Zbawiciela marzenie o potędze

Marsz niepodległości, o dziwo przebiegał spokojnie. Jak zwykle więc „Jarosław Polskę zbaw”, haniebne transparenty, itp. Można by przejść nad tym do porządku, gdyby nie jeden, śmieszny w sumie moment. A właściwie i śmieszny i smutny zarazem.

Marsz Niepodległości, fot. P. Kula/PAP

Oto Jarosław Zbawiciel wygłosił przemówienie. I to przemówienie właśnie, było i śmieszne i kosmicznie głupie, ale jego odbiór był smutny.

„Trzeba być głupim, żeby wierzyć, że ci więksi, ci silniejsi, będą dbać o nasze interesy. Oni będą dbać wyłącznie o własne interesy” (cyt. z pamięci).

Ze słów Zbawiciela wynika więc, że dwadzieścia pięć, może dwadzieścia trzy kraje Europy są nieustannie ogrywane przez Niemcy i Francję. Ciekawy jestem, co na to powiedziałyby takie kraje jak Luxemburg, Holandia, Finlandia, czy Estonia. Te kraje mają zaledwie po parę głosów i dają sobie radę, nie czując się ogrywanymi. Znakomitym przykładem jest tu Estonia, która nie oglądając się na innych, zacisnęła zęby i bardzo skutecznie, konsekwentnie, podnosi się z potężnego dołu, w jakim się znalazła. I jakoś nie narzeka na ogrywanie, chociaż musi ratować „bogatszą” Grecję. Spokojnie, Grecja „zbiednieje”, bo nie ma innego wyboru, albo z Unią, albo, tym gorzej dla Grecji, bez Unii.

A teraz o kosmosie.

Przyzwyczailiśmy się już do bredni wygadywanych przez tego sponiewieranego przez swoje własne, chore ambicje, człowieka. Jednak te sponiewieranie powoduje zdecydowanie zaostrzenie się objawów głupoty.

„Mogliśmy, powinniśmy być tak silni jak Chiny, powinniśmy być najsilniejsi, najbogatsi w Europie” – czy jakoś tak to leciało. Jezuuuu!

No, ale już mniejsza o prezesa, po nim, jak wspomniałem, mogliśmy i będziemy mogli coraz częściej, się takich bredni spodziewać. Smutne jest jednak to, że z nieskrywanym zachwytem odbierają to wyznawcy Jarosława Zbawiciela. Oni najzwyczajniej w świecie, szczerze w te brednie wierzą. I to jest przerażające. Głupota w tym kraju, za sprawa wiary w jednego człowieka, jest tak mocno zakorzeniona, że aż przeraża.

Gdyby ci ludzie wiedzieli jak buduje się bogactwo Chin, włos zjeżyłby im się na głowie. Ale nie wiedzą, choć jest to wiedza powszechna, powszechnie dostępna. Już widzę związkowca Guzikiewicza, pracującego w chińskiej fabryce komputerów, za kilka dolarów dziennie, kilka tysięcy kilometrów od domu, mieszkającego w kilkunastu, w małym pokoiku „hotelu” robotniczego. Na pewno założyłby „Solidarność” i wyprowadził lud chiński na ulice, zapewniając mu greckie przywileje i zarobki i krajowe, chińskie bogactwo jednocześnie.

Żal mi tych ludzi, ale jednocześnie wzdrygam się na myśl o ich kompletnej głupocie, zapatrzeniu, zamknięciu w pisowskim kanale – wizji chorego człowieka.

andy lighter

Kwaśniewski ma rację

„Jeśli dzisiaj oglądamy propagandowe obrazki, w których nie ma momentu podpisania traktatu akcesyjnego przez Leszka Millera, to znaczy że ktoś chce nas, lewicę, z tego »wygumkować«, usunąć. Jest to nieuczciwe i nie fair”, stwierdził Aleksander Kwaśniewski na konferencji prasowej SLD. Zdecydowanie się z nim zgadzam.

Nikomu nie może przejść przez gardło, że to właśnie Miller i jego rząd sfinalizował negocjacje. Pamiętam nerwy jakie towarzyszyły i jemu i premierowi Danii podczas ostatnich rozmów. Ten ostatni niemal wychodził ze skóry ze zdenerwowania.

Musimy tez pamiętać o tym, że to Millerowi zawdzięczamy niezłe w sumie (może poza rolnictwem) wyniki tych negocjacji. A rolnictwo właśnie, na przystąpieniu do Unii skorzystało najwięcej, przy największym sceptycyzmie i sprzeciwie tej właśnie grupy społecznej.

Ogólnikowe i w pewnym sensie „poprawne politycznie” wspominanie o zasługach wszystkich rządów w procesie zbliżającym nas do członkostwa w Unii jest niby prawdą, ale nie całkiem. Wkład jednych był większy, a innych mniejszy i nie ma co ściemniać, że było inaczej. A wygłaszanie grzecznościowych formułek o zasługach wszystkich, czy to przez prezydenta, marszałków czy rządzących jest zwyczajnie nieuczciwe.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego zasługi rządu Millera są większe i to znacząc, niż innych. Wielokrotnie o tym pisałem, ale nigdy w kontekście przystąpienia do Unii, po prostu przez… (wstyd przyznać), zapomnienie, żeby nie nazwać tego nierzetelnością. Wolę, ponieważ piszę teraz o sobie [:-)], nazwać to niedokładnością. Otóż Miller, a po nim Belka, jako lewicowy rząd postawił wszystko, absolutnie wszystko łącznie ze swoją utratą władzy, na jedną kartę, podporządkowując całą politykę wejściu do Unii. Mimo iż reprezentuje lewicę, wprowadził najbardziej chyba drastyczne w historii III RP (może poza pierwszym Balcerowiczem, ale Balcerowicz nie miał wyboru, Miller miał), cięcia oszczędnościowe. W ręcz samobójcze dla swojej ekipy i ugrupowania, jednak się nie zawahał. Przypomnę parę: likwidacja waloryzacji emerytur, skrócenie urlopów macierzyńskich, itp.  W obliczu pozostawionego mu przez Buzka państwa w stanie zapaści, musiał błyskawicznie odbudować dynamikę gospodarki, a co za tym idzie wiarygodność Polski i jej dobrą pozycję w negocjacjach. I wykonał to razem ze swoim następcą Belką.

Nie należę do miłośników ani Millera, ani lewicy. Ale uważam, że sprawiedliwość im się należy. Jestem przekonany, że nikomu nie sparszywiałby język, gdyby przy tak wyjątkowej okazji jaką jest objęcie prezydencji w Unii, podziękować i Millerowi i Kwaśniewskiemu i Cimoszewiczowi i Kalinowskiemu i innym ludziom, którzy się nie tylko do wejścia do Unii najbardziej znacząco przyczynili, ale w dodatku wydarli Unii z gardła najlepsze, możliwe warunki (oczywiście oprócz Kaczyńskiego, bo gdyby on…, to rolnicy mieliby trzysta procent dopłat). Sam Kułakowski, negocjator z ramienia rządu Buzka (przy całym szacunku rzecz jasna), niczego by nie zdziałał, nawet gdyby pękł. Mało tego, Kułakowski nie mógł negocjować tego, co sobie tam w swojej głowie wymyślił, tylko to, co mu Buzek wytyczył.

Wstyd panie prezydencie Komorowski, wstyd panie marszałku Schetyna, wstyd inni panowie i panie, którzy np. pokazujecie obrazki i zdjęcia, albo nagrania. 

andy lighter

Wielkie nadzieje i małe szanse

Wielkie nadzieje wiążą Polacy z ewentualnym wydobyciem gazu łupkowego. Jest to niesamowita szansa dla kraju, dla społeczeństwa, dla budżetu, itd. Ale nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie przegięli pały. Tak już mamy.

Oto oglądam w tivi jakiegoś małorolnego, który absolutnie się nie zgadza na żadne tam łupkowe gazy, bo te gazy to wodę potrzebują i on nie będzie miał czym podlewać ogrodu

Ludzie!!! Co to jest?

Żeby nie było, … jestem proekologicznym człowiekiem, ale jak zwykle, uważam, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Widzieliśmy wszyscy kilka lat temu kuluary działań organizacji ekologicznych. Gdzie ekologia zależy od kasy sponsorów na organizację: „Dasz tyle i tyle, pieczątka ekologów będzie”. Najwidoczniej za Rospudę nie stać było… sponsorów. Mam pod domem park z ogromną ilością wiewiórek. Kochają nasi mieszkańcy te wiewiórki (z wzajemnością) i jak wieją silniejsze wiatry, wszyscy martwią się „jak to przetrwają nasze wiewiórki”. Bo rzeczywiście, bywa, że drzewa, niektóre dość stare, łamią się jak zapałki. Ale o dziwo, wiewiórki, które straciły dziuplę, lub gniazdo na połamanym właśnie drzewie… przeprowadzają się na drzewo sąsiednie. I żyją, i biegają po parku, ku uciesze swojej – dla orzechów i mieszkańców. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wycięcie kilkuset drzew „ze stanowiskami lęgowymi ptaszków”, nie spowodowałoby ich wyginięcia, a jedynie przeprowadzkę na sąsiednie, niewycięte drzewa.

Po co w ogóle o tym piszę? Otóż z dwóch powodów. Po pierwsze, jak zawsze…, protestujący! Nie ma tak w Rzeczypospolitej, żeby zrobić coś dla dobra wspólnego. Bo dobro moje ma w dupie dobro wspólne. I jakieś dwuhektarowe rolniki będą piać o swojej wolności, własności i prawach, bo wody nie będzie do ogródka. Jakies dwa lata temu widziałem demonstrację jakich tam mieszkańców wioski, sprzeciwiających się postawieniu przekaźnika telefonii komórkowej. Jakiś dziadek krzyczał, w stanie przedzawałowym zdecydowanie: „Gdzie jest nasza wolność!”. Ale ten sam palant, po demonstracji zapewne zadzwonił do żony na komórkę z wiadomością: „Ale im pokazałem! I nawet w telewizji mnie pokazywali!. Tylko, tego dupka nie obchodzi, skąd on ma sygnał i zasięg w komórce, bo jest na to za głupi. Ja mam przekaźnik telefonii komórkowej kilkanaście metrów od domu, przy stacji transformatorowe i pies z kulawą nogą nawet by o tym nie wiedział. Dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem, kiedy na spacerze z psem zapytałem faceta na słupie, co robi. I tak się zastanawiam, czy przypadkiem takie „postawienie społeczeństwa przed faktem dokonanym, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Emeryt antykomórkowy bał się w telewizji promieniowania i śmierci jak w Hiroszimie, ja pod nosem z „promieniowaniem” żyję i mam się nienajgorzej.

Jestem pewien, że większym problemem dla nas będzie nie tyle odkrycie gazu łupkowego, albo zbudowanie obwodnicy, o elektrowni atomowej strach wspomną, ile uporanie się z naszą „chłopską”, albo „demokratyczną – wolność demonstracji” głupotą.

I jest jeszcze jeden powód, który tez doprowadza mnie do.., wku**enia. Unia Europejska. Oto Niemcy, UK, Francja itd., które przez pi,ęćdziesiąt parę lat betonowały swoje kraje, gdzie zobaczywszy drzewo w mieście trzeba przyjąć możliwość, ze może być sztuczne, bo prawdziwe dziko wycinali budując autostrady, albo zagłębie Ruhry, pouczają nas i żądają: „Zostawcie przyrodę!”. A gdzie wyście skurwysyny byli, jak ginęły wasze wilki, niedźwiedzie, bociany i drzewa? A piętnastometrowy kanał portowy w Świnoujściu to też nasz problem, bo przecież nie ich. Oni robią (tylko) interesy i w Niemczech, ekologicznie (i gospodarczo) Nordstream jest O.K. Że do nas statki nie przypłyną…, nie ich problem.

Trybunał i litewskie nazwiska

Dziwne orzeczenie, bo inaczej tego określić nie można: „Litwa może odmówić zmiany pisowni nazwiska na polską, chyba że powoduje to »poważne niedogodności« dla zainteresowanych”, orzeka Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu, aby w kolejnym zdaniu dodać: „O tym, czy odmowa zmiany wspólnego nazwiska małżonków może powodować dla zainteresowanych takie niedogodności powinien zdecydować sąd krajowy”.

Takie uzasadnienie wydał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu po rozpatrzeniu sprawy litewskiego sądu w kwestii pisowni polskiej jej nazwiska. Trudno byłoby kwestionować decyzję Trybunału w odniesieniu do konieczności używania polskich liter diakrytycznych, np. w litewskich urzędach. Kwestia skargi jednak małżeństwa z Litwy do tamtejszego sądu, niekoniecznie tego dotyczyła. Małgorzata Runiewicz-Wardyn chciała, aby pisownia jej nazwiska zgodna była z pisownią nazwiska jej męża, która to pisownia zawarta została w akcie małżeństwa.

Jeśli mogę zrozumieć niechęć, a nawet niemożliwość usankcjonowania pisowni imienia Małgorzata, o tyle sprzeciw Litwinów wobec zapisania oryginalnej nazwy nazwiska wydaje mi się kuriozalny. Wg litewskiego prawa pani Małgorzata Runiewicz-Wardyn, musi się nazywać Malgozata Runevic-Vardyn. To już nie ma nic wspólnego z ochroną litewskiej pisowni nazwisk, a wyraźnie podpada pod poważne niedogodności dla zainteresowanych. Jeśli bowiem w imieniu zastąpić literę „Ł” na literę „L”, nie ma żadnych przeszkód dla zastosowania polskiej pisowni.

Nie dziwię się nawet Litwinom, jeśli wziąć pod uwagę ich narodowościowy kompleks, który jest kompleksem gigantycznym. Wielu naukowców twierdzi, ze Litwini nie mieli własnego języka a ten, którym dziś się posługują to w dużej mierze, języki wzięte od późniejszych przybyszów (Kałymów np.). Przedtem była to „polska” kraina z polskim dialektem, charakteryzującym się niezwykłym „wileńskim” zaciągiem. Szukają więc Litwini swojej tożsamości. Być może na siłę, być może słusznie, nie mnie oceniać. Jednak ich nacjonalistyczne zapędy są conajmniej niezrozumiałe, przynajmniej z punktu widzenia „otwartej Europy”.

Czy wyobraża sobie ktoś nagle spolszczenie nazwisk w Rzeczypospolitej? Od obcych nazwisk, Polaków przecież w Polsce, Niemców w Niemczech i Holendrów w Holandii aż się roi. Dlatego orzeczenie Trybunału w Luksemburgu zdumiewa.

Pozew litewskiego sądu do Trybunału dotyczył nie tylko pisowni nazwiska w akcie małżeństwa, ale i w akcie urodzenia. Być może stąd droga na skróty luksemburskiego Trybunału. Trzeba jeszcze wrócić do kwestii niedogodności dla zainteresowanych z jednego powodu. Otóż małżeństwo Wardynów mieszka obecnie w Belgii. Gdyby więc pan Wardyn uległ np. śmiertelnemu wypadkowi samochodowemu, nie zapisawszy wcześniej testamentu, pani Wardyn mogłaby mieć ogromne problemy z wyegzekwowaniem odszkodowań, spadku itp. zważywszy na to, że w papierach nic się nie zgadza.

Jeżeli były prezydent i premier Litwy, Algirdas Brazauskas vel Olgierd Brzozowski, chciał się nazywać Brazauskas, jego prawo. Jeżeli Vytautas Landsbergis vel Witold Landzberg, chce się nazywać Landsbergis, jego prawo. Deklaruje narodowość i ma. Jednak jeśli ktoś chce nazywać się tak samo jak jego ojciec i dziadek, Państwo nie powinno móc nadawać mu nazwiska, zupełnie obcego, według własnego uznania. Ani to bowiem nie umocni litewskiego poczucia narodowości, ani nie poprawi nastroju „nowo nazywanym”, a skutek może być wręcz odwrotny.

„Litewskie” pisanie nazwisk w tym kraju ma długie tradycje. W 1979 roku, na własne oczy w wileńskiej księgarni widziałem książkę „Quo vadis” Henrikiusa Sienkieviciusa. A i moi krewni „dziwnie” się nazywają.

andy lighter

Jaka Unia?

Jako zagorzały euro entuzjasta, godzę się z otwarciem naszego kraju na Europę, na świat, podoba mi się, że jeździmy sobie do Niemiec bez paszportów. Ale… coś mi nie pasuje.

„Nie ruszajcie Rospudy” – krzyczą Niemcy, którzy „betonowali” swój kraj przez czterdzieści lat i drzewa szukać tam dziś ze świeczką (a „beton” zarabia, bo to przemysł przecież).

„Nie róbcie elektrowni atomowych” – krzyczy Francja, która jest jednym wielkim „atomem”, dzięki czemu Francuzi nie mają pojęcia co to jest opłata za ugotowanie obiadu, a Polska ma, bo nie robi łaski, płacić za emisje co2, bo to nie wina Francji, że Polsce uniemożliwiano normalny rozwój po 45 roku. Francja nie płaci, bo ma elektrownie atomowe, no… ale… inne przepisy były i… niechcący zbudowali.

„Nie zgadzamy się na jakieś ulgi w budżecie unijnym” – krzyczą Anglicy, którym Taczerowa trzydzieści lat temu załatwiła ulgę za szkockich górników, i „należy im się do dziś!”.

„Żadnych rolniczych dopłat” – krzyczą tam rozmaici, bo… polscy, albo czescy rolnicy będą mieli tyle samo, co oni – to niesprawiedliwe!

Ludzie! Czy nas naprawdę pogięło? Czy nikt nie widzi, że „niektórzy”, najzwyczajniej w świecie nas… dymają? Polskę, Czechy, Węgry czy inną Danię?

Pieprznijmy tą Unią. Niech oni do nas przyjdą… poprosić. A nie… decydować.

Zjednoczone Królestwo, Francja, Niemcy (którzy akurat płacą najwięcej, ale i najwięcej „wyciągają”), to… cwaniaki, którzy chcą wydymać (i naciągnąć) Polaków, Litwinów, Słowaków i innych Cypryjczyków: „Ooo! Przyjmiemy was frajerzy, a jak nam się spodoba, to ślimaki będą rybami, bo „w Niemcach, albo Francuzach” tak pasuje. A wy, zapłacicie za co2, bo u nas nie ma, i nie musimy płacić. I co frajerzy? Chcecie”.

Oczywiście chcemy, żeby… nas dymali. I dymają.

andy lighter

Testament Kaczyńskiego

Testament Lecha Kaczyńskiego nie istnieje. I oczywiście nie dlatego, że zginął nagle i niespodziewanie, ale dlatego, że jeżeli mówić o jakimś „testamencie”, to na pewno nie jest on Lecha Kaczyńskiego, ale Jarosława. Oczywiste przecież jest, że Lech Kaczyński był wykonawcą woli, swojego brata. Był niejako generałem, bezwzględnie wykonującym, a wręcz odczytującym i realizującym wizje „Naczelnego Wodza”, swojego brata Jarosława. Jarosław Kaczyński zwykł był, wysyłać swojego brata na ważne odcinki frontu, samemu oddając się ogarnianiu całości.

Jarosław Kaczyński 10. kwietnia, występując zarówno w Sali Kongresowej, jak i na Krakowskim Przedmieściu mówił o swoim (nie ma co przypisywać tego komu innemu) testamencie w kontekście silnego państwa. Państwa z którym liczą się sąsiedzi, z którą się liczą i która jest silna w Unii Europejskiej. Taka, według jego słów była za prezydentury jego brata i jego rządów i trzeba do tego wrócić. Przypomniałem sobie po tych słowach wielkość naszego państwa w tamtym czasie. Oto prezydent Lech Kaczyński szanowany był przez sąsiadów. Czy aby na pewno?

Jego wielki przyjaciel, prezydent Litwy Waldas Adamkus w zamian za ciągłe praktycznie wspieranie Litwy na forum UE, nie zrobił kompletnie nic, aby ułatwić funkcjonowanie Polaków na Litwie. Słuchał tylko zapewnień o sprawach w toku, idących w dobrym kierunku i o rychłym, pozytywnym ich załatwieniu. A pisowni nazwisk polskich np., jak nie było, tak nie ma. Nacjonalizm litewski przeżył prawdziwy boom właśnie za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego i jego „przyjaźni” z tamtejszymi decydentami.

Kolejny jego wielki przyjaciel, prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, ludobójcę Polaków, przywódcę ukraińskich nacjonalistów (UON) Stepana Banderę uczynił bohaterem Ukrainy, ikoną ukraińskiego patriotyzmu i nadał mu najwyższe ukraińskie odznaczenia. Pomniki tego kata Polaków rosną w tym kraju jak u nas pomniki Jana Pawła II.

Wreszcie największy chyba skarb Kaczyńskiego Saakaszwili, prezydent Gruzji. Ten człowiek ukazał całkowicie kompletną naiwność Lecha Kaczyńskiego, żeby nie nazwać tego dosadniej. Na podwórku to się nazywa głupota i frajerstwa, no ale bracia z podwórkami nie mieli nic wspólnego, więc w stosunku do nich ta nazwa jest (?) nie na miejscu. Oto wciągnął Lecha Kaczyńskiego w swoją grę wymierzoną przeciwko Rosji za pomocą konfliktu zbrojnego. Mówi się nawet, że za czasów braci Kaczyńskich byliśmy dostawcą broni dla Gruzji, ale najprawdopodobniej nie jest to do końca jasne. A inni przyjaciele? Robili swoje, chętnie korzystając z nadstawiania grzbietu w ich imieniu na forum Unii Europejskiej. Poza tym Polska niewiele ich obchodziła. Tak było z Czechami, Łotwą i Estonią.

Pozostali sąsiedzi, już niekoniecznie przyjaciele, a Rosja i Niemcy nawet… „nie-przyjaciele”, pokazywali Kaczyńskiemu jaka mała jest jego Polska. Próbowali Kaczyńscy oczywiście pokazywać im naszą wyższość, np. „gasząc światło” w Słowacji po jej wejściu do strefy Euro, ale Słowacja zareagowała pustym śmiechem, prawidłowo reagując na głupotę. Rosja wypięła się na nasze mięso np., wprowadzając zamęt w Polskim przetwórstwie mięsnym, a co za tym idzie w całym rolnictwie, a Niemcy na złość Kaczyńskiemu, razem z Rosjanami rozpoczęli budowę gazowego Nord Stream’u, omijając „udział Polski w tym przedsięwzięciu” szerokim łukiem, w przeciwieństwie do nieomijania wejścia do portu Świnoujście. Ważny i „szanowany” przywódca Polski zerwał szczyt Trójkąta Weimarskiego z powodu „choroby kartoflanej”. Ważny gracz unijny, Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński, którego ratyfikację potem blokował wzbudzając konsternację państw Unii. W Unii Kaczyński budził zakłopotanie spowodowane… współczuciem.

Polska za czasów Lecha Kaczyńskiego była wyjątkowo „mała i słaba”. Przyjaciele i nieprzyjaciele traktowali ją instrumentalnie, wykorzystując ją do własnych interesów, interesy Polski zupełnie ignorując. O takiej Polsce marzy Jarosław Kaczyński.

W kraju, gospodarka się rozwijała, dzięki przekazaniu jej rządom Prawa i Sprawiedliwości przez premiera Belkę w stanie rozkwitu. Strach pomyśleć co by było, gdyby Prawo i Sprawiedliwość wzięło Polskę pod rządzenie od Buzka, który rękami Balcerowicza schłodził ją do stanu stagnacji. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Prawo I Sprawiedliwość rządziło nadal po roku 2007. w warunkach globalnego kryzysu ekonomicznego i gospodarczego. Strach pomyśleć co by było, gdyby Jarosław Kaczyński kiedykolwiek ponownie objął władzę.

andy lighter