskie dążenia unijne, jest jednak kilka niejasności. Po pierwsze, nie ma żadnego śladu tego spotkania. Oficjalnego dokumentu, oficjalnego potwierdzenia strony brytyjskiej, itp. Co nie znaczy, że spotkanie się nie odbyło i że Cameron nie obiecał wsparcia dla Polski. Oby jednak nie okazało się, że te spotkanie i te obiecanki są picem i grzecznościowym pustosłowiem. Oficjalnie wiemy, że Cameron, póki co, nie tylko nie jest przyjacielem piętnastu „Państw-przyjaciół spójności”, ale jest ich głównym oponentem – przeciwnikiem w budżetowej grze.

Słów skierowanych przez Camerona do Kaczyńskiego: „Jesteśmy za jak największymi cięciami wydatków, ale nie kosztem krajów postkomunistycznych”, w żaden sposób nie da się obronić i Cameron doskonale o tym wie. Zresztą Kaczyński również, ale rżnie głupa. Żaden kraj z płatników netto nie zgodzi się na cięcia wyłącznie po swojej stronie. Tym bardziej, że Cameron nie chce słyszeć o likwidacji rabatu brytyjskiego, dinozaura finansowego liczącego już sobie 32 lata. Przypominam, że Margaret Thatcher wynegocjowała go w 1980 roku w celu zagospodarowania terenów i ludzi po zlikwidowanych kopalniach węgla kamiennego. Dziś, na tamtych terenach rośnie już drugie pokolenie ludzi, którzy kopalnie znają jedynie z opowiadań i książek, a rabat trwa niewzruszenie niczym fundament przeciwatomowego bunkra. Potwierdza to tylko zasadę, że raz coś przyznane, „należy się” już na zawsze. Podobnie ma się rzecz z ulgami niemieckimi na rzecz wschodnich landów, jednakże Niemcy skłonni są do ich ograniczenia, przy ograniczeniach innych beneficjentów funduszu spójności.

Cokolwiek się nie stanie PiS już szykuje sobie fotel zwycięzcy budżetowej batalii. PR-owcy pisowscy odrobili lekcje, przygotowali się i rozegrali tę partię na tyle dobrze, że ich zwolennicy będą piać z zachwytu nad talentem i charyzmą Zbawiciela, albo przeklinać i wyklinać zdrajcę i sprzedawczyka Tuska. Jakkolwiek negocjacje się potoczą, jakikolwiek będzie ich rezultat, Kaczyński w oczach swoich zwolenników nie tylko spadnie na cztery łapy, ale okaże się bohaterem.

Czyli, witaj zbliżająca się, kolejna odsłono wojny polsko-polskiej. Tym razem na froncie skuteczności (bądź nieskuteczności) działań w ramach naszego członkostwa w Unii. Kaczyński „kreuje się” na bardziej prounijnego niż premier Donald Tusk.

andy lighter

Obrażalski

Prezes (były) Pawlak obraził się na amen. Na Kongres partii chłopskiej, na delegatów, na Piechocińskiego. Bezczelni! Wicepremier, od gospodarki, tyle dobrego zrobił, a tu taka niewdzięczność! W najczarniejszych snach się tego nie spodziewał. Walcie się niewdzięcznicy!

To jest dowód na to, jak bardzo małostkowi są nasi politycy. Jak bardzo własny stołek jest ważniejszy od dobra wyższego.

Z tego co zrozumiałem, Piechociński nie chce zmieniać polskiej polityki. Linii, którą idzie koalicja Po – PSL. Chce zmieniać partię, jej wnętrze, standardy, oblicze. Natomiast politykę, szczególnie gospodarczą, uznaje za dobrą. Renegocjacja umowy koalicyjnej ma zapewne służyć umocnieniu PSL-u, a jeśli się nie powiedzie, to rola tej partii na pewno nie będzie słabsza niż obecnie.

Dlatego nie dziwi mnie dążenie Piechocińskiego, aby pozostawić obecne status quo. Czyli pozostawienie obecnego stanu posiadania w rządzie – również pod względem personalnym. Co by nie mówić, przedstawiciele ludowców mają niemały wpływ na decyzje premiera Tuska. Najlepszy dowód, to postawienie na swoim zmian w reformie emerytalnej i potężny wpływ Kosiniaka-Kamysza na kształt reform prorodzinnych.

Lider partii powinien znaleźć się w rządzie, to jasne. Tylko, że w tym momencie to mogłoby nieść za sobą negatywne skutki. I Piechociński zdaje się to doskonale rozumieć. Sądzę, ze nie ma zamiaru uchylać się odpowiedzialności, ale na miły bóg, nie teraz, kiedy „jedziemy przez ostre zakręty” negocjacyjne. Zresztą, dezercja Pawlaka w tym momencie nie jest niczym inny, jak umyciem rąk. Powiedzenie: „Nie mam nic wspólnego z wynikami negocjacji – kongres wyznaczył kogoś innego!” to ucieczka. Kiedy negocjacje budżetowe Unii są wpół drogi, nie powinno się niczego zmieniać, tym bardziej, że Pawlak jest skutecznym politykiem. Jeśli on nie zdoła postawić na swoim, Bo Brytyjczycy…, to nikt nie potrafi.

Ale Pawlak ma to gdzieś. Obrazili go. Świnie! Niewdzięcznicy! „Kongres postanowił, więc kongres oczekuje, żeby nowy lider wziął na siebie odpowiedzialność”. Postanowił, to prwada, ale postanowił w partii, a nie w państwie. Jak bardzo przypomina się tutaj przedrozbiorowa Rzeczpospolita. Rzeczpospolita? Mam gdzieś Rzeczpospolitą, jeśli na tym stracę (a raczej, nie zyskam)!”.

Wstyd mi za Pawlaka, bo pokazał swoje prawdziwe oblicze: własne ambicje ponad wszystko. A Polska, to tylko taki… dodatek, do tych ambicji.

andy lighter

Obama, ACTA i Zespół…

Nie podoba mi się podpisanie przez Polskę umowy ACTA. I niekoniecznie z powodów, które forsują przeciwnicy, wychodzący na ulicę. Niewiele zresztą cała ta ACTA by mnie obchodziła, bo nie handluję podrobionymi butami, czy innymi jeansami, nie sprzedaję skopiowanych płyt, filmów (zresztą ich nie kopiuję), czy utworów muzycznych, te akurat kopiuję, żeby za każdym razem , gdy najdzie mnie ochota, nie buszować po internecie. Ba, więcej nawet: to mnie okradziono z mojej genialnej (przecież) własności intelektualnej w postaci publikacji bez mojej zgody, moich znakomitych (o czym powszechnie wiadomo!) tekstów, w różnych miejscach, bez mojej zgody (i żyję!). Nie podoba mi się, bo, z tego, co zdołałem zrozumieć, oprócz ochrony praw autorskich naszych twórców, którą to ochronę (absolutnie uprawnioną), umożliwia istniejące już w naszym kraju prawo, służy głównie ochronie interesów amerykańskich i japońskich firm, twórców i własności intelektualnej.

Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie jeden drobny szczegół. Amerykanie nic nie zrobili w zamian, aby w analogiczny sposób Ameryka chroniła firmy, twórców i własność twórców europejskich, np. Kiedy władze amerykańskie zamierzały się tym zająć, podniósł się raban i prace (nad SOPA i PIPA – odpowiadającymi ACTA dokumentami) zostały wstrzymane. Czyli jawnie zezwala się w USA na funkcjonowanie prawa Kalego: „Nam kraść, to źle! My kraść, to dobrze”.

Rozbawił mnie głos w tej sprawie posła Szejnfelda, stwierdzającego, że umowę ACTA trzeba podpisać, a następnie zwracać się do „tych krajów” (w domyśle jak rozumiem USA, np.), żeby również je podpisały. Przypomina mi się umowa w sprawie ograniczenia emisji CO2, którą podpisały kraje Unii Europejskiej i pół świata, w tym wiele najbiedniejszych w nim państw, a USA na to…, jak na lato. Nie podpisały, bo to nie leży w ich interesie. I „świat” panie pośle Szejnfeld zwraca się do USA, aby tę umowę podpisały i będzie się zwracał do us***ej śmierci. Dlaczegóż by z ACTA miało być inaczej?

Ciekawy jestem, kiedy nasi politycy, ale i politycy Unii zrozumieją, że Stany Zjednoczone Ameryki nie kiwną palcem w żadnej, absolutnie żadnej sprawie, jeśli nie będzie to służyć interesom tego kraju. Globalizacja, którą tak bardzo przejmują się światowi politycy, nad którą się pochylają i którą z wdzięcznością przyjmują, jako objaw cywilizacyjnego rozwoju ludzkości, w rozumieniu polityków amerykańskich i Amerykanów zresztą też, jest dla tego kraju narzędziem. W rozumieniu Amerykanów, globalizacja = amerykańska kuratela. Globalizacja = Ameryka rządzi i dzieli.

_____

Barack Obama grzmiąc kadzi Amerykanom, że nie będzie pomagać tym, którzy swoją produkcję uskuteczniają poza granicami USA. Zapewne miał na myśli głównie „Apple”, które wykazało się gigantycznym zyskiem w ostatnim kwartale zeszłego roku (rzecz jasna również w całym roku), a które większość produkcji uskutecznia poza USA, głównie w Chinach. Pan Obama zapomniał, że takie grzmoty nazywają się „protekcjonizm”. Resztą nie do końca wiem, jak Obama miałby pomagać np. Apple, bo firma ta akurat łaski Obamy nie potrzebuje.

IPad. Fot/Forrestal_PL

Nie wiem czy się śmiać, czy płakać, kiedy słyszę z ust prezydenta USA słowa (cyt. z pamięci): „Nie ustrzegliśmy się nawet błędów takich, jakie popełniła Unia Europejska”. To, ze Unia popełniała i popełnia błędy widzimy wszyscy, ale jeśli grzmi o tym prezydent kraju, przez który w ogóle jakieś błędy można było popełniać, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Gdyby nie pazerność amerykańskich finansistów i ich wpływ na finansistów europejskich, żadnego kryzysu by nie było i nie trzeba by popełniać żadnych błędów, przynajmniej w tym temacie.

Wkurza mnie hipokryzja Obamy w sprawie kryzysu i przerzucanie piłeczki o nazwie „odpowiedzialność”, jak najdalej od siebie. Najlepiej celując przy okazji w cudzy łeb. A takie właśnie pozbywanie się odpowiedzialności za światowy kryzys, Obama kreuje od dawna.

_____

Jeszcze jeden zamach, Tuska z Putinem nie został rozwikłany, mimo usilnych starań Antoniego Macierewicza, a już mamy drugi. Tym razem to sabotaż. Ktoś (wiadomo kto) znacząco utrudnił prawidłową prezentację epokowych, wywracających do góry nogami wszystkie dotychczasowe wyniki prac, badań dotyczących kłamstwa smoleńskiego i pokazujących zamach i kłamstwo, jak na dłoni. Amerykańscy naukowcy polskiego pochodzenia, wybitni i pracujący w znakomitych amerykańskich uniwersytetach, starali się jak mogli relacjonując obrazy (pokaz slajdów) jak sprawozdawcy radiowi, z powodu braku synchronizacji wizji z fonią.

Panie Macierewicz, a może by tak się zwrócić do Anonymous, albo zmienić informatyka? Że o naukowcach już nie wspomnę. Panowie profesorowie pracują dla komisji zaocznie, bo dostali cynk, że w Polsce zostaną zabici. Ciekawe, czy żaden student medycyny nie pochyli się nad tym przypadkiem? Przecież aż się prosi, żeby napisać jakąś pracę doktorską z psychiatrii.

Z drugiej strony… rozumiem. Wiosna za pasem, trzeba zaktywizować Naród, żeby Krakowskie Przedmieście ożyło przed kwietniem. 

andy lighter

_____

Ps.Zdj.:

 

Gdybym był Niemcem

Gdybym był Niemcem, albo jeszcze lepiej, wieloma Niemcami i zobaczył Unię Europejską i jej przedstawicieli krzyczących: „To nie my zrobiliśmy ten kryzys! Nie będziemy płacić za cudze błędy! Niech posprzątają ci, którzy nabałaganili!”, żądał bym od swojej kanclerz opuszczenia Unii Europejskiej, albo przynajmniej głośnego wygłoszenia takiej możliwości.

To jest oczywiste, że nikt nie chce płacić za cudze błędy. To jest oczywiste, że żaden europejski kraj nie wywołał kryzysu. Choć również oczywiste jest, że to kraje europejskie wywołały kryzys strefy Euro. Zresztą dziś te kraje, obywatele tych krajów najgłośniej krzyczą: Grecy, Włosi, Hiszpanie, itd. Ci obywatele z podniesioną głową krzyczą, że to nie jest ich kryzys. A jest zupełnie inaczej.

Komunistyczna Grecja, bo tak ten kraj trzeba nazwać, choć ma jakaś tam niby gospodarkę rynkową, nie zadłużyła się dlatego, że premier tego kraju i paru ministrów nakradli do własnych kieszeni kupę unijnych pieniędzy. Oni zadłużyli ten kraj, ponieważ obywatele tego kraju wysuwali ciągle socjalne żądania. Coraz śmielsze, coraz „wygodniejsze”, coraz dalej idące. I rządy Grecji ukrywały przed Unią swoją realną księgowość, z coraz większym debetem na koncie, w obawie przed utratą władzy. Mało tego, aby ją utrzymać, spełniały wciąż nowe, ochoczo wysuwane przez komunistów greckich (związkowców i rozochoconych spełnianiem roszczeń) żądania. Dziś, nawet wykształceni, bywali w świecie Grecy, nie widzą nic złego w swojej postawie i dziwią się, ze Unia Europejska ma do nich jakieś pretensje i ich coraz bardziej nie lubi.

W Hiszpanii było podobnie. We Włoszech Bunga Silvio bardzo lubił władzę i sprawa pieniędzy, księgowości, kompletnie go nie interesowała. Ale Włosi go wybierali, bo lubią facetów, co to lecą na baby.

I dziś wychodzi na to, ze za Grecki komunizm, Hiszpański socjalizm i Włoskie k***stwo, mają zapłacić głównie Niemcy. Sceptycy twierdzą, że Niemcy najwięcej na tych krajach zarobiły. Ale zarobiły głównie niemieckie banki. A skoro niemiecki przemysł się dzięki tym krajom rozwijał, to chyba nic złego. Sprzedawcy w sklepie nie powinno obchodzić skąd jego klient ma pieniądze na piwo, albo mleko. Poza tym Niemcy zarobiły, bo w przeciwieństwie do innych, mieli, „co sprzedawać”.

Gdyby Niemcy wyszły dziś z Unii, stosunkowo łatwo uporałaby się z kryzysem. Ma najsilniejszą w Europie i jedną z najsilniejszych na świecie gospodarkę. Niemcy dzisiaj mają ciężko, ponieważ „niosą na plecach” całą Unię. Po co?

Niemcom bardzo zależy na wielkiej Unii. I bynajmniej nie dlatego, żeby na niej obić interesy, bo póki co, Niemcy od zawsze są największym płatnikiem tej struktury. Zależy im ze względów i gospodarczych i… wizerunkowych. Niemcy zdają sobie sprawę ze swojej historii. Unia jest dla nich gwarantem… wiarygodności. Gwarantem tego, że nie będzie można już kojarzyć ich z zapędami panowania nad światem, że wielkość we wspólnocie, to nie to samo, co samodzielna wielkość, jeśli Niemców, to kojarzona z samodzielną wielkością Hitlera, a właściwie pragnieniem samodzielnej wielkości tego faceta. Dziś samodzielnie wielkie są Chiny i już to się światu czkawką odbija.

Dlatego Niemcy dziś zaciskają zęby i dźwigają Europę na plecach. Sami nie dadzą rady całej Europy udźwignąć, chyba że wpadły by w błoto, trzymając na ramionach Europę i dbając, aby ta się nie umoczyła za bardzo. W imię czego? A ci „na górze” jeszcze będą krzyczeć: „Wyżej, wyżej! Bo coraz bardziej mnie błoto oblepia!”. Tak rolę Niemiec postrzegają Grecy i nasz pan prezes: Mają siedzieć cicho i płacić. Zakazuje się Niemcom być bogatym krajem! W końcu oni głoszą hasło „Solidarna Europa”, czyli Niemcy płacą, Francja też i inni, a my bierzemy. Skur***yny, jeszcze za mało naszym rolnikom bydlaki płacą.

Więc, gdyby Niemcy wyszły… Ciekawy jestem, jak zareagowaliby Grecy, Hiszpanie i… pan prezes. Można sobie wyobrazić, co by było potem.

Unia Europejska traci rację bytu – rozpada się. Niemcy stosunkowo łatwo wygrzebują się na powierzchnię. Ich potężna gospodarka, rynek rosyjski, który z wielką ochotą otworzyłby się na Niemcy jeszcze szerzej, rynki wschodnie, Niemcom by to wystarczyło. Zjednoczone Królestwo, które nota bene tonie w długach, a Cameron bronił nie tyle swojego kraju ile londyńskiego City, drogiego po Wall Street kryzysotwórcy. Bronił więc niczego innego, tylko finansowych rekinów z londyńskiego City. Może za taki lobbing coś mu kapnie, jakiś kredyt się umorzy, czy jakaś agencja ratingowa „czegoś nie zauważy”. Zjednoczone Królestwo wypełznie z pomocą USA. Włosi i Francuzi też się jakoś wyliżą dzięki mocnym gospodarkom i powiązaniom z bliskim wschodem i północną Afryką.

A reszta?

Grecja utonie kompletnie i albo staną się niewolnikami w swoim własnym kraju, bez kompletnie żadnej swojej własności, albo przeżyją nasz początek transformacji, co w ich wizji bycia obywatelem dostawiającym będzie niezwykle trudne, jeśli nie niemożliwe. Nowe kraje Unii, w tym Polska, dalej będą klepać biedę, jak przed wstąpieniem do Unii, a właściwie przed akcesją, pozostając na peryferiach Europy. Tym bardziej, że Schengen zostanie zerwane, dla ochrony własnych Niemieckich, Francuskich, Włoskich i innych silniejszych rynków pracy.

Staną inwestycje, spadnie wartość złotówki na łeb naszyję. I tak sobie będziemy klepać, naszą biedę.

Niech no tylko Niemcy machną na to wszystko ręką. Niech no tylko rozleci się ta „przeklęta” Unia. A, jak mówi Donald Tusk, będziemy płakać!

Tak tak, panie prezesie, będziemy płakać, a pan będzie zlinczowany jako pierwszy. Przez własnych wyznawców również.

andy lighter