PiS-owskie aksjomaty

„Gdyby odbyła się debata Gilowska – Rostowski, to pani profesor, by pana ministra rozjechała”. To ostatni z całej masy pewników, którymi przez ostatnie cztery lata, nie inaczej w obecnej kampanii PiS z prezesem Kaczyńskim na czele , raczy polskie społeczeństwo.

„Większość posłów PSL poparło legalizację miękkich narkotyków”, to co prawda niewielka pomyłka, bo prezes miał na myśli to, że ustawa ta może stanowić otwartą drogę do legalizacji miękkich narkotyków. Nie inaczej było jeszcze nie tak dawno ze służą zdrowia. Słowa o prywatyzowaniu służby zdrowia przez PO zostały zastąpione „komercjalizacją, która może być w istocie otwartą drogą do prywatyzacji szpitali”. „Legalizacja związków homoseksualnych to prosta droga do adopcji dzieci przez homoseksualistów”.

To co „może stanowić”, może się stać”, „może mieć miejsce” to w istocie dla prezesa Kaczyńskiego pewnik, że tak właśnie się stanie. I tym karmi, a w praktyce straszy, zupełnie zmanipulowane tymi aksjomatami społeczeństwo. Ciągle też powraca, powtarzane jak mantra „Gdyby rządził PiS, to…”, oznaczające ni mniej ni więcej, tylko: „Polacy byliby bogaci i szczęśliwi, a Polska byłaby silnym, mlekiem  miodem płynącym krajem”.

To dość prymitywna, ale i skuteczna socjotechnika. Przypomina mi do złudzenia „The Trouth Seeker”, czyli „Ruch Poszukiwaczy Prawdy”, którzy gdziekolwiek nie zaglądną, czymkolwiek się nie zainteresują, wszędzie widzą spisek, układ, chęć zniszczenia społeczeństw a nawet ludzkości, itp. Szczególnie ten ruch rozwinął się w Internecie w krajach zachodnich, choć i w Polsce zwolenników tego trendu nie brakuje. A jaką zdobywa sobie popularność, wystarczy zerknąć na blog „kefir2010” i jego rankingi. Oszołomstwo i zagrożenia dla świata jakie z niego wyzierają, mogą naprawdę zjeżyć włos na głowie niespecjalnie interesującemu się poszczególnymi zagadnieniami zjadaczowi chleba. Prezes Kaczyński wydaje się posługiwać podobnym schematem: wystraszyć i zapewniać, że tylko on zna (pozna) całą prawdę i że tylko on „uratuje świat”, tylko jemu na tym zależy. Oczywiście tak jak w przypadku Ruchu i ruchopodobnych internautów, większość z tych prawd okazuje się kretyńskimi „strachami, mającymi wielkie oczy”, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tu i teraz – efekt bieżący, czyli… głosy wyborców, poparcie.

Fragment z bloga "kefir2010". Aż strach się bać.

_____

Nie oglądałem debaty o gospodarce w TVP, ale czytałem opinie. Komentatorzy – ekonomiści są przerażeni „morzem” populizmu jakimi obsypują wyborców przedstawiciele kandydujących partii, głównie opozycyjnych. Nie mają oni żadnych hamulców w przerzucaniu się obietnicami nie do spełnienia.

Myślę, że zbyt mało uwagi społeczeństwo – wyborcy, poświęcają na rozliczenia polityków ze składanych obietnic, których niedotrzymanie (z przyczyn obiektywnych rzecz jasna) niczym nie skutkuje. Nie ma więc sposobu, aby chociaż „przymknąć nieco jadaczkę” jednego, czy drugiego oszołoma.

_____

Podczas konferencji prasowej prezesa Jarosława Kaczyńskiego w otoczeniu dzieci, moderujący ją poseł Hofman bardzo starał się, aby pytania zadawane prezesowi były „poprawne”. Bardzo się zżymał, kiedy dziennikarze prosili prezesa o odniesienie się do oskarżeń PSL-u pod swoim adresem, albo o odniesienie się do oświadczenia prof. Gilowskiej.

Zresztą, PiS nie ma z tym najmniejszego problemu. W sprawie Gilowskiej prezes „myślał o debacie akademickiej”, a w sprawie PSL-u, ucina sprawę tak, jak opisałem na początku: „W istocie ta ustawa może prowadzić do legalizacji…”. A poza tym „(…) do sądu idzie się wtedy, kiedy padają słowa obraźliwe np., a nie z jakiegoś błahego powodu”. Kłamstwo, wierutne zresztą, to według prezesa błahy powód, powód zupełnie bez znaczenia. Jakoś kompletnie mnie to nie dziwi. Człowiek, który z kłamstwa uczynił swój atut wyborczy, musi uważać kłamstwo za nieistotny (dla przeciwnika oczywiście) szczegół.

To samo trochę wcześniej stwierdził zresztą poseł Błaszczak, zarzucając Ludowcom, chęć prowadzenia kampanii, wzorem PO, na sali sądowej

Panowie, a może po prostu wystarczy przestać kłamać? Nikomu wówczas do głowy nie przyjdzie jakaś sala sądowa.

andy lighter

Zgniłe, ale za darmo!

Zaczęła się kampania wyborcza, a co za tym idzie, przedstawiane są obietnice wyborcze. W miniony weekend dwie partie opozycyjne zasypały nas już pierwszymi obietnicami. Poczęstowano nas pierwszymi wizjami lepszego jutra.

Ale próbując się delektować tymi wizjami, przypomniał mi się taki stary dowcip:

 – Liudi! Kartoszki priwiezli!
– Uraaaaa!!!
– Ale gniłe!
– Ueeeee!
– Ale za darmo!
– Uraaaaa!!!

No bo jak tu się nie zastanowić, słuchając takich obietnic. Oto prezes Jarosław Kaczyński, w sobotę na konwencji wyborczej PiS, kiedy udało mu się wtrącić zdanie między owacjami obecnych na sali gości, powiedział m.in.:

„Kryzys światowy jest faktem! (…)”. A za chwilę: „My nie wierzymy w to, żeby nie znalazły się środki na budowę żłobków, przedszkoli szkół, mieszkań dla młodych, środki dla rodzin, środki na budowę dróg, środki na budowę kolei. Te środki są! Trzeba je znaleźć i trzeba je umieć wydać w sposób właściwy!”.

„Uraaaaa!”. Ale zaraz, jeśli ktoś tyle obiecuje, to powinien wiedzieć gdzie one są (jeśli są), a nie dopiero szukać po wygraniu wyborów. Bo potem po dwóch latach znów się okaże, że rząd jeszcze nie zdążył nic zrobić, tak jak w latach 2005 – 2007. Właśnie po dwóch latach, już miał wszystko w papierach, czyli w planach. Tylko cholera, akurat władzę musiał oddać.

Nie gorszy od prezesa był w niedzielę (i w poniedziałek) przewodniczący Grzegorz Napieralski. Oj, ten też się naobiecywał:

„Podwyższymy płacę minimalną! Podniesiemy wysokość świadczeń emerytom i rencistom, (ooo! już zacieram ręce, bo mam potworne tyły) zwiększymy dostęp do pomocy społecznej. Wiemy gdzie znaleźć na to środki, to jest w naszym programie!”. „Uraaaaa!!!”, chociaż…, ja tego programu nie czytałem, ale też wiem, z podatków najbogatszych, bo Napieralski to taki Janosik dzisiejszy jest. Zresztą w poniedziałek, prezentując pokaźną książkę z programem SLD, wysyłanym do szefów trzech parlamentarnych partii, dołożył do tego jeszcze „Komputery za darmo dla dzieci” (zdaje mi się, ze to o dzieci chodziło, nie słuchałem zbyt dokładnie). Na pytanie dziennikarki „Skąd weźmie na to pieniądze, odpowiada: „Z budżetu państwa, proszę panią”.

Za darmo nam rozdają te kartofle (niektórzy nazywają to kiełbasą), ale same zgniłki, jak widzę.

andy lighter

Idioci

Jeśli słyszę słowa skierowane pod adresem rządu: Metodą rządzenia stało się kłamstwo, manipulacja nadużywanie wymiaru sprawiedliwości, a także likwidacja normalnej debaty publicznej, którą zastąpiły inwektywy”, to o większości tych stwierdzeń, może poza nadużywaniem wymiaru sprawiedliwości, mógłbym dyskutować. Jest zapewne coś na rzeczy.

Jednak jeśli największy kłamca w polskiej polityce w czasach wolnej Polski zarzuca rządowi kłamstwa, to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Jeśli najperfidniejszy manipulator wolnej Polski, oskarża rząd o manipulacje, to zaczynam się zastanawiać, o co tu chodzi. Jeśli człowiek, który spowodował zniewolenie polskiego wymiaru sprawiedliwości, trwające do dziś i jeszcze długo będziemy to odczuwać, zarzuca rządowi, który odpolitycznił prokuraturę, nadużywanie wymiaru sprawiedliwości, to ogarnia mnie wściekłość. Jeśli człowiek, który otwarcie dyskredytuje demokratycznie wybrane władze państwa i otwarcie określa ich najgorszymi inwektywami, oskarża rząd o używanie inwektyw, myślę, że uważa obywateli za idiotów.

zdj. Jacek Turczyk/PAP

Jeśli jednak widzę, że kłamca, manipulator, dyrygent wymiaru sprawiedliwości i bluźnierca, wypowiadając te słowa (i stek innych idiotyzmów) otrzymuje owacje, to zdaję sobie sprawę, że ma rację: ogromna część Polaków to nieuleczalnie chorzy idioci.

I ogarnia mnie przerażenie.

andy lighter

Otwieranie otwierających się drzwi

Kolejny spot PiS-u przynosi kolejną kompromitację tej partii, a w szczególności prezesa. Poprzedni spot kapitalnie „położyli” sami internauci, wykorzystując go do kontrreklamy. Oczywiście nie martwią mnie takie spoty, zachodzę jednak w głowę, jak można pokazywać takie knoty.

Nie obchodzi mnie za bardzo, czy jest to spot wyborczy czy informacyjny. Granica między kampanią informacyjną a kampanią wyborczą jest tak śliska, że sami posłowie mają kłopoty z ich rozróżnieniem, chociażby taki poseł Kamiński Mariusz-młodszy z PiS. Nie dziwi mnie to, bo nasi politycy uwielbiają ustanawiać prawo, które można interpretować na wiele sposobów, zależnie od zapotrzebowania. Bardziej interesują mnie treści.

Klip z najnowszego spotu PiS

Mistrzostwem świata jest otwieranie samo otwierających się drzwi przez prezesa. Zastanawiam się nad kwalifikacjami całego łańcuszka osób, odpowiedzialnych za wizerunek partii, kontakt z mediami, finanse, wreszcie nad… inteligencją, a może raczej powinienem napisać „kwalifikacjami do współczesnej rzeczywistości”, samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Idioci tworzący scenariusz takiego spotu, czy też kolejni, którzy go zatwierdzają i wypłacają za niego honorarium, czy kolejni, szefowie komitetu wyborczego…, któryś z tych szczebli powinien zauważyć idiotyzm tego spotu i go zastopować. Wreszcie, jeśli tak się nie stanie, powinien to zrobić sam prezes Kaczyński, który powszechnie uważany jest (również przeze mnie – był), za człowieka nieprzeciętnie inteligentnego. Jestem coraz bardzie przekonywany, że owa nieprzeciętna inteligencja Jarosława Kaczyńskiego to mit, albo miniona przeszłość. Przy czym bardzo ważne jest zaznaczenie, że „inteligencję” pojmuję nie tylko jako oczytanie, wiedzę ściśle nabytą przez książki, ideologię, umiejętność logicznego myślenia, ale też jako umiejętność funkcjonowania w normalnych (bieżących) warunkach. Jest to bowiem tak ważny dziś składnik inteligencji jak umiejętność pisania i czytania.

I w umiejętności funkcjonowania w normalnych warunkach, w przypadku prezesa w jej braku, dostrzegam „niepełnosprawność” inteligencji prezesa. Prezes jest półinteligentem, bpo gdyby zostawić go samego w centrum wielkiego miasta, nie miałby kompletnie pojęcia jak przeżyć. Zawsze byli koło niego inni, którzy wykonywali za niego absolutnie podstawowe, niezbędne do życia czynności. Robili za niego zakupy, posiłki, wchodzili przed nim do nowoczesnych budynków, wykonywali telefony, opłacali rachunki itd. Kaczyński, sam na sam z życiem okazałby się bezbronny jak niemowlę, niemające pojęcia do czego służy podstawowy dokument (np. rachunek), podstawowy sprzęt domowy, itd., niepotrafiący się nawet samemu ubrać, wielokrotnie mówił, że mama dobiera mu np. krawaty czy spinki, bo on o tym nie ma pojęcia.

To dlatego w kampaniach PiS-u pracują często ludzie, którzy gdzie indziej pracy by po prostu nie znaleźli. Wspomnę choćby słynne zakupy prezesa i uiszczanie zapłaty kasjerce przez panią Szydło.

Gdyby więc ktoś specjalnie chciał spieprzyć kampanię prezesa, zrobiłby to z dziecinną łatwością. Szczeble pośrednie boją się podejmować jakiekolwiek decyzje, a prezes – ostatnie ogniwo „kontroli”, jest po prostu za głupi, nie rozumie co jest na tym spocie, czy co „pokazuje” dana akcja propagandowa, żeby ją zastopować.

Jednak taki spot w otwieraniem otwierających się drzwi zwolenników też znajdzie. Ci ważni, będą udawać, że jest doskonale i spot spełnia swoją rolę. Do tych z podkarpackiej wioski, przekaz otwieranych drzwi trafi, bo oni nigdy takich drzwi nie widzieli, nie wiedzą więc, że otwierają się same.

Żal mi trochę PiS-u. Oczywiście żal nie w sensie strzelania sobie w stopę, bo to akurat mnie cieszy, ale w sensie wysiłków: wydawania pieniędzy, lawirowania w nazywaniu kampanii, ogromnych staraniach, a wychodzi… jak zawsze żałośnie.

andy lighter

Wyborca – wybierany. Konfrontacja

Ostatnio dostaję sygnały, że zaostrzył się mój język i przybrał formę konfrontacyjną, w stosunku do potencjalnie popieranej przez mnie Platformy Obywatelskiej. Tak jest w istocie, ale tak jest, nie bez powodu.

W 2007 roku byłem absolutnie oddanym wyborcą Platformy Obywatelskiej, w dwóch powodów. Po pierwsze, absolutnie zrozumiała niechęć do PiS i braci Kaczyńskich, a po drugie, wiara w nowoczesność, wiarygodność i pro obywatelskość we wszystkich sferach społecznej egzystencji, oferowane przez partię Donalda Tuska. Tego samego, który cztery lata temu prosił mnie o udzielenie kredytu zaufania. Bez najmniejszego wahania wrzuciłem głos do urny. Byłem dumny, że „taki gość” zwrócił się do mnie o pożyczkę, ale też dlatego, że przyczyniam się do zamknięcia w kojcu psa dotkniętego wścieklizną, który przez poprzednie dwa lata terroryzował społeczeństwo.

Od samego początku pojawiły się problemy z płynnością spłacania przez PO kredytu, który u mnie zaciągnęła. Ale jestem realistą, widziałem więc oczywiste powody tych trudności, zresztą Platforma bardzo intensywnie informowała mnie o nich. Kłoda w postaci prezydenta, ataki żywiołów, globalny kryzys gospodarczy, mimo iż finansowy nas ominął, zdecydowanie utrudniał spłatę i byłbym idiotą, wręcz hipokrytą, gdybym tego nie rozumiał. Jednak z czasem, Platforma z premierem widząc moje zrozumienie dla tych trudności, coraz bardziej czuła się zwolniona z obowiązku nie tylko tłumaczenia niespłacania zaciągniętych należności, ale nawet nie reaguje na domagające się wyjaśnień monity z mojej strony. Mało tego, wszystkim dookoła mówi i to całkiem głośno, że regularnie spłaca zaciągnięty dług. Ja „na swoim koncie bankowym” widzę jedynie śladowe wpłaty i bardzo dziurawe wyrównanie opłat manipulacyjnych, w postaci jakichś działań w służbie zdrowia, walki z dopalaczami, itp.

Mało tego, Platforma z premierem Tuskiem, kompletnie się nie tłumacząc z niespłacania kredytu, apeluje do mnie ostatnio o udzielenie jej następnego kredytu zaufania. I szantażuje mnie, bardzo złym stanem ogrodzenia, które za wszelką cenę chce sforsować rozszalały, odgrodzony nim ode mnie wściekły pies. O tym jednak, że nie kiwnęli palcem, aby o jakość tego ogrodzenia jakkolwiek zadbać, potencjalni kredytobiorcy nawet się nie zająkną. Skoro jednak proszą, to się zastanawiam.

I ciągle nie wiem, udzielić, czy nie udzielić tego kredytu? Za udzieleniem nie przemawia do mnie zbyt wiele argumentów. Jeden jest zdecydowanie mocny: pies się wydostanie i będzie… nieprzyjemnie. Gdybym udzielił kredytu, może by się tym ogrodzeniem zajęli, ale bo to wiadomo? Za to przeciw…, sypią się jak z rękawa.

Wiele lat temu poznałem słowo „ściema”. Ale nigdy dotąd, tak jak teraz to słowo nie oddawało swojej istoty – sensu, tego, co oznacza. I nawet nie chodzi mi tutaj, a przynajmniej nie tylko, o kompletne nieinformowanie mnie o powodach niespłacania kredytu, choć to jeden z głównych objawów ściemy. Innym, jeszcze bardziej mnie denerwującym objawem ściemy jest… kłamstwo. Niektórzy nazywają to, „niedotrzymywaniem słowa”, zapewne trafnie, może „kłamstwo” to moje subiektywne nadużycie, ale wynika z niedoinformowania właśnie. Tak więc, póki co i ja, od „kłamstwa” i ci od „niedotrzymywania słowa”, nie mogą być całkowicie pewni, gdzie jest racja z powodu braku informacji właśnie. Nie pamiętam żadnego po 89. roku rządu, właściwie premiera, który tyle razy nie dotrzymałby danego słowa. I nie chodzi mi tu o spełnianie obietnic, choćby z expose z 2007. roku, bo jak zaznaczyłem rozumiem powody obiektywne. Miller też nie dotrzymywał i Belka z powodu spadku po AWS-ie, ale oni prześcigali się w tłumaczeniach. Min. Kołodko nawet był w mediach chyba częściej niż w domu. Trzeba też przyznać, że dar przekonywania miał i gdyby nie afery działaczy z pierwszej ławki partyjnej, kto wie, jakby „Miller skończył”. Otwartość bowiem to opłacalna zaleta. Wystarczy jednak ostatnie kilkanaście dni (no… miesiąc), aby parę niesłowności premiera i rządu PO przytoczyć.

„Nie będziemy klękać przed księdzem” – grzmiał premier, aby później minister Sikorski układał się z hierarchią w Watykanie, z rezultatem zerowym dla rządu, a więc satysfakcjonującym, aż nadto „księdzem”.

„Nie ugniemy się przed silniejszym” – ogłaszał, po czym niemal nazajutrz podpisano ultra-komunistyczny pakiet socjalny dla górników Z Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Nawet Bierut z Gomułką razem wzięci nie wpadliby na to, aby zapewnić „płacę nawet bez pracy przez dziesięć lat”, bo oni hołdowali socjalistycznej zasadzie: „Każdemu, według jego pracy”.

„Raport w sprawie katastrofy smoleńskiej będzie w… lutym”…, „w marcu”…, „w maju”…, „w ciągu kilku dni, najdalej do końca tygodnia, albo do poniedziałku”. Co jest, widzimy wszyscy.

Tak więc apeluje do mnie Tusk o kolejny kredyt. Inni oczywiście też, ale nie mam możliwości, żebym udzielił kredytu Napieralskim, czy innym Pawlakom. O Kaczyńskim nawet nie piszę, bo taka opcja oznaczałaby absolutną konieczność umieszczenia mnie w pewnym, bardzo ponurym oddziale szpitalnym. Nie mam jednak specjalnych powodów, aby pożyczyć kolejne zaufanie Tuskowi. Że wściekły pies? No cóż, może wystarczy się zaszczepić?

Jest jeszcze jedna szansa, ale teoretyczna jak sądzę. Oto wyobrażam sobie, że na krótko przed wyborami sondaże pokazują 28 % dla PO, 32 % dla PiS, 20 dla SLD i trochę PSL-u. I wyobrażam sobie, że Tusk nagle „trzeźwieje” i woła: „Ratuj człowieku! Powiem Ci wszystko co, jak, po co i dlaczego. Bez ściemy, bez owijania w bawełnę, zwyczajnie jak jest. Powiem Ci też gdzie przegiąłem, gdzie naciągnąłem, gdzie zwiałem przed tłumaczeniem, gdzie nie dopilnowałem i gdzie poluzowałem, bo było mi to na rękę. Powiem Ci wszystko jak na spowiedzi, tylko jeszcze mi pomóż! Poproszę Cię też o pomoc, co i jak trzeba, żeby nie stracić Twojego zaufania”. Ale to tylko taki… sen, typu science fiction.

andy lighter

Śniadanie mi smakowało

Byłem sceptycznie nastawiony do programu Mellera, w którym spotkać się mieli artyści z premierem.  „Co tacy artyści mogą wiedzieć o problemach zwykłych ludzi, kraju, przecież oni żyją we własnym świecie szołbiznesu” – myślałem, zresztą nie byłem jedynym sceptykiem Okazuje się, że wiedzą, a ja się myliłem. I ogromnie się z tego cieszę.

Nie zawiedli mnie też i sam Marcin Meller i reszta gości. Właściwie Meller zaskoczył mnie pozytywnie, podobnie jak Kukiz. O Zbigniewie Hołdysie zawsze miałem dobre zdanie, uważając go za jednego z wybitniejszych intelektualistów w „tamtym” środowisku, a Tomasza Lipińskiego, poza jego piosenkami nie znałem zupełnie.

Tomasz Lipiński

Myślę, że premier znowu (jak zawsze) się obronił, a zadanie miał niezwykle trudne. Trudne sprawy poruszone szczególnie przez Pawła Kukiza i przede wszystkim Zbigniewa Hołdysa, sprawiały Tuskowi nie lada trudności. Okazuje się bowiem, że my, tak jak ci artyści, używamy pewnych stereotypów, schematów myślowych, kłamstw przeciwników politycznych, jako pieprzonej, złej rzeczywistości, tymczasem one z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Np. stereotyp nietykalności wierchuszki partyjnej w terenie. Przynajmniej wierchuszki Platformy. To samo dotyczyło braku demokracji w państwie. A Brudziński z Niesiołowskim w tivi? Przecież to nie ustawki premiera, tylko innych Rymanowskich, albo Olejnikowych.

Zbigniew Hołdys

Częściowo zarówno pytania jak i odpowiedzi, były jakby moimi pytaniami i odpowiedziami jakie chciałbym usłyszeć. Od dawna np. uważam, że nie można za wszystko obwiniać rządu (każdego). Trudno przecież np. winić rząd za to, że gdzieś „na dole”, jakiś „robol” ożeni jakiś tłuczeń na drogę i zastąpi go byle czym, czego efektem jest droga remontowana nazajutrz po otwarciu. Często w rozmowach ze znajomymi albo w swojej internetowej „twórczości” przytaczałem dowcip o materiałach budowlanych oskarżonych przed sądem, które broniąc się tłumaczą, że ich w ogóle na budowie nie było. Żaden rząd nie zmieni kraju, bez zmieniania się kraju na dole, w sensie mentalności, odpowiedzialności, itp.

Paweł Kukiz

Szczególną uwagę zwróciłem na dwie kwestie.

Spodobała mi się szczerość premiera Tuska, przyznanie się do porażki w kwestii np. potężnego wzrostu liczby urzędników, choć… zabrakło mi jego pomysłu, co z tym zamierza zrobić. Nie przypominam sobie innego premiera, który w trakcie trwania na swoim urzędzie przyznałby się do tak potężnej porażki. Porażki w działaniu, bo porażek w niepotrzebnym wypowiadaniu jakichś zdań, kilka było.

Jestem też po stronie premiera w kwestii „złego traktowania twórców”. Zbigniew Hołdys podniósł kwestię podniesienia VAT-u koszty ponoszone przez ludzi kultury i tym podobne sprawy. Z jednej strony podzielam pogląd, że artyści ponoszą spore, w porównaniu do innych grup społecznych obciążenia. Z drugiej strony jednak podzielam zdanie premiera, że ci ludzie jednak sobie poradzą. Często mają więcej niż jedno źródło utrzymania, a nawet jeśli nie, to z łatwością mogliby mieć. Skoro więc nie mają, widocznie (i to jest dla mnie oczywiste) tego nie potrzebują. Jest dla mnie jasne, że Doda nigdy nie osiągnie poziomu zamożności Whitney Houston, albo innej Madonny, choć wielu twierdzi, że na to zasługuje. Nikt jednak nie zaprzeczy, że artyści, czy twórcy z wyższych półek, jak na nasze, polskie warunki, żyją w ogromnym dostatku, mimo przytoczonych przez Hołdysa ponoszonych kosztów. Na końcu i tak „koszty” ponosimy my, czyli uczestnicy koncertów czy „kupowacze” książek.  A zmniejszenie ilości koncertów, powoduje… życzenia wyższej gaży, a nie ubożenie artysty.

Jestem po tym programie, w porównaniu z tym, czego się spodziewałem, ukontentowany. Oczywiście premier nie przekonał mnie do tego, żebym rzucił mu się z miłością w ramiona, ale utwierdził mnie w przekonaniu, że w obecnej, trudnej sytuacji, nie jest „pomyłką” na tym stanowisku. Nie wiem czy będę na niego głosował czy nie, ale wiem, że artyści go nie rozjechali walcem, wcale nie przez grzeczność. Wiem, że będę PO brał poważnie pod uwagę dokonując wyboru, na kogo oddać swój głos przy urnie.

Jednego życzłbym sobie na przyszłość tego, aby spotkania z różnymi grupami społecznymi ludzi pełniących władzę, stały się częste, nawet bardzo częste. Pozwalałoby to bowiem nie tylko na poznanie przez nas „kuluarów rządzenia”, ale przede wszystkim rządzącym pozwalałoby na usłyszenie społeczeństwa.

 

andy lighter

Oburzenie oburzonych

Podobnie jak wielu Polaków, zaskoczyło mnie potężne zainteresowanie „wymianą zdań” między Adamem Małyszem, a prezesem Kaczyńskim, dotyczącą zadym na Krakowskim i stosunku do najbliższych po ich śmierci. Równocześnie jednak oburzyło mnie… oburzenie oburzonych tym zainteresowaniem. Temat jest w istocie mieleniem w kółko o tym samym, ale brakuje mi tutaj wyraźnego położenia nacisku na „pomylenie ról” przez pana prezesa. Roli polityka z rolą recenzenta – obywatela – wyborcy. Oto na jednym z blogów, jednym z wielu, w których ten temat był prześwietlany, przeczytałem taki oto komentarz:

Małysz nie zdawał sobie sprawy w co się wpakuje tą swoją wypowiedzią. Media będą ją międlić aż do obrzydzenia i już tak się dzieje. Nic tylko zakupy i Małysz. Politolog Kowalczuk w Krzywym Zwierciadle w SS też uważa, że Małysz został podpuszczony i również jest tym oburzony. Wstrętne dziennikarskie hieny. Został pewnie zaskoczony albo nie było go stać na dyplomatyczną odpowiedź, co mnie nie dziwi, bo to prostolinijny i szczery chłopak. Bardzo mi go żal”.

Jestem oburzony tym oburzeniem. Bo wydaje mi się, że jeśli ktoś tu posunął się za daleko, to na pewno nie media i z cała pewnością nie Małysz. Prezes całkiem nieświadomie, co w jego przypadku mnie absolutnie nie dziwi, ustawił ludzi po dwóch stronach rzeczywistości (znowu, bo kiedyś byłem tam gdzie ZOMO): z jednej strony postawił polityków, ze sobą na czele rzecz jasna, innych za sobą a jeszcze innych całkiem z tyłu na kolanach, z drugiej strony społeczeństwo, niekumate, nie znające się na rzeczy i zajmujące się tym, czym nie powinno się zajmować. Zapomniał tylko biedny prezes, że to społeczeństwo, które powinno się zajmować czym innym (albo go słuchać, oczywiście), to są WYBORCY!!! Umknęło panu prezesowi to, że ja, i Kowalski, i Małysz, jesteśmy krytykami – recenzentami jego gry aktorskiej w sztuce pt. „Polityka”. Zapomniał biedny prezes, że to ode mnie, od Kowalskiego, od Małysza i wielkiej grupy społeczeństwa zależy jego przyszłość na tej scenie. Że od nas w dużej mierze zależy to, czy dalej będzie grał w tej sztuce, czy dzięki nam reżyser, czyli wybory, podziękuje mu za grę, wyrzuci ze sceny na zbity pysk i zastąpi „nowym aktorem”. Politycy zresztą bardzo często o tym zapominają, ale prezes usiłuje jawnie krytyków pouczać.

Kaczyński stawia się w roli nie tylko aktora, ale i krytyka krytyków, czyli społeczeństwa. Zgodził się nawet, w swojej łaskawości przyjąć mistrza Adama na audiencji i dać lekcję Małyszowi. Lekcję recenzowania oczywiście. W końcu on wie najlepiej jak się powinno go, a właściwie innych, bo jego nie ma za co, krytykować. Jest „miszczem”, co prawda samozwańczym, ale zawsze. Zresztą, niektórych „naucza” nawet bez zapraszania ich do siebie. Jak bowiem można nazwać niedawne przesłanie „pozdrowień od prezesa” do będącego w śpiączce Roberta Kubicy, bez pytania go o poglady polityczne? Zawsze przecież trzeba mieć nadzieję (a prezes przecież ją ma), że spotrowcowi, jakby nawet był „anty”, albo całkiem obok, nie będzie wypadało „źle podziękować”.

Wracając jeszcze do przytoczonego przeze mnie komentarza na blogu, uśmiałem się nieźle „oburzeniem politologa Kowalczuka w Krzywym Zwierciadle”, podpuszczeniem Małysza przez dziennikarzy. Politolog Kowalczuk jest oburzony, bo jak tacy rozsądni obywatele jak Małysz zaczną przedstawiać swoje zdanie, to politolodzy Kowalczuki, mogą mieć problemy ze spłatą kredytów. W końcu „występy” w tivi to też gratyfikacje. Nie mówiąc o korzyściach z telewizyjnej popularności, np. w kwestii potencjalnego zatrudnienia.

Swoją drogą prezes Kaczyński ma tupet „zapraszając” Małysza. Kto tu powinien przed kim ugiąć kark z szacunkiem: Małysz przed Kaczyńskim, czy Kaczyński przed żywą ikoną światowego sportu? Człowiekiem, który w przeciwieństwie do prezesa, jest niekwestionowanym przez nikogo mistrzem „w odgrywaniu swojej roli na scenie”. Prezes słysząc gwizdy krytyków, chce zmienić krytyków a nie swoją „grę”.

I o ile nie zajmuję się ostatnio osobą Janusza Polikota, bo stał się dla mnie „małostrawny” i trochę „pogubiony”, o tyle bardzo trafna wydała mi się jego opinia na temat zamieszania wokół tematu Małysz – Kaczyński:  

Małysz, z pewną naiwnością »nie-polityka« swoją wypowiedzią trafił w dziesiątkę.  Skoczył najdalej w tych politycznych skokach i pokazał, ile obłudy, hucpy jest w tym, żeby co 10 kwietnia robić te spektakle przed Pałacem Prezydenckim”. Nic dodać, nic ująć.  

andy lighter