Rosyjscy śledczy i „dziwne” pytania

Przyjechali rosyjscy śledczy i będą zadawać pytania. Dwudziestu ludzi mają przepytać. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jak wynika z informacji dziennikarzy, mają pytać o… bardzo dziwne rzeczy. Choć jestem w tym względzie kompletnym laikiem, dostrzegam tu pewną asymetrię w działaniach obu stron.

Pamiętam jakie schody mieli nasi śledczy, aby przesłuchać kontrolerów lotów ze Smoleńska. Pamiętam też machlojki z ich zeznaniami: te zeznania będą ważne, a tamte się nie liczą, zupełnie nie wiadomo z jakiego powodu, bo powodu zdenerwowania czy szoku nie kupuję. Również pamiętam, że Rosjanie strzegą swoich tajemnic jak niepodległości, choć te tajemnice są, przynajmniej w moim pojęciu, co najmniej naciągane. Oto strona polska nie otrzymała swego czasu danych lotniska Siewiernyj, z powodu tajemnicy właśnie. I wszystko byłoby o.k., gdyby nie drobny szczegół: to lotnisko jest nieczynne od kilku lat, i poza przypadkami Polaków, którzy tam latali, nie lata się tam (wyjąwszy ostatni lot Miedwiediewa, który miał być popisem odwagi bardziej niż potrzebą). To lotnisko praktycznie już nie istnieje. Ale tajemnica jest obowiązująca, tajemnica, która bardzo wiele by polskim śledczym wyjaśniła.

Tymczasem, jeśli nie dziwi chęć Rosjan zapoznania się z danymi meteorologicznymi naszych pilotów owego feralnego dnia, o tyle ich chęć zapoznania się z systemem szkolenia naszych pilotów, jest dla mnie co najmniej dziwna. Nie powinien ich obchodzić system szkolenia naszych pilotów. To, co powinno im wystarczyć, to wiedza na temat „papierów” na ten lot załogi i samolotu TU nr boczny 101 w tamtym dniu. Oni mają wiedzieć czy mieli ważne szkolenia, zezwolenia, certyfikaty i co działo się w samolocie podczas podchodzenia do lądowania. Grzebanie się Rosjan w naszym systemie szkolenia (jakie jest, to tajemnica poliszynela, ale to nasza sprawa), nie ma najmniejszej racji bytu. Oni nie mają oceniać, czy nasz system szkolenia jest dobry czy zły. To sobie sami ocenimy, już zaczynamy to robić. Oni mają badać bezpośrednie przyczyny katastrofy, w określonym miejscu i czasie.

Chociaż jestem już zmęczony i mam serdecznie dość tej katastrofy, to jeszcze bardziej denerwuje mnie wodzenie za nos polskich prokuratorów i śledczych. Opóźnienia w przepływie dokumentów, wybiórcze dawkowanie nam „kolejnych transzy”, ociąganie się i nawet odmowy dostarczania jakichś informacji, bałagan w dokumentach i ich niekompletność czy „nieprawdziwość” muszą budzić sprzeciw i zdenerwowanie. Rosjanie doskonale o tym wiedzą, ale widząc działania PiS-u w naszym kraju kompletnie nic sobie z tego nie robią. Niepokoje w Polsce są im zdecydowanie na rękę.

Nie wyobrażam sobie, że Polska pozwoli przesłuchać Rosjanom najwyższych urzędników Polskiej Armii, ministra czy tam kogo jeszcze z ważnych osób w dowództwie wojskowym. Nasi mieli potężny problem aby przesłuchać przełożonego kontrolerów, który był w wieży, ale jak twierdzili Rosjanie, nie brał udziału w naprowadzaniu samolotu do lądowania. Nie wyobrażam sobie, żeby nasze wojsko pokazało Rosjanom nasz system szkolenia pilotów czy kogokolwiek. Mogą pokazać papier z pieczątką „ważności” szkolenia i koniec. Ale mam jakieś dziwne przekonanie, że to wszystko Rosjanom pokażemy.

andy lighter

Partyzantka w Wojsku Polskim

O tym, że w naszej armii dzieje się źle, przekonywać nikogo nie trzeba. Wiadomo, że wszystko robione jest byle jak, prowizorki w działaniach są najtrwalszą doktryną wojskową i wojsko funkcjonuje „po partyzancku”. Nie inaczej działo się w 36. specpułku. Po kolejnych „rewelacjach” specpułkowych (wyłudzeniach, naciskach…), oto dowiadujemy się, że pytania egzaminacyjne na testy dotyczące samolotów na których latali, które to egzaminy piloci muszą zaliczać co roku, układali… sami zdający(!) Powód był prozaiczny: w Dowództwie Sił Powietrznych, które powinno układać testy egzaminacyjne, nie było ludzi, którzy mieliby uprawnienia do latania na tych samolotach. A więc tym samym do egzaminowania. I znowu kłania się Kaczyńska „opcja zerowa” w wojsku i służbach, czyli wywalanie tych, którzy mieli pecha i urodzili się za wcześnie. Poza oczywiście tymi, z wcześniej urodzonych, którzy jawnie deklarowali uległość, a nawet daleko idące współdziałanie (np. w wywalaniu kolegów) wobec funkcjonariuszy IV RP.

Nie muszę się nawet silić na oryginalność. Przytoczę w całości jeden z komentarzy pod artykułem opisującym ten egzaminacyjny proceder w internetowej Gazecie Wyborczej, jest wystarczająco „wyraźny” (wytłuszczenia moje):

„Winnymi katastrof lotniczych z ostatnich lat są politycy z prawa i z lewa, tak PiS, jak i PO, SLD i inni.

Doprowadzono do sytuacji, w której wojskiem rządzili cywilni i wojskowi dyletanci, ludzie bezczelni i niewyobrażalnie skażeni pychą. Bawili się wojskiem, jak dzieci ołowianymi żołnierzykami. Swoją niekompetencją doprowadzili polską armię do ruiny. Gazeta Wyborcza pisała, jakiś rok przed katastrofą, że piloci wojskowi w kraju prawie nie latają, bo nie mają paliwa !
Wysyłali na wojny żołnierzy bez należytego sprzętu, w tym nawet dobrego umundurowania !
Przez krasą głupotę doprowadzili do zniszczenia polskiego wywiadu i kontrwywiadu w Afganistanie. {Polecam poczytać, co na ten temat ma do powiedzenia gen. Skrzypczak).

Moim zdaniem – mimo tych wszystkich zaniedbań – bezpośrednim winnym katastrofy w Smoleńsku był prezydent Lech Kaczyński, który, po pierwsze, spóźnił się na lotnisko, a po drugie, przez swój apodyktyczny i mściwy charakter doprowadził do tego, że piloci, by go obłaskawić, zdecydowali się na zejście poniżej wysokości decyzyjnej.

Dla pierwszego pilota – zgodnie z pisemnym rozkazem – graniczną wysokością, na którą mógł zejść przy braku widoczności, było 120 metrów.
Ostatnio Jarosław Kaczyński wypowiedział słowa o ofiarach katastrofy: „zostali zdradzeni o świcie”. Podniosły się głosy oburzenia na te słowa. A ja się pytam, czy przypadkiem nie są to słowa prawdy ?
Proszę pomyśleć i odpowiedzieć – czy doszłoby do katastrofy samolotu, gdyby Lech Kaczyński przyjechał na lotnisko o świcie, o wyznaczonej godzinie ?

I myślę, że nie ma tu znaczenia, czy specjalnie przyjechał z półgodzinnym opóźnieniem, by wejść z „fasonem”, czy też z powodu zaspania. Jedna i druga przyczyna świadczy o lekceważeniu ludzi.

(alamatygrysa)”

andy lighter

Latać czy nie latać? Oto jest pytanie

Jak się dowiadujemy, po miesiącu(!), jedyna tutka, która ostała się polskim władzom, o mały włos nie rozbiła się podczas lotu szkoleniowego. I natychmiast pojawiło się, a raczej powróciło na nowo, niczym feniks z popiołów pytanie, czy polskie VIP-y powinny łatać na TU154M o numerze bocznym 102. Najgłupsze pytanie, jakie postwić może głupi pytający średniointeligentnego, średnio obserwującego ostatnie wydarzenia w naszym (i nie tylko) kraju obywatela.

Oto samolot, który wg niemal wszystkich fachowców zajmujących się lotnictwem w tym kraju i nie tylko, bezpieczny i nowoczesny w wersji dla naszych VIP-ów, nieomal się rozbił bo… plot (instruktor) zamknął kalpy podwozia przed jego schowaniem. A ja, głupi, nie usłyszałem czy pilot (instruktor) powinien latać, tylko czy VIP-y powinny latać. Cholera, u laryngologa dawno nie byłem… Nie wiem kto to był ten instruktor. Ile miał lat, od kiedy i ile latał, ale natychmiast po nieusłyszeniu pytania, czy pilot powinien latać, a po przesłyszeniu się, czy politycy powinni, przypomniała mi się „opcja zerowa” – Macierewicz, Kaczyńscy, Olszewski i inni zwolennicy opcji, którzy zdążyli wcielić ją w życie i zainfekować innych decydentów. Efekt: „Lotnicy z ruskich maszyn – won komuchy, ruscy agenci i szpiedzy!”. Nawet jeśli tylko ewentualni, trzeba było dmuchać na zimne. Odeszli więc prawdziwi fachowcy, gnębieni (czyt.: znakomicie, żmudnie uczeni), do prywatnych linii, zostawiając za sobą nieudaczników, ostałych się cudem przedemerytów, elementy z jakich powodów (?) inaczej traktowanych od powyższych kolegów i żółtodziobów. Takim sposobem mieliśmy czterdziestosześcioletnich generałów (Błasik), w dodatku przypinających trzy gwiazdki generalskie w ciągu trzech chyba lat: Geniusz wojenny „w czasie pokoju” innymi słowy. Zresztą nie on jeden.

Nie mogą mi się nie przypomną przy tej okazji czasy mojej młodości. Za komuny. Nigdy nie postrzegałem, tak jak i dziś nie postrzegam realiów życia w barwach czarno-białych, tak jak postrzega Kaczyński, Macierewicz czy Olszewski. Zawsze wylewanie całej „komuny jak leci” do ścieków wydawało odbierałem jako objaw skrajnej nieodpowiedzialności. Dowód: wszystko powyżej. Tak się składało, że mniej więcej połowę swojego życia zawodowego przećwiczyłem w komunie a połowę po niej. I tak się składa, ze nie widziałem specjalnej różnicy w pracowaniu. Stereotyp „czy się stoi czy się leży…” niekoniecznie, nie wszędzie był obowiązujący. Niemal notorycznie za komuny chodziłem bez premii za drobniejsze i mniej drobniejsze przewinienia. Jednak nie unikałem również oznak docenienia. To się opłacało w tych czasach. Świadomość, że jestem dobry w tym co robię, pozwalała mi z podniesioną głową, prosto w oczy patrzeć w oczy przełożonego oświadczającego mi (zresztą słusznie), że nie mam premii. A premia wtedy (to informacja dla młodzieży) w wypadku robotnika stanowiła kawał wypłaty. Duży kawał. Byliśmy więc na remisie: on mi zabierał premię, bo miał za co (nie byłem grzecznym chłopczykiem), ja, nawet bez premii dużo zarabiałem, ponieważ byłem świetnym fachowcem po pierwsze, i ponieważ zawsze, w trudnych chwilach, mógł na mnie liczyć. Moje blisko czterystugodzinne czasem miesięcznie wypruwanie flaków, nie brało się z mojego kaprysu, tylko z potrzeby. Wyższej potrzeby. Nie mojej, nie szefa, tylko ludzi, dla których świadczyliśmy pracę, sytuacji (np. pogody), „niedyspozycyjności innych” (dziś to się nazywa kontuzja goleni, czy jakoś tak po filipińsku), itp. Tak było za komuny. Nie tęsknię za nią, żeby nie było, ale pracując później, było (nie do wiary) gorzej.

Po transformacji, moi szefowie, wzajemne ograniczone zaufanie zamienili na brak zaufania. Ja też. Na moją „niegrzeczność”, przetransformowawszy się z pezetpeerowców na związkowców reagowali: „Jak ci się nie podoba to się zwolnij. Tam jest kolejka na twoje miejsce”. Ja pracowałem po sto osiemdziesiąt godzin, a telefon „w potrzebie” odbierała żona, jednak, co nietrudno zgadnąć, oni wygrali. Ale może dzieli temu miałem „szczęście” zobaczyć wojsko z bliska, jako cywilny pracownik dozoru technicznego. To już było w czasach „nowych mioteł”, a więc nowych porządków, wyrzucania „komuchów”, itd. Pracowałem tam krótko, bo jednostkę rozwiązało, ale doświadczeń i obserwacji nikt mi nie zabierze. To dwa światy: służba zasadnicza sobie i kadra sobie. Służba zasadnicza – fala w najprymitywniejszym i najostrzejszym wydaniu i kadra, skąpana w morzu alkoholu, wzajemnych podchodów, grup, grupek, … ech, przecież książkę by napisać. Spotykały się te dwa światy tylko w sytuacjach niezbędnych: porannych apeli, zbiórek, poligonów i… tyle.  

Po co o tym piszę? Po to, aby uzmysłowić, szczególnie młodszym, albo skażonym jak np. Macierewicz, że „opcja zerowa”, częściowo przeprowadzona, to kompletna bzdura, tak samo jak kompletną bzdurą były „nowe porządki”, nieoparte na żadnych wzorcach, byle „antykomuna” i będzie super.

Dobry pracownik za komuny, oznaczał pracownika „przećwiczonego” na różne warianty.  Wniosek: jestem pewien, że pilot doświadczony, „przegoniony” i mozolnie przećwiczony na ruskich tutkach, w mig poradziłby sobie, zorientował się i nauczył, rozmaitych boeingów czy innych embraerów. Gdyby wyszkolonego zaś dziś młodziaka na embraerze, posadzić na tutce, to by się zesrał!

Kiedyś Komorowski, jeszcze chyba jako minister, powiedział o polskich pilotach: „Polscy piloci potrafią latać nawet na drzwiach od stodoły”. Odrobinę się niestety pomylił.  Powinien powiedzieć, że Polscy piloci potrafią latać tylko na drzwiach od stodoły”.

Niech więc nasze VIP-y rzeczywiście nie latają tą tutką. Bynajmniej nie ze względu na ten samolot, ale na pilotów.

andy lighter

„WikiLeaks po polsku”, czyli dlaczego Rosjanie to robią?

Dziś odbyła się kolejna konferencja (telekonferencja) moskiewska w sprawie katastrofy smoleńskiej. W odpowiedzi na warszawską konferencję polskich prokuratorów w tej samej sprawie. A wczoraj była w Moskwie konferencja wyprzedzająca te dwie dzisiejsze. A wcześniej konferencja MAK-u, niespodziewanie jak królik z kapelusza. I różni eksperci, od pilotów, prawników, przez polityków po dziennikarzy głowią się i łamią sobie głowy, o co tu chodzi. Tymczasem sprawa wydaje się prosta jak budowa cepa.

Rosjanie nie muszą nas o nic oskarżać, sami się oskarżymy (komisją Millera) i słusznie, bo szympansy samolotami nie latają, tylko ludzie, w dodatku piloci, a i organizatorzy mają (chyba) głowy od myślenia, w przeciwieństwie do szympansów, którzy głową głównie jedzą. Jeśli robią jeszcze coś ponadto, są genialne.

Problem Rosjan polega dokładnie na tym samym, na czym polega nasz problem w lotnictwie i szerzej – w wojsku. Procedury sobie, a wojsko sobie. Tak u nas, do 10. kwietnia zeszłego roku, jak i u nich, do dzisiaj, procedury i przepisy wojskowe rzadko spotykają się z panującym stanem faktycznym codziennej, wojskowej rzeczywistości. Zresztą tajemnicą poliszynela jest fakt, że w większości krajów świata armie stanowią osobne państwa w tych państwach i wszędzie zdarza się bywać gorzej lub lepiej ze współgraniem tych dwóch zależności: procedur i realiów. Czy to w USArmy czy w British Armed Forces, czy w Bundeswerze, itd. Tylko że i te armie i Rosjanie mają nad nami przewagę, jeśli chodzi o stan na dzień dzisiejszy. Te armie w tych krajach będą takie jakie są tak długo, jak im się spodoba i nikt im w ich armiach gmerał nie będzie. A my, przez niefrasobliwość jednego człowieka, albo kilku osób, musimy teraz naszą armię rozebrać do rosołu. Przed Polskim społeczeństwem, a co za tym idzie i przed światową opinią publiczną.

Taki mini WikiLeaks sobie zafundowaliśmy (a może raczej… ktoś nam zafundował). I nie chodzi tu nawet o to, że w Wojsku Polskim nie ma co ukrywać, albo jest niewiele. Chodzi o zasadę: z wojska nic nie wychodzi na zewnątrz (w dużym uproszczeniu oczywiście). Nie tak dawno też jeden człowiek zafundował nam WikiLeaks wywiadu i kontrwywiadu, zupełnie niemal unicestwiając te służby. Niedługo będzie więc powtórka z rozrywki.

W myśl zasady: Z wojska nic nie wychodzi na zewnątrz, Rosjanie stają na głowie, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od wieży kontroli lotów i kontrolerów. I mają tu dużo szczęścia, bo nie będą musieli się za bardzo wysilać, aby trzymać sprawę wieży z daleka. Moim skromnym zdanie i tak zrobili nam dużą przyjemność pozwalając na przesłuchania kontrolerów. Ale zrobili to zapewne z rozmysłem, bo to spowoduje jedynie „przybicie polskiej pieczątki na opinii – »niewinni«”. Inaczej bowiem być nie może. Na rosyjskiej wieży był bałagan, ale dzięki bogu nie miało to wpływu na tragedię. I zostaną Rosjanie samo ze swoim bałaganem w wojsku. I co oni z nim zrobią – ich sprawa. Tak samo jak naszą sprawą byłoby (powinno być) co my zrobimy ze swoim bałaganem. ( NATO do naszego bałaganu przywykło, zapewne nie odbiega od NATO-wskiej normy i wcale się nie dziwię, ani nie śmieję).

Rosjanie rozgrywają swoją grę po mistrzowsku. Trochę nie far, trochę kantują, ale co tam, efekt końcowy się liczy. Robią wszystko, aby swoją armię trzymać od sprawy daleko, jak najdalej. Żeby  żaden wypadek rozkapryszonego prezydenta i pretensje rozgoryczonej części jakiegoś narodu, nie wtrącał się do ich wojska. Wojska, wobec którego do dziś, mimo wszystko, respekt czuje cały świat.

My po raz kolejny, bo przecież to potrafimy najlepiej, obnażymy się przed światem ze swoich słabości, których w innych krajach jest nie mniej niż u nas. Ale u nich są to sekretne słabości.

Gdybym był na miejscu Millera, nie upubliczniałbym całego raportu. Wskazałbym winnych cywilów (chociaż osądził wszystkich: i cywilów i wojskowych), a resztę obwarowałbym klauzulą tajności. Ale my tak nie zrobimy. Jesteśmy przecież winni „całą prawdę” Jarosławowi i Marcie Kaczńskim, oraz rodzinom Gosiewskich, Melaków i innych Mertów. A także obrońcom krzyża, Pospieszalskiemu i ojcu Rydzykowi.

________________________

Co nam się podoba w obalanych właśnie dyktaturach krajów arabskich? To, że ludzie czują wolność. Że przestają obowiązywać niepisane reguły dynastii: Mubarak nie wystawi już syna na prezydenta, Kadafi pewnie też nie. A dynastia koreańska budzi w nas obrzydzenie. Tymczasem w Polsce przynależność sukcesji po bracie dla Jarosława Kaczyńskiego dla wyznawców PiS-u była czymś absolutnie naturalnym i oczywistym. Przynależnym wręcz, niemal z urzędu. Tak jak przynależne zdaje się być miejsce w partii dla córki byłego prezydenta. Zaślepienie wyznawców PiS-u sprawia, że próbują pchać to państwo w stronę od której wszyscy „ozdrowieni” uciekają. W stronę dynastii, dyktatury, nienawiści, nędzy.

Najgorsze jest jednak to, że tacy ludzie jak Tusk, Komorowski, Miller z komisją, nie tylko się temu nie przeciwstawiają, ale wręcz ułatwiają im to pchanie, „spełniając ich życzenia”.