Odpowiedzialność, czyli „to nie ja”

„Odpowiedzialność” to bardzo dziwne słowo jest. Każdy widzi konieczność odpowiedzialności i denerwuje go jej brak, wszędzie wokół. Wszędzie wokół, swoją osobę – swoją szkołę, pracę, swoje środowisko, rodzinę, itd., od odpowiedzialności zwalniając.

„Minister powinien być odpowiedzialny za swój resort” – wołają dziennikarze, media, związki zawodowe itd. „Rodzice muszą być odpowiedzialni za swoje dzieci” – wołają ci sami, przy innej okazji. „Dziennikarze muszą być odpowiedzialni za to, co piszą i mówią”. Ile razy słyszeliśmy jednych, nakazującym innym poczucie odpowiedzialności? Ja słyszę to na okrągło. Tymczasem…

„Nie mam sobie nic do zarzucenia” – stwierdza komornik, który ściągnął kasę od kobiety w Sochaczewie, która wyszła mu w wyniku losowania (chyba) „na chybił trafił”. Ot, rzucił monetą, orzeł – pani numer jeden, reszka – pani numer dwa. Pretensje więc do orła i reszki, a nie do komornika. Bo wszystko było „nie wbrew przepisom”. To wina przepisów, a nie komornika, bo w przepisach nie było napisane, że ma sprawdzić numer pesel, imiona rodziców, czy datę urodzenia tej pani, tylko, że ma mieć nazwisko i imię „do ściągnięcia kasy”. A jak jest więcej takich imion i nazwisk? Tym gorzej dla nich (tych imion i nazwisk). Można losować. Co prawda w przepisach nie tylko nie ma nic o pesel, ale nie ma też nic o rzucie monetą. Nie bądźmy jednak drobiazgowi, przecież to się rozumie samo przez się (że ma być ten rzut monetą).

Mija właśnie rocznica któraś od „katastrofy” CASY pod Mirosławcem. Niemal całe dowództwo Pollskich Sił Powietrznych włazi do jednego samolotu, tuż po wymyślaniu procedur nad zwiększeniem bezpieczeństwa lotów. Czyli bierze w ręce chłop odbezpieczony granat, tuż po udziale w debacie na temat: „Nie wolno brać do rąk odbezpieczonego granata”. Ale… chwila, chwila. Nie było przepisów, że nie mają razem latać. Czyli wszystko było „nie wbrew przepisom”. Pewnie coś tam wymyślili i nawet zaplanowali takie procedury, ale przecież jeszcze trzeba napisać, do ministra wysłać, zatwierdzić, wdrożyć w życie od pierwszego stycznia, przyszłego roku… Więc pod Mirosławcem jeszcze niebezpiecznie nie było, bo przepisy (jeszcze) nie mówiły, że jest niebezpiecznie. A skoro było bezpiecznie, to były pośmiertne ordery, awanse i odszkodowania za straty moralne dla rodzin „wybitnych przedstawicieli polskiej armii”. I nikomu nie przyjdzie na myśl sprostowanie treści napisu na pamiątkowej tablicy. Z „… Pokonani nie w walce, lecz przez los”, na „… Pokonani nie w walce, lecz przez własną nieodpowiedzialność”. Podobnie rzecz się ma do Smoleńska, ale to już pominę, bo już internet nawet ma oznaki przepełnienia tymi oczywistościami.

Że trzynastomiesięczne dziecko zmarło w Białym Stoku to też oczywiście nie wina lekarzy. Przecież w kontrakcie szpitala z NFZ-em  nie było wyraźnie napisane, że mają ratować życie małego Bolka. A badania kosztują i kto im za to zapłaci? Może nie zapłaci i co wtedy? Przecież lekarze pewnie zarządzają podwyżki, to z czego… ?

O odpowiedzialności polityków też napisano „dziesięć Internetów”, albo więcej. „Kaczyński, Ziobro pod Trybunał Stanu? Przecież politycy ponosza odpowiedzialność polityczną! W wyborach! A oni ponieśli, bo jeden nie został ponownie premierem, a drugi ministrem! I to jest odpowiednia dotkliwa kara!”.

Dziennikarze o odpowiedzialności mówią i piszą najwięcej. Ale nie daj Bóg, zarzucić im nierzetelność kłamstwo, albo jakieś bezpodstawne oskarżenia. Wolność słowa, przekonań i prawo prasowe, natychmiast się kłania, razem z oskarżeniami krytyków o tego prawa nieznajomość. Jak ktoś ma cierpliwość i pieniądze, to wygra w sądzie „przeprosiny” gazety, na czwartej stronie od końca, między ogłoszeniami „matrymonialne” i „drobne naprawy i remonty”.

W Polsce „odpowiedzialność” jest bardzo ważną wartością. Tyle że odpowiedzialność obywateli, wobec instytucji państwowych i usługowych. Odpowiedzialność w drugą stronę, jest praktycznie incydentalna. Tak rzadka, trudna do wyegzekwowania i niezauważalna jak kometa na niebie przy pełnym zachmurzeniu. A sprzyja temu prawo.

Kretyński, haniebny wyrok sądu? „Proszę się zgłosić do rzecznika prasowego! Proszę wyjść, bo wezwę ochronę!” – słyszy dziennikarz od „niesprawiedliwego” sędziego. „Nie mam ochoty z panem rozmawiać na ten temat!” – słyszy od komornika, po losowaniu „na chybił trafił” dłużnika. Itp. Dopóki durnie i nieuczciwcy będą mieli prawo nie stanąć przed społeczeństwem oko w oko, dopóty ich „odpowiedzialność” będzie pustym słowem. Nic bowiem bardziej nie działa na morale urzędnika, przedsiębiorcy, czy usługodawcy niż „spotkanie ze społeczeństwem”. Taki sędzia, będąc świadomy, że po wydaniu idiotycznego wyroku, lekarz, po nieudzieleniu pomocy, czy komornik po zabraniu pieniędzy przypadkowej osobie, będzie zdawał sobie sprawę po nienależytym wykonaniu swojej dobrze płatnej pracy, w najlepszym razie skończy zapadając się pod ziemię ze wstydu. Zapadając się z imieniem, nazwiskiem, pełnioną funkcją i majątkiem. Jestem przekonany, że to by działało  o niebo skuteczniej, niż cholernie drogie i mało efektywne CBA, np.

Nieodpowiedzialne też są wymagania pracodawców, poszukujących pracowników. I nieuczciwe, typu: „Wykształcenie wyższe”. „Pięć lat praktyki zawodowej”. Nieuczciwe, bo przecież wystarczy sprawnie czytać. Jak jest sę takim komornikiem, np., wystarczy położyć segregator na biurko i czytać w nim przepisy. Jeśli nie zrobi się niczego, co nie jest w tym segregatorze napisane, to znaczy, ze nie zrobi się niczego, co jest niezgodne z prawem. Przecież to proste. Więc te wymagania, np. wykształcenia są durne. Chyba tylko dla lepszych statystyk. Prokurator podobnie. Nie ma znaczenie jakie wysunie oskarżenie, albo sędzia, jaki wyda wyrok. Przecież rzecznik prasowy będzie się tłumaczył (a.. przeholowałem. Rzecznik musi mieć wykształcenie, przecież „się” tłumaczy).

_____

Doskonale pamiętam lata osiemdziesiąte. I doskonale pamiętam skandowane „Precz z komuną”, na różnych pochodach, demonstracjach i wiecach. Doskonale też pamiętam kto skandował najgłośniej i najskuteczniej: górnicy, kolejarze i studenci. Dziś, walczący z komuną górnicy mają ultra komunistyczne przywileje. Kolejarze bronią jak niepodległości komunistycznych dobrodziejstw branżowych, albo godzą się na ich zamianę za 720 zł. Niech pęknę, jeśli jakiś kolejarz, przejeździ „turystycznie”, bo „z” i „do” pracy jeździ za darmo, 720 złotych. Studenci z kolei nie wyobrażają sobie studenckich ulg na przejazdy i studiów za darmo nawet na pięciu kierunkach jednocześnie. Jakieś takie dziwne wychodzi u nich wszystkich „precz z komuną”. Uczciwiej by było, gdyby dziś wołali: „Ej wy! Przecz z komuną – dla Was, bo dla nas, jak najbardziej ma obowiązywać!”.

andy lighter

Obrona honoru i… haniebne pieniądze

Pułkownik, prokurator Przybył, ten, co w obronie honoru „ludzi, których znał”, próbował popełnić samobójstwo i nie trafił tam, gdzie powinien (z odległości kilku centymetrów), został przez Krajową Radę Prokuratorów przeniesiony w stan spoczynku.

I tak oto, ten czterdziesto jedno letni, jeśli dobrze pamiętam, prokurator i żołnierz Wojska Polskiego, będzie do śmierci brał uposażenia w wysokości (na dzisiaj) ok. 8 tys. PLN. Przeniesienia dokonano na wniosek samego zainteresowanego, drugi wniosek, bo po pierwszym KRP nie chciała go „wypuścić”. Wniosek podparty został oczywiście orzeczeniem lekarza orzecznika.

I ja się pytam: a gdzie jest zwolnienie dyscyplinarne? Za nieuzasadnione użycie broni, np. A gdzie jest degradacja? Za splamienie munduru Wojska Polskiego (honorowy żołnierz nie strzela do siebie nawet w obliczu pewnych tortur w niewoli wroga).

Działania nadzorowane przez pułkownika prokuratora uznane zostały przez dwa sądy za niezgodne z prawem, a dokładnie za „omijające prawo”. W sprawie „próby samobójstwa” (koń by się śmiał z takiej próby) grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności, śledztwo trwa.

Czy żołnierzom Wojska Polskiego nie jest wstyd, że ktoś taki jak pan pułkownik nosi mundur? I bierze pieniądze podatników za nic?

Czy rządzącym nie daje do myślenia to, z jaką łatwością każdy prokurator może sam spowodować wysłanie siebie w stan spoczynku? Możliwości przecież ma masę. I zaczyna za darmo zubażać budżet. Czy rządzącym nie wstyd, zapewniać nierobom i nieudacznikom kosmiczne dla przeciętnego zjadacza chleba wynagrodzenia za nic, przy jednoczesnym forsowaniu granicy 67?

Czy rządzący nie widzą, że to jest chore? Rażąco niesprawiedliwe?

Czy wojsko w obronie honoru i godności żołnierza polskiego, zażąda zdjęcia przez tego pana munduru?

Przecież cały ten jego cyrk i te pieniądze, są po prostu haniebne.

 

andy lighter

Raportowa konfrontacja

Konferencja członków MAK-u pokazała, że Rosjanie obstają przy swoim. I nie mają zamiaru konfrontować swojego raportu z raportem Millera. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej, to dobra informacja, ale o tym na końcu.

„Makowcy” mają oczywiście rację, że załoga podejmowała złe decyzje, że obecność Błasika „musiała” wywierać presję na załogę, chociaż nic „złego” nie mówił, itd., itd. Jednak „Makowcy” bronią, zupełnie bez sensu swoich kontrolerów lotów. Jestem oczywiście daleki od oskarżania owych kontrolerów o spowodowanie katastrofy, jednak raport Millera doskonale i moim zdaniem rzetelnie pokazał „niestaranność” ich pracy. Nie sądzę żeby, tak jak sugeruje raport Millera, byli „źle wyszkoleni”, ale jestem przekonany, że po prostu coś z nimi było nie tak. Albo im się nie chciało, albo byli w stresie, albo nie wiadomo co, w każdym razie różnice w wysokości realnej a dopuszczalnej były… za duże.  „Makowcy” twierdzą, że wszystko było O.K., ale chyba nie do końca. Nie zmienia to rzecz jasna „proporcji winy”, jednak tłumaczenia „Makowców”, są naprawdę bardzo… skomplikowane, „trudne”, zapewniające…, itp. Nie widzą też problemu w złym stanie lotniska i „osprzętu” lotniska. Było złe, ale wystarczające.

W tym wszystkim, skoro dyskusja jest skończona, jest dla nas jeden pożytek. Dla nas i dla NATO, który powinien nas zawsze satysfakcjonować. Otóż Armia rosyjska, a przynajmniej jej pewna część, jest tak samo byle jaka, jak nasza przed 10. kwietnia 2010. roku. Armia Rosyjska to moloch na glinianych nogach i dobrze jest o tym wiedzieć. Są oczywiście silni, liczebnością i technologią, ale organizacją są „nami przed katastrofą”. Oczywiste jest, że nic się tam nie zmieni, bo w przeciwieństwie do nas – dzisiaj, armia rosyjska, dalej jest i będzie państwem w państwie. I nich tam ktoś spróbuje (od nich, z ich władz) wetknąć nos w nie swoje sprawy.

Nie powinno nam zależeć na „uzgodnieniu stanowisk”. Powinniśmy wyciągnąć wniosek i tyle. Rosja militarnie jest i będzie silna. Ale jednocześnie militarnie jest i będzie byle jaka. Z punktu widzenia zwolenników tarczy rakietowej w Polsce, szkoda, że tego nie wiedzieliśmy. Spokojnie mogliśmy robić co chcieliśmy, bo wojsko bez „organizacji” nawet silne, to… Ja co prawda do zwolenników tarczy nie należałem, ale zwolennicy (a głównie Amerykanie) pękli. Powinni nas całować po nogach za raporty i MAK-u i Millera, bo po wyciągnięciu wniosków, sytuacja stała się zupełnie jasna. Szczególnie po dzisiejszej konferencji MAK-u.

Inne rosyjskie przypadki: Czeczenia, zatonięcie „Kurska”, a właściwie brak akcji ratunkowej, oddziały (żałosne) specjalne w Biesłanie i teatrze moskiewskim, itd., itd., tylko to potwierdzają: wszyscy są winni, tylko nie armia.

Rosyjska armia nigdy dotąd, w tak jawny sposób nie odkryła swoich słabości broniąc swoich „byle jakich” żołnierzy i byle jakich dowódców.

andy lighter

Niech odchodzą, przyjdą kolejni

Znowu dym w polskim lotnictwie mamy. Ok. 50. żołnierzy z Bazy Lotnictwa w Mińsku Mazowieckim zagroziło zwolnieniem. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o kasę, albo o „Precz z komuną, komuna tylko dla nas!” Jak słyszę takie newsy, przyznaję, że krew mnie chce zalać jaśnista. Lubicie górniczych oponiarzy? Albo stoczniowych? Ja też nie, a to jest dokładnie ten sam schemat. Jak zwykle pod koniec maja, w wojsku rozchodzi się fama o trudnościach z kasą (nie mylić z CASĄ), najczęściej fama wzięta z sufitu. I jak zwykle, rok temu też tak było, i dwa lata temu chyba też, to kompletna bzdura. Ale najgorsze jest to, że żołnierze, który powinien być analitykiem, strategiem i „rozpoznać teren”, łykają populistyczną famę i idą w zagrywkę a’la Lepper, albo inna Solidarność ’80. Czyli, nawet nie strajk, czy ostrzeżenie, ale szantaż.

Wiem jak jest w wojsku. Chociaż nigdy nie służyłem. Ale być może właśnie dlatego, że nie służyłem, a pracowałem jako cywil, wiem lepiej (mimo iż pracowałem krótko, ale napatrzyłem się), niż gdybym służył. Zupełnie różny punkt widzenia, chociaż widok niby podobny. Nie każdy może być żołnierzem, to jasne. Trzeba być zdrowym, „inteligentnym” (w cudzysłowie, bo zdarza się, że mam wątpliwości) i trzeba mieć pasję, inaczej – lubić to po prostu. Dla mnie żołnierz na emeryturze po piętnastu latach służby to kompletna pomyłka, a nawet złodziejstwo. Nie znam wojskowego emeryta (a paru emerytów znam), który przeszedłby na emeryturę po 15. latach służby. A jeśli przeszedł po dwudziestu, albo dwudziestu pięciu, prawie każdy pracuje(!!!). To jest pewnego rodzaju (moralne i usankcjonowane prawem) złodziejstwo. Oto bowiem oficer, czterdziesto paro, pięćdziesięcioletni, idzie do innej roboty, najczęściej nie jako robotnik, bo wykształcenie przecież ma, i dostaje drugą pensję za frajer. Za to, że był żołnierzem.

Jakie są powody, dla których żołnierze mają prawo do przejścia na wcześniejszą emeryturę? Praca w stresie! Niebezpieczna praca! Trudne warunki! Itd… I nic mi się tu nie zgadza.

Praca w stresie… Jak mówiłem, wojsko to pasja, a głównym powodem tej pasji jest stres, adrenalina. Poza tym, ten stres, u dobrego żołnierza jest… oswojony. Jest tak oczywisty (a nawet pożądany), jak znajomość języka angielskiego u tłumacza poezji Schekspeare’a. Stres przyswojony, u żołnierza jest czymś tak normalnym jak potrzeba noszenia okularów u osoby słabowidzącej, czyli żaden problem.  

Niebezpieczna praca… Czy praca w wojsku jest bardziej niebezpieczna niż praca kierowcy TIR-a? Albo dzielnicowego na warszawskiej Pradze, czy łódzkich Bałutach? Śmiem wątpić. Jak już wspomniałem, „widziałem” wojsko, nikły procent naszych żołnierzy służy w Afganistanie, czy na innych misjach. A i ci, co służą, są tam po pól roku, z własnej inicjatywy wielokrotność półrocznych misji. Ale przy tej okazji nie mogę nie przytoczyć tu pewnej historii z życia wziętej o pracy na eksporcie. Otóż pewien facet wyjechał na robotę eksportową do Czechosłowacji. I był tam półtora roku. I w czasie jego pobytu, jego syn, studiujący wówczas był parę razy u niego, żeby ojciec fundnął jakąś kurtkę czy buty. Pracował ten facet w sumie czterdzieści lat, w tym półtora roku w Czechosłowacji, zarabiał tyle co kot napłakał, a w Czechach co półtora kota, i ten facet, mając dzisiaj dobrze po osiemdziesiątce, domaga się okazywania wdzięczności absolutnej od swojego syna, o niczym innym nie mówiąc, tylko o swojej półtorarocznej pracy na eksporcie (swoją drogą nie dorobił się tam nawet przysłowiowego „dobrego roweru”). Zupełnie jakby nic innego w życiu nie robił, tylko pracował na eksporcie (oczywiście uważa, że więcej zarobił niż ci, co pracowali w Libii, Iraku czy w Rosji, bo nie zdaje sobie sprawy, że zarabiał tak mało) Całe więc trzydzieści osiem i pół roku swojej pracy każe zapomnieć, ale pamiętać te półtora roku. Z wojskiem jest tak samo: „Mamy niebezpieczną pracę, bo jeździmy na misję!” Czy coś tu nie pasuje? Kto jeździ i ilu jeździ i na jak długo jeździ? A jeżdżą za trochę więcej pieniążków, niż ich koledzy zostający w kraju. Ci, którzy na misję nie jeżdżą, albo byli i przyjechali, bardziej niebezpiecznej pracy nie mają, niż wspomniany przeze mnie kierowca TIRA-a. Tak więc, całe wojsko ma niebezpieczną pracę, bo niewielki procent żołnierzy jeździ na niebezpieczne misje. Zdaję sobie sprawę, że piszę te słowa w dniu, kiedy zginął nasz kolejny żołnierz, jednak z drugiej strony, żołnierz, który boi się niebezpieczeństwa może powinien pracować jako ochroniarz w Biedronce. Płaca też będzie odpowiednio inna. Zgadzam się natomiast na szczególne traktowanie rannych na misjach żołnierzy, czy w ogóle rencistów wojskowych. Ich renty na skutek odniesienia ran, powinny być rzeczywiście godne, bo i postrzeganie ich przez społeczeństwo jest specjalne: to nasi chłopcy, których wysłali i talibowie ich z ukrycia zaatakowali – tu, pełna zgoda i szacunek.

Trudne warunki… (i po trosze niebezpieczna praca). Ani nie ma wojny w tym kraju, ani alarmów jakichś przeciwlotniczych… Cała generacja, pokolenie wojskowych (oficerów np.) wojny na oczy nie widziało. W czasie mojej bytności w wojsku, postrzegałem je jako… obóz harcerski z punktu widzenia instruktorów. Mają sobie tam „harcerzy w namiotach”, rozpiski na zajęcia i innych parę obowiązków, najczęściej administracyjnych, czy porządkowych i… działają Są w jednostce jak jedna rodzina: lubią się, przyjaźnią, piją gorzałę w kasynach i od czasu do czasu poligon. Także testy sprawnościowe. Ale zauważyłem, że testy sprawnościowe sprawiają oficerom i podoficerom wyjątkową frajdę. Autentycznie to lubili, po takich testach, które rzecz jasna sprawności wymagają, uwielbiali się przekomarzać, dogryzać sobie i odgrażać: „czekaj, czekaj, następnym razem to ja ci pokażę, kto jest lepszy”. Dla człowieka, który lubi wojsko, ta praca to wieczna przygoda, nie można jej nie lubić będąc żołnierzem dzięki pasji. Przykłady sportowców w dyscyplina wytrzymałościowych, a nawet ekstremalnych pokazują, że szczyt ich możliwości przypada na czwartą dekadę, między 30. a 40. rokiem życia.

Mój tekst brzmi tak, jakby był sprzeciwem wobec niesamowitych przywilejów, głownie emerytalnych wobec wojska. I byłoby tak w istocie, gdyby nie pewien drobny szczegół. Z bólem, ale i świadomością praw nabytych akceptuję przywileje wojska. Ale dzisiejsze środowisko w mundurach zachowuje się tak, jakby nie tylko broniło swoich przywilejów, bo bardzo często władze przypominają, że te są niezagrożone. Oni chcą bronić przywilejów swoich, swoich następców, następców następców, „do końca świata i o jeden dzień dłużej”. Czyli: „Precz z komuną! Komuna tylko dla nas”. Czy jest w Polsce jakiś generał (poza generałem Polko), który w okolicach czterdziestki przeszedłby na emeryturę? Chyba nie ma. Dlaczego więc w biednej Polsce ma istnieć grupa zawodowa, której emeryci, w niemal 90. % dostają „dwie wypłaty” za wykonywanie jednej pracy? Nie pojmuję tego. Ni w ząb.

Powinno się pozwolić odejść tym żołnierzom. Przyjdą nowi. A ci, co zamierzają odejść, nie będę porównywał ich doświadczenia i wyszkolenia z doświadczeniami tych, którzy „odeszli” w latach 90. Mogliśmy to obserwować przy okazji tłumaczeń w mediach przyczyn katastrofy smoleńskiej.    

andy lighter

Rdza na orzełku wojskowym

Z ulgą przyjąłem wyrok uniewinniający polskich żołnierzy, za ostrzał wioski Nangar Khel w Afganistanie. Myślę, że większość racjonalnie myślących ludzi, tak jak ja, poczuło ulgę. Ten proces nie powinien się nigdy wydarzyć. I pewnie by tak było, gdyby nie haniebne oświadczenie szefa MON i ulubieńca prezydenta – Aleksandra Szczygły, który bez żadnych racjonalnych przesłanek (o dowodach nie wspominając) oskarżył „paru durniów” o to, że „pojechali sobie postrzelać do cywilów”. Cytaty nie są dosłowne, ale jakoś podobnie brzmiały słowa w jego ustach.

Całe nieszczęście polskiej armii polega na tym, że zbyt wielu polityków chce w niej zaznaczyć swoją obecność. I tak naprawdę nie wiadomo, kto zawiaduje armią: prezydent – zwierzchnik sił zbrojnych, minister sił zbrojnych, premier, BBN…?  Wszyscy oni bardzo chcą zawsze wzbudzić sympatię generałów. Dlatego jeden generał jest „proprezydencki”, drugi „prorządowy”, a jeszcze następny „pro jakiś inny”. Tłuką się wiec politycy po łbach kijem bejsbolowym w kształcie armii, a armia właściwie nie wie komu się lepiej opłaci podlizać.

Jeden z obrońców żołnierzy z Nangar Kleh, nie bez racji zauważył, że gdyby inne armie postępowały tak, jak nasza z żołnierzami z Nangar Khel, połowa kontyngentu wojskowego np. amerykańskiego, siedziałaby w kryminale. Sprawa ciągnie się cztery lata. Cztery lata gehenny żołnierzy, ludzi, którzy służyli krajowi. Ale największym nieszczęściem, jakie ta sprawa spowodowała jest „syndrom Nangar Khel”. Czyli strach przed użyciem broni.

I właśnie ten syndrom, skutek durnoty polityków, sprawia, że nasza obecność w Afganistanie jest dziś kompletnie bez sensu. Bo żołnierz, który boi się sięgnąć po broń, jest jak kartonowa atrapa policjanta z radarem przy drodze: może ktoś się nabierze z początku, ale z czasem kierowcy i piesi wymalują na nim bohomazy sprayem, żeby go ośmieszyć i żeby nikt więcej się nie nabrał.

Wszyscy politycy są dumni z naszej armii, a przynajmniej chcieliby być. Obchodzą uroczystości, maszerują przed stojącymi na baczność szeregowcami, nobilitują, chwalą, opowiadają o drzwiach, czy tam stodołach, itp. Jednym słowem zachwycają się połyskiem żołnierskiego orzełka. Tylko że oni chyba mają coś z oczami, bo ten orzełek, w rzeczywistości coraz jest bardziej zardzewiały. Politycy po prostu kompletnie go nie polerują, a wręcz przeciwnie, robią wszystko, aby rdza miała się dobrze.

andy lighter

Polscy najemnicy, czyli „żołnierze fortuny”

Od 1. lipca niemiecka Bundeswehra zacznie przyjmować w swoje szeregi obcokrajowców. I mogą liczyć Niemcy na sporą liczbę młodych Polaków. Jestem ostatnim człowiekiem, który obnosiłby się jakimś idiotycznym, na wzór PiS-owski, patriotyzmem, ale taką postawę młodych ludzi uważam za haniebną. Jeszcze żyje ogromna ilość Polaków, którzy doświadczyli niemieckiego okrucieństwa w czasie wojny. To sąsiedzi, dziadkowie i dalsi krewni tych młodych ludzi. Ci, którzy siedzieli w obozach koncentracyjnych, byli niewolnikami przymusowymi, spalono im domy, wywożono. Wiem, wiem, inne czasy, przyjaźń, itp. Jednak w bardzo wielkiej ilości, wojenne rany wciąż trwają

Młodzi ludzie nie mają żadnych oporów przed służbą w niemieckim wojsku, bo chodzi o pieniądze. Tylko tyle, że choć przeliczając Euro na PLN, zarobki są niezłe, to jak na warunki niemieckie, wynagrodzenie „polskich”-niemieckich żołnierzy będzie jałmużną. Szeregowiec będzie zarabiał tam ok.1100€, podoficer ok.1500€. Tymczasem średnia płaca robotnika w Niemczech wynosi ok. 2000€, a najniższa płaca, choć taka nie jest wyznaczona, nie jest niższa niż 900 €. Nietrudno więc się domyśleć, że sytuacja materialna polskich żołnierzy Bundeswehry, będzie analogiczna do sytuacji polskich gastarbeiterów w latach 8o. i wcześniej.

Winę za to, że młode pokolenie nie rozumie co to jest godność i patriotyzm, w dobrym, nieprzesadzonym tego słowa znaczeniu, ponoszą nasze rządy. Wszystkie rządy po 89. roku, ale nieoceniona była tutaj rola PiS-u i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To on z ogromnym naciskiem forsował politykę głównie antysowiecką. Polityka zaś antyniemiecka polegała głównie na wojnie z organizacjami roszczeniowców niemieckich, np. „Wypędzonych”. Rocznice upamiętniające okrucieństwo Niemiec praktycznie przestał być obchodzone. 1. września nie był już upamiętniany jako napaść Niemiec na Polskę w taki sposób, jak na to zasługiwał, wobec historii i doświadczeń ciągle żyjących przecież ludzi. Główne świętowanie naszego wojennego męczeństwa, odbywało się niezwykle pompatycznie 17 dni później. Jeśli chodzi o Niemców, świętowano rocznice związane z „jedynym słusznym wojskiem”, pod Monte Cassino, gdzieś w Londynie i innej Holandii. Nawet obchody powstania warszawskiego odbywały się nie tyle pod kontem okrucieństwa Niemiec, wymordowania przez Niemców 200 000 ludzi, zrównania Warszawy przez Niemców z ziemią, ale w kontekście nie udzielenia powstańcom pomocy przez Sowietów. Nasze władze od 22. lat marginalizują rolę i wagę zniszczenia kraju przez Niemców, wyolbrzymiając, według mnie ponad miarę, wagę przewin sowieckich. Ci sami ludzie (władze), szczególnie „Prawdziwi Polacy”, oburzają się na Grossa, który śmie wypominać Polakom niepomaganie Żydom. „Niepomaganie to nie zabijanie” – argumentują tę kwestię, i szykują się do obchodów niepomagania powstańcom przez sowietów.

Cały więc ten patriotyzm, sprzedawany jak widać skutecznie młodzieży, polega na „Nie oddamy piędzi ziemi Niemcom i Żydom” i „Rosja to potwór”. Nie miałbym nic przeciwko jednemu i drugiemu, gdyby nie marginalizowano jeszcze hańby faszyzmu.

I chociaż młodzież to kupuje, nam też sprzedawano w młodości skrzywione idee. Jednak nie kupowaliśmy tego tak ławo jak dzisiejsza młodzież. Mieliśmy i słuchaliśmy rodziców, kombatantów, odwiedzaliśmy groby pomordowanych przez Niemców, obóz w Oświęcimiu był dla nas namacalnym, widomym objawem wojny (dziś jest nim Katyń). Dziś młodzież też słucha kombatantów. Ale tych „słusznych” kombatantów. Nie słucha o tysiącach poległych na szlaki od Lenino do Berlina, bo to przecież „komuniści” byli. Zapewne z dumą będą przyjeżdżać do domu na urlop, pokazując dumnie rodzinie i kolegom logo Bundeswehry. Logo obrazujące żelazny krzyż, westchnienie marzeń niemieckiego żołnierza w czasie II wojny. Aby go zdobyć, niemieccy żołnierze wykazywali się niezwykłym okrucieństwem. Polacy bali się tego krzyża jak diabła.

Czy dla jałmużny od niemieckich oficerów, warto wyzbyć się i tak nadwątlonej godności tych, którzy pokonali niemieckich złoczyńców? Czym innym jest przecież partnerstwo wojskowe w ramach NATO, a czym innym podległość polskiego szeregowca niemieckiemu kapralowi.

Godność młodzieży! Godność! Godności na pieniądze nie przeliczycie. I nie mówcie mi tylko, w tej akurat sytuacji, że godnością się nie najecie, bo ja nie zeszmaciłbym się za żadne pieniądze.

andy lighter

Dzień zwycięstwa

Pies z kulawą nogą nie pamięta, że dziś (albo wczoraj, jak kto woli), jest rocznica zwycięstwa nad faszyzmem. Spadliśmy co prawda z deszczu pod rynnę, ale sądzę, że w stosunku do kościuszkowców, idących „od Lenino do Berlina” jest to niesprawiedliwe. Zakopuje się pamięć ich ofiar, ofiar z krwi i ofiar najwyższych, w imię poprawności poltycznej.

Kościuszkowcy nie byli komunistami. W przytłaczającej większości nie byli. Poszliby z Andersem, albo z każdym innym kto by ich poprowadził, gdyby…, albo wiedzieli, albo zdążyli. Oni szli do Polski, do domu, w większości nie mając pojęcia co to jest komunizm a co kapitalizm. Tęsknota i miłość do ojczyzny sprawiły, że przyszli do Sielec nad Oką.

Kościuszkowcy, to w ostatnich latach plama na honorze polskiego patriotyzmu. Komuniści, zdrajcy, sługusy Sowieckiej Rosji…, tak się dziś określa tych, którzy wyzwalali Warszawę, Kołobrzeg, itd. Prezydent Kaczyński, w ciągu ponad trzech lat urzędowania, może dwa, może cztery razy „bąknął” o kościuszkowcach,najczęściej fetując patriotyzm i poświęcenie żołnierzy Andersa i akowców. Wspomniał, ale bardzo, bardzo na siłę. Jestem przekonany, że jeszcze dwa, trzy lata urzędowania braci bliźniaków, a słowa „Kościuszkowcy Beringa” byłyby zakazane. Dzisiejsze władze z godną podziwu konsekwencją kultywują linię braci Kaczyńskich. „Dzień Zwycięstwa”? Cicho i głucho. Za to siedemnastego września, w rocznicę napaści sowietów na Polskę, będzie feta. Na sto cztery fajerki. Może prezydent nie zrobi, może premier też, bo „poprawne stosunki z Rosją”, ale poza nimi (jednak z nimi) będzie się działo!

Co by nie mówić, nie przyniosła nam „wyzwolenia” Ameryka, albo inna Anglia. Co by nie mówić, „wyzwolenie” bierzemy w cudzysłów, słusznie. Jednak w czasie tej umownej wolności, odbudowaliśmy Warszawę, jakiś tam przemysł, jaki by on nie był. Jakoś tam… rozwijaliśmy się, przy całym obciążeniu sowiecką dominacją.

Najbardziej drażni mnie bohaterstwo dzisiejszych żołnierzy Andersa: Monte Cassino, inne tam rozmaite. Pomijając już fakt, że służyliśmy aliantom za mięso armatnie (tysiące ofiar, dla zdobycia pustego klasztoru), andersowcy mienią się „słusznymi patriotami. Politycy uważają ich za „słusznych patriotów”. Tymczasem prawda jest taka, że gdyby Berling był przez Andersem, wszyscy andersowcy byliby berlingowcami. To, kim się okazali, spowodował czysty przypadek. Z ich punktu widzenia przypadek, z punktu widzenia Rosji, błąd w ocenie sytuacji. Psim swędem stali się „prawdziwymi patriotami”, przynajmniej większośc z nich.

Przypomina mi to prezesa Kaczyńskiego: gdyby był przesłuchiwany przez UB, to by nie pękał. Tylko przez przypadek nie był (raz tam go zaprosili na kilka godzin rozmowy i to wszystko w całej jego karierze). W żołnierzami Andersa jest tak samo. Mieli szczęście, a potem „gnoili” swoich byłych towarzyszy niedoli ze zsyłek, którzy bądź to nie zdążyli do Andersa, bądź to nie wiedzieli.

Zagadka: kto się bardziej przysłużył mnie – rocznik 59. Zdobywcy Monte Cassino, czy zabici w Kołobrzegu?

Mówi się, że w 45. wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Ja uważam, że było odwrotnie: wpadliśmy, ale spod rynny w deszcz. Mimo wszystko jednak, dla mnie dominacja sowiecka, to nie to samo co III Rzesza i Generalna Gubernia.

Oddaję więc, niepoprawnie, hołd tym, którzy polegli idąc do domu. Z Lenino do Berlina. Większość z nich nie doszła. To oni zasługują dziś na miano „żołnierzy wyklętych”.   

andy lighter