Złodzieje rewolucji

Nie napisałbym tego tekstu, gdyby nie bardzo jasne skojarzenia. Skojarzenia z Polską.

Od początku byłem sceptyczny wobec huraoptymizmu obwieszczanego wszem i wobec w świecie zachodnim, związanego z „arabską wiosną” 2011. roku. Z początku był to ostrożny sceptycyzm: „W krajach islamskich to się nie może udać”, przeradzający się w pewność: „to się nie uda i obróci się przeciwko bojownikom”.

Dawałem zresztą temu wyraz w komentarzach na ten temat u blogerów zachłystujących się walką arabów, głownie młodych, głodnych prawdziwej demokracji i cywilizowanego świata. Byłem zdecydowanie przeciwny interwencjom zbrojnym i zbrojnej pomocy dla bojowników, bo interwencja w Iraku (a przed laty w Afganistanie przeciwko Rosjanom) pokazała, że eliminacja przywódcy spowoduje walki wewnętrzne o wpływy.

W Egipcie znów giną ludzie. Demonstranci, ci sami, którzy walczyli przed dwoma laty. Jeden z nich nazwał to po imieniu, niezwykle trafnie:

„Oni ukradli nam rewolucję!!!”

Natychmiast przypomniały mi się wydarzenia sprzed dwóch lat w północne Afryce. I naszła mnie przygniatająca, ponura refleksja: „A nie mówiłem?”. Kiedy tylko usłyszałem, że na placach Tunisu, potem Kairu, czy Bengazi pojawiają się członkowie Bractw Muzułmańskich, „wiedziałem”, jak to się skończy. Zresztą, nie trzeba było nadwyrężać zbyt mocno inteligencji, żeby to skojarzyć.

Działacze muzułmańscy nie wysuwali żadnych roszczeń, żadnych propozycji, czy własnych pomysłów na przyszłość. Zapewniali jedynie demonstrantów i bojowników o słuszności ich działań, o modlitwie za powodzenie i zagrzewali ich do kontynuowania walki. A potem… przyszła chwila demokracji, czyli chwila prawdy – demokratyczne wybory.

Wtedy mułłowie, ekstremiści islamscy i członkowie Bractw wzięli sprawy w swoje ręce i sprawnie przeprowadzali kampanie wyborcze.  Szło im bardzo łatwo, szczególnie na prowincjach w tych krajach, głęboko zislamizowanych, nawet w czasach dyktatur, zacofanych cywilizacyjnie i kulturowo, gdzie mułła jest tym, czym proboszcz w polskiej, „odciętej od świata”, zabitej dechami wiosce.

Bojownicy, demonstranci i wykonawcy rewolucji, ludzie z dużych miast, stali się mniejszością, wobec biernej większości i przyglądających się islamskich decydentów. I ci ostatni, nie omieszkali się im tej rewolucji ukraść. Mają kupę władzy. Są silni w parlamentach i rządach. Coraz głośniej w Tunezji, Libii i Egipcie mów się, a właściwie żąda wprowadzenia prawa szariatu – nieludzkiego, jak na warunki cywilizowanego świata i niesprawiedliwego prawa, opartego na zwyczajach religii muzułmańskiej.

W Egipcie, prezydent Mohamed Mursi – islamista, wydał dekret umacniający jego władzę i wprowadzający elementy prawa szariatu. I znów giną ludzie, bo tym razem islamiści nie są już bierni. Walczą o utrzymanie zdobytej, a właściwie podanej im na tacy, władzy. Podobnie jak nie chcą jej oddać afgańscy talibowie, albo… chcą ją odzyskać, po odebraniu przez niewiernych. Walczą zresztą o nią i islamiści i w Pakistanie i w Iraku, głównie między sobą.

Dlaczego inaczej miałoby się stać w Libii? Tunezji? Syrii? Islamiści nie wypuszczą takiej okazji z rąk, to tylko kwestia czasu. A zachód, który niczego się nie nauczył po okazywanych w przeszłości wsparciach militarnych, przyczynił się do smutnej prawdy, poznawanej obecnie przez arabskich bojowników o demokrację: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. A może raczej powinno być: „kijek na siekierkę”, co widać po Afganistanie.

_____

Takie „złodziejstwa rewolucji” to nic nowego. I my poznaliśmy, a właściwie doświadczamy cały czas, efektów tego złodziejstwa od ’89. do dzisiaj. U nas, Kościół Katolicki też w roku 80., 81., i później nie żądał niczego dla siebie. Jedynie wspierał strajkujących, biednych i utwierdzał ich w słuszności walki o wolność i demokrację. Dopiero w ’89. po zaproszeniu Kościoła do okrągłego stołu, zaczęli się upominać o swoje. Jeszcze nie o władzę, jeszcze nie o prawo do powszechnej indoktrynacji, ale wkrótce, wraz z powstaniem Radia Maryja w ‘91. o to właśnie upominają się do dziś. Uzurpują sobie prawo do kształtu wprowadzanych ustaw, do agitacji przedwyborczych i do możliwości wpływania na preferencje wyborcze swoich wiernych.

Jednoznacznie opowiadają się za określoną partią polityczną i określonym politykiem, czego dowodem jest haniebna decyzja pochówku prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu i żenujące przedstawienie w wykonaniu wysokich dostojników kościelnych, jakiego doświadczyliśmy podczas pogrzebu anonimowej, jak miliony Polek – matek, żon, babć (udzieliła w życiu może ze trzech wywiadów, raczej mało politycznych i „pustawych”, w porównaniu do innych matek bowiem, nie miała zbyt wiele do powiedzenia w kwestii trudów wychowania dzieci), Jadwigi Kaczyńskiej. Jasne jest, że zrobili to ze względu na Jarosława Kaczyńskiego. Jasne jest, że nie zrobili tego za darmo. Jasne jest że dali Kaczyńskiemu oręż w postaci monopol na przychylność Kościoła i że Kościół liczy na dowody wdzięczności. Zresztą oczywiste jest, że Kaczyński, gdyby wygrał i gdyby nawet nie chciał Kościołowi „płacić”, będzie musiał. Bo inaczej, pozostając znienawidzonym i niebezpiecznym dla większej (póki co) części społeczeństwa, zostanie również niewiarygodnym i niepotrzebnym dla Kościoła. A dziś, jak widać, bez Kościoła znaczy niewiele. Z Kościołem przeciw sobie, może nawet nie przeskoczyć progu wyborczego.

Kościół więc, zarówno islam, judaizm jak i katolicyzm, skrzętnie wykorzystuje sytuację polityczną dla własnych celów. Zawsze tak było i tak jest. Niestety

andy lighter

Ostatni dzwonek

Jeśli chcemy, żeby Jarosław Kaczyński opuścił polską scenę polityczną, jeśli chcemy, żeby odszedł w niesławie, znienawidzony i na zawsze, teraz jest ostatni moment.

Jest ostatni moment, żeby… Donald Tusk oddał władzę, na rzecz Kaczyńskiego i PiS-u. Bredzę? Nie, nie bredzę, spróbuję Wam wyłuszczyć mój pogląd.

Kiedy w 2001. roku Miller obejmował władzę stojąc na czele SLD, Polska była w stanie zapaści. Z całkiem nieźle prosperującego kraju, na skutek schładzania rozpędzonej gospodarki, rozpędzonej, ale ograniczane przecież przez kosztowne słynne cztery reformy, Leszek Balcerowicz „zamroził” ją z chłodniczego rozpędu do stanu stagnacji. Miller, a potem Belka, wspólnie z Kołodką i Hausnerem, sprzeniewierzając się swojej własnej, lewicowej (socjalnej) ideologii, wyciągnęli ten kraj z zapaści. I rozhulali znów świetnie rozwijającą się gospodarkę Przypłacili to niestety sromotną klęską w następnych wyborach i Kaczyński otrzymał w prezencie państwo w największym po 89. roku rozkwicie. Dziś Miller Dziś SLD jest tylko „ozdobnikiem” naszego parlamentu i z pewnością tak zostanie jeszcze długo.

Obecnie może być, niestety, podobnie. Platforma Obywatelska wykrwawi się broniąc kraju przed skutkami kryzysu, podczas gdy Kaczyński i PiS tworzą radosną twórczość i głoszą jej populistyczne owoce na prawo i lewo bez żadnego skrępowania. Bardzo prawdopodobne jest to, że rządy Donalda Tuska skończą się wraz z końcem kryzysu. A wtedy, nawet gdyby nic nie robić, musi być tylko lepiej. Nic nie robić, szczególnie w sferze gospodarczej jest specjalnością Kaczyńskiego. Jednak podobnie jak w 2005., może się okazać, że rozkoszuje się owcami z nie przez siebie zagospodarowanego i przygotowanego do owocobrania, sadu. Już raz tak przecież było. Pożytkował owoce zasadzone przez Millera i Bekę! A i tak nie umiał tego wykorzystać i musiał oddać władzę, lecz tym razem może być ostrożniejszy.

Jest prosty sposób na pozbycie się Kaczyńskiego na długie lata: oddanie mu władzy już, teraz! To jest ostatni moment, w który jeszcze mógłby się na niej „przejechać”. Kiedy oczywiste jest, że zadławi się swoimi własnymi obietnicami wyborczymi. Kiedy stanie przed uwielbiającym go tłumem, jako „nicniemogę Kaczyński”. Bo jeszcze trwa kryzys. Kryzys, który, niestety dla Tuska, stety dla Kaczyńskiego, ma bliżej do końca niż dalej. Oczywiście pisząc „niestety dla Tuska” nie ma na myśli tego, że kryzys jest mu na rękę. Przeciwnie, jako opozycji jest na rękę Kaczyńskiemu, idzie mi o to, że niestety Tusk może oddać władzę z prezentem w postaci obwieszczenia: „koniec kryzysu”.

Wówczas nie tylko nie pozbędziemy się Kaczyńskiego, ale może on się zasiedzieć w rządowych ławach na lata. Kraj będzie rozwijał się wolniej, bo Europa i Świat Kaczyńskiemu już nie ufa, ale będzie się rozwijał. A tabloidowemu społeczeństwu (nie cierpię Miecugowa i się z nim nie zgadzam, ale ziarnko prawdy jest w tym, co mówi) to wystarczy. Nie wierzycie? Zobaczcie co się dzieje w Warszawie.

Że co? Że Kaczyński do władzy nie wróci, i szkoda Polski? A jak wróci? Kryzys robi swoje, w ludzkich głowach też. Wolę stracić jeszcze parę lat (przyzwyczailiśmy się), niż później żałować o wiele dłużej.

Jest jeszcze – ale już się kończy – szansa na to, aby taki sam, albo większy tłum, przybył do Warszawy aby Kaczyńskiego… wygwizdać i przegonić. Za parę lat.

Wiem, wiem, byłaby na to szansa, ale nie tylko Kaczyńscy, wszyscy polscy politycy kochają władzę ponad wszystko.

andy lighter

Recesja idzie

Idzie na gorsze i coraz więcej ludzi jest niezadowolonych z takiego stanu rzeczy. Nie ma się czemu dziwić. Ekonomiści wieszczą pogłębianie się kryzysu, recesję gospodarczą, wzrost bezrobocia i o czasach zielonej wyspy można, a nawet trzeba zapomnieć. Jednak zadziwiające jest to, że powiększająca się część społeczeństwa uważa, że zmiana władzy, poprzez odsunięcie od niej Platformy Obywatelskiej uzdrowi sytuację w naszym kraju.

Platforma Obywatelska popełniła (i popełnia nadal) wiele błędów. Głównym i niewybaczalnym z nich jest, moim zdaniem, zwiększenie liczby urzedników w administracji rządowej i samorządowej. Jednak przypisywanie winy za kryzys i za to, co nas czeka, głównie przez przerost administracji jest przesadzone. Choć wpływ ma, a i nie podoba się, całkiem słusznie, Polakom tracącym pracę.

Jednak wiara ludzi w to, że dojście do władzy innej partii uzdrowi nasz kraj, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. PiS i SLD prześcigają się w wysuwaniu populistycznych haseł, działających jak słodki miód na zgorzkniałe nastroje coraz większej części obywateli. PSL, będące zresztą głównym beneficjentem urzędniczego zmolochizowania samorządów w terenie, jak zwykle jest za, a nawet przeciw przyglądając się i przygotowując do uczestnictwa w przyszłej, jakiejkolwiek koalicji rządowej.

Oczywistym jest, że żaden rząd nie tylko nie zlikwiduje kryzysu, ale i nie polepszy bytu niezadowolonego społeczeństwa. Recesja jest przecież zjawiskiem globalnym i w wyniku powiązania gospodarczego Polski z gospodarkami innych krajów, np. Niemiec, bez poprawy sytuacji w tym kraju, o poprawie u nas nie ma co marzyć. Jedyne, co mogą w przyszłości robić przyszłe rządy dzisiejszych opozycyjnych partii, to zwalać winę za swoje pewne niedotrzymywanie dzisiejszych obietnic na „były rząd” Donalda Tuska i Platformy. I choć będzie to nieuczciwe, ci dzisiaj niezadowoleni to kupią. Co by nie mówić, PiS ma o wiele większą siłę przekonywania swoich zwolenników do swoich racji i argumentów, niż PO swoich.

Premier Tusk ma na przełomie września i października przedstawić „nowe otwarcie” rządu. Cóż to może oznaczać, jeśli nie m.in. dalsze cięcia w budżecie i jeszcze ciaśniejsze zaciskanie pasa? A to się Polakom nie spodoba. Całkiem możliwy jest więc scenariusz kreślony przez posła Palikota o wcześniejszych wyborach. Społeczeństwo może to wymusić, nie można tego wykluczyć.

fot. Ł. Szczepański /REPORTER

I co dalej? Ostatnio Polacy reagują z powodów egzystencjalnych, ale będą działać (wybierać) na populistyczne hasła podparte ideologią. Pewnego rodzaju paradoks, który nie wróży nic dobrego. Znaleźliśmy się w swoistym pacie. Obecna władza się wyczerpała, działacze partyjni wikłają się w niejasne układy biznesowo-towarzyskie, a zmiana władzy nic nam nie da, może nawet być gorzej nie tylko z powodu kryzysu, ale i z powodu braku wykwalifikowanej kadry fachowców po tamtej stronie sceny politycznej.

Sondaże falują jak sinusoida, ale jakby nie patrzeć, lepie nie będzie, bo nie może być. Jednak jaki powód, „usprawiedliwienie” wybrać sobie dla przyszłego zła: władzę, która wchodzi w „kłopotliwe” interesy z dziwnymi ludźmi, i coraz bardziej traci kontrolę nad tym co się dzieje, czyli tą dzisiejszą, czy też kompletne dyletanctwo przyszłej, nowej władzy? To jest (będzie) dylemat.

Pożyjemy, zobaczymy. Tak, czy inaczej, lekko nie będzie.

andy lighter

Misja

Prezes Jarosław Kaczyński gotów jest do poniesienia każdej ofiary, każdej determinacji, nieustępliwości i pracy, aby scenariusze, jakie pisze dla naszej ojczyzny ekipa Tuska, nigdy się nie spełniły. Dowiadujemy się tego z listu, jaki do członków PiS, ale przecież nie tylko, zamieścił ten list na stronie internetowej swojej partii, aby cały naród dowiedział się o tym.

Czyż to nie nadzwyczajne? Czyż nie powalające jest poświęcenie, wzniesienie się ponad dobra doczesne, ponad wygodne życie, spokój, sławę, zaszczyty dla dobra innych? Nie chcąc nic w zamian (poza kilku… set pomnikami), ofiaruje swój geniusz, wiedze  doświadczenie? Chwalmy Pana… Jarosława! Czekajmy, Az się spełni! Marzmy!

Czyż nie jesteśmy winni temu małemu, wielkiemu człowiekowi gotowemu poświęcić się dla nas, śpiewac pieśni na cześć?

                Misja

    O Zbawco nasz ukochany,
    Ochroń Naród swój sterany
    Ciężką pracą. Niech opływa
    Mlekiem kraj nasz i nabywa
                                Wszekie dobra.

    Niechaj w siłę kraj nasz rośnie,
    Już! Natychmiast! Na przedwiośnie!
    Krzyż w swe dłonie weź, wznieś modły:
    „Niechaj szczeźnie Tusku podły”
                                Z Komoruskim.

    Płace szybko nam podniesiesz
    I emerytury przecież.
    Raz, dwa, drogi wybudujesz
    I kolej wyregulujesz
                                Punktualnie.

    Gaz nam darmo dadzą karnie,
    Bo Putina strach ogarnie,
    Gdy w swe Jastrzębie wsiądziemy,
    Ruskim szczątki odbierzemy
                                Tupolewa.

    Niemca na kolana rzucisz.
    Nie chcą płacić? To ich zmusisz!
    Wszak przegrali wojnę z nami –
    Nie wypłacą się latami
                                Hitlerowcy.

    Mlekiem, miodem spływać będzie
    Kraj nasz, gdy wódz na urzędzie
    Premiera zasiądzie wreszcie.
    Nie w nos będzie całej reszcie
                                W czwartej erpe.

    Zadziwimy ziemię całą.
    Okryjemy kraj nasz chwałą.
    Będą karki giąć przed Nami
    Niemcy, Ruscy z Chińczykami
                                I Bruksela
         
          *     *     *
    Obudził się potem zlany
    Nasz Mąż Stanu ukochany
    Mokry cały, wystraszony:
    „Jezu! Jakie farmazony
                                Mi się śniły!”.

andy lighter

Niespokojna wataha – bajka o Jerrym

Wielka puszcza. Ciągle jest rozległa, nikt nie wydziera jej kawałków, w celu innego zagospodarowania. Jest nienaruszalna. I będzie, bo ona musi być. Watahy wilków zamieszkują ją od zawsze. Praktycznie niezmiennie, przed dwudziestu laty jedynie, dokonały się w niej rewolucyjne zmiany, sporą cześć wielkiego, starego stada przepędzono (a właściwie samo się poddało) i powstał nowy porządek, nowe wilki zagospodarowały puszczę. I tak to trwa, czasem tylko jakaś wataha zostanie z puszczy przepędzona i musi ją opuścić, czasami nowa pojawia się w puszczy, pojedyncze wilki przechodzą z jednej watahy do innej, ot, życie puszczy.

Każda z nich ma swoje terytorium. Walczą ze sobą i od czasu do czasu zwiększają je, kosztem zmniejszania terytorium innych watah, które potem albo je odzyskują, albo nie. Jednak jedno stado, stado „J”, od lat jest bardzo niespokojne. Ciągle jest przepędzane z miejsca na miejsce, ciągle wydziera się im kawałki „ich ziemi”. A kiedyś przecież „rządzili” całą puszczą. Musieli zostawić, co prawda terytoria dla innych watah, ale część z nich sobie podporządkowali, innych skutecznie zastraszali, „będąc panami” puszczy.

Wilki

Rządził w tym stadzie samiec Alfa – Jerry. Niezwykły samiec. Inne stada, z daleka jedynie „udawały” powarkiwanie na tego samca, a wilki z jego stada musiały przyjąć postawę absolutnie poddańczą. Poddańczą do tego stopnia, że zatraciły, albo głęboko schowały jakąkolwiek zdolność samodzielnej egzystencji. Jedynie, podporządkowane tej watasze inne stada, podnosiły głowy i warczały. Samiec Alfa nie patyczkował się z nimi, przepędził je na tyle skutecznie, że musiały opuścić puszczę. Ale to był zarazem jego koniec. A właściwie koniec jego panowania w puszczy. Inne stada natychmiast wykorzystały brak sprzymierzeńców watahy i jedno z nich przejęło puszczę we władanie.

Stado „J”, a właściwie samiec Jerry, natychmiast zaczął się odgrażać, że odzyska dominację w puszczy. Głośno wył. Przeraźliwie kąsał, ale wciąż bez powodzenia. Inne wilki w stadzie nie śmiały pokazywać mu jego błędów. Bały się, jeśli któreś zwierzę się odważyło zwrócić mu uwagę, natychmiast było przepędzane ze stada. Mimo oczywistych błędów strategicznych. Samiec Jerry nie tolerował braku uległości, każde zwierzę, absolutnie każde, musiało być uległe absolutnie. A jego błędy były oczywiste. Próbował wszystkiego. I przeciągłego wycia, i groźnego warczenia, i gryzł i udawał potulnego i kochającego, i… stado dostawało tęgie lanie, raz za razem.

Ciągle przegrywali kolejne starcia z innymi watahami. Potrzebowali nowej przestrzeni, jak powietrza, chudli w oczach, poruszali się jak w więzieniu po swoim niezmiennym, coraz bardziej wyjałowionym terytorium. Marzyły im się nowe tereny, zasobne, perspektywiczne, otwierające nowe możliwości. Możliwości odzyskania najsilniejszej pozycji w puszczy. Samiec Alfa ciągle im to obiecywał i ciągle odnosili kolejne porażki. Wierzył, że ma misję. Że nikt inny poza nim, nie przywiedzie ich do upragnionej dominacji w puszczy. Kiedyś już się tak zdarzyło, że pozbył się ze stada całkiem sporo silnych wilków, bo głośno wyrażały swoje zdanie, bo ośmieliły się go skrytykować. Ale miał jeszcze silniejsze. Mógł na nie liczyć.

I oto…, ta właśnie część wilków zaczęła się buntować. Najsilniejsze w stadzie. Podszeptywanie samcowi Alfa propozycji zmiany strategii, przecież stara się już wyczerpała, nie przynosiło żadnych rezultatów. Tym bardziej, że część stada, niewyobrażająca sobie życia bez tego samca Alfa na czele, stała za nim murem. Cóż, żyła dzięki niemu i żadne inne argumenty nie miały szansy do nich trafić. Również argument, że ten samiec Alfa nie jest wieczny. Dla nich jest, bo innego nigdy nie mieli, a jeśli mieli, to ten przygarnął ich w potrzebie. Są więc jego dłużnikami.

Wobec niewzruszonej obojętności na ich argumenty, zbuntowane, silne, będące największą wartością tej watahy wilki, zaczęły głośno wyć o potrzebie zmian. Niech już ten samiec pozostanie Alfą, ale niech do diabła, choć raz ich posłucha. Przekracza to jednak wyobraźnie Jerrego: jest samcem Alfa i to on wybiera strategię, najczęściej swoją własną, ale nawet, jeśli kogoś posłucha i tak to on decyduje. Wierzył, wierzy, że sobie poradzi.

Teraz te jeszcze silniejsze wilki zaczęły się buntować. Ale on nie słucha. Wierzy w swoją misję i w swoją siłę.ycie zbuntowanych wilków usłyszeli inni. Inne watahy przyglądają się temu i „wiedzą”, że Jerry już nie jest groźny. Słabnie, nawet we własnym stadzie. Jerry został upokorzony. Sprawa zbuntowanych wilków mus być ostatecznie załatwiona.

Nie wiadomo jeszcze jak to się skończy. Czy zbuntowane wilki odejdą, tworząc nowe stado? Bo o przepędzeniu ich z puszczy nie ma mowy, są za silni. Czy może dołączy do nich część uległych Jerremu wilków? Czy zostaną w stadzie, ale Jerry będzie musiał się z nimi liczyć? Jedno jest pewne. Cokolwiek się stanie, odbędzie się to kosztem terytorium Jerrego. Znacząco się skurczy na korzyść zbuntowanych. Cokolwiek się stanie, władzy nie odda, czy to w „odchudzonym” stadzie, czy dopuszczając do prawa „pierwszego kęsa” inne wilki, innego wilka spośród zbuntowanych.

Ma o czym myśleć samiec Alfa stada „J”. I kołaczą się w jego głowie słowa, zasłyszanej, gdy przy ognisku ogrzewali się myśliwi, dawno temu, piosenki:

„Jerry, Ty jesteś otoczony złotem,
Oni to złoto chcą tylko dla siebie.
Jerry, Ty śpij z otwartym jednym okiem,
Jerry, Ty miej przy sobie zawsze broń.

Jerry, Ty śpij z otwartym jednym okiem,
Jerry, Ty miej przy sobie zawsze broń.”

andy lighter

Uczciwe postawienie sprawy

Media wieszczą wielki konflikt w Platformie i mielą ten temat na okrągło, jak zwykle napuszczając wszystkich na wszystkich. Oczywiście między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną. Konflikt zapewne jakiś jest, a może bardziej próba sił za sprawą Schetyny, mnie jednak podobało się uczciwe postawienie sprawy przez premiera.

Idzie trudny czas dla Polski (i dla Europy, a nawet świata, o czym świadczą „problemy” chińskiej potęgi) i jak najbardziej rozsądne jest odsunięcie Schetyny z bardzo silnej pozycji, jaką miał i miałby, będąc marszałkiem sejmu. Schetyna kreujący się, być może słusznie, choć ja go liderem nie widzę, na lidera PO, może dysponować projektami ustaw. Jedne odłożyć do zamrażarki, inne przekładać z tygodnia na tydzień, pokazując członkom swojej partii swoją niezależność, siłę i… „nie boję się nikogo”.  Musi to robić i to mnie nie dziwi, w końcu trzeba będzie o władzę w Platformie zawalczyć. Ale nie dziwi mnie też wobec trudnych wyzwań potrzeba dobrej współpracy na linii rząd – marszałek sejmu. Schetyna w oczywisty sposób (i nie jest to zarzut), jako rywal, mógłby chcieć, czy chociażby móc, rzucać kłody, albo mniejsze kłodki, pod nogi premierowi. A nie jest na to czas.

Również dziwi mnie wrzawa wokół powołania nowego rządu. A że premier nie dotrzymał słowa, a że mówił o potrzebie rekonstrukcji rządu, a że słabi ministrowie, itp. Premier mówił rzeczywiście o potrzebie rekonstrukcji rządu i o tym, że ze starej ekipy pozostanie jedynie kilku. Jednak ja nie słyszałem (być może źle słuchałem – to możliwe, bo ostatnio mam problemy z byciem na bieżąco), żeby mówił, że powoła nowy rząd tydzień, albo trzy tygodnie po wyborach, czyli „na gwałt”. Konstytucyjne terminy sprawiają, że nowy rząd mógłby zostać powołany do 6. grudnia, czy jakoś tak. A więc cztery tygodnie przed zakończeniem prezydencji Polski w UE. Ciekawy jestem co by się stało, gdyby prezydent poszedł Tuskowi na rękę i zaprzysiągł na ten czas, np. czterech tygodni, „stary” rząd? W UE pracuje cała masa zespołów branżowych i powoływanie nowego ministra np. na dwa ostatnie posiedzenia jakichś tam zespołów jest idiotyzmem. Nowy minister może się tam czuć jak pingwin na Saharze. Nic by się nie stało. To oczywiste. No…, ale, co media powiedzą (manipulujące „treścią” obietnicy) i opozycja, no i wyborcy co powiedzą…!

_____

O tym, że Kaczyński jest kłamcą, wiadomo od dawna. I wiadomo o tym, że jest chory. Już dawno pisałem gdzieś (chyba na którymś z serwisów dziennikarskich) o pasującej do niego jak ulał paranoi politycznej. Oto znów nie dotrzymał słowa, że po kolejnych przegranych wyborach ustąpi z funkcji prezesa i powierzy kierowanie partiom komuś młodszemu. Tym razem jednak ma ku temu niedotrzymaniu ważny powód: musi zbawić Prawdziwych Polaków. Bo okazało się, że prawdziwi Polacy, nie chcą słyszeć o odejściu Jarosława Kaczyńskiego i widząc w nim pomazańca bożego skandują „Jarosław! Zbaw nas!”. Ma więc zadanie do spełnienia, misję niczym sam Jezus Chrystus. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten człowiek paranoją polityczną jest obarczony, ale nie mam tez wątpliwości, na szczęście, że w przeciwieństwie do społeczeństw, które uległy głoszonym hasłom, innych dotkniętych tą przypadłością przywódców, nasze społeczeństwo w większości, jego obciążenia psychicznego jest świadome. I oprócz uprzykrzania życia nieprawdziwym Polakom i opozycji nic więcej nie jest w stanie w tym kraju osiągnąć. Szkoda tylko tych jego wyznawców, szczególnie młodszych. Jak oni kiedyś spojrzą w oczy swoim wnukom, przyznając się, żewielbili Zbawiciela Jarosława?

andy lighter

Polowanie na Palikota

Skierowanie przez CBA zawiadomienia do prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez Janusza Palikota, które dotyczy nieprawdziwych danych „pokazanych” w jego oświadczeniu majątkowych, podobnie jak Palikot, uważam za kolejną fazę w polowaniu na niego. Zarzuty są „kuriozalne” i żaden z nich nie dotyczy korupcji. A od ścigania korupcji właśnie jest CBA.

Nie jest pan Palikot bohaterem z mojej bajki, ale jeśli ktoś nie jest z mojej bajki, to się nim specjalnie nie zajmuję. No, chyba, że obsada z tej bajki, np. CBA, znaczący uczestnik naszego życia polityczno-biznesowego, wykracza poza nią i improwizuje poza scenariuszem. Rozpracowywanie Palikota i jego zwieńczenie w postaci wniosku do prokuratury uważam za absolutną, polityczną ustawkę.

Z góry uprzedzam, że nie wgłębiłem się w ustawę o CBA, bo nie o to chodzi, a jedynie posługuję się logiką. A ta podpowiada mi, że CBA powinna ścigać polityków (np. polityków, choć oczywiście nie tylko), podejrzewanych o czerpanie korzyści biznesowych w związku z posiadanymi przez nich pozycji i możliwości politycznych. Czyli ściganie patologii na linii polityka-biznes. Tymczasem w zawiadomieniu CBA nie ma (wg słów Plaikota i jego prawników), ani przecinka dotyczącego oskarżenia o korupcję i powiązania polityczno-biznesowe. Jeśli więc nie wiadomo o co chodzi, to chodzi (w tym przypadku) o politykę.

Palikot, po opuszczeniu PO natychmiast zaczął atakować swoją byłą partię i swoich byłych przyjaciół. Zajmował się jednak wtedy głównie działalnością antyklerykalną i antypisowską, więc antyplatformość była okazjonalna. Oczywiście Palikot wg mnie popełniał błąd za błędem, rozdrabniał się za bardzo i skupiał na krytyce wszystkich, nieśmiało proponując coś w zamian, a tak nikt jeszcze „żadnej wojny nie wygrał”. Niemniej jednak ludzie, o których do niedawna piał peany z zachwytu, a których po kilku tygodniach zaczął bezpardonowo krytykować, obnażając bądź to prawdziwe, bądź wydumane kulisy ich działalności, motywów i sposobów funkcjonowania, mogli się wkurzyć. I już nie wgłębiając się w to, czy „domysły” Palikota o sterowaniu służbami (np. CBA) przez rządzących są prawdziwe czy nie, logiki w związku z chronologią odmówić i zwyczajnie nie można. Każdy średniointeligentny człowiek powinien takie „domysły” wziąć pod uwagę i pomyśleć o ich zasadności.

W miesiąc po opuszczeniu przez Palikota PO, CBA „się nim zajęło”. Przypadek? Może przypadek, ale czy nie może zastanawiać? Wg mnie może, a nawet powinien. Choć Palikot „spieprzył” swoje oświadczenie majątkowe, np. nie wykazując samolotu, spieprzyło je jednak również 140. innych posłów. Nie od dziś powszechna jest opinia wśród parlamentarzystów, że te deklaracje do wypełnienia są beznadziejnie sformułowane. Wiadomo też, że niektóre zarzuty są na tyle kuriozalne, jak np. wykazanie miliona przychodu, gdy rzeczywiście było 960 tys. Tak więc zarzut miałby dotyczyć działania człowieka przeciwko sobie. Prawnicy Palikota twierdzą również, że urzędnicy CBA mylili podstawowe pojęcia ekonomiczne (np. dochód z przychodem), co jest niewybaczalne i co potrafi rozróżnić uczennica I klasy Liceum Ekonomicznego.

Może zastanawiać dlaczego partia rządząca chce takimi metodami zneutralizować takiego „malucha” jak Palikot (bo że chodzi o próbę neutralizacji, nie mam najmniejszych wątpliwości). Powód jest oczywisty. Otóż Palikot, choć jako rywal w wyborach nic nie znaczy, od czasu do czasu do mediów trafia. A co za tym idzie trafia do mediów jego głos, dyskredytujący, „demaskujący”, krytykujący władzę o tyle interesujący, że jest głosem do niedawna „z wewnątrz”. Sytuacja Palikota jako żywo przypomina mi sytuację Leppera sprzed paru lat.

Nikt się specjalnie Lepperem nie przejmował, wiadomo było przecież, że poza koalicją z PiS, jego ugrupowanie do sejmu nie ma najmniejszych szans się dostać. Mimo to, podobnie jak dziś Palikot, pojawiał się w mediach i… mówił, insynuował, „podejrzewał”, oskarżał, co musiało denerwować Kaczyński rząd dusz w postaci wszelkich służb. Po kompletnej fuszerce oskarżenia o korupcję, „wyskoczyła jak z kapelusza” seksafera, a kto jak kto, ale Lepper nadawał się jako „gwałciciel” jak mało kto. I Lepper przegrywa kolejne etapy sprawy, mimo, ze kobieta „prowadząca się jak porsche”, zmienia zeznania, wobec obalania kolejnych „faktów” przez oskarżonego za pomocą dokumentów, filmów nawet i oczywistych dowodów na kłamstwo oskarżającej. Przykładów jest aż nadto. Poszkodowana, wraz z koleżankami stwierdza, ze tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie Lepper w tym i tym miejscu miał dokonać gwałtu. Lepper wyciąga nagranie telewizyjne z tego dnia i tej godziny, pokazujące jego spotkanie z dziennikarzami w miejscu oddalonym o 500 km od rzekomego miejsca popełnienia przestępstwa, na co poszkodowana zmieszana przyznaje się do pomylenia daty i… sąd daje jej wiarę. To jest oczywista „potrzeba udupienia” niechcianego przez wszystkich (również przeze mnie) polityka, ale metoda jest… toporna, prymitywna i… haniebna.

Tak jak Lepper jest skończony, choć nie mam wątpliwości, że poza Polską oczyści się z zarzutów (co wcale nie znaczy, że mu wierzę, ale do takiej sprawy nie wziąłbym… matki kilku dzieci bez ojców), tak samo skończony będzie Palikot. Jednak tak jak Lepper będzie miał pełne prawo czuć się pokrzywdzony, nawet jeśli złamał prawo, poprzez kompletnie debilne „dopasowywanie oskarżeń do oskarżającego”, udupianie na siłę, byle jak, byle udupić, tak samo będzie miał prawo czuć się Palikot. Nie do wiary jest, jak inteligentni wydawałoby się ludzie, „nieprofesjonalnie” robią „eliminację” drobnych przeszkadzaczy. I śmiech mnie ogarnia, jak słyszę śmiechy działaczy Platformy wyśmiewające jeszcze niedawno, profesjonalizm służb pod rządami Kaczyńskiego i Kamińskiego.

Oczywiste jest moje potępienie moralne takich działań, ale oprócz tego o pomstę do nieba woła „profesjonalizm” naszych służb. Kiedy słyszę ostatnio o odbudowaniu naszego kontrwywiadu i jego powrotu do najwyższych standardów wywiadowczych, nie mogę nie powątpiewać.

Jednym z głównych antypisowskich haseł PO w 2007 roku było odpolitycznienie służb specjalnych, prokuratury, itp. TOTALNA ŚCIEMA!!!

andy lighter